|
|
 |
Społeczeństwo » Społeczeństwo informacyjne
Terra Internetica Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Zapożyczyłem tytułowe
określenie od izraelskiego badacza Sama Vaknina, który w 1996 roku zastanawiał
się między innymi nad pytaniem czym jest Internet i jak to nowe medium będzie
wpływać na przyszłe społeczeństwo.
Używając określenie Terra
Internetica Sam Vaknin wychodzi od pojęcia przestrzeni, obszaru, który się
odkrywa, który może być podzielony na działki, a działki te mogą być
przedmiotem aneksji, handlu, wynajmu, można na nich tworzyć struktury, budować
„centra handlowe", ośrodki informacyjne, tworzyć wirtualne społeczności
itp. Zdaniem Sama Vaknina mamy do czynienia z nowym kontynentem, którego
pierwszymi odkrywcami byli szukający przygody awanturnicy, ale który szybko się
zaludnia tworząc własną kulturę i własne subkultury, własny świat przestępczy i własną policję.
Szukając jakiejś
syntetycznej nazwy dla tej kultury autor pisze, że najczęściej spotykał się z określeniem „chaotyczna biblioteka".
Chaotyczny świat, w którym
jednostka z pomocą przewodników lub bez odkrywa nowe miejsca, szuka przygody,
zakopanych skarbów, konkretnych informacji, lub określonych doznań.
Ten chaos dotyczy całości,
kontynentu, poszczególni inwestorzy, właściciele działek, poszukują porządku
„przyjaznego dla użytkowników", który zwiększyłby ich szanse w konkurencji o klientów. Dziki Internet stopniowo się cywilizuje, zaś dla najmłodszego
pokolenia jest już bardziej „naturalnym" środowiskiem, niż zmieniającą
nasz świat nowością.
Wielu autorów pisało o pewnym podobieństwie informatycznej rewolucji do czasów Renesansu. Sam
Vaknin zwraca uwagę na zabawny drobiazg — powrót do ponownego połączenia
funkcji drukarza i wydawcy. Gutenberg był drukarzem; w ciągu kilkudziesięciu
lat po uruchomieniu pierwszej drukarni z ruchomymi czcionkami, wyrastające jak
grzyby po deszczu drukarnie stawały się oficynami wydawniczymi. Z czasem
jednak doszło do rozdzielenia funkcji wydawcy i drukarza i w czasach schyłkowego
komunizmu bawił mnie renesansowy
charakter drugiego obiegu — komu udało się zdobyć sprzęt do drukowania mógł
być wydawcą.
Ponieważ czasem byłem
dostawcą organizującym szmuglowanie tego sprzętu z Zachodu czułem się częścią
jakiegoś renesansowego świata. Przed rokiem 1984 moi przyjaciele byli
przekonani, że żyją w orwellowskim świecie. Odwiedzając czasem Polskę czułem
obecność Wielkiego Brata. Na ulicy sprawdzałem kątem oka kto za mną idzie, z przyjaciółmi rozmawialiśmy raczej w miejscach otwartych, spacerując, lub w mieszkaniu przy głośno nastawionym radiu, a czasem wymieniając karteczki. Równocześnie
przedstawiciele władzy próbowali mnie przekonać, że wiedzą wszystko i nie
miałem wątpliwości, że wiedzą sporo, a przecież dawało się ich
przechytrzyć.
Ta atmosfera
orwellowskiego świata pod hasłem „Wielki Brat cię widzi" przypomniała mi
się w związku z lekturą artykułu Andrew
Sullivana w „The Sunday Times" o wpływie nowoczesnej techniki na zachowania
współczesnych polityków. Można powiedzieć, że hasło „Wielki Brat cię
widzi" zmieniło się na hasło „Mały Brat cię podgląda". Nowoczesna technika niebywale ograniczyła pola prywatności.
Każdy e-mail czy SMS może być oglądany przez osoby postronne, a jeśli jesteś
osobą publiczną, to możesz być pewny, że znajdą się chętni.
Profesjonalny sprzęt
szpiegowski z lat sześćdziesiątych to prymitywne zabawki w porównaniu z tym co może sobie dziś sprawić uczeń szkoły
podstawowej. Terra Internetica jest światem
orwellowskim, ale podglądającym jest nie Wielki Brat, ale mały obleśny
braciszek, z duszą zawodowego donosiciela.
Jak zwykle kij ma dwa
końce — ograniczenie prywatności prowadziło do ujawnienia wielu brudów.
Nie tylko politycy, ale również strażnicy więzienni, czy operujący w ciemnych zaułkach policjanci uczą
się, że ich brudne tajemnice mogą w ciągu kilku godzin trafić na pierwsze
strony gazet.
