|
|
 |
Społeczeństwo » Społeczeństwo informacyjne
Internet a demokracja Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Tytuł tego artykułu nie jest ani nowy, ani mój. Pod
takim właśnie hasłem ukazał się najnowszy numer kwartalnika „Krytyka
polityczna". Sięgnąłem po ten numer z przesadną nadzieją, zamknąłem go z uczuciem pewnego niedosytu. Sławomir Sierakowski, redaktor naczelny „Krytyki
politycznej", we wstępie do tego numeru pisze: Na naszych oczach rewolucjonizuje się technologia
(czyli, nie ukrywajmy, środki produkcji), stawiając nas przed nowymi szansami i zagrożeniami zarazem. Jednocześnie kapitał przestaje być głównym
czynnikiem produkcji, a staje się nim wiedza — wydaje się, że znacznie łatwiejsza
do upowszechnienia, bardziej demokratyczna. Ten fragment przypomniał mi rodzinną opowieść o bracie
mojej matki, który w końcu lat dwudziestych skonstruował swoje pierwsze
kryształkowe radio i umieściwszy je w porcelanowej wazie na zupę demonstrował
nową technikę zebranej w salonie rodzinie. Dziadek, klasyczny przykład inteligenta z szlacheckimi
korzeniami, socjalisty obiecującego chłopom, że robotnikom będzie lepiej,
meloman, marzący, że nie tylko księgi, ale i sztuka trafi pod strzechy, usłyszawszy
dobiegające z wazy dźwięki muzyki wyraził opinię, że teraz lud będzie mógł
korzystać z dobrodziejstw sztuki i kultury. Jeśli zechce — mruknęła jego żona, przyziemna i niedouczona mieszczka, bo dziadek wbrew rodzinie popełnił mezalians. Uwaga przyjęta została niechętnym spojrzeniem męża i zignorowana przez synów, którzy zaczęli dyskusję o perspektywach jakie radio
otwierało dla szerzenia oświaty. I w tym przypadku babka pozostała
sceptyczna, co wzbudzało niekłamaną irytację jej męża i synów. Mam wrażenie, że rozważania o internecie i demokracji
wymagają kontekstu. Od czasów Gutenberga wpływ innowacji technicznych na życie
społeczne i politykę ustawicznie rośnie, by w ostatnich dziesięcioleciach
przybrać jakieś lawinowe rozmiary. Telewizja radykalnie zmieniła świat
polityki, chociaż najmłodsze pokolenie dorosłych nie często sobie uświadamia,
że to dopiero wojna w Wietnamie była pierwszą wojną, o której wyniku w niemałym stopniu zadecydowały kamery telewizyjne i że kamery telewizyjne
zmieniły wygląd polityków oraz sposób funkcjonowania gabinetów rządowych.
Internet i telefon komórkowy to dwa wynalazki wywierające świeży nacisk na
kształt życia politycznego i z tego punktu widzenia dyskusja o tym nacisku
jest szczególnie interesująca. Wydatek na kupno wspomnianego numeru „Krytyki
politycznej" całkowicie zamortyzowała mi lektura artykułu Adama Leszczyńskiego
pod tytułem „Kult martwej krowy, Jak internet zmienia politykę". Artykuł ma poniekąd charakter encyklopedyczny, jest w nim
znacznie więcej faktów niż opinii autora i moim zdaniem jest znakomitym wstępem
do rozpoczęcia dyskusji o znaczeniu internetu w życiu politycznym. Leszczyński
opisuje początki intrnetu oraz pierwsze nadzieje na cyberdemokrację i na, jak
pisze, „kapitalizm na sterydach". Mamy tu do czynienia z historią w krótkich
majtkach, ale jednak z historią. Pierwsze nadzieje na internetowe wspólnoty i na wielkie fortuny zbudowane wyłącznie
dzięki błyskawicznej i niczym nieskrępowanej komunikacji, z konieczności skażone
były potężną dozą naiwności i przesadnego optymizmu. Z natury rzeczy więcej osób sparzyło się na tych pierwszych próbach
niż osiągnęło trwały sukces. Jeszcze przed pojawieniem się internetu technika zaczęła
rozsadzać monopole informacyjne i wszelkie próby kontroli przepływu
informacji. Jeśli pod koniec drugiej wojny światowej George Orwell był przekonany, że rozwój techniki zagraża
naszym swobodom obywatelskim i daje państwu nieograniczone wręcz możliwości
kontrolowania swoich mieszkańców, to już grubo przed rokiem 1984 było
oczywiste, że kij ma dwa końce. Maszyna do pisania, magnetofon i kopiarka
bardzo skutecznie uszczupliły państwową kontrolę przepływu informacji.
Kolejne wynalazki możliwość cenzury prawie przekreślają. Adam Leszczyński opisuje w swoim artykule z jednej strony
próbę cenzury internetu w Chinach oraz w niektórych państwach muzułmańskich, z drugiej próby jakiegoś nadzoru przepływu informacji w internecie w krajach
demokratycznych, gdzie coraz częściej jest on wykorzystywany przez
grupy przestępcze, od hackerów wyrządzających szkody dla samej chęci wyrządzenia
szkody począwszy, poprzez coraz lepiej zorganizowane internetowe przestępstwa
gospodarcze, do terrorystów, którzy nie tylko korzystają z internetu jako środka
komunikacji, ale mogą wykonywać akcje terrorystyczne sterowane z odległości. Cenzura internetu -
pisze omawiany autor — uważana wcześniej
za technicznie niewykonalną, stała się dziś zjawiskiem powszechnym.
Czy internet otworzył
wreszcie możliwości powszechnej debaty w demokratycznym społeczeństwie?
