|
|
 |
Nauka » Pseudonauka, paranauka
Cudotwórcy Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
W czwartek 30 listopada w dzienniku TV1 nadano materiał o człowieku, który produkował cudowne lekarstwo na raka. Kilku jego pacjentów
zmarło, zapewne nie tyle z powodu zatrucia podawanym „lekiem", ile z powodu
braku opieki medycznej. Autorzy programu pokazali obskurne pomieszczenie, w którym
cudotwórca pichcił swój cudowny środek w butlach na wino. Z wywiadów z kilkoma lekarzami widzowie mogli się dowiedzieć, że są to dość masowe
praktyki, a każdy tego rodzaju przypadek kierowany do prokuratury kończy się
orzeczeniem prokuratury (rzadziej sądu) o umorzeniu sprawy z powodu znikomej
szkodliwości społecznej. Powoli uspakaja się gigantyczna
afera wokół corhydronu. Do dziś nie wiemy jak doszło do błędnego opisania
zawartości jednej serii ampułek. Produkcja leków w Jelfie i w innych przedsiębiorstwach
farmaceutycznych ma nadzwyczaj obostrzone rygory kontroli i tego rodzaju
przypadki nie powinny się zdarzać. Na całe szczęście zdarzają się bardzo
rzadko, a kiedy czasem się zdarzają, wywołują bardzo silną reakcję i ponowny przegląd wszystkich procedur, aby podobny przypadek nie mógł się
powtórzyć. Fatalna pomyłka w Jelfie spowodowała wstrzymanie produkcji,
wycofanie leku z aptek, wielką akcję policji, która dotarła do ponad 20 tysięcy
osób, którym wypisano corhydron.
Kiedy wbiłem słowo „corhydron" w wyszukiwarce portalu „Gazety Wyborczej" wyskoczyło 47 pozycji. Zdziwiony,
że „Gazeta Wyborcza" nie podchwyciła sprawy uzdrowiciela wbiłem hasło
„leczył raka" i okazało się, że owszem, gazeta pisała o tej sprawie jeszcze
przed telewizją. Już 30 listopada rano czytelnik mógł się o uzdrowicielu z warszawskiej Pragi dowiedzieć w warszawskim wydaniu „GW" (i zapewne tylko w warszawskim, bo w toruńskim, które kupuję, tego nie było). Mająca 16
wierszy notka zatytułowana była: "Aresztowano budowlańca, który leczył
nowotwory". W innych gazetach niczego o tej sprawie nie znalazłem. Poszukując
informacji o aresztowanym uzdrowicielu udało mi się przez „Gazetę Wyborczą"
dowiedzieć, że można już w Polsce nabyć „produkty Tian Xian" ziołowy
środek na raka, który „skupia się na ogólnej, istotnej poprawie systemu
odpornościowego osoby dotkniętej chorobą nowotworową." Jak gwarantują nam
jego producenci, środek „umożliwia odnowę i regenerację uszkodzonych
nowotworem komórek" (już samo to sformułowanie wykazuje rozmiary
szarlatanerii: najprostsza definicja komórki nowotworowej mówi, że jest to
komórka, która odmawia popełnienia samobójstwa w przewidzianym dla niej
czasie i zamiast tego szaleńczo się dzieli; „odnowa i regeneracja" takich
uszkodzonych komórek oznaczałaby jeszcze gwałtowniejszy wzrost nowotworu). Produktów
Tian Xan nie produkują budowlańcy, tylko ludzie używający tytułów, więc
„Gazeta" nie ma zastrzeżeń.
Czy znikome zainteresowanie mediów
uzdrowicielami przekłada się na silne odczucie sądów o znikomej szkodliwości
społecznej tego rodzaju praktyk? Zapewne tak, chociaż te zależności nie
zawsze są jednoznaczne. Bez wątpienia media reagują znacznie silniej na
publikacje rasistowskie, których druk i sprzedaż jest również
nieodmiennie kwalifikowana przez sądy i prokuraturę jako czyny o znikomej
szkodliwości społecznej. Propagująca nienawiść literatura nie zabija, a zaledwie przygotowuje do zabijania, więc prawnicy mają pewien kłopot i chętnie
uznają, że czyn taki ma znikomą szkodliwość społeczną.
Działalność uzdrowicieli
zabija, chociaż zawsze można powiedzieć, że człowiek ma wolną wolę i jeśli
woli bioterapeutę, kręgarza, osteopatę czy homeopatę od onkologa, to Polska
nie jest państwem totalitarnym, żeby mu tego zabraniać.
Jakie są rozmiary zbrodni popełnianych
przez uzdrowicieli? Ile ludzi umiera rocznie z powodu ich działalności? A kogo
to interesuje? Ta sprawa nie interesuje prasy, nie interesuje prokuratury, nie
interesuje policji i prawdę powiedziawszy nie interesuje opinii publicznej.
Lekarze, w szczególności onkolodzy, opowiadają o niezliczonych przypadkach
pacjentów, którzy docierają do nich w ostatnim stadium choroby, kiedy nic już
nie można zrobić. Pomijając wszystko inne, warto być może zastanowić się
nad pytaniem jakim obciążeniem dla budżetu służby zdrowia jest leczenie
tych pacjentów.
O ile trudno byłoby ustalić
liczbę zgonów spowodowanych przez praktyki uzdrowicieli, to wcale nie trudno
ustalić jak wielka jest armia cudotwórców. Na początek wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasło uzdrowiciel i natychmiast uzyskamy dostęp do dziesiątków
stron z ich ofertami.
Cudotwórcy nie grzeszą skromnością.
„Uzdrowienia duchowe i egzorcyzmy to moja specjalizacja" pisze pan K.J.,
obiecując skuteczne rozprawienie się z dowolną chorobą. „Jerzy
Gronek pomaga w leczeniu wszystkich chorób, przekazując zdrowotną energię.
Jeśli współczesna medycyna jest bezradna w leczeniu Twojej choroby, lub po
prostu chcesz się pozbyć raz na zawsze denerwującego schorzenia — trafiłeś
idealnie!" Mieszkańcy Słupska i reszty świata mogą skorzystać z niepowtarzalnej okazji jaką oferuje tamtejszy uzdrowiciel: „Uzdrawianie duchowe polega na leczeniu wszystkich chorób za pomocą
mocy wykraczających poza granice leczenia konwencjonalnego. (...) Jest w nas
energia życia, o której często zapominamy. Mamy prawo do samouzdrowienia, z którego możemy skorzystać. Wiara nas uzdrawia. (...) UZDROWICIEL jest
'KLUCZEM' do otwierania organizmu ludzkiego, otwiera bloki, nadaje właściwy
kierunek wirom w biopolu wokół ciała ludzkiego, pozwala choremu organizmowi
powrócić do normalnego funkcjonowania. (...) Prześlę natychmiast diagnozę
po otrzymaniu fotografii osoby chorej."
Czy ktokolwiek daje się nabrać
na tak prymitywne naciąganie? Owszem, tysiące ludzi, w tym osoby z całkiem
porządnym wykształceniem. Jednak wielu cudotwórców podbudowuje swoje oferty
„naukową" frazeologią. Niezliczone reklamy pod hasłem „medycyny
alternatywnej" powołują się na badania, teorie naukowe lub naukowe tytuły
twórców takich lub innych cudownych preparatów. Reklamę wspomnianych wcześniej
produktów Tian Xian otwiera radosna zapowiedź, że prof. Wang jest już w Polsce. Dobrym chwytem reklamowym cudotwórcy jest zagraniczny dyplom lub
rejestracja firmy w Szwajcarii. Szanujący się uzdrowiciel chętnie zamieszcza
swoje reklamy w szanującej się gazecie lub periodyku. Ostatecznie reklama w „Gazecie Wyborczej", „Polityce" czy w „Rzeczpospolitej" przydaje
blichtru każdej miksturze.
Sięganie do języka nauki jest
dość zróżnicowane, od prostych zaklęć w stylu: „Dziesiątki badań
naukowych potwierdziło tezę, że to nie drobnoustroje, ale sposób w jaki żyjemy
osłabia nasz system immunologiczny i sprawia, że zaczyna on szwankować", aż
po odwołanie się do teorii kwantów. Dobrym chwytem jest uzyskanie patentu.
Cudotwórca przedstawiający się jako "uzdrowiciel, radiesteta, psychotronik i egzorcysta oferuje w internecie cztery opatentowane urządzenia do odnowy
zdrowia. Dwa rodzaje odpromienników i dwa rodzaje napromienników.
Przedstawiciele nauki reagują rzadko i zazwyczaj niezwykle
ostrożnie, żeby nie urazić głębokiej wiary cudotwórców. Środki masowego
przekazu i to nawet te najbardziej szacowne, niechętnie publikują ataki na
medycynę alternatywną, zapewne po części dlatego, że znaczna część
dziennikarzy to klienci szarlatanów, głęboko przekonani, że warto mieć
„umysł otwarty", a po części dlatego, że reklamy środków i usług z tej dziedziny to źródło ogromnych zysków.
„Zachodzi podstawowa niezgodność pomiędzy prawami
nowoczesnej fizyki a tłumaczeniami działania i skuteczności takich metod, jak
bioenergoterapia (touch therapy, psychic healing) i homeopatia — pisze amerykański
fizyk Robert L. Park — U osób nie nadążających za osiągnięciami
nowoczesnej nauki wielkie uznanie znajdują alternatywne terapie
medyczne oparte przeważnie na starożytnych metodach leczniczych i na przesądach.
Paradoksem jest jednak to, że tęsknotę za prostotą i zrozumiałością wiąże
się z respektem dla osiągnięć nowoczesnej nauki (Toumey, 1996). Ludzie ci
pragną, aby tzw. medycyna naturalna
została potwierdzona przez naukę. Z tego powodu propagatorzy medycyny
alternatywnej są nadzwyczaj skorzy do używania słownictwa i symboli
nowoczesnej wiedzy. Nie będzie zaskoczeniem fakt, że proponowane mechanizmy,
mające tłumaczyć rzekomą skuteczność
takich metod medycyny alternatywnej, jak bioenergoterapia i homeopatia, są w poważnej sprzeczności ze współczesną fizyką."
Uczonych
gotowych podjąć walkę z wiatrakami można policzyć na palcach. Nawet wśród
podzielających ich poglądy kolegów, angażowanie się w walkę z cudotwórcami
traktowane jest jako rodzaj manii prześladowczej. Dziennikarzy, którym chce się
walczyć z niechętnym stosunkiem przełożonych do tego rodzaju materiałów,
zniechęca często reakcja widzów czy czytelników. Dziennikarka telewizyjna,
która przygotowała program o kobiecie, która po długim leczeniu przez
znachora umierała na raka piersi, otrzymała kilkadziesiąt listów od widzów z pytaniem o adres znachora. Znacznie więcej dziennikarskiej satysfakcji
dostarcza zaangażowanie się w piętnowanie każdego przypadku błędu w sztuce
popełnionego przez lekarza, czy w amatorskie rozważania o słuszności lub
niesłuszności takich czy innych badań naukowych.
Produkty
medycyny alternatywnej nie tylko sprzedawane są w normalnych aptekach, ale
farmaceuci nachalnie je zalecają. Leczenie u cudotwórców nie kosztuje tanio, a klienci gotowi są sprzedać ostatnią koszulę, żeby tylko zdobyć cudowny
lek lub poddać się cudownemu dotykowi cudownej ręki. Rzecz interesująca, bo w dyskusji o finansowaniu opieki zdrowotnej nikt nie pyta dlaczego ludzie gotowi
są płacić za każde oszustwo, ale najmniejsza wzmianka o odpłatności za
prawdziwe leczenie wywołuje burzę gniewu. Tymczasem państwowa służba
zdrowia nie tylko ponosić musi znacznie zwiększone koszty leczenia (często już
beznadziejnego) chorób zapapranych przez znachorów, ale nieustannie walczyć
musi z nieufnością ze strony opinii publicznej, o której podtrzymanie
dzielnie walczą środki masowego przekazu.
Tajemnicze misterium leków, których dopuszczenie
do produkcji nie wymaga wieloletnich badań, których produkcja nie wymaga drakońskich
procedur kontrolnych, których „moc" oparta jest na głębokiej wierze,
doskonałych technikach marketingowych i głębokiej ignorancji na temat związków
przyczynowych, ma również swoje źródła w podejrzliwości wobec nauki i filozofii oświecenia. Pogarda dla rozumu jest stara jak świat, ale dziś, w czasach nieprawdopodobnej zależności od nauki, nieprawdopodobnej zależności
od ekspertów, ciemnota domaga się równych praw. Jak to uczenie wykładał na
łamach „Gazety Wyborczej" dominikanin ojciec Maciej Zięba (radośnie cytując
Erica Voegelina): „Ciemności oświeconego rozumu spowiły przed dwoma wiekami
Europę" i pora to oświecenie zatrzymać. Dziś ten oświecony kapłan broni
mistycznej ciemnoty przy pomocy nauki, gdzie trzeba odwołuje się do genetyki,
potępia liberalny fundamentalizm w sprawie aborcji, nie wspominając słowem o istnieniu środków antykoncepcyjnych, ani nawet o ciążach zagrażających życiu
matki lub będących skutkiem gwałtu. Podpiera się badaniami prenatalnymi i nie wspomina o ich potępieniu przez jego Kościół. Pisze z rozrzewnieniem o kościelnej „trosce o życie", nie pisząc o tym, jak często trzeba cudu,
żeby się przed wiarą w cuda uchronić i jak często ta wiara w cuda okazuje
się zupełnie niepotrzebną i niczym (prócz głupoty) niezawinioną karą śmierci.
« Pseudonauka, paranauka (Publikacja: 09-12-2006 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 5147 |
 |