|
|
 |
Światopogląd » Świeckie religie
Być mistykiem - widzieć zza zamkniętych powiek [1] Autor tekstu: Eugeniusz Obarski
Mistycy i okolice
Istnieją
ludzie, którzy powiadają, że są inne, doskonalsze sposoby i ścieżki
pozyskiwania wiedzy, niż droga zmysłów;
że zmysły, które tak cenimy, są tylko ślepym przewodnikiem, twórcą
iluzji, w jakich żyjemy na co dzień! Takie przesłanie przynosi myśl Wschodu
oraz dawni i współcześni mistycy z całego świata. A przecież tzw. naukowe
poznanie i wiedza Zachodu, a także jego kultura, w przeważającym stopniu
oparte są na zmysłach! — to dlatego mówi się dziś, iż pędzimy z ogromną
prędkością (postęp technologiczny naszej cywilizacji), lecz bez światła, że jesteśmy materialistami, barbarzyńcami głuchymi i ślepymi na wszelkie przejawy subtelności duchowych, że żyjemy nadal w epoce
żelaza, z tym, że niklowanego, w epoce starającej się zagłuszyć niewybredną
rozrywką odczuwaną przez ludzi pustkę… Nie jest to radosna diagnoza. O jakie więc światło chodzi? I o jaki
rodzaj poznania, my, ludzie Zachodu,
jesteśmy w takim razie ubożsi? I czy wiedza,
którą zdobywa mistyk jest nam w ogóle potrzebna? Czy kiedykolwiek uznamy, iż
ten „wschodni", „irracjonalny" sposób zdobywania wiedzy o świecie i o
sobie samym jest równie prawomocny jak ten „zachodni", „racjonalny"?
Powiedzmy na początek tak oto: rozróżniamy
dwie kategorie wiedzy: wiedzę tworzącą idee i wywodzącą się zeń (to tzw.
wiedza naukowa, pogrążona we wszelakich dualizmach typu zło- dobro,
obserwator-obserwowane itd.), i drugi jej rodzaj — wiedzę wywodzącą się z przeżycia wewnętrznego i doświadczenia
samego istnienia-bytu, kiedy to nie dokonuje się ocen, dualizm zostaje
odrzucony, a jego miejsce zajmuje postrzeganie pozazmysłowe. Inna ważna różnica
to koncepcje czasu: z jednej strony czas mierzalny, „zdroworozsądkowy" i linearny (w którym zdarzenia następują kolejno po sobie i są nieodwracalne, z drugiej — tzw. Wielki Czas, czas w którym wszystko dzieje się jednocześnie, bez żadnego „wcześniej",
„potem". Zwykły czas a wieczność… Mistyk żyje w obu tych światach i czasach, a poruszając się w nich bez rozróżniania i wartościowania osiąga
mistyczną pełnię. Mistyczka, św.
Teresa z Avila tak określa ów stan: „Maria i Marta muszą się z j e d n o c z y ć aby udzielić Panu doskonałej gościny". Według mistyków najbardziej
wartościowym celem człowieka jest zintegrowanie tych dwóch dróg. Wydaje się
to proste i jednoznaczne, ale i w mistycyzmie istnieją ślepe uliczki lub
prowadzące na manowce; jeśli więc szukający przeżyć mistycznych nie
wyjdzie poza, pozorną przecież, wielość rodzajów/sposobów przejawiania się
świata, poza dzielenie rzeczy i zdarzeń, poza ocenianie, to nigdy nie zdobędzie
owego poczucia Jedności prowadzącego do Wielkiej
Jedni — świata ponad podziałami, którego rdzeniem i istotą jest
poznanie b e z p o ś r e d n i e.
Trzeba więc wejść w świat w którym
wszystko się przenika, który jest bezczasowym światem mitów, bogów, marzeń
sennych, by m. in. zobaczyć tkwiący w nas potencjał rozwojowy — to zadanie
dla tych z nas, których interesuje „być" (oby równie mocno jak „mieć"),
dla których posiadanie rzeczy i „świeckiego" prestiżu społecznego nie
jest najważniejsze, którzy interesują się także (nie mówmy, że
„dodatkowo"!) własnym rozwojem duchowym. Podkreślmy, że ów rozwój
duchowy nie może służyć tylko i wyłącznie samemu mistykowi (gdyby tak się
stało, jest na to pejoratywne określenie: „materializm duchowy"). W tradycji chasydzkiej podkreśla się usilnie, że jeśli święty mędrzec -
cadyk będzie starał się służyć tylko Bogu, a zapomni o swych powinnościach
wobec ludzi, to — jak powiada słynny rabbi Nachman z Bracławia — bez względu
na to, jak wysoko wszedł po drabinie, dążąc ku doskonałości, spadnie z niej niechybnie. Bo nie gromadzi się tej specyficznej wiedzy o Rzeczywistości
dla samego jej posiadania. Na dodatek być
mistykiem to posiadać otwartą, nie kartezjańską i nieeuklidesową osobowość;
być mistykiem to nie cenić tzw. zjawisk paranormalnych, takich jak np.
telepatia, psychokineza, jasnowidzenie, przepowiadanie przyszłości itp.
