|
|
 |
« Społeczeństwo Czy Polacy się lubią? [1] Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Pytają mnie ludzie jak
widzę ten kraj po dziesięcioleciach życia na Zachodzie?
Jest to pytanie, na które bardzo trudno odpowiedzieć. Ludzie na ogół
oczekują odpowiedzi krytycznych. Zdecydowana większość Polaków jest
niezadowolona ze swojego życia, z rządu, z samorządu, z pracy, szkoły, Kościoła i z sąsiadów. Z pewnością są po temu powody. Rząd jaki jest każdy widzi,
samorządy wsławiły się niebywałą dbałością o interesy radnych i jeszcze
większą dbałością o interesy wójtów, burmistrzów, prezydentów miast i marszałków sejmików, wielu z nas najbliższe sąsiedztwo naraża na częste
przypadki kradzieży i wandalizmu. Nie są to jednak wszystkie powody, dla których
większość Polaków jest niezadowolona ze swojego życia. Na przestrzeni
ostatnich piętnastu lat niebywale podniósł się w Polsce standard marzeń.
Przez dziesięciolecia komunizmu ludzie godzili się z życiem bez perspektyw.
Nie było głodu, ale o dobrobycie nie było co marzyć. Nawet jeśli na filmach
pokazywano bajki o zwykłych ludziach mieszkających we własnych domach, jeżdżących
pięknymi samochodami, kupujących sobie najnowsze cuda techniki, były to
obrazy niemające nawet pozorów realności. Dziś każdy mieszkaniec Polski
widzi na własne oczy ludzi, którzy mają własne domy i dobre samochody, w ciągu
kilku lat wyrosły mniejsze i większe fortuny, przy czym istnieje głębokie
przekonanie, że znaczna część tych fortun powstała w nieuczciwy sposób. W tym stereotypie ukrywa się sporo prawdy, ale nie cała prawda. Jednak ciągle
jeszcze trudno odróżnić fortuny, które powstały na bazie pomysłowości i pracowitości od tych, których początkiem była zwyczajna nieuczciwość, czy
zgoła bandytyzm. Dla
nauczyciela, listonosza, dla pracującego w państwowym szpitalu lekarza, dla większości rolników w Polsce życie zmieniło
się i na lepsze, i na gorsze. Na lepsze, bo wszyscy mają dziś dostęp do towarów, o których nie mogli marzyć. Na gorsze, bo tylko niektórzy mogą sobie pozwolić
na firmowe ubrania i zachodnie samochody, a większość skazana jest na używaną
odzież zachodnią, czy na import z krajów trzeciego świata, na pogardzane używane
małe polskie fiaty, czy polonezy, na szczególnie dolegliwe tkwienie w brzydkich i ciasnych komunalnych mieszkaniach. Dramat rolników jest bodaj największy.
Dyskryminowani przed komunizmem, dyskryminowani w okresie komunizmu, dziś nie
tylko niosą największy ciężar odchodzenia od komunizmu, są również
nieustannie obiektem szyderstw i pogardy ze strony „elit" i całej
reszty społeczeństwa.
Zmieniła
się oferta w sklepach, zmieniła się struktura cen i zmieniły się
priorytety. W efekcie wielu ludzi ma poczucie znacznego pogorszenia się ich
sytuacji życiowej. Nad tymi, którzy żyją z pracy najemnej zawisła groźba
bezrobocia, ci, którzy mają własne warsztaty pracy, nigdy nie wiedzą na
jakie dochody mogą liczyć za miesiąc czy za rok. Krótko mówiąc, wzrósł
poziom niepewności dochodów i dramatycznie wzrósł stopień trudności w prowadzeniu budżetów rodzinnych. Poczucie, że jest gorzej jest po części
wynikiem frustracji. To zagubienie w nowym świecie jest często lekceważone, a czasem wręcz wyśmiewane przez polityków i dziennikarzy. Paternalistyczny
stosunek mediów do reszty społeczeństwa jest jedną z najbardziej irytujących
cech polskiego dziennikarstwa.
Czy warto więc było
do Polski wracać? Oczywiście, i zrozumienie tej tajemnicy nie wymaga odwoływania
się ani do mistycyzmu, ani do romantyzmu. Polska jest dziś krajem
demokratycznym, nawet jeśli ta demokracja jest ciągle jeszcze kulawa. Jest
krajem ogromnych możliwości. Jest wyzwaniem, które, jeśli nie mierzyć sił
na zamiary, ale zamiary wedle sił, może dostarczyć ogromnej satysfakcji.
