Felietony i eseje » Felietony, bieżące komentarze
Wybory w Afganistanie Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Wszyscy obserwatorzy niedawnych wyborów prezydenckich w Afganistanie zgodnie twierdzili, że w niczym nie przypominały one wyborów
uczciwych. Po wielu sporach rządząca partia Karzaia zgodziła się, że może nie
wszystko było w porządku i że być może dotychczasowy prezydent nie uzyskał
wystarczającej liczby głosów do ogłoszenia zwycięstwa. W tej sytuacji
zdecydowano się na drugą turę, która powinna się odbyć 7 listopada, ale chyba
jednak się nie odbędzie. Główny konkurent prezydenta Hamida Karzaia, Abdulah
Abdulah, właśnie zapowiedział, że najprawdopodobniej wycofa się z wyborów, więc
urządzanie drugiej tury z jednym kandydatem utraciłoby wszelki sens.
Zapowiedź wycofania się Abdulaha Abdulaha traktowana jest
bardzo poważnie i komentarze dotyczą głównie tego, jaką formę przyjmie jego
oświadczenie i jakie będzie to miało konsekwencje. Niektórzy obawiają się, że
ostra krytyka obecnego rządu i samego Karzaia może prowadzić do silnych
niepokojów społecznych.
W prasie amerykańskiej te afgańskie wybory są kolejną
okazją do zastanawiania się nad sensownością wojny w Afganistanie oraz nad
dalszą strategią działań tak w Afganistanie, jak i w Iraku.
Amerykańska wojna w Afganistanie jest już niemal tak długa
jak radziecka (Rosjanie wycofali się z Afganistanu po 9 latach wojny). Licząca
ponad 100 tysięcy żołnierzy nowoczesna armia radziecka nie była w stanie uporać
się z (jak ich nazywano) „bandami terrorystów".
Wojna w Afganistanie w walny sposób przyczyniła się do
upadku Związku Radzieckiego. W amerykańskiej prasie coraz częściej czyta się
artykuły przypominające radzieckie doświadczenia i trwające trzy lata radzieckie
poszukiwania możliwości wyjścia z Afganistanu „z twarzą". (Rosjanie zaczęli o tym dyskutować na poważnie w 1986 roku.)
Amerykańscy komentatorzy zgadają się, że szanse na
militarne zwycięstwo w Afganistanie są znikome. Czyli znów pojawia się trudny
dla mężów stanu problem jak „wyjść z twarzą". „TheNew York Times" 28 listopada
br.opublikował artykuł Timothy Egana, w którym autor zadumał się nad grobem
Napoleona.
Prowadząc swoje krwawe wojny, Napoleon był ciągle w potrzebie pieniędzy. W roku 1803 sprzedał Amerykanom za grosze (15 milionów
dolarów) Luizjanę. Nie tracąc ani jednego życia Ameryka podwoiła swoje ówczesne
terytorium. Ameryka, pisze autor, nigdy nie prowadziła wojen imperialnych i chociaż wojna w Iraku i w Afganistanie to również nie są wojny imperialne,
pozostaje jednak pytanie, co Amerykanie tam właściwie robią.
Jeśli idzie o Irak, pisze Egan, to sunnici i szyici
mordowali się tam znacznie dłużej niż Ameryka istnieje i będą to robić nadal,
niezależnie czy armia amerykańska tam będzie, czy nie. I dodaje, że coraz więcej
Amerykanów jest przekonanych, że wejście do Iraku było tragicznym błędem.
Inaczej sprawa przedstawia się z Afganistanem, tam mieli
swoje kryjówki terroryści, którzy zabili Amerykanów w zamachu 11 września.
Afganistan — pisze Timothy Egan — z wielu powodów jest grobem imperiów, Związku
Radzieckiego, Brytyjczyków, i dziś większość Amerykanów zaczyna rozumieć
dlaczego.
„Jednakże wycofanie się teraz byłoby, jak nam mówią, pozostawieniem
kraju w rękach ludzi, którzy mają mentalność z VIII i broń z XXI wieku. A ich
podbudowana religią nienawiść czyni z nich najgorszy rodzaj wroga."
Zdaniem Egana, obecny prezydent Ameryki jest niepewny, ale
to jego rozdarcie powoduje tylko rozciąganie katastrofy w czasie.
Zarówno wojskowi, jak i polityczni doradcy prezydenta
poszukują nowych strategii. Ciekawe są tu również opinie z innych krajów.
