|
|
 |
Prawo » Prawa Człowieka
Polowanie na czarownice: ukryta wojna Afryki z kobietami [1] Autor tekstu: Johann Hari Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
W całej Afryce trwa wojna przeciwko kobietom – ale my odmawiamy usłyszenia ich krzyków. Przez ostatnie dwa tygodnie podróżowałem po skrytym świecie cieni, w którym kaleczy się miliony afrykańskich kobiet zarówno wtedy, kiedy ich życie się zaczyna, jak i gdy się kończy. W dzieciństwie czeka je wycinanie genitaliów brzytwą, żeby zniszczyć „brudną” seksualność i utrzymać je w „czystości”. Kiedy są stare, stają przed groźbą zatłuczenia na śmierć jako „czarownice”, oskarżane za każdy wirus i chorobę pojawiające się na sawannie.
Przez dziesięciolecia nie chcieliśmy o tym wiedzieć, bo brzmiało to zbyt podobnie to starych, kolonialnych twierdzeń o „prymitywizmie” Afryki, używanych przez naszych przodków jako wymówka grabienia zasobów tego kontynentu. Nasze złe wspomnienia powstrzymują nas przed przyjęciem do wiadomości informacji o ich złych doświadczeniach. Dzisiaj jednak rozpoczął się bunt afrykańskich kobiet, broniących własnych ciał i własnej wolności. Proszą one o pomoc i otrzymują ją od organizacji Comic Relief oraz dziesiątków tysięcy ludzi, którzy zbierających dla nich pieniądze. To jest opowieść o wspaniałej walce afrykańskich feministek – i o tym, że możesz wziąć w niej udział.
Kraina zabijania czarownic
Jadę głęboko w krainę zabijania czarownic, mając adres ostatniego linczu. Żeby dostać się do wsi Kagaya trzeba jechać setki kilometrów wąską, asfaltową szosą przez Sukumaland w północnej Tanzanii. Ziemia jest płaska i wysuszona aż po horyzont. Od czasu do czasu wielkie pięści granitu przebijają się przez ziemię ku niebu, a kępki krzewów wyglądają jak mutanty brokuł, olbrzymie i nieproporcjonalne. Mój przewodnik jakoś potrafi rozróżnić niekończące się ścieżki, dochodzące do drogi jak dopływy rzeki i kieruje nas do Kigaya. Skręcamy w busz.
Wszyscy w Kigaya wiedzą, gdzie był lincz. „Tam – mówią – W tym domu”. Wieś jest mała i wygląda, jakby połykała ją zieleń, która wyciąga swe gałęzie nad każdą chatą. Przed domem ofiary – małym, solidnym budynkiem z czerwonej cegły z dwoma pustymi pokojami – kręci się 11 ludzi. Jakieś małe dziewczynki obierają ziemniaki. Stary mężczyzna z drewnianą nogą gra z jakimś dzieckiem w planszową grę. Grupa kobiet szlocha i potrząsa głowami, ponieważ po prostu nie daje się zmyć tej krwi.
Peszy ich przybycie muzungu (białego mężczyzny) i mówią niechętnie. Stopniowo jednak opowiadają tę historię. Dwa dni wcześniej w tym domu była Shikalile Msaji – samotnie żyjąca kobieta bliska osiemdziesiątki, opiekując się swoją ośmioletnia wnuczką. Cały dzień pracowała na polu za domem i gotowała. O szóstej wieczorem – kiedy jest całkowicie ciemno i jedyne światło pochodzi od księżyca i gwiazd – pojawili się trzej obcy mężczyźni.
„Twoje dni minęły, starucho” – powiedzieli po rozwaleniu drzwi kamieniem. Wnuczka kobiety uciekła do sąsiedniego pokoju. „Siedź tam i zamknij się, bo także zginiesz” – krzyknęli do niej. Następnie maczetami rozwalili głowę Shikalile i próbowali odciąć jej ręce – informacja, że zabito czarownicę. Wnuczka chowała się do rana, a potem pobiegła po pomoc. Było już za późno. Krew Shikalile była na ścianach i na małym drewnianym taborecie, na którym siedziała w ostatniej chwili swojego życia. Jej rodzina – zbita tutaj w grupkę przed pogrzebem – musiała spać w tym pokoju. Nie mieli żadnego innego miejsca do spania, aż wrócą do własnych wsi.