***
Od dawna dręczyło
mnie pytanie, czy Polacy się lubią i kusiła mnie próba uporządkowania własnych
myśli na ten temat. Do postawienia tego pytania kilka lat temu sprowokował
mnie amerykański przyrodnik Robert Ardrey.
Podobnie jak wielu innych irytowałem się wieczną agresją w polskim
społeczeństwie. Emigracja wyostrzyła tę irytację, bo już nie tylko drażniła
mnie agresja innych, ale i obserwacja, że przemieszczając się ze Szwecji czy z Anglii do Polski, stawałem się innym człowiekiem, zdolnym do nagłego
podniesienia głosu, do głośnego wyrażania uzasadnionej, czy irracjonalnej złości,
marudzącym na wszystko i na wszystkich. Teraz, po powrocie na stałe do Polski,
mając kontakt z młodzieżą w gimnazjum, widzę jak wcześnie u młodych ludzi
ujawnia się jakaś absurdalna mizantropia. Wszelkie zło jest pochopniej
generalizowane niż dobro, ba, ci młodzi ludzie wydają się cierpieć na jakiś
rodzaj ślepoty — nie dostrzegają przykładów dobra i uczciwości, w koncentracji na tym, co złe, gubią również fascynację tym, co ciekawe.
Szczyt popularności Roberta Ardreya przypadał na lata sześćdziesiąte.
Ukazało się wówczas kilka jego książek poświęconych obserwacji zachowań
społecznych różnych gatunków zwierząt. W „The Territorial Imperative" w pewnym momencie używa terminu noyau.
Zapożyczył go od swojego francuskiego kolegi, który wprowadził go dla określenia
społeczności, w której jedyną liczącą się więzią jest więź rodzinna i którą cechuje silny wewnętrzny antagonizm. Ardrey jest trochę zażenowany. W amerykańskim czy angielskim społeczeństwie agresji nie brakuje, użycie
francuskiego terminu na określenie tego zjawiska jest w pewnym sensie
niesmaczne. A jednak w angielskim brakowało mu słowa, które natychmiast dawałoby
właściwe skojarzenia. Zapewne dylemat z nazwą i jej definicją skłoniło go
do napisania krótkiego rozdziału na temat społeczeństwa włoskiego, które
jego zdaniem jest laboratoryjnym przykładem noyau.
Ardrey spędził kilka lat w Rzymie i miał ogromną sympatię dla Włoch i dla
mieszkańców tego kraju. Zaczyna rozdział o Włochach przypomnieniem słów
Benso Cavoura, który miał powiedzieć: „stworzyliśmy Włochy, a teraz
musimy stworzyć Włochów". Zdaniem Ardreya to drugie zadanie okazało się
niewykonalne. Włosi są narodem tylko z nazwy, ich prawdziwa lojalność
pozostaje na poziomie rodziny.
Moja znajomość Włoch ogranicza się do kilku urlopów spędzonych w tym kraju i do mało systematycznych lektur. Czy ściśnięte na kilku
stronicach uwagi amerykańskiego przyrodnika można traktować poważnie? Chyba
tak, wielu innych wydaje się potwierdzać jego obserwacje. Ardrey pisze, że
lojalność Włochów ogranicza się do rodziny, że w gruncie rzeczy, mimo całej
swojej otwartości, są dość samotni, nieskłonni do przyjaźni, że w porównaniu z innymi, patriotyzm nie jest dla nich szczególnie ważny. W słonecznej Italii
częściej można spotkać geniusza niż bohatera, dla Włocha każda okazja
jest dobra, żeby wyrazić nieufność i złość wobec innego Włocha. Włoch — pisze Ardrey — może nie cierpieć swojej rodziny, ale jest na nią
skazany, grupy wykraczające poza rodzinę są jej odbiciem i przedłużeniem,
co znajduje swój wyraz we wszechobecnym nepotyzmie. Ardrey sądzi, że to włoskie
noyau nie zmieniło się od czasów
rzymskich, z czego mogłoby wynikać, że są na ten typ stosunków społecznych
skazani, nic się nie da zmienić.
Czy są tu jakieś analogie do naszej polskiej rzeczywistości?
