|
|
 |
Czytelnia i książki » Recenzje i krytyki
Gdzie się podziały wszystkie kobiety? Manifest przeciwko apartheidowi płci. Autor tekstu: Johann Hari Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
Gdy tylko zacząłem czytać ten krzyk przeciwko marnowaniu życia kobiet, znowu
poczułem zapach twarzy Szahzny — a raczej tego, co z niej zostało. Kiedy spotkałem ją,
była w szpitalu w Bangladeszu, a jej twarz była masą zwęglonego mięsa: skóra,
miękka tkanka policzków i kości pod nimi zostały wypalone. Nosa nie było,
zastąpiły go dwie kloszowe dziury. Wargi wisiały na podbródku jak stopiony wosk.
Jej lewa powieka nie mogła się zamknąć i strumyk łez powoli i bez przerwy
spływał po jej ranach. Szahnaz miała 21 lat i jej mąż właśnie oblał jej twarz
kwasem.
Jej „przestępstwo"? Upierała się przy kontynuowaniu studiów — kochała naukę i poezję — a jej mąż chciał, żeby miała dzieci. Jej zapach przypominał wczorajszą
potrawę z grilla, zostawioną na deszczu.
Dzisiaj w dużych częściach świata to Szahnaz zostałaby uznana za winną, nie zaś
jej mąż. Dla nich kobieta istnieje, by być posłuszną maszyną produkującą
niemowlęta, a jeśli odmawia, można ją bezkarnie bić, gwałcić lub palić.
Publicysta „New York Timesa" Nicholas Kristof i jego chińsko-amerykańska żona
Sheryl WuDunn napisali
płomienną pracę, demaskującą to ujarzmienie — oraz
mapę drogową do równości.
Zaczynają od nadzwyczajnego faktu, który pokazuje, jak głęboko idzie znęcanie
się. Dzisiaj brakuje ponad 100 milionów kobiet. Zniknęły. W normalnych
okolicznościach kobiety żyją dłużej od mężczyzn — ale Chiny mają 107 mężczyzn na
każde 100 kobiet w całej populacji, Indie mają 108, a Pakistan ma 111. Gdzie się
podziały te wszystkie kobiety? Zostały zabite lub pozwolono im umrzeć. Opieka
lekarska jest często zarezerwowana dla chłopców, podczas gdy przemoc wobec
kobiet to rutyna. Więcej dziewczynek zostaje zabitych w każdym dziesięcioleciu w tym „kobietobójstwie" niż we wszystkich ludobójstwach XX wieku. W tym roku
„zniknie" kolejne 2 miliony dziewczynek.
Ale to nie jest uważane za „wiadomość". Podczas gdy słusznie podnosiliśmy ryk na
apartheid rasowy, zachowujemy się tak, jak gdyby apartheid płci był naturalnym,
nieodwołalnym faktem. Z absolutnie właściwym koktajlem Mołotowa w postaci
doniesień z terenu i raportów nauk społecznych Kristof i WuDunn wysadzają to tabu w powietrze. Pytają: co zrobilibyśmy, gdybyśmy wierzyli, że kobiety są równymi
istotami ludzkimi, z równym prawem decydowania o własnym życiu jak mężczyźni?
Jak zmieniłby się nasz ogląd świata?
Zaczęlibyśmy od poparcia tych milionów kobiet, które się bronią. To nie jest
tylko opowieść o ofiarach; jest to przede wszystkim opowieść o bohaterkach.
Mukhtar Mai jest 37-letnią kobietą, urodzoną w chłopskiej rodzinie w południowym
Pendżabie w Pakistanie. Nigdy nie posyłano jej do szkoły, ponieważ w jej rejonie
nie było szkół dla dziewczynek. Po co dziewczynkom umiejętność czytania? W lipcu
2002 roku członkowie klanu o wyższym statusie porwali jej młodszego brata i zbiorowo go zgwałcili. W celu ukrycia tej zbrodni oskarżyli go o zgwałcenie
jednej z „ich" dziewcząt. Rada plemienna wysłuchała sprawy i stwierdziła, że
jest on winny — oraz zarządziła, że w ramach kary, jego siostra, Mukhtar, ma
zostać zbiorowo zgwałcona.
