|
|
 |
Społeczeństwo » Społeczeństwo informacyjne
Co może obywatel (przez Internet)? Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Właściwie problem zaczyna się
od innego pytania — gdzie mogę się
dowiedzieć co w polskich urzędach
mogę załatwić? Chwilowo wygląda na to, że nigdzie. W grudniu ubiegłego
roku "Rzeczpospolita" poinformowała o wynikach badań pod tytułem „Władza
on-line". Inicjatywę tych badań podjął Internet Obywatelski i eGov.pl.
Zbadano 366 urzędów administracji centralnej i samorządowej, z których połowa
odpowiada na maile.
Jako obywatel nie tyle jestem
zainteresowany pytaniem, kto raczy odpowiadać na maile (chociaż z pewnością
cieszy, że ktoś raczy), ile raczej, co mogę załatwić nie wychodząc z domu,
czyli na ile rzeczowe są owe odpowiedzi. Powiedzmy sobie szczerze, że mało
mnie interesuje elektroniczna odpowiedź w stylu „Przyjdź pan, pogadamy".
Od pewnego czasu poszukując
informacji o jakimś urzędzie trafiamy na biało-czerwone logo składające się z liter BIP oraz polskiej flagi. Chodzi oczywiście o Biuletyn
Informacji Publicznej, czyli „urzędowy
publikator teleinformatyczny, składający się z ujednoliconego systemu stron w sieci informatycznej". (Kiedy czytam takie teksty głośno mój pies strasznie
się otrząsa, czy ktoś wie dlaczego?)
Zgodnie z znalezioną w Internecie (oczywiście urzędową)
informacją:
"Portal BIP ma za zadanie:
§ służyć Obywatelom Polski — zapewnić
im łatwy dostęp do ważnych informacji publicznych
§ udostępnić podmiotom zobowiązanym
do tworzenia własnych stron BIP — zbiór informacji, dotyczących Biuletynu
Informacji Publicznej oraz sugerowanych rozwiązań praktycznego podejścia do
realizacji Ustawy o dostępie do informacji publicznej z dnia 6 września 2001r.
(Dz. U. Nr 112, poz. 1198)."
Czy ktoś z państwa zastanawiał
się nad pytaniem jak nauczyć portal, żeby służył? BIP służy, ale chyba
chwiejnie. Może dlatego mam wrażenie, że chyba chwiejnie służy, bo nadal
jestem obywatelem szwedzkim, czyli kraju, który osiągnął pewne mistrzostwo w używaniu ludzkiego języka w sprawach urzędowych.
Jak tylko czytam cokolwiek spłodzonego
przez urzędnika w moim rodzimym kraju (a nie daj boże jeszcze w byłym zaborze
rosyjskim), to mam wrażenie, że celem takiego „kreatora informacji" jest
przekonanie mnie jaki on/ona jest ważny i mądry, jak
mało go/ją obchodzi, czego ja mógłbym chcieć, oraz jak bardzo mu/jej
zależy na tym, żebym się dowiedział jak on/ona bardzo szanuje swojego szefa.
Kiedy wchodzę do sklepu,
uprzejma ekspedientka pyta mnie, w czym może mi pomóc, czyli chce się
dowiedzieć, co też może mnie interesować. Kiedy wchodzę do najlepszego
serwisu BIP mam wrażenie, że mnie szarpią za rękawy i pytają, no i jak ci
się podobam?
eGov.pl publikuje wywiad w Wojciechem Pelcem, specjalistą zatrudnionym w Urzędzie Miejskim w Poznaniu. Z wywiadu (przeprowadzonego jeszcze w kwietniu 2004) dowiadujemy się, że BIP może
stać się skutecznym i wiarogodnym narzędziem informacyjnym administracji,
że stanie się tak, jeśli instytucje publiczne podejdą poważnie
do tego ustawowego zadnia, a jest to konieczne, ponieważ BIP powinien być narzędziem ściśle związanym z informatyzacją.
Wojciech
Pelc wyraża przekonanie, że zarządzanie
treścią BIP powinno być rozproszone, zaś przy wdrażaniu BIP należy pamiętać,
że ważne jest uznanie
informacji publicznej za jeden ze strategicznych fundamentów rozwoju instytucji
publicznej, ponadto należy nawiązać kontakt z kluczowymi dostawcami
informacji oraz zachęcać obywateli do korzystania z tej (elektronicznej) formy
kontaktu.