Powiedzmy jasno: to wszystko jest p r z e s z k o d ą na drodze jego życiowego
celu — rozwoju duchowego! Mistyk nie widzi powodu dla którego miałby zajmować
tymi „niezwykłymi" możliwościami. Dlaczego? Wszyscy mistycy „jak jeden
mąż" twierdzą, że owe paranormalne możliwości/umiejętności pojawiają
się w zupełnie n a t u r a l n y sposób właśnie wtedy, kiedy ktoś wkracza w ów świat Jedności, kiedy zaczyna postrzegać Rzeczywistość z poza zmysłów. I często jest tak, że pojawiają
się one mimo, iż nie były poszukiwane czy oczekiwane. Mistycy uważają, iż
owe „cuda" i moce psychiczne uważane za „nadprzyrodzone" stanowią z a
s ł o n ę uniemożliwiającą prawdziwe widzenie.
Zajmowanie się tymi „dyscyplinami", kultywowanie tych „niezwykłości"
stanowi przeszkodę nie do pokonania na drodze do oświecenia i wyzwolenia.
Warto
tu ukazać głęboką różnicę stanowisk, buddyjskiego i chrześcijańskiego:
chrześcijaństwo mówi, iż cuda są po to, by wzmocnić wiarę i nawrócić nie-chrześcijan, i jak widzimy, lubuje się we
wszelkich „cudownościach" z wiadomych przyczyn, natomiast Budda na widok
kogoś lewitującego, powiada, że nie przyczyni się to do „pozyskania"
nieoświeconych, ani nie przyniesie pożytku praktykującym buddyjską ścieżkę.
Na widok zaś jogina chodzącego po wodzie Budda ponoć powiedział : „Człowieku,
niepotrzebnie tracisz czas, przecież tam stoi czółno". Skąd taka niechęć
mistyków do „niezwykłego"? A to z tej przyczyny, że "cuda" z a t r z y m u j ą nas na pewnym
etapie, niezbyt wysoko zresztą, i niejako oddalają nas od ponadzmysłowej
wiedzy, wyższej tym, że pozaczasowej, pozaprzestrzennej, a więc znajdującej
się poza i ponad „tu i teraz" owych cudów! Zgoła odmienny jest (a to
jest ogromnie znaczące!) stosunek chrześcijaństwa i buddyzmu do czasu.
Uwypuklanie różnic pomiędzy jakże odmiennymi we wszystkim drogami nie jest
wprawdzie celem tego artykułu, lecz nie sposób pominąć różnicy zasadniczej i o kolosalnym znaczeniu (także dla losów świata!). Otóż wyznacznikiem
naszych czasów, a zarazem ich problemem jeśli chodzi o następstwa, jest nasza
„zdroworozsądkowa" koncepcja czasu, który według niej ma być jedynie
linearny i nieodwracalny. Zapewne większość ludzi jest przekonana, że to
koncepcja właściwa. Niestety, nie potwierdza tego współczesna fizyka, a i
starożytność była odmiennego zdania. Nauka zachodnia od wielu lat tylko
potwierdza wschodnie intuicje...
Linearną koncepcję czasu zawdzięczamy
judaizmowi. Następnie rozpropagowało ją i dodatkowo wzmocniło wywodzące się z judaizmu chrześcijaństwo — bo oto nastąpiło niepowtarzalne wydarzenie:
Zbawiciel przyszedł na świat w określonym miejscu i czasie, umarł na krzyżu w określonym czasie i miejscu. Wszystko, co dzieje się teraz, m u s i odnosić się do tego wydarzenia, a to wymusza taką właśnie jednokierunkową
koncepcję czasu. Trzeba tu dodać, iż starożytne religie nie umiejscawiały
niczego w określonym miejscu geograficznym i w określonym czasie: Minerwa mogła
wyłaniać się z głowy Zeusa, Apollo mógł rodzić się w Delos, Hermes, syn
Zeusa — na górze Kyllene w Arkadii, a Eros, figlarny
chłopczyk z łukiem i strzałami, o którym Hezjod pisze, iż narodził
się z Chaosu, mógł spokojnie towarzyszyć Afrodycie, która nie miała… ani
ojca, ani matki. Nikomu ze starożytnych nie przyszło do głowy by wiązać
takie wydarzenia z konkretną datą! Bogowie starożytnych nie krzątają się
więc pośród dat z naszego ludzkiego kalendarza i naszego potocznego
rozumienia czasu. Starożytne społeczności miały także koncepcje czasu
cyklicznego albo posługiwały się (tak jak mistycy!) r ó w n o c z e ś n i e
dwiema koncepcjami: zegarową [chronos] /niosącą i wzmacniającą poczucie
przemijania/ i drugą, w której możliwe jest przejawianie się zdarzeń
„naraz" [kairos], a jeśli nawet sekwencyjnie, to i tak nie można (ani nie
ma takiej potrzeby) określić k i e d y coś
się wydarza.