Znana pakistańska publicystka,
Ayesha Siddiqa, pisała niedawno na łamach pakistańskiego pisma
Roznama Jang o groźbie przejęcia południowego Pendżabu przez talibów. Okazją do
napisania tego artykułu był atak talibów na kwaterę dowództwa armii
Pakistańskiej w Rawalpindi. Po 19 godzinach walk ośmiu napastników zginęło,
dziewiątego wzięto do niewoli. Jak się okazało był nim człowiek zatrudniony
wcześniej w korpusie medycznym pakistańskiej armii.
Jak pisze autorka, coraz więcej obszarów graniczących z Afganistanem dostaje się w ręce talibów. Pisząc o szczególnym zagrożeniu
południowego Pendżabu autorka zwraca uwagę na fakt, że jest to region wielkich
posiadłości ziemskich, w którym władza feudałów jest ściśle powiązana z władzą
polityczną. Większość właścicieli ziemskich to szyici, podczas gdy drobni
chłopi i bezrolni to sunnici. Napięcia na tle religijnym istniały tam zawsze,
ale ostatnio zaczęły przybierać dramatyczny charakter. Zdaniem autorki
zainteresowanie młodzieży dżihadem to ukryta forma rewolucji społecznej w obliczu niemożności rządu przeprowadzenia reformy rolnej i przejścia od
społeczeństwa feudalnego do kapitalistycznego.
Najbardziej niebezpieczne jest zdaniem autorki to, że ten
gniew ludu bynajmniej nie przyczynia się do żadnej transformacji. Większość tych
młodych ludzi zostanie poświecona na religijnym ołtarzu, przyczyniając się co
najwyżej do wymiany elit.
Ponieważ pakistańskie pogranicze jest w coraz większym
stopniu schronieniem afgańskich talibów, amerykańska strategia militarna
dodatkowo się skomplikowała, gdyż wymaga operacji na terenach Pakistanu i aktywnego zaangażowania armii pakistańskiej, co powoduje wzrost nastrojów
antyamerykańskich w Pakistanie. Wiadomo, że talibowie mają spore poparcie w armii pakistańskiej i to nie tylko wśród szeregowych.
Ciekawszy jednak wydaje się tu wątek dżihadu jako namiastki
rewolucji społecznej. Afganistan ma około 33 miliony mieszkańców, z tego w miastach mających powyżej 100 tys. mieszkańców mieszka około 4 miliony osób.
Nadal większość mieszkańców utrzymuje się z rolnictwa i hodowli. Od 1978 roku
60 procent nawadnianych wcześniej pól ma dziś znacznie gorszy dostęp do wody
(urządzenia irygacyjne są albo całkowicie zniszczone, albo niesprawne).
Istniejące na początku lat 70. ośrodki nasiennictwa przestały istnieć. Produkcja
rolna wzrastała w latach 1978-2001 o 1 procent rocznie (ludność o 2,6). Stany
Zjednoczone przeznaczyły ponad półtora miliarda dolarów na wsparcie afgańskiego
rolnictwa, ale nie bardzo jest z kim rozmawiać i nie ma struktur, przez które
można by tę pomoc uruchomić. (Mógłby ktoś powiedzieć, że przy kosztach operacji
militarnych te półtora miliarda to psi grosz, ale i tych pieniędzy nie udaje się
wydać.)
W roku 2005 afgańskie Ministerstwo Rolnictwa opracowało
plan odbudowy krajowego rolnictwa, ale ze względu na brak bezpieczeństwa nie
udało się rozpocząć jego realizacji. Ponad 193 tysiące hektarów ziemi ornej
poświęcone jest obecnie na produkcję opium. W produkcję opium w ubiegłym roku
zaangażowane było 3,3 miliona osób, czyli około 10 procent ludności. Powodów
jest kilka — opium nie zostanie zarekwirowane przez partyzantów, przeciwnie, za
opium uczciwie zapłacą, a żywność zabiorą. Opłacalność opium z hektara wynosi
ponad 5 tys. dolarów, pszenicy 540. W roku 2007 pojawiła się idea legalizacji
produkcji opium i skupowania go na użytek zachodnich firm farmaceutycznych.
Projektu nie wprowadzono w życie ze względu na trudności zorganizowania
kontroli. (Nie trzeba dodawać, że opium stanowi znakomite źródło finansowania
antyrządowej partyzantki.)