Matseo, najmłodszy syn Shikalile, chodzi oszołomiony. „Moja matka była bardzo dobrym człowiekiem… Martwię się, że ludzie myślą, że była czarownicą. Nie była” — mówi ze spuszczonym wzrokiem, niemal mamrocze. Sąsiad snuje przypuszczenia: „Jej wnuki były ostatnio chore i miały gorączkę. Nie czuły się dobrze. To może ją obwiniano. Może powiedziały, że rzuciła na nie urok”. Inni tłoczący się tutaj w cieniu i smutku sądzą, że jej dzieci użyły oskarżenia o czary jako wymówki, żeby się jej pozbyć i dostać spadek. Nikt nie chce opowiedzieć mi szczegółów. Za domem, na polach kukurydzy i manioku, które zasadziła, właśnie pogrzebano Shikalile. Pies niemrawo grzebie przy grobie i ktoś go odpędza.
Zabijanie czarownic jest codziennym zjawiskiem w Sukumaland. Ofiarami niemal zawsze są stare, samotnie żyjące kobiety. Te kobiety są tutaj przerażającą anomalią: mają cień finansowej niezależności, odmawianej wszystkim innym kobietom. Z tym trzeba skończyć. „Oczywiście musi się zabić czarownice!” – przechylając się do przodu mówi mi Emanuel Swayer . „To są czarownice!” Siedzimy teraz w pobliskim mieście Nasa-Gin, w lekkim powiewie od pól. Chudy pies tarza się u stóp Emanuela. Uważany jest on za lokalnego eksperta od czarownic – i wie jak się ich pozbyć.
„Czarownice to ludzie, którzy używają mocy naszych przodków, żeby zaszkodzić innym” – wyjaśnia z pogardą w głosie. Większość ludzi tutaj wierzy, że istnieją dwie sfery: fizyczna, którą widzimy wszyscy, i wyższa sfera, gdzie przebywają duchy naszych przodków, nieustannie nas obserwując. Każdy może błagać przodków o pomoc, składając im ofiary – ale tylko czarownice proszą je o czynienie krzywdy. „Najgorsze z czarownicami jest to, że jeśli zrobisz maleńką pomyłkę, to cię zabiją” — mówi. „To zdarzyło się mojemu dziadkowi. Pewnego dnia ukłuł się kolcem, a następnego umarł. Jak ukłucie kolcem może kogoś zabić? Musiał rozgniewać czarownicę. To samo było z moim ojcem. To był zdrowy psychicznie człowiek. Ale potem ktoś rzucił na niego urok, pomieszało mu się w głowie, zniknął i więcej go nie widzieliśmy.”
Najbardziej jednak nikczemnym aktem czarownic w ich wojnie z Emanuelem Swayerem było zabicie jego syna Yusufa w niemowlęctwie. „Dostał ciężkiej biegunki i umarł – mówi. – To były czarownice. Oczywiście zaprzeczają, mówią – ja nie, ja nie, ja nie. Ale to one. Dawno temu, w 1984 roku Tsungu-Tsungu (lokalna samozwańcza straż) złapała kilka czarownic i one się przyznały. Przyznały, że to wszystko prawda i że to właśnie robią”.
Kiedy rozmawiałem z wierzącymi w czarownice, stawało się jasne, co się dzieje. W tym straszliwie biednym, wysuszonym na kość kraju śmierć nieustannie krąży nad głowami, gotowa uderzyć w każdej chwili. Zaakceptowanie, że życie jest niepewne i arbitralne – że coś tak drobnego jak ukłucie kolcem lub biegunka może je zakończyć, i to wkrótce – byłoby jednak nie do zniesienia. Jest więc, perwersyjnie, łatwiej wyobrazić sobie, że biorą udział w niebiańskiej wojnie przeciwko złu, reprezentowanemu przez te stare kobiety. Nagle ich żałoba ma sens – i może zostać zabita. Czarownica to śmierć w cielesnej postaci – a kto nie marzył o zabiciu śmierci?
Gdy tak sączą piwo i rozmawiają o zmroku o tych „złych czarownicach”, staje się jasne, że rozwinęli wyrafinowane urojenia, by to wszystko podtrzymać. Bobu Masha, dość korpulentny, 39-letni farmer, mówi mi: „Czarownice to wielkie niebezpieczeństwo. Mogą cię zabić. Wiem, bo uczestniczyłem w czynieniu zła”. Opowiedział, że pewnej nocy, kiedy miał 14 lat, obudziła go jego ciotka i ujawniła, że potajemnie jest czarownicą. „Powiedziała mi, żebym poszedł z nią do pewnego miejsca, ale to było osiem kilometrów drogi. Powiedziałem, że nie mogę tak daleko pójść, ale wezwała hienę i pojechaliśmy bardzo szybko na jej grzbiecie. Zabrała mnie na zlot czarownic, gdzie planują swoje działania. Widzieliśmy ludzi tańczących nago. Tam byli ludzie, którzy umarli wiele lat temu, tańczący i bawiący się. Ja to widziałem, wyraźnie”. Czy on świadomie kłamał? Czy też przekonał sam siebie, że ten sen – lub halucynacja – jest prawdziwy, żeby nadać sens całemu cierpieniu i żalowi, w jakim zanurzone jest jego życie? „Jest specjalna substancja, którą można wetrzeć wokół oczu i wtedy będziesz mógł zobaczyć czarownice” – powiedział mi Bobu. Dobrze. Przynieś to lekarstwo, powiedziałem. „Och, bardzo rzadko się je widuje. Niełatwo go dostać”.