Po tym, jak zaciągnięto ją do stodoły i czterech mężczyzn zgwałciło ją po kolei,
Mukhtar miała się zabić, żeby oczyścić rodzinę z „hańby". Jak to sama tłumaczy:
„Oni wiedzą, że dla kobiety poniżonej w ten sposób, nie ma innego wyjścia jak
samobójstwo. Nie muszą nawet używać broni. Zabija ją gwałt".
Ale Mukhtar zrobiła coś, czego kobieta nie ma robić: poszła na policję i zażądała sprawiedliwości. Co niezwykłe, policja aresztowała napastników.
Dyktator Pakistanu Pervez Muszaraf usłyszał o tej sprawie i przysłał jej 8300
dolarów odszkodowania. Użyła tych pieniędzy, żeby wybudować szkołę dla
dziewczynek, mówiąc, że jest to jedyny sposób na zapoczątkowanie zmiany postaw,
które doprowadziły do zgwałcenia jej. Kiedy jednak zaczęła mówić głośno — mówić,
że gwałt jest stałym problemem na wiejskich obszarach Pakistanu — Muszarraf
oznajmił, że „przynosi wstyd" Pakistanowi i rozkazał tajnym służbom, by ją
uciszyły. Odmówiła — umieszczono ją więc w areszcie domowym, a potem zbiry
Muszarrafa ją porwały.
Także wówczas Mukhtar nie poddała się. Udało jej się zawiadomić swoich
zwolenników — i zapewnili oni jej uwolnienie. Jej kampania działa. Jak piszą
Kristof i Wu-Dunn: „Gwałt nie jest już dłużej bezkarnym sportem i wydaje się, że
liczba wypadków znacznie zmalała w Pendżabie". Dzięki niej tysiące dziewczynek
chodzi do szkoły, a dziesiątki tysięcy nie zostanie już zgwałconych.
Jest to napełniająca pokorą historia w książce pełnej opowieści napełniających
pokorą. Niepiśmienna kobieta z wioski, gdzie diabeł ma młode, przeciwstawiła się
prezydentowi kraju i jego służbie bezpieczeństwa w imię najbardziej podstawowej
wartości ludzkiej — równości — i wygrała. To zmusza do pytania: co ja
zrobiłem/zrobiłam, skoro w porównaniu z tymi przeszkodami, które miała Mukhtar,
nie miałem/miałam niemal żadnych?
Być może brzmi to przygnębiająco. Ale jest wręcz odwrotnie: książka Kristofa i WuDunn wzmacnia czytelnika. Pokazuje, że chociaż istnieje góra mizoginii, na
którą trzeba się wdrapać, jest ona zdobywana przez jedną kobietę po drugiej,
dzień za dniem. Autorzy nieustannie pokazują czytelnikom praktyczne rzeczy,
które można zrobić, od datków dla najlepszych organizacji charytatywnych do
wolontariatu w szkołach Mukhtar w Pakistanie.
Zabierają czytelnika w wielką podróż po wszystkich problemach, które ignoruje
się, bo ignoruje się kobiety. Na przykład — kto słyszał o fistułach? To jest
dzisiejszy trąd, powodujący, że dwa miliony kobiet żyje i umiera jak pogardzane
wyrzutki — a jednak problem jest niemal nieznany. Kiedy poród jest długi i trudny, bez żadnej pomocy lekarskiej, dopływ krwi do pochwy, pęcherza i odbytu
może zostać odcięty. Tkanki umierają i robi się dziura. Przez tę dziurę kał i mocz wypływają nieustającym strumykiem przez resztę jej życia. Ponieważ
śmierdzi, odrzuca ją mąż i społeczność i musi żyć na ulicach, grzebiąc po
śmietnikach.
W każdym afrykańskim mieście widać kobiety z fistułą, wędrujące bez celu, z głowami pochylonymi ze wstydem. To są najsmutniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek
spotkałem. Ten problem jest jednak bardzo łatwo wyleczyć. W 90 procentach
przypadków operacja kosztująca 300 dolarów likwiduje fistułę. Fistułę można
zwalczyć, gdybyśmy tylko w wystarczającym stopniu cenili kobiety. Kiedyś na
Manhattanie był szpital zajmujący się fistułami. Teraz jest to Waldorf-Astoria.
