|
|
 |
Religie i sekty » Islam
Spotkaj byłych dżihadystów [1] Autor tekstu: Johann Hari Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
Od kiedy zacząłem spotykać dżihadystów, uderzało mnie jedno — ich brytyjskość.
Jestem z East End w Londynie i w pewnym momencie w ciągu ostatnich dziesięciu
lat przyzwyczaiłem się do zachrypłych i gniewnych szeptów dżihadyzmu na ulicach
mojej dzielnicy. Brodaci młodzi mężczyźni stoją przed biblioteką i wzywają do
„Rządów Boga" i „Śmierci demokracji". W meczecie po drugiej stronie miasta słyszę garstkę młodych mężczyzn, mówiących z rozmarzeniem o tłumnym wyjeździe do Afganistanu, by „dać odpór". Ale przecież
te szepty nigdy nie mają akcentu imigrantów. Dzielą moją wymowę, moje odnośniki
kulturowe, mój hymn narodowy. Pod brodami i burkami są angielskie głosy.
East End to ściśnięty, szary labirynt domów komunalnych, wepchnięty pomiędzy
pałace City z jednej strony i szklane wieże Docklands z drugiej. Można wyczuć
elity finansowe patrzące górą wzajem na siebie, obojętne wobec betonowej bryły
biedy, wrzuconej pomiędzy nie przez zapomniane fale historii. To miejsce
zawsze było kłębiącym się pierwszym przystankiem imigrantów w tym kraju, jak
mojego ojca — miejscem, gdzie nowo przybyli mogą skulić się razem, kiedy
przystosowują się do zimnego deszczu i letniego liberalizmu Brytanii.
Muzułmanie, którzy przybywają tutaj codziennie z Bangladeszu, Indii lub Somalii,
mówią, że dla nich obecność brytyjskich islamistów jest dziwaczna. Przybyli
tutaj, żeby pracować i wychowywać swoje dzieci w stabilności, i żeby uciec od
takich właśnie ludzi. Nie: ci islamiści są urodzonymi Brytyjczykami. Stanowią 7
procent populacji brytyjskich muzułmanów, według sondażu Populous (pozostałe 93
procent muzułmanów nie zgadza się z nimi). Od czasu samobójczych ataków 7 lipca,
dokonanych przez młodych Anglików przeciwko Londynowi, Brytyjczycy zerkają na tę
mniejszość w mniejszości i próbują zrozumieć, jak wyhodowaliśmy ten bardzo angielski dżihadyzm.
Każda próba jednak, jaką do teraz podejmowałem, by dostać się do ich umysłów -
włącznie z rozmawianiem z islamistami całymi tygodniami w ich najbardziej
osławionym londyńskim centrum, meczecie w Finnsbury Park, bezpośrednio po 11
września — zostawiły mnie z poczuciem, że poniosłem dziennikarską porażkę. Ci
młodzi mężczyźni mówią do ludzi z zewnątrz gęstym i nieprzeniknionym kodem
cytatów koranicznych i kwaśnej drwiny ze zbrodni polityki zagranicznej naszego
rządu i z wolności kobiet i gejów. Każda próba dokopania się do ich psychiki -
szczere pytania, o to jak ten wir myśli doprowadził ich do wiary, że ataki samobójcze
na ich własne miasto są słuszne — zawsze spotyka się z opornym, szyderczym
uśmieszkiem i jeszcze bardziej mętną recytacją Koranu. Ich przesłanie jest
proste: nie zajmujemy się psychologią ani socjologią. Zajmujemy się Allahem i tylko Allahem. Pytam: dlaczego dajesz tę interpretację Koranu, kiedy nie robi tego
większość muzułmanów? Bo my mamy rację, a oni są niewierni. Kropka. To był
dochodzeniowy ślepy zaułek.
Potem jednak, rok temu, zacząłem słyszeć o wątłym, nowym ruchu, który mógłby
może dać odpowiedzi, jakich nam, dziennikarzom, nie udało się dotąd znaleźć.
Fala młodych brytyjskich islamistów, szkolonych do walki — którzy wiwatowali,
kiedy ich przyjaciele detonowali bomby w tym kraju — wyparła się tego. Teraz
używają wszystkiego, czego nauczyli się wewnątrz, żeby powstrzymać dżihad.
Siedemnastu byłych radykalnych islamistów „wyszło z szafy" w ciągu ostatnich 12
miesięcy i zaczęło stawiać opór. Czy będą w stanie powiedzieć mi o przyczynach,
które wciągnęły ich w dżihadyzm i z niego wyciągnęły? Czy mogą być kluczem do
zrozumienia — i rozbrojenia — zachodniego dżihadyzmu? Spędziłem trzy miesiące,
badając ich świat i zawierając przyjaźń z wiodącymi postaciami. Ich opowieść
rozciąga się od zapomnianych angielskich kurortów nadmorskich, poprzez więzienia
egipskiej dyktatury do lodowatych gór Afganistanu — i z powrotem.
I. Imam
Moja podróż zaczęła się, kiedy siedząc w jednej z paskudnych garkuchni, których
pełno w East Endzie, usłyszałem jak młoda kobieta w hidżabie mówi, że w jednym z lokalnych meczetów jest imam, który był dżihadystą i walczył w Afganistanie, ale
teraz dostaje groźby śmierci od tych samych ludzi, u boku których kiedyś
walczył. Jego „zbrodnia"? Wyrzeczenie się przeszłości i nawoływanie do
„świeckiego islamu".
Po szeregu telefonach Usama Hassan ostrożnie zgadza się na rozmowę. Spotykam go
przed jego małym meczetem w Leyton. Mieści się on pomiędzy podupadłymi
sklepikami z tanimi towarami („Wszystko tylko za 1 funt!!!"), sklepikami z halal kebab i zabitymi oknami na obrzeżach East Endu.
Usama jest wielkim, niedźwiedziowatym mężczyzną w czarnym swetrze i okularach w drucianej oprawce. Wita mnie masywnym uściskiem dłoni; pod pachą ma zwiniętą
gazetę. Zabiera mnie na piętro, do jasnozielonego pokoju modlitw. W tym budynku
była kiedyś fabryka, potem kino; teraz jest to meczet wahabitów prowadzony za saudyjskie
pieniądze. Mężczyźni milcząco klęczą w kierunku Mekki, podnosząc się i pochylając w nabożnych falach. „W piątki na zewnątrz stoją islamiści i ostrzegają wiernych, że ich modlitwy nie będą się liczyć, jeśli ja je prowadzę" — mówi mi, kiedy kucamy w kącie — „ponieważ rzekomo jestem apostatą. Fałszywym
imamem". Odwraca wzrok. „Dzwonią późno w nocy. Grożą. To bolesne. Bo widzisz,
kiedyś byłem jak oni".
I tak Usama opowiada mi swoją historię. Przybