Racjonalista - Strona główna


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
50.683.896 odwiedzin
Ponad 1120 autorów napisało
dla nas 5940 tekstów.
Zajęłyby one 22935 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Naturalni partnerzy społeczni racjonalistów:
feministki
mniejszości religijne
mniejszości seksualne
środowisko naukowe
pastafarianie
inne
żadne z powyższych
  

Oddano 3582 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Co mnie nie zabija, to czyni mnie silniejszym.
 Światopogląd » Ateizm i Ateologia

Czy wolno dyskutować o religii? [1]

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Od kilku dni na rozmaitych blogach naukowych w USA, Wielkiej Brytanii i Australii trwa ożywiona dyskusja o tym, czy i jak wolno dyskutować o możliwości bądź niemożliwości pogodzenia nauki i religii. Rozpoczęła się ona od artykułu Chrisa Mooneya i Barbary Forrest , po czym ruszyła lawina głosów. Mooney i Forrest skrytykowali artykuł profesora Jerry’ego Coyne’a w „The New Republic”, którego przekład opublikowaliśmy w „Racjonaliście” Postarałam się wybrać najważniejsze głosy w tej dyskusji.

Mooney pisze:

(…) Forrest kwestionuje wnioski najnowszego ateisty, który spowodował zamieszanie – Jerry’ego Coyne’a, którego ja krytykowałem już wcześniej. W niedawnej recenzji zamieszczonej w “New Republic” Coyne staje do walki z Kennethem Millerem i Karlem Gibersonem, dwoma naukowcami, którzy we własnym życiu pogodzili naukę i religię. Zasadniczo Barbarze Forrest chodzi o to, że choć Coyne może mieć rację, iż nie ma powodu wierzyć w siły nadnaturalne, przyjął on bardzo błędną strategię. Kiedy musimy niepokoić się religijną prawicą, po co krytykować ludzi takich jak Miller i Giberson za ich próby pogodzenia współczesnej nauki i religii?

Forrest podaje trzy przyczyny, dla których ludzie niereligijni nie powinni zrażać religijnych o umiarkowanych poglądach:

1. Etykieta. Albo, jak to ujmuje Forrest: „bądź uprzejmy”. Religia jest bardzo prywatną sprawą, a więc jest to ich osobisty sposób rozumienia świata i nadawania mu sensu. W końcu, nie próbują oni wmusić jej nikomu innemu.

2. Różnorodność. Istnieje wiele religii i wiele odmian także wewnątrz poszczególnych sekt lub wyznań. Dlaczego więc zabiera się on za krytykowanie liberalnych chrześcijan, którzy nie poświęcają naukowej poprawności, którzy opowiadają się za ewolucją, kiedy jest tak wielu fundamentalistów atakujących naukę i próbujących przełożyć swoją wiarę na publiczną politykę?

3. Pokora. Nauka nie może dowieść negacji: powiedzenie, że nie ma Boga, wykracza poza to, co możemy wiedzieć empirycznie lub opierać na danych i dowodach. Po co więc wbijać klin między religijnych i niereligijnych obrońców ewolucji, kiedy nawet nie można definitywnie dowieść, że ci pierwsi mylą się w kwestii metafizyki? (…)

Jerry Coyne zareagował na to na swoim blogu tekstem pod tytułem „Chris Mooney i Barbara Forrest kochają wiernych bardziej niż mnie”.

(…) Sądzę, że ta krytyka moich poglądów jest głęboko błędna. W rzeczywistości wydaje się, że [Forrest i Mooney] kompletnie nie zrozumieli tego, co napisałem.

Niemal nie muszę się męczyć i odpowiadać, bo komentatorzy na stronie Mooney’a już wykonali bardzo skuteczną pracę (czytajcie ich komentarze!) (…)

Na początek rozprawmy się z jednym z argumentów: wymogiem Mooney’a i Forrest, by ateiści „byli uprzejmi” wobec ludzi religijnych, oponentów akceptujących ewolucję i nigdy, przenigdy ich nie krytykowali. Skąd, do diaska, pochodzi ten pomysł? Dlaczego felietoniści w gazetach, politycy, recenzenci grantów mają prawo krytykować idee swoich kolegów, ale nam, naukowcom-ateistom tego robić nie wolno? Dlaczego mamy się zamknąć, kiedy nie musi tego robić żaden inny analityk? Chcę tu powiedzieć wyraźnie:

1.Nigdy nie krytykowałem ewolucjonisty, autora czy uczonego w sposób ad hominem . Moja recenzja w „New Republic”, która dla Forrest i Mooneya jest taka ohydna, była powściągliwa i pełna szacunku. Żaden z komentatorów tego tekstu, aż do teraz, nie uważał, że była nieumiarkowana. Wskazałem na pozytywny wkład Millera i Gibersona, opisałem ich jako „myślących ludzi dobrej woli”.

Chciałbym zwrócić uwagę Monney’a i Forrest, że moje zachowanie i ton są nieskończenie bardziej uprzejme niż „liberalnych chrześcijan”, takich jak John Haught, wobec bezbożnych ewolucjonistów. Oczywiście jednak Forrest i Mooney nie przejmują się epitetami, jakimi wierni obrzucają ludzi takich jak Dawkins lub ja. W każdym razie, wierzę w uprzejmą dyskusję, ale nie wierzę w zachowywanie szacunku wobec idei , które są moim zdaniem słabe lub wstrętne.

2.Moja krytyka akomodacjonizmu zawsze koncentrowała się na jednym stwierdzeniu: pogodzenie nauki z religią niemal zawsze rozwadnia naukę, szczególnie ewolucję. To był główny temat mojego artykułu w “New Republic”. Zadałem sobie sporo trudu, żeby wykazać, iż popularne formy akomodacjonizmu, takie jak wykładane przez Kennetha Millera i Karla Gibersona, wymagają twierdzeń, które nie są wsparte przez naukę. Na przykład, wielu akomodacjonistów argumentuje, że ewolucja człowieka była nieunikniona: że gdybyśmy ponownie przewinęli film życia, w nieunikniony sposób powstałoby jakieś bojące się Boga stworzenie, podobne do H. sapiens , albo jakiś „humanoid”, równie zdolny do obawiania się swojego Stwórcy. Nie sądzę, że nauka nam to mówi i, jeśli się nie mylę, jest to pierwsza krytyka tego popularnego poglądu. Była to więc intelektualna dyskusja z pewną ideą. Podobnie krytykowałem argument “dostrojenia”, argument na rzecz istnienia projektu i pokazałem (jak wielu przede mną) na rozbieżność między materialistycznymi twierdzeniami religii (np. Zmartwychwstanie) i tym, co wiemy o nauce. To są intelektualne analizy intelektualnych argumentów. Mówiąc, że powinienem był się powstrzymać przed taką analizą, Forrest i Mooney są, obawiam się, anty-intelektualni. Niezależnie od tego, czy akceptują moją analizę (a wygląda na to, że to robią!) muszą przyznać, że nie była to pusta nagonka na religię. (…)

Jeśli zaś chodzi o to, że przyjmuję „złą taktykę” krytykując naszych liberalnych przyjaciół, którzy popierają ewolucję, pozwólcie mi powtórzyć raz jeszcze następujące fakty. Akomodacjoniści tacy jak Forrest i Narodowy Ośrodek Edukacji Naukowej (NCSE) stosowali strategię „bądźmy mili wobec wierzących” przez kilka dziesięcioleci. Jak jest tego rezultat? Po pierwsze, akceptacja ewolucji przez Amerykanów stoi dokładnie w tym samym miejscu co 25 lat temu. Ta strategia nie powoduje zmiany opinii. Po drugie, dokonany w tym czasie postęp nie polegał na zmianie opinii, ale na wygrywaniu spraw sądowych, jak np. w Dover. Wygrywanie tych spraw sądowych nie wymaga jednak wykazania, że nauka i religia dają się pogodzić. Wymaga zamiast tego wykazania, że kreacjonizm i „inteligentny projekt” są formami przebranej religii.

Istnieje także silna negatywna korelacja między akceptacją Darwina i wiarą w Boga w różnych krajach. Kraje o wysokim poziomie wiary w Boga, takie jak Turcja i USA, mają niski poziom akceptacji darwinizmu. Kraje takie jak Francja, Szwecja i Dania, gdzie jest wysoki poziom akceptacji Darwina, nie są specjalnie religijne. Istnieje także oczywisty związek między uczeniem się o ewolucji i utratą wiary. Wszystko to skłania mnie do poglądu, że prawdziwym problemem dla ewolucji w tym kraju nie jest kreacjonizm, ale religia. Możesz mieć religię bez kreacjonizmu, ale nigdy nie widzisz kreacjonizmu bez religii. Sądzę więc, że zwyciężymy albo przez pokonanie religii, albo przez czekanie, by zanikła w USA tak jak zanikła w Europie. Tutaj jest prawdziwe miejsce na dyskusję o taktyce, ale Mooney i Forrest odmawiają zaangażowania się w nią. Po prostu zanadto lubią religię, najwyraźniej mając to, co Daniel Dennett nazywa „wiarą w wiarę”.