Kilka kilometrów dalej spotykam się z jednym z tych potworów, które Emanuel chciałby zetrzeć z powierzchni ziemi. Sato Magdalena Ndela jest skurczoną, zgarbioną starą kobietą, ale uśmiecha się z zakłopotaniem, kiedy podaje mi kikut ręki. Siedzi w cieniu i je słodkie ziemniaki, które jej obrały wnuki. Pozostałą ręką zaledwie może utrzymać żywność, chociaż od nadgarstka wystaje pod dziwacznym i bolesnym kątem.
Sato pamięta, kiedy przyszli ją zabić. „To było w nocy. Usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi bez pukania – opowiada. – Poświecili mi w twarz. Pomyślałam: Co się dzieje? Co mogę zrobić? I wtedy poczułam pierwsze cięcie. Spojrzałam i miałam odciętą rękę. Potem cięli w prawą rękę i zwisała. Wtedy poczułam uderzenie w głowę i straciłam przytomność”.
Wiele razy powtarza części tej historii, mamrocze. Nie pamięta, kiedy pierwszy raz nazwano ją czarownicą, ani nie wie dlaczego. Była stara. Była samotna. To wystarczyło. Jej córka, Salome Kashilima karmi w kącie dziecko piersią. Mówi: „Matka zupełnie się zmieniła po ataku. Nie może pracować, nie słyszy zbyt dobrze, cały czas czuje się chora. Jeśli w nocy jest jakiś hałas, krzyczy… To takie smutne, bo była bardzo dobrym rolnikiem i pracowała tak ciężko”.
Sato ściąga chustkę z głowy, żeby pokazać mi rany. Jej głowa jest jedną wielką blizną, a ucho skręconym guzem. Od ataku w 1995 roku z prawego oka wypływają łzy i ropa. Szepcze: „Teraz niczego nie mogę zrobić. Nie urodziłam się taka. Niczego nie mogę zrobić”. I znowu opowiada historię ataku.
Tylko słowa
Kobiety z Sukumaland, nie mając niczego poza własną godnością, zaczęły się bronić. Juliana Bernard jest małą, krzepką, 36-letnią kobietą z aurą niezniszczalności i z poczuciem misji: wyrzucić polowania na czarownice na śmietnik historii. Wychowała się w Tanzanii, podróżując z ojcem, nauczycielem szkoły podstawowej, i matką, pielęgniarką. Instynktownie czuła, że oskarżenia o czary to „nonsens” – i dowiedziała się od swojej matki, że „choroby są spowodowane przez zarazki, nie zaś przez złe duchy”. Siedzę w ciężarówce należącej do Help Age, organizacji, dla której Juliana pracuje, i zabiera mnie do wsi, gdzie – cal po calu – pomaga kobietom otwarcie występować i bronić się.
Mówi: „Polowanie na czarownice jest najbardziej skrajne ze skrajnych poglądów, jakie wielu mężczyzn tutaj żywi w stosunku do kobiet. Kobiety wykonują przytłaczającą większość pracy. One budują domy, opiekują się dziećmi i pracują w polu. Pracują 24 godziny na dobę – ale na koniec nic z tego nie mają. Patrzy się na nas jak na własność naszych mężów. Kobietom nie wolno podejmować żadnych decyzji dotyczących własnego życia. Nie mamy żadnych praw, żadnej własności ani żadnego głosu. Wyjątkiem są wdowy – i dlatego one stanowią cel. Wini się nas o wszystko co złe i nie możemy się bronić. Kończy się tym, że wini się nas także za choroby i śmierć”.
1 2 3 4 Dalej..
« Prawa Człowieka (Publikacja: 26-03-2009 )
Johann Hari Wielokrotnie nagradzany brytyjski publicysta publikujący stale w The Independet, okazjonalnie również w The New York Times, Le Monde i innych czołowych pismach zachodnich. Liczba tekstów na portalu: 7 Pokaż inne teksty autora Najnowszy tekst autora: Spotkaj byłych dżihadystów | Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 6433 |
 |