|
|
 |
Społeczeństwo » Młodzież, szkoła, studia
Egzamin niedojrzałości Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Jak krzyczy gazetowy tytuł: co
piąty maturzysta oblał; jak informuje nas aktualny wiceminister edukacji,
wyniki tegorocznych matur zaniżyło 100 tysięcy uczniów techników i liceów
uzupełniających. „Dla tych co nie zdali, to stracony czas" stwierdza Irena
Dzierzgowska, która była wiceministrem edukacji w czasach, gdy tworzono reformę
oświaty i należała do ścisłego grona architektów tej reformy. Oczywiście zawsze można
powiedzieć, to nie ja, to kolega, bo przecież Unia Wolności, z której
pochodzi Irena Dzierzgowska, była tylko przez rok koalicjantem AWS, potem były
rządy SLD, każdy coś przy tej reformie majstrował, więc architekci
reformy-potworka nie muszą sobie zadawać pytań, czy aby czymś nie
zgrzeszyli. W technikach matury nie zdał co
trzeci uczeń, w liceach uzupełniających, w których uczy się młodzież po
zawodówkach, zdarzały się sytuacje, że na cały rocznik zdało zaledwie
kilku uczniów. Na pytanie co się stało
odpowiedź jest tylko jedna — reformatorzy nie mieli zielonego pojęcia co
robią i jak wyglądają uczniowie, którym reformują szkoły. Kiedy przygotowywano reformę oświaty
zarówno Irena Dzierzgowska, jak i cała grupa polityków z Unii Wolności
walczyła o likwidację szkół zawodowych, radośnie likwidowała małe szkoły
wiejskie, w bezmyślnym zadowoleniu nie zauważała nawet jak w błyskawicznym
tempie topnieje liczba miejsc w przedszkolach, nie zamierzała dyskutować o wprowadzeniu obowiązkowych zerówek i o podniesieniu prestiżu nauczania
podstawowego. Centralnym punktem programu było wprowadzenie gimnazjów i nowa
matura. Później na Krystynę Łybacką,
ministra edukacji w rządzie SLD, ciskano gromy, że zwleka z wprowadzeniem
nowej matury, wykręcając się, że uczniowie sobie z tym nieszczęściem nie
poradzą. Dziś Irena Dzierzgowska komentuje zderzenie stutysięcznej rzeszy
uczniów z rzeczywistością tak, jakby nigdy nie miała nic wspólnego z przygotowaniem tej pułapki. W „Gazecie Wyborczej" Piotr
Pacewicz przyznaje, że tak drastyczne pogorszenie statystyk spowodowane jest
tym, że w tym roku nowa matura objęła również uczniów techników i liceów
uzupełniających. I tu osobliwe kuriozum: wyszło tak fatalnie, bo — jak
pisze Pacewicz — w myśl reformy technika miały być zlikwidowane, a ocalały
siłą inercji (czytaj — kreciej roboty innych). Niemal wszyscy autorzy
komentarzy wyników tegorocznych matur są zgodni, że do nowej matury
przygotowują wyłącznie licea ogólnokształcące. (Nie dodają już, że
reformatorzy prawdopodobnie w życiu nie widzieli żadnego ucznia innego niż z dobrego warszawskiego liceum). Stutysięcznej rzeszy uczniów, którzy poszli do
szkół zawodowych ponieważ zgubiono ich w procesie nauczania gdzieś w połowie
szkoły podstawowej, zafundowano uczciwą konkurencję z najlepszymi. Założenia reformatorów były
od początku chore. Nie po raz pierwszy zakładano, że musimy się podciągnąć
do zachodnich roczników statystycznych. Jeśli w niektórych krajach zachodnich prawie sto procent młodzieży dociera do
matury (a zauważmy, że są to matury zróżnicowane), to my nie możemy być
gorsi. Jeśli znaczna część młodzieży w szkołach zawodowych to „wtórni"
analfabeci, którzy z trudem składają litery i nigdy w życiu nie przeczytali
książki, to znaczy, że należy zmienić nazwy tych szkół i mieć nadzieję,
że teraz wszystko będzie dobrze. „Gazeta Wyborcza" i „Rzeczpospolita"
systematycznie odmawiały publikowania jakichkolwiek krytyk reformy oświaty
oraz informacji, że dochodzenie do wspaniałych zachodnich statystyk nauczania
wymaga czasu i strategii. Kiedy likwidowano ostatnie małe
szkoły wiejskie, w ostatnich dniach uświadomiono sobie, że może nie jest to
najlepszy pomysł. Kiedy likwidowano szkoły zawodowe i technika, reformatorzy
cieszyli się, że nareszcie te szkoły nie będą produkowały wtórnych
analfabetów. Dopiero po kilku latach uświadomiono sobie, że analfabeci
zostali, ale zaczęło brakować fachowców, których dostarczały te szkoły.
