Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
135.219.142 wizyty
Ponad 1050 autorów napisało dla nas 7202 tekstów. Zajęłyby one 28343 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Rok 2016
rok jak co rok
był dobry dla mnie
był dobry dla kraju
był dobry dla świata
był zły dla mnie
był zły dla kraju
był zły dla świata
  

Oddano 3018 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Podejrzewam, że ta deklarowana katolickość to konformizm, bardzo głęboko zakorzeniony w naszej mentalności. Jesteśmy konformistami. Nie wiadomo, jak jest, więc lepiej wierzyć, że jest, jak mówią. To niechęć do zdefiniowania tego, w co się wierzy, do zajęcia stanowiska, przyjęcia zdecydowanego poglądu.
 Czytelnia i książki » Recenzje i krytyki

Dlaczego trzeba bać się Michela Onfraya? [1]
Autor tekstu:

Rozważania po lekturze „Traktatu ateologicznego"

Rzadko trafić można na książkę, której przedmowa jest jej częścią najlepszą — być może z  chwalebnym wyjątkiem niektórych dzieł Stanisława Lema, złożonych z samych przedmów do książek istniejących tylko hipotetycznie. Kto chce zetknąć się z taką sytuacją, tego namawiam do lektury świeżo wydanego „Traktatu ateologicznego" Michela Onfraya, dzieła głośnego i kontrowersyjnego. Według przedmówcy, Mateusza Kwaterko, to książka dla każdego: dla ateusza (by pielęgnować niewiarę), dla dewota (by się gorszył), dla teologa (by szydził), dla kleru (by wyklinał), wreszcie dla nastolatków, ekumenistów, fanatyków i wielu innych kategorii czytelników w celach rozmaitych. To wszystko prawda i do tego bardzo zgrabnie podana przez przedmówcę. Należałoby jeszcze tylko dodać, że to także książka do frustracji dla miłośników i wyrobników nauk ścisłych i przyrodniczych. Ich  umysły bowiem, przyzwyczajone do dyscypliny pojęciowej i analitycznej argumentacji łatwo dostrzegą mętlik umysłowy i chaos w przelewaniu myśli na papier u gardzącego twardą "science" Autora.

            Książkę, której lekturze postanowiłem niedawno poświęcić dwa dni a dwa następne na napisanie tej oto napastliwej recenzji pozwolę sobie porównać, posługując się dość śmiałą przerzutnią, do kobiety-wampa czyli, jak mówią femme-fatale. Tak jak ona fascynuje i nie pozwala się od siebie oderwać a równocześnie swą ofiarę (w tym przypadku czytelnika) odrzuca, irytuje a wreszcie doprowadza do furii. Jeśli chodzi o to pierwsze, to „Traktat…" fascynuje odwagą i radykalizmem, przy czym krytyka monoteizmów w wykonaniu Autora jest tyleż bezkompromisowa, co oparta na faktach i, w niektórych przypadkach, wręcz błyskotliwa. Jako czytelnik w pełni podzielający większość jego poglądów na religię, nie mogę oprzeć się podziwowi dla zręczności i aktualności niektórych zdań, np. tego fragmentu:

„.. Zrównując wszystkie religie i ich krytykę, (...) firmujemy w istocie relatywizm: dekretujemy równość myślenia magicznego i myśli racjonalnej, bajki i mitu oraz rzeczowej argumentacji…".  Albo: „Nadzieja na życie w zaświatach, wiara w nieziemskie rozkosze utrwalają rozpacz tu i teraz".

Rozliczne wątki dzieła, jak choćby historia początków chrześcijaństwa a właściwie „paulizmu" i jego losy we wczesnym średniowieczu oraz w czasach współcześniejszych przedstawione są tu skrótowo, ale żywo i sugestywnie, choć właściwie nie są niczym odkrywczym dla czytelnika chociażby Karlheinza Deschnera. Poza tym ostatnim nie znam w polskojęzycznej literaturze tak sugestywnego i uczciwego jak w „Traktacie…" przedstawienia spustoszeń w europejskiej, śródziemnomorskiej, pogańskiej kulturze greckiej ze strony rozzuchwalonych chrześcijan. Na szczególne uznanie zasługuje rozdział o tzw. islamskiej rewolucji w Iranie — wcale nie jest nadużyciem nazywanie formy sprawowania władzy w większości państw islamskich faszyzmem, analogie z faszyzmem europejskim są naprawdę przekonujące. Jeśli chodzi o współczesne europejskie podwórko Autor szczególnie nie oszczędza „religijnych ateistów", uzasadniających istnienie religii w życiu swoim i innych mimo braku wiary w sposób pokrętny i z pogardliwą dla bliźnich hipokryzją. Gdyby cały „Traktat…" tak wyglądał, to byłaby to z pewnością pozycja mądra, cenna i pożyteczna. Tak niewiele jest przecież w księgarniach współczesnych książek przedstawiających deklarowany ateizm jako ideę żywą i atrakcyjną.

Dlaczego więc ta książka odrzuca i frustruje? Dlaczego Michela Onfraya bać się powinien każdy myślący, zarówno ateista jak i deista czy teista a także ten maluczki, co w ogóle nie rozumie tych pojęć i w ogóle nie czyta książek? Dlaczego piszący te słowa boi się wizji Michela Onfraya? Dlaczego uważa, że niektóre tezy jego traktatu są prostackie, błędne i szkodliwe? O, przyczyn jest wiele i należy przedstawić je systematycznie.

Przede wszystkim, Autor traktatu to filozof-humanista, który nie zna i boi się nowoczesnych nauk ścisłych a w każdym razie sprawia takie wrażenie. Może to dla niego część skażonego religijnością, obowiązującego dotychczas „naukowego paradygmatu", co by to nie znaczyło? Być może są dla niego za trudne a może nimi gardzi, w każdym razie nazwisk Darwina, Wilsona, Pinkera czy Dawkinsa ani ich argumentacji w książce traktującej, jakby nie było, o racjonalnym podejściu do wierzeń religijnych nie znajdziemy zbyt wiele, a jeśli (jak Darwina) to tylko, aby pokazać przykładową historyczną niechęć Kościoła do nauki lub (jak Dawkinsa), aby pokazać, że zna się takie słynne nazwisko. Zwłaszcza takie modne nowinki jak: ewolucjonizm, psychologia i psychiatria ewolucyjna, antropologia ewolucyjna, socjobiologia, neurobiologia, najważniejsze współczesne oręża w walce z fundamentalizmem religijnym o racjonalną wizję świata, to byty u Michela Onfraya nieistniejące. Stąd biorą się liczne u niego komunały, uproszczenia, archaizmy i zwykłe bzdury. W książce roi się za to od odwołań do Siegmunda Freuda, przedstawianego jako alfa i omega racjonalnego poznania ludzkiego umysłu. Z kart książki co i rusz straszą Foucaultowie, Deleuze’owie i inni złotouści dekonstruktorzy, mącący w krynicy ludzkiego poznania (kłaniają się Sokal i Brickmont, 2004). Poza ich mądrościami  jako argumenty we współczesnej dyskusji służą wyłącznie słowa ludzi niewątpliwie bardzo mądrych, ale żyjących w czasach, gdy współczesna nauka nie istniała a o budowie i działaniu wszechświata wykształcona część ludzkości miała nieporównanie mniejsze pojęcie. Autor chyba rzeczywiście wierzy, że do poznania rzeczywistości wystarcza żonglerka zestawem myśli sprzed wieków i nieostrych pojęć, traktowanych jako cytowana przez niego Foucaultowska „skrzynka z narzędziami" (str. 29). I dosmaczone to wszystko, kompletnie niestrawnymi dla współczesnego genetyka, fizyka czy informatyka Nietzscheizmami i psychoanalizą. Świat i jego problemy to nie literatura! Jeśli to mają być teoretyczne fundamenty postulowanego nowego, po-religijnego, racjonalnego społecznego świata to ja zębami i pazurami trzymać się będę tego obecnego, choćby i bardzo niedoskonałego. Czego i Państwu życzę.

Ktoś obeznany z podstawami metodologii nauk ścisłych wie, że związki korelacyjne nie muszą mieć nic wspólnego z zależnością przyczynowo-skutkową — M.O. jednak zdaje się uparcie twierdzić, że jeśli coś powstało w kulturze zdominowanej przez monoteizm to jest złe ex definitio, jako skażone monoteizmem. Koronny, wałkowany przez Autora przykład jest taki (np. s. 185) — w kulturze judeochrześcijańskiej wybuchały krwawe wojny pochłaniające miliony ofiar, w innych religiach najwyżej tysiące — a więc monoteizm jest bardziej zbrodniczy od innych religii. W chrześcijańskiej i islamskiej kulturze praktykowano niewolnictwo na skalę milionów ludzkich istnień — w innych kulturach w znacznie mniejszej skali — a więc monoteizm jest bardziej zbrodniczy. A to przecież klasyczny przykład korelacji między dwiema zmiennymi, wynikającej z ich związku przyczynowego z trzecią zmienną, nie rozważaną przez Autora — opisującą poziom rozwoju cywilizacyjnego i technicznego. Maorysi, Aztekowie, Persowie i Zulusi byli równie krwawi i wojowniczy jak Arabowie i Europejczycy, ale żyli w wielokrotnie mniejszym zagęszczeniu, nie wymyślili tak skutecznej broni ani nie stosowali przemysłu na wojnie (strzelb, zarazków i maszyn Jareda Diamonda). Taki czy inny, konkretny zbiór religijnych dogmatów, w każdym przypadku równie irracjonalnych, nie ma tu nic do rzeczy. Czasem w tekście widzimy zmianę rozumowania i mamy do czynienia z odwrotnym, choć równie błędnym postawieniem problemu (jak wiadomo, w rozważaniu zależności korelacyjnej nie wyróżniamy zmiennej zależnej ani niezależnej). Porównajmy bowiem treść podrozdziałów Pochwała niewolnictwa oraz Bóg, cesarz i spółka, w zasadzie opisujących zamierzchłą historię. Autor zdaje się podawać w wątpliwość sensowność np. przestrzegania prawa i płacenia podatków, przestrzegania skromności i powściągliwości, ponieważ są one pochwalane przez religie monoteistyczne, które, jak zostało wykazane, są złe i irracjonalne. W państwach monoteistycznych powstały silne armie — ciach! każda armia i każda wojna w państwie zdominowanym przez monoteizm są złe (Faszyzm lisa i faszyzm lwa) — od Konstantyna przez Hitlera po współczesne Stany Zjednoczone. Per analogiam — monoteizmy zwalczają wolność seksualną, prostytucję, homoseksualizm i narkotyki (np. opis ideologii islamu na str. 212) i w ogóle libertynizm — ergo, dla nas, racjonalistów źródłem natchnienia do obrony powinni być hedoniści, cynicy i piewcy rozkoszy (str. 218). Ciekawe, ale doprowadzając ten sposób rozumowania do absurdu, muzyka Jana Sebastiana Bacha stworzona w religijnym natchnieniu, dla Boga, albo twórczość mojego ulubionego Neala Morsa powstała pod wpływem objawienia i nawrócenia na ortodoksyjne, protestanckie chrześcijaństwo to rzeczy złe i podejrzane! Tak, Michel Onfray to właśnie ten człowiek, który chce stanąć w awangardzie i wzywać ludzi gromkim głosem do racjonalizmu!