Domyślam się, że tego
rodzaju mądrości formułuje się i powiela najlepiej za „granty" z Unii
Europejskiej, bo z własnej i nieprzymuszonej woli (mam nadzieję) nikt by
takiego sadomasochizmu nie uprawiał.
Wypowiedź
jest zgodna z duchem "Strategii Informatyzacji Rzeczypospolitej
Polskiej", dokumentu przyjętego w styczniu 2004
przez Radę Ministrów i
"precyzującego działania, jakie w naszym kraju mają zostać zrealizowane w najbliższych latach. Jednym z priorytetowych celów dla Polski będzie rozwój
usług publicznych realizowanych drogą elektroniczną (e-government)".
W najnowszym numerze „Computerworld"
(14 marca 2005) dwaj autorzy Sławomir Kosieliński i Andrzej Gontarz piszą:
"Już dawno trzeba było usunąć
pojęcie 'informatyzacja' ze słownika języka polskiego. Informatyzacja do
kosza. Wiele osób woli stosować uproszczone pojęcie 'informatyzacja', niż
zastanawiać się, co rzeczywiście jest potrzebne obywatelowi.
Poza tym dobrze oddaje pragnienia firm IT, aby wszędzie wstawić swoje
urządzenia i systemy, bez zadawania sobie pytania, w jakim stopniu ułatwi to
życie nam, obywatelom. Jest to też na rękę urzędnikom, którzy unikają
odpowiedzi na pytanie, czemu ma służyć system informatyczny i w coraz większym
stopniu uzależniają się od firm IT."
Autorzy artykułu próbują
przekonać swoich czytelników, że Internet to tylko narzędzie służące
temu, żeby usprawnić dotychczasowe działania, że nie ma niczego takiego jak
e-gmina. Gmina jest albo dobra, albo zła. Internet może być wykorzystany do
tego, żeby ułatwić życie klientowi.
„Innymi słowy, administracja
ma po prostu należycie spełniać przypisaną jej przez społeczeństwo rolę.
Jej celem nie jest uszczęśliwianie ludzi na siłę, tylko rzetelne wywiązywanie
się ze swoich zadań, zobowiązań i kompetencji".
Nie łudźmy się, że gmina, w której notorycznie lekceważy się klienta, dzięki Internetowi zacznie być
wzorem administracyjnej sprawności. Autorzy piszą, że Internet
powinien wspierać podstawowe potrzeby a nie informować o sukcesach, ma oszczędzać
klientowi czas, zlikwidować kolejki, ułatwić komunikację, czyli pozwolić na
lepsze wykonanie tego, co robimy już dziś. Stosunek do petenta nie zmieni
się z chwilą otworzenia strony internetowej danego urzędu, sprawna
administracja wymaga najpierw urzędników z kompetencjami (np. znających i rozumiejących przepisy prawne), urzędników, dla których zadowolenie petenta
jest jakimś priorytetem, urzędników,
dla których wprowadzenie nowego narzędzia jest okazją do tego, by petent mógł w krótszym czasie uzyskać informację, złożyć wniosek, żeby krócej
oczekiwał na decyzję.
Otwierając urzędowe strony
internetowe petent musi spotkać się z przyjaznym pytaniem: „w czym możemy
pomóc". Może takie strony gdzieś już są, ja ich jednak w Polsce
dotychczas nie spotkałem. No cóż, jak mnie uczyła
moja matka, najgorsze pierwsze trzydzieści lat, potem jakoś leci. W Roku Pańskim
1976 byłem samochodem w górach, w północnej Szwecji. Coś mi silnik zaczął
stukać, więc zajechałem do warsztatu. Stary mechanik otworzył maskę, posłuchał,
poszukał na półce jakiejś śrubki, wymienił w silniku drobiazg za dziesięć
koron i… przez kolejne 45 minut wypisywał na nowym komputerze rachunek za usługę.
Niechaj żywi nie tracą nadziei.
« Społeczeństwo informacyjne (Publikacja: 15-03-2005 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 4009 |
 |