Opłacalność produkcji opium przebija tylko szafran, ale
szafran wymaga infrastruktury, której nie ma. Opłacalność produkcji podstawowej
żywności może wzrosnąć pod warunkiem szybkiego wprowadzenia nowoczesnego
nasiennictwa, odbudowy systemów irygacyjnych, stworzenia systemu uczciwego
skupu, a wreszcie nowoczesnego systemu finansowania. Wszystko to chwilowo
wygląda na utopię. Wiele wskazuje na to, że doradcy amerykańscy nie zawsze
wiedzą, na jakim świecie żyją i rząd Hamida Karzaia zwrócił się do Indii o pomoc w przygotowaniu reform w warunkach, które rozumieją nieco lepiej niż
Amerykanie. Umowę o współpracy podpisano w maju 2007 roku i Hindusi przystąpili
do badań oraz szkolenia personelu. W międzyczasie obszar nieużytków wzrósł z 15 do 19 tysięcy hektarów.
O problemie reformy rolnej nikt nie mówi, bo ta wymaga
silnego i stabilnego rządu.
Zarówno w Iraku, jak i w Afganistanie ambicją Amerykanów
jest stabilizacja polityczna i oparcie bezpieczeństwa na
krajowych siłach policyjnych i krajowej armii. W obydwu państwach armia i policja jest bardzo silnie infiltrowana przez partyzantkę, a kandydaci na rekrutów skutecznie zastraszani przez ataki zbrojne. Innym problemem rekrutacji
do sił zbrojnych jest powszechny analfabetyzm, brak rekrutów umiejących
zrozumieć najprostsze pisane instrukcje. Równocześnie niewyczerpanym rezerwuarem
kadr dla talibów w Afganistanie czy dla sunnickich i szyickich organizacji
zbrojnych w Iraku jest młodzież wiejska.
Krótko mówiąc, bez pozyskania ludności wiejskiej (za co tak
naprawdę nikt się jeszcze nie zabrał, a co z konieczności jest zadaniem na wiele
lat) w obydwu tych krajach nie ma najmniejszych szans ani na zwycięstwo
militarne, ani na zwycięstwo polityczne.
Odnosi się wrażenie, że decydując się na wojnę w obydwu
tych krajach Amerykanie przyjęli mylne założenie, że wyzwolenie od dyktatury i prawo do demokracji automatycznie czyni nieaktualnymi afgańskie doświadczenia
Brytyjczyków i Rosjan. Nie jechali przecież budować imperium, nie zamierzali
podbijać tych narodów. Zapomnieli również o swoich doświadczeniach z Japonii,
gdzie brutalnie narzucili konstytucję i reformy gospodarcze, w tym reformy w sektorze rolniczym. Oczywiście sytuacja była o tyle nieporównywalna, że Japonia
miała silne struktury zarządzania, sprawny przemysł i zacofaną wieś. Zarówno
Afganistan, jak i Irak mają tylko średniowieczną wieś i klanową strukturę w plemiennym społeczeństwie, której modernizacja przez samo ofiarowanie wolnych
wyborów nie mogła się powieść.
W najbliższą niedzielę zapewne dowiemy się, że drugiej tury
wyborów prezydenckich w Afganistanie nie będzie i Hamid Karzai pozostaje (o ile
się utrzyma) na kolejne cztery lata na swoim stanowisku. Obawiam się, że nie
zwiększy to wykorzystania amerykańskich funduszy przeznaczonych na pomoc dla
afgańskiego rolnictwa, ale i wybór Abdulaha Abdulaha zapewne też by tu wiele nie
zmienił. Prawdopodobnie Amerykanów czeka napoleoński odwrót spod Kabulu, a Afgańczyków dalsze mroki średniowiecza pod rządami mułłów chronionych przez
tabuny uzbrojonych analfabetów marzących o sprawiedliwości społecznej.
Czy możliwy jest inny rozwój wydarzeń? Zapewne. Przyszłość
jest nieprzewidywalna, a amerykańskie szwadrony prezydenckich doradców
intensywnie poszukują nowych bardziej skutecznych strategii. Trudno tu o optymizm, ale miejmy nadzieję, że jestem w błędzie.
« Felietony, bieżące komentarze (Publikacja: 01-11-2009 Ostatnia zmiana: 02-11-2009)
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 6912 |