A co z niewolnictwem kobiet w burdelach, które jest teraz dużo większe niż
transatlantycki handel niewolnikami u swojego szczytu? Około trzy i pół miliona
kobiet jest dzisiaj uwięzionych, nafaszerowanych narkotykami i gwałconych za
gotówkę. Ta brutalizacja kobiet nie musi dziać się dzisiaj, tak jak zniewolenie
Afrykanów nie musiało dziać się w XVIII wieku. Jak piszą autorzy: „Istnieją
narzędzia do zlikwidowania współczesnego niewolnictwa, brakuje jednak woli
politycznej. To zaś musi być punktem wyjściowym każdego ruchu
abolicjonistycznego". Międzynarodowa presja — rozpoczęta przez działania
zwykłych obywateli — działa.
W książce, która jest niemal arcydziełem nowoczesnego dziennikarstwa, smutne
jest to, że Kristof pozwolił zdyskredytowanej sprawie ze swoich
artykułów powrócić na jej strony. Od dawna broni on sweatshops — zakładów
wyzyskujących siłę roboczą — gdzie z definicji kobiety zmuszone są do pracy
daleko przekraczającej osiem godzin i za grosze. Powtarza, co pisał juz
wcześniej, że: "Sweatshops
dają kobietom zachętę… Kobiety i dziewczęta nadal garną się masami do takich
fabryk, bo jest to lepsze niż całodzienna praca motyką na polu we wsi… Zamiast
potępiać sweatshops powinniśmy tu na Zachodzie wspierać produkcję
przemysłową w biednych krajach".
Ale Kristof z pewnością wie, że jest to fałszywy wybór między biednymi kobietami
zmuszonymi do obrabiania pól motyką, a tymiż kobietami pracującymi w fabrykach w niebezpiecznych warunkach. Jest trzecia — i lepsza — droga. Działacze przeciwni
sweatshops — których stanowczo beszta — chcą, by wszystkie fabryki
wszędzie przestrzegały pewnych minimalnych standardów: żadnego bicia, określona
liczba godzin pracy, zasady bezpieczeństwa. Wtedy nie będą już sweatshops,
będą fabrykami.
W odpowiedzi na ten argument Kristof zawsze odpowiada, że każdy kraj, który
narzuca przestrzeganie podstawowych ludzkich warunków pracy w sweatshops,
traci swój udział w handlu na rzecz kraju, który tego nie robi, a cierpią na tym
kobiety. Jest to jednak ignorowanie oczywistej prawdy: ludzie działający
przeciwko sweatshops chcą, by te reguły zostały zaprowadzone wszędzie.
Nie powinno być żadnych klauzul umożliwiających wymknięcie się im i żadnych
miejsc, dokąd mogłyby pójść międzynarodowe korporacje, żeby tanio wykorzystywać
kobiety za kilka dodatkowych groszy zysku. Biorąc pod uwagę jego autentyczną
odrazę wobec znęcania się nad kobietami, jest zdumiewające, że udziela on
poparcia znęcaniu się w tej postaci — i to jeszcze jako rodzaj feminizmu!
W tej książce jest jeszcze jedna, subtelniejsza skaza. Dziennikarska formuła
Kristofa jest wyraźna: znajduje on indywidualne bohaterki w krajach ignorowanych
przez Stany Zjednoczone, które równocześnie uosabiają problem i walkę z nim.
Próbuje następnie wpłynąć na amerykańską opinię publiczną i przez to na władze
rządowe. Jest to skuteczne — ale używa tego tylko wtedy, kiedy ofiary znajdują
się na
marginesie większych celów amerykańskiej władzy. Rząd USA nie jest
zainteresowany w utrzymywaniu handlu kobietami ani fistuł, więc jest stosunkowo
łatwo zdobyć jego poparcie w próbach wyplenienia tego.