Ukrytym argumentem Forrest i Mooney’a jest, że powinienem poświęcać czas na atakowanie kreacjonizmu i „inteligentnego projektu” zamiast krytykować naszych „przyjaciół”. No cóż, przez 25 lat robiłem to pierwsze i gotów jestem porównać moje działania w walce przeciwko kreacjonizmowi z działaniami Forrest i Mooney’a. (Patrz mój wcześniejszy artykuł o “inteligentnym projekcie”, który napisałem dla “New Republic”). Pisałem i mówiłem przeciwko kreacjonizmowi od chwili otrzymania pierwszej pracy.

Wreszcie, jak zauważyli komentatorzy na stronie Mooney’a, religia często nie jest sprawą prywatną. Ludzie religijni często próbują wepchnąć nam w gardła swoje programy, kwestionowanie „ich osobistego sposobu rozumienia świata i nadawania mu sensu” jest więc całkowicie akceptowalne. Co więcej, jak pokazał Richard Dawkins, działania religijnie „umiarkowanych” często wspomagają religijnych ekstremistów. Brak krytyki ekscesów islamu na przykład można w dużej mierze złożyć na karb naszych przyjaciół, liberalnych chrześcijan.

Tyle, jeśli chodzi o “etykietę”. A co z „różnorodnością”? No cóż, wielokrotnie krytykowałem fundamentalistów wszelkich barw, włącznie z ortodoksyjnymi żydami i muzułmanami (rok temu byłem w Turcji z wykładami o Harunie Yahayi i islamskich fundamentalistach). Jestem krytykiem stosującym zasadę równouprawnienia. Forrest i Mooney zwyczajnie się mylą mówiąc, że wyróżniam liberalnych chrześcijan. Mylą się także, kiedy mówią, że liberalni chrześcijanie „nie poświęcają naukowej poprawności”, kiedy popierają ewolucję. Ludzie tacy jak Miller i Giberson istotnie poświęcają ścisłość, publicznie głosząc, że nauka w rzeczywistości popiera ideę Boga. Za każdym razem, kiedy przytaczają argument „dostrojenia”, za każdym razem, kiedy twierdzą, że nauka pokazuje, iż ewolucja człowieka jest nieunikniona, „poświęcają naukową poprawność”.

Jeśli zaś chodzi o pokorę, no cóż, nie widzę wiele pokory ze strony liberalnych chrześcijan, którzy bez powodów twierdzą, że istnieje Bóg. I chociaż nie możemy dowieść twierdzenia negatywnego, wątpię czy Mooney lub Forrest przypisaliby wiarygodność tym, którzy czczą duchy drzew, Zeusa lub Johna Fruma. Z pewnością możemy pokazać, że ten świat nie zachowuje się tak, jak zachowywałby się świat, gdyby kierował nim wszechmocny, wszechwiedzący i kochający bóg. Pokora? Tak, nie wiem, czy istnieje Bóg, ale dowody świadczą przeciwko temu. Nie twierdzę, że nie ma Boga; po prostu nie znajduję powodu, by w niego wierzyć.

Szkoda, że Mooney i Forrest przyjmują taką anty-intelektualną postawę, kiedy mogliby zaangażować się w prawdziwą dyskusję o tym, czy naukę i religię można pogodzić, (W swoim poprzednim tekście w „Slate”, Mooney stwierdził, że w żaden sposób nie są zgodne i nie wahał się tego powiedzieć!) W pragnieniu przypodobania się chrześcijanom próbują narzucić nam wszystkim formę intelektualnej cenzury. To właśnie robią ci, którzy przegrali w dyskusji o zgodności wiary z nauką. Traktowałbym Forrest i Mooney’a poważniej, gdyby zajęli się argumentami naukowców i teologów, którzy w zapale dostosowania nauki do religii dają wypaczony obraz nauki.


1 2 3 Dalej..
 Zobacz komentarze (5)..   


« Ateizm i Ateologia   (Publikacja: 09-06-2009 )

 Wyślij mailem..   dodajdo      
Wersja do druku    PDF    MS Word

Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 6587 
Zaloguj jako:  Hasło:   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2010 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365