Starożytni, podobnie jak to miało miejsce w tradycyjnych społeczeństwach Orientu, dokonywali więc podróży po swoim wnętrzu w poszukiwaniu tajemnic istnienia (absolutnie też obca im była myśl — z tego
powodu właśnie — by „inwestować" w technikę, dzięki której mogliby z powodzeniem dokonywać podbojów świata fizycznego, tak jak to czyni umysłowość
Zachodu). Zachodnia duchowość jest wycelowana w niebo, wschodnia zaś jest
najzupełniej ziemska, zainteresowana ludzką duszą, uważająca (np. hinduizm,
taoizm i buddyzm), iż dzięki kontemplacji człowiek jest w stanie dostąpić
mistycznej unii z bóstwem, z Absolutem. Chrześcijańskie bóstwo jest osobowe i… niedostępne. Owo
rozdzielenie człowieka i Boga wiedzie wprost do ich wzajemnego wyobcowania.
Wielu myślicieli uważa, że chrześcijaństwo
bezmyślnie zniszczyło kosmos przedchrześcijański, w którym ludzie zupełnie
dobrze pojmowali naturę swych bogów, naturę świata, własną historię i głębie
własnej duszy, żyli rytmami przyrody. Tzw.
religia Chrystusowa (piszę „tak zwana", bowiem nie jestem pewien czy
historia Kościoła założonego przez św. Pawła i religia rozmijająca się z duchem nauczania Mistrza z Nazaretu, podobałaby się Temuż) rozpętała według
krytyków chrześcijaństwa istne piekło: demontowano mity, dokonano
desakralizacji natury, pojawili się zawzięci ikonoklaści, palono starożytne
biblioteki, a dusza, moralność i radość życia spętane zostały więzami
dogmatów i przemocą (np. późniejsza Inkwizycja). Na zdrowym ciele tajemnicy
pojawiła się najpierw skaza, a później rdza… Ta wielowiekowa polityka
ekspansji religijnej (tzw. misje, nawracanie), podbój nowych terytoriów i niszczenie zastanych kultur, a w ich miejsce zaszczepianie materialistycznej i „zegarowej" kultury Zachodu i jego jedynozbawczych wizji, dokonała ogromu
zniszczeń; wiele z nich pozostanie już, niestety, nieodwracalnymi.
Kolejne
ważne różnice pomiędzy stanowiskiem chrześcijańskim a buddyjskim: buddyzm w swych staraniach o oświecenie, nie dzieli świata ludzkiego „na swoich i obcych", jak czyni to chrześcijaństwo, które powiada, że należy dobrze
czynić ludziom, a „najbardziej domownikom wiary", czyli „swoim",
buddyzm nie prowadził nigdy krucjat pod znakiem „ognia i miecza", historia
chrześcijaństwa niepodważalnie obfituje w takie rzezie ["Kościół
triumfujący", „zwyciężający"]. Buddyzm jest przyjazny życiu i naturze, niesie radość oświecenia, poczucie jedności z każdym człowiekiem i jego bytem, chrześcijaństwo — uczucia wrogości wobec "obcych",
zaszczepia w ludziach poczucie winy, „promuje" cierpiętnictwo, a przyrodę
(naturę) uważa nie tylko za upadłą, ale i martwą (!), a świat i doczesne w nim bytowanie za godne pogardy (w tym „odczarowaniu" świata tkwią korzenie
dzisiejszego kryzysu ekologicznego!). Są to różnice kolosalne: buddyzm jest
„paradoksalnie" ku-światowy, chrześcijaństwo za-światowe („zaświaty").
Buddyzm nie jest soteriologiczny; uważa, że nie można zbawić nikogo od niego
samego, chrześcijaństwo twierdzi, że można...
1 2 3 Dalej..
« Świeckie religie (Publikacja: 09-05-2004 Ostatnia zmiana: 24-08-2004)
| Eugeniusz Obarski Filozof religii, kulturoznawca, wydawca, założyciel i redaktor programowy wydawnictwa Thesaurus-Press (1990-1996), aktualnie reaktywowanego (Thesaurus, Łódź-Wrocław), redaktor programowy byłej "Wiedzy Tajemnej" i Wydawnictwa Wrocławskiego, muzyk (płyty: z M. Grechutą, „Droga za widnokres” – 1972, „Magia obłoków” – 1974; z L. Janerką: „Historia podwodna” – 1986), publicysta, współpracownik wielu pism. Mieszka we Wrocławiu. Liczba tekstów na portalu: 35 Pokaż inne teksty autora Najnowszy tekst autora: Po tej i po tamtej stronie Alfreda Kubina | Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 3414 |
 |