Dzisiejsza socjologia straciła zainteresowanie dla problematyki więzi społecznej,
ale jeszcze w latach sześćdziesiątych i później w licznych badaniach
znajdowano, że Polacy deklarują bardzo silne więzy rodzinne i dość
abstrakcyjnie pojmowany patriotyzm. Natomiast to, co nazywamy więzią lokalną,
zawodową, religijną czy przyjacielską, było w życiu Polaków mało istotne. W owych czasach interpretacja wyników tych badań narzucała się sama -
winny jest komunizm z jego świadomym i systematycznym niszczeniem wszelkich
spontanicznych więzi społecznych. Zdawać by się mogło, że upadek komunizmu
zaowocuje błyskawiczną odbudową więzi lokalnych oraz więzi opartych na wspólnocie
zawodowej czy na wspólnych zainteresowaniach. Sądząc po liczbie
zarejestrowanych w ostatnich latach partii politycznych oraz wszelkiego rodzaju
stowarzyszeń, tak się właśnie stało. Nie trzeba jednak badań
socjologicznych, żeby stwierdzić, że ten proces odbudowy więzi społecznych
jest bardzo wątły. Stosunki społeczne w Polsce wydaje się dominować
wzajemna nieufność i wewnętrzny antagonizm, znacznie silniejszy niż w większości
społeczeństw zachodnich. Oczywiście trudno byłoby tę obserwację potwierdzić
wiarygodnymi badaniami, z tej prostej przyczyny, że teorie socjologiczne nie
dają się falsyfikować, ale nawet codzienne obserwacje nie pozostawiają tu
wiele wątpliwości. Lektura niezliczonych artykułów na temat tego, co
popularnie nazywa się chamstwem, również.
Porównując prezentowany przez Ardreya opis społeczeństwa włoskiego z własnymi odczuciami na temat społeczeństwa polskiego widzimy, że polskie noyau wydało zdecydowanie mniej uznanych w świecie geniuszów, za
to herosów mamy tylu, iż w naszym dość słabo zurbanizowanym kraju brakuje
nam ulic dla ich uczczenia. Na ile ta różnica jest istotna? Trudno powiedzieć.
Ze względu na nikłe poparcie społeczne i słabe przygotowanie logistyczne,
nasi bohaterowie to z reguły bohaterowie tragiczni, a ich tragedia może być również
po części interpretowana jako konsekwencja owych słabych więzi społecznych.
Stosunkowo najczęściej zauważa się podobieństwo polskiej i włoskiej
sceny politycznej. Rozproszenie partii politycznych, ciągłe polityczne swary,
ustawiczne rozpadanie się rządowych koalicji, nepotyzm i skorumpowanie polityków. I tu, i tam obserwujemy toczące się przez dekady boje o ustanowienie ordynacji
wyborczej kładącej kres ciągłemu kleceniu gabinetów rządowych z wielopiętrowych
koalicji, a tym samym zdominowaniu sceny politycznej przez targi o stołki.
Podejrzewam, że ten charakter sceny politycznej jest również efektem słabych
więzi społecznych. Zatomizowane społeczeństwo z jednej strony często
oczekuje od władzy rzeczy niemożliwych, z drugiej strony, ta władza nie ma żadnego
autorytetu; każdy jest przekonany, że najlepiej skrzyknąć sobie swoją własną
partyjkę i przemawiać w imieniu wszystkich Polaków. Między politykiem a wyborcą nie ma żadnego partnerstwa, widać to szczególnie na szczeblu samorządowym.
Mieszkańcy gmin nie tylko nie są, ale i nie bardzo chcą być partnerami
samorządu. Jest to zapewne spowodowane tym, że obywatel z reguły występuje
wobec władzy jako indywidualna jednostka. I tu natychmiast wyłania się
pytanie: dlaczego Amerykanie, Anglicy, Szwedzi czy Niemcy potrafią znacznie
sprawniej organizować się w grupy niż Polacy? Nie ma nic nudniejszego niż
„nocne Polaków rozmowy", zmienia się czasem przedmiot utyskiwań, ale nie
ton. Łączy nas wspólnota niezadowolenia ze wszystkiego i brak fascynacji
czymkolwiek. Wszelkie działania pozytywne pozostawiamy władzom i jesteśmy z góry
przekonani, że sobie z nimi nie poradzą. Najbardziej przeraża udzielanie się
tych postaw młodemu pokoleniu, które z natury rzeczy powinno być skłonne do
łatwego zawierania przyjaźni, tworzenia grup wspólnych zainteresowań, do
występowania z inicjatywami i do prób ich realizacji własnymi siłami. Nasza
kultura formalna przygotowuje jednak młode umysły do życia u cioci na
imieninach, a kultura nieformalna do pokazywania języka za plecami.
1 2 Dalej..
« Społeczeństwo (Publikacja: 15-10-2004 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 3679 |
 |