(Te szkoły zawodowe są fatalne z dwóch lub trzech powodów — po pierwsze,
dociera do nich młodzież, którą szkoła przestała się interesować w czwartej lub piątej klasie, po drugie nauczyciele w tych szkołach mają najniższy
możliwy prestiż, po trzecie dotychczas była to w dużym stopniu przechowalnia
dla młodzieży zaniedbanej i nikomu nie zależało na tym, żeby te szkoły
kształciły naprawdę fachowców.) Poprzedni rząd jakimś cudem
zrozumiał, że z analfabetyzmem walczy się w pierwszych latach nauczania.
Minister Giertych już zrezygnował z tego pomysłu, żeby dzieci nie traciły
radosnego dzieciństwa. Piotr Pacewicz powtarza mantrę
naszych reformatorów oświaty. Pyta co robić i odpowiada: „zwiększyć
proporcje uczniów w ogólniakach". Kto jak kto, ale Piotr Pacewicz, który o szkolnictwie ma pojęcie, powinien wiedzieć, że zadanie zwiększenia liczby
uczniów w szkołach ogólnokształcących musi być rozłożone na dziesięć
lat, że stoimy tu przed zadaniem wyrównania szans dzieci z domów, w których
często nie ma książki, ani żadnej stymulacji intelektualnej, że obok
problemu stymulacji i motywacji istnieje gigantyczny problem ekonomiczny i że
nawet te dzieci, które nie są społecznie zaniedbane i które dałyby radę w liceum ogólnokształcącym, często ze względów ekonomicznych trafiają do
szkół zawodowych, gdzie ich potencjał jest zadeptywany przez otoczenie.
Program zwiększania liczby uczniów w szkołach ogólnokształcących to nie
kolejna pielgrzymka do Częstochowy, tu nie wystarczą pobożne życzenia, ani
obniżenie progu wymagań. Trzeba również powiedzieć
jasno i wyraźnie, część młodzieży nie ma szans na dotarcie do matury.
Trudno odpowiedzieć na pytanie, kiedy o tym decyduje słabe wyposażenie
biologiczne, a kiedy tylko zaniedbanie społeczne w pierwszych latach życia. W kolejnym pokoleniu, kiedy będzie więcej uczniów lepiej wykształconych rodziców,
ten margines będzie nieco mniejszy. Jeśli dzieci będą trafiały częściej
do przedszkoli, jeśli będzie obowiązkowa zerówka, jeśli podniesie się
prestiż nauczycieli nauczania początkowego, potencjał intelektualny młodego
pokolenia będzie rzadziej wdeptywany w błoto.
Tak czy inaczej zadanie zwiększenia liczby dzieci trafiających do szkół
ogólnokształcących wymaga logistyki, a nie magicznych zaklęć. Najwyższa pora skończyć z pogardliwym stosunkiem do szkół zawodowych i techników. Być może pora
przywrócić instytucję małej matury dla techników (z możliwością zdawania
pełnej matury w trybie eksternistycznym) oraz poprawić zasady działania liceów
uzupełniających uwzględniając realne szanse absolwentów szkół zawodowych. Czytając komentarze do tej
sprawy zastanawia się człowiek, czy mieliśmy do czynienia tylko ze zbrodniczą
bezmyślnością, czy z głupotą i ideologicznym zaślepieniem. Dla tysięcy młodych
ludzi tegoroczna matura to życiowa katastrofa. Dla naszych reformaturszczyków
to kolejny zaliczony egzamin niedojrzałości. Czy jest jakieś wyjście z tej
ponurej sytuacji?
« Młodzież, szkoła, studia (Publikacja: 15-07-2006 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 4918 |
 |