Równocześnie, pisze
Andrew Sullivan, politycy zaczynają zachowywać się coraz częściej w sposób
niemal paranoiczny, unikając przekazywania jakichkolwiek informacji przez
Internet, czy przez telefon, ciągle obawiając się podsłuchu oraz możliwości,
że w pobliżu jest ktoś z aparatem fotograficznym. Nowoczesna technika
powoduje, że wszelkie gry polityczne charakteryzuje dziś chorobliwa nieufność,
prowadząca do upraszczania kontaktów, banalizowania dyskusji, rezygnacji z możliwości,
jakie oferuje nowoczesna technika. Żyjący w paranoicznym strachu przed Małym
Bratem politycy nie są oczywiście ani bardziej uczciwi, ani bardziej twórczy.
Telewizja zmieniła polityka w aktora, Internet i telefon komórkowy w obłąkanego
aktora.
Żyjemy w paradoksalnym
nowym świecie — pisze autor artykułu w „The Sunday Times" — z jednej
strony technika daje nam możliwość wycofania się do naszych prywatnych
pustelni, dostarcza nam nieprawdopodobnych możliwości komunikacji z innymi,
ale nasze kontakty ze światem stają coraz bardziej widoczne dla „sąsiadów".
Zdobywamy nowe możliwości kosztem utraty prywatności. Ograniczając się do
kontaktów wirtualnych stajemy się samotni, a równocześnie jesteśmy na
scenie i w świetle reflektorów.
Mógłby ktoś sądzić,
że są to problemy ludzi sławnych. Nic podobnego. Coraz częściej Mały Brat
idzie w lud, publikuje w Internecie zdjęcia zrobione w szatni, czy w publicznej
ubikacji, przechwyconą korespondencję kochanków, czy małżeńskie kłótnie.
Reality Show jest dziś bardziej powszechny niż nam się wydaje i daleko nie
wszyscy uczestniczą w nim dobrowolnie.
„Technologia -
pisze Andrew Sullivan — która umożliwiła nam ujawnianie nadużyć, jest również
sama narzędziem nadużyć. Technologia, która otwiera granice, może równocześnie
dławić tak potrzebną przestrzeń prywatności, która kiedyś miała również
inną nazwę, nazywała się wolność."
Mapy Terra
Internetica są ciągle dalekie od doskonałości. Zapowiadane od dawna
wielopasmowe autostrady informatyczne przypominają nadal rzeki płynące przez
dżunglę. Krótkie odcinki wygodnych dróg przystosowane są głównie dla
znajdujących się ciągle w mniejszości świadomych celu podróżników.
(Jednak również ci natrafiają na las fałszywych drogowskazów i często
starają się trzymać tego, co już znają.)
W „chaotycznej
bibliotece" pojawia się coraz więcej katalogów. Inteligentne archiwa
pozwalają na zupełnie nieprawdopodobny dostęp do materiałów źródłowych.
Problemem są jednak śmieci. Szukający musi odwoływać się do autorytetów
(bibliotekarzy) bo inaczej zginie. W Terra
Internetica na każdym kroku potrzebujemy lokalnych przewodników, bo wokół
pełno dzikusów z zatrutymi strzałami.
Powoli uczymy się rozróżniania
spokojnych osadników i oszustów próbujących żerować na naszej naiwności,
rynek towarów od rynku jeleni (na którym ja jestem jeleniem), rynek pracy od
giełdy cwaniaków. Oczywiście najbardziej narażeni są ci, którzy wchodzą
na nowy teren z desperacji — bezrobotni, źle wykształceni, szukający nadziei.
Terra Internetica kusi obietnicą
wszystkiego. Jest również coraz więcej w miarę solidnych punktów
orientacyjnych. Nowa informatyczna cywilizacja zaczyna być codziennością.
Globalizacja i cywilizacja informatyczna to zrośnięte ze sobą pojęcia. Wyłania się tu
jeszcze jedno interesujące zjawisko — tendencji do internetowej
hegemonii języka angielskiego. W świecie bez granic kulturowe zwycięstwo
angielskiego wydaje się być nieuniknione, jest już faktem w sferze prac
wykonywanych na odległość (outsourcing),
ale również w samej komunikacji między ludźmi i w sferze „inteligentnych
archiwów". Terra Internetica wydaje
się być światem, w którym dominuje i prawdopodobnie w przyszłości dominować
będzie w jeszcze większym stopniu język angielski. Niezależnie od tego, czy
nam się to podoba czy nie, lepiej jest się do tego przygotować.
« Społeczeństwo informacyjne (Publikacja: 07-03-2005 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 3983 |
 |