Gdyby M.O. uważnie czytał choćby popularno-naukowe, współczesne książki (chociażby Jareda Diamonda i Davida Landesa) to nie napisałby kilku komicznych wręcz passusów (m.in. Forma i treść etyki, Czarne oko monoteizmu, Twór poronionego płodu) przedstawiających autorytarnie tezy, że: rodzina, chciwość, bogacenie się, wierność, monogamia, wojna ludobójcza, asceza, ksenofobia, nierówność ekonomiczna i nierówność ról społecznych płci to twory religii monoteistycznych i ich główna obsesja . Liczba pozycji literatury przedstawiających niezbicie, że jest inaczej jest ogromna! Te zjawiska to przecież wszystko wytwory naszego biologicznego dziedzictwa i wczesnoludzkiego sposobu życia i rozmnażania się w pierwotnych społeczeństwach. Wojna, przemoc i nierówność to rzecz ludzka a nie religijna. Jakoś umknęło uwagi Autora, że skromność, wierność małżeńska i powściągliwość seksualna to normy moralne w kulturach opartych na hinduizmie, buddyzmie i wśród Indian prerii a także w para-religijnym chińskim konfucjanizmie.

Autor z uporem pisze o monoteizmach i ich wpływie na cywilizację, lekceważąc fundamentalne różnice w skutkach jakie przyniosła w pewnych regionach geograficznych dominacja chrześcijaństwa i judaizmu z jednej strony a islamu z drugiej. Pogańskie cywilizacje starożytne w regionie śródziemnomorskim były przecież znacznie bardziej podobne do siebie niż dzisiejszy świat islamu do współczesnej chrześcijańskiej Europy czy współczesnego Izraela (opisywał to chociażby Huntington, można się nie zgadzać z jego koncepcjami ale faktów nie sposób ignorować). Autor kompletnie przemilcza kłopotliwe dla siebie fakty, że to chrześcijańscy europejczycy i Żydzi stworzyli współczesną naukę, demokrację, prawa człowieka i sztukę a równie, a w istocie znacznie bardziej monoteistyczni muzułmanie, czerpiący z tych samych wzorców nie stworzyli nic poza Koranem i komentarzami do niego (tak zwane naukowe zdobycze islamu w średniowieczu zostały przejęte przez nich z Indii i Persji. Czy naprawdę, jak chce Autor, równie destrukcyjne dla cywilizacji skutki niosą wszystkie trzy monoteizmy? Kuriozalne są fragmenty o moralnej równocenności dwóch zbrodniczych, faszystowskich światów — współczesnego zachodniego judeochrześcijaństwa i współczesnego islamu (str. 213), co źle świadczy nie tyle o poglądach Autora, co raczej o równowadze neurochemicznej jego mózgu — aż chciałoby się namówić go na eksperymentalną próbę wygłoszenia tych twierdzeń raz na odczycie w Paryżu lub Nowym Jorku a drugi raz w Teheranie lub Islamabadzie i porównanie skutków.


1 2 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Ateizm walczący i deliberujący
Traktat ateologiczny

 Zobacz komentarze (15)..   


« Recenzje i krytyki   (Publikacja: 14-10-2008 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Paweł Koperski
Doktor biologii specjalizujący się w ekologii, hydrobiologii, ewolucjonizmie, biologii środowiskowa, zoologii, statystyce i metodologii nauki. Pracownik naukowy Instytutu Zoologii UW. Członek Rady Naukowej Racjonalisty.

 Liczba tekstów na portalu: 2  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Uzupełnianie nauki wiarą czy obrona religii przed rozumem?
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 6133 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2017 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365