Raczej nie. Adam Leszczyński odwołuje się w tym miejscu do amerykańskiego
autora, profesora Cassa Sunsteina, który stosunkowo niedawno wydał książkę
pod tytułem Republic.com i który
zwraca uwagę na „lokalność" internetowych wspólnot w naturalny sposób
szukających w sieci ludzi o podobnych poglądach, co powoduje, że większość
użytkowników internetu nie jest narażona na konfrontację z poglądami osób
myślących inaczej niż oni. Profesor Sunstein zwraca również uwagę na fakt,
że anonimowość internautów powoduje, że rozmaite fora dyskusyjne stają się
„areną tryumfu nieskrępowanej agresji i chamstwa" względnie
stowarzyszeniami wzajemnej adoracji. Tylko w wyjątkowych przypadkach stają się one miejscem obywatelskiej debaty.
Przed dwoma laty wydawnictwo Rebis wydało polski przekład
książki P. Wallace Psychologia
Internetu. Również ta autorka pisze o towarzyszącym „dyskusjom"
internetowym podniesionym poziomie agresji i o tym, że jest to
najprawdopodobniej w dużym stopniu związane z anonimowością wypowiedzi. Ton
dyskusji w tych „debatach" zdominowany jest bardzo często przez wypowiedzi
obraźliwe i protekcjonalne, a prawdziwa lub pozorna anonimowość zdaje się
pozbawiać ludzi elementarnej kultury towarzyskiej. Internet stał się
ulubionym narzędziem wszelkiej maści radykałów. Zieloni, alterglobaliści,
mniejszości etniczne i mniejszości seksualne, ruch feministyczny, ale również
stowarzyszenia nazistowskie, komunistyczne i wszelkiej maści terroryści. Adam Leszczyński zwraca uwagę na fakt, że wraz z pojawieniem się internetu zapowiadano zmierzch tradycyjnych mediów. Okazało
się, że były to zapowiedzi przedwczesne, w wielu wypadkach internet wzmocnił
renomowane pisma, nie tylko ze względu na środki, którymi tradycyjne media
dysponują (konieczne chociażby na zdobywanie wiarogodnych źródeł
informacji) ale również dlatego właśnie, że odwołują się do wyższych
standardów dziennikarskiej rzetelności i czytelnicy mogli rzeczywiście
stwierdzić, że informacja w owych renomowanych mediach jest z reguły
rzetelniejsza. Mimo że praktycznie nie ma finansowych przeszkód, żeby
założyć stronę internetową, tylko nielicznym udaje się przekształcić
tego rodzaju strony w liczące się medium. Łatwy dostęp do uwagi czytelników
okazał się iluzją. Podstawowy problem stanowi promocja. Ponad 15 milionów
Amerykanów ma swoje sieci internetowe. Internet to w znacznym stopniu szum
informacyjny, czy wręcz informacyjny śmietnik. Serfujący internauci wybierają
najczęściej to, co znali już wcześniej. Na czym zatem polega siła polityczna internetu, zastanawia
się autor omawianego eseju? Autor stawiał to pytanie przed pojawieniem się
tzw. listy Wildsteina. Jego odpowiedź jest jednak następująca: kiedy
tajemnica państwowa znajduje się w sieci, nie ma sposobu aby zablokować jej
powielanie. „...nie potrafi tego ani FBI ani chińskie Biuro Bezpieczeństwa
Publicznego." Z tych możliwości
korzystają również piewcy sieciowego wandalizmu, a warto pamiętać, że
szkody gospodarcze wyrządzone przez „haktywistów" szacuje się już na dziesiątki
miliardów dolarów. Adam Leszczyński kończy swój esej słowami nadziei, że z internetowego chaosu wyłoni się nowy porządek świata, który będzie
uczciwszy i sprawiedliwszy od tego, który go poprzedzał. Piszę ten artykuł (a raczej omówienie eseju, który
zrobił na mnie duże wrażenie) w malutkim, zabitym dechami miasteczku, które
dzięki radiu, telewizji, internetowi nie jest już odcięte od świata. Młodzieży w gimnazjum tłumaczę, że oto pojawiły się możliwości nauki na najlepszych
uniwersytetach bez wyjazdu z Dobrzynia, odwiedzenia muzeum w Kairze czy w Amsterdamie, wejścia do zbiorów British Library, czy pracy dla amerykańskiej
lub francuskiej korporacji, siedząc przy oknie z widokiem na Wisłę. Pokazuję
im również pojawiające się uporczywie w mojej poczcie ogłoszenie, że za
niewielką opłatą mogę sobie kupić fałszywy dyplom amerykańskiej uczelni,
skorzystać z propozycji uczestnictwa w piramidach oraz zachęty do udziału w ruchu nazistowskim. Internet jest zaledwie narzędziem. Podejrzewam, że w ciągu
swej krótkiej historii bardziej przyczynił się do szerzenia
przesądów niż nauki, jest skuteczniej wykorzystywany przez wyznawców UFO niż
przez sceptyków, zdaje się lepiej służyć fanatykom niż zwolennikom
bardziej umiarkowanych form obcowania. Równocześnie otwiera możliwości, których
nie było nigdy. Stał się nowym elementem ludzkiego środowiska. Kiedy ponosi
nas zachwyt dla nowych możliwości, warto pamiętać o sceptycznych pomrukach
mojej babki Walerii — „jeśli zechcą", warto również poszukiwać dróg
do tego, aby chcących korzystać z pozytywnych możliwości, które otwiera
internet, było nieco więcej.
« Społeczeństwo informacyjne (Publikacja: 17-02-2005 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 3951 |
 |