Formuła ta słabnie jednak, kiedy chodzi o przestępstwa wynikające z działania Stanów
Zjednoczonych, nie zaś z zaniechania. Jednym z najgorszych dla kobiet miejsc na
świecie jest Arabia Saudyjska, gdzie kobieta może pójść do więzienia za próbę
prowadzenia samochodu lub zostać wychłostana za to, że ją zgwałcono. Najgorszym
miejscem jest chyba Afganistan, gdzie — poza potiomkinowskimi kulisami Kabulu -
kobiety są niemal nieodmiennie uwięzione w swoich domach i traktowane jak
własność/bydło w prywatnych lennach watażków.
Niemniej chłoszcząca kobiety Arabia Saudyjska jest najbliższym sojusznikiem USA w tym regionie (wraz z Izraelem), a miażdżący kobiety Afganistan jest okupowany
przez Stany Zjednoczone. Sprzedaje się prawa kobiet za ropę naftową, doraźne
korzyści militarne i twardą geopolitykę. Obywatele USA ponoszą za to największą
odpowiedzialność, bo to ich rząd to robi — ale Kristof i WuDunn nie koncentrują
się na tych miejscach, szybko prześlizgując się nad nimi. Ich krytyka słabego
reżimu Muszarrafa jest najbliższa jakiegokolwiek potępienia sojusznika Stanów
Zjednoczonych, ale krytykowano go już szeroko w kręgach elity USA i następnie
porzucono na rzecz elastyczniejszej marionetki. Zakładanie, że rząd USA mógłby
bez trudu stać się uzbrojoną w broń nuklearną Amnesty International, gdyby tylko
jego obywatele bardziej stanowczo tego żądali, jest niebezpiecznie naiwne.
Ignoruje to masywne zmiany strukturalne, które musiałyby tam zajść — jak na
przykład wyzwolenie się z uzależnienia Ameryki od ropy naftowej — zanim Stany
Zjednoczone mogłyby konsekwentnie popierać prawa kobiet na całym świecie.
Mimo tych skaz jednak książka Half the Sky (Połowa nieba) — zatytułowana
tak od chińskiego przysłowia: „Kobiety podtrzymują połowę nieba" — pozostaje
elektryzującym manifestem, krzyczącym o wolność setek milionów istot ludzkich.
Niemniej wielu ludzi, którzy powinni kupić tę książkę i popierać opisane w niej
kobiety, hamuje obawa, że byłby to „imperializm kulturowy". Czyż inne
traktowanie kobiet nie należy do ich kultury? Kim my jesteśmy, żeby ich osądzać?
Jest to historyczny analfabetyzm. Kultury potrafią się zmieniać. W Massachusetts
palenie czarownic należało do „kultury"; w Alabamie niewolnictwo czarnych ludzi
należało do „kultury". Sto lat temu Chiny były najgorszym miejsce na świecie dla
kobiet. Ich stopy wiązano w wykoślawione, krwawe kikuty. Często nie miały nawet
imion, po prostu nazywano kobietę „córka nr 4". Mimo wszystkich swoich wad Chiny
pozostawiły zakrwawione bandaże daleko za sobą. „Gdyby kultura była niezmienna -
mówią otwarcie autorzy — Sheryl kuśtykałaby dziś na siedmiocentymetrowych
stópkach".
Ten argument wpada jeszcze głębiej w „Przepaść Nędznych Wymówek dla Bierności",
kiedy rozmawia się z samymi kobietami. Nie należało do kultury Szahnaz palenie
sobie twarzy kwasem ani do kultury Mukhtar poddanie się zbiorowemu gwałtowi. Nie — to była kultura ich ciemiężców. Niewolnicy nie kochają swoich łańcuchów;
kobiety nie kochają swego podporządkowania. W tych kulturach istnieje konflikt — i musimy wybrać, którą stronę poprzemy, albo przesiedzieć bezczynnie, kiedy
odbywa się ta wielka walka o prawa człowieka w naszych czasach.
Tekst oryginału
Slate, 14 września 2009r.
« Recenzje i krytyki (Publikacja: 18-09-2009 )
Johann Hari Wielokrotnie nagradzany brytyjski publicysta publikujący stale w The Independet, okazjonalnie również w The New York Times, Le Monde i innych czołowych pismach zachodnich. Liczba tekstów na portalu: 7 Pokaż inne teksty autora Najnowszy tekst autora: Spotkaj byłych dżihadystów | Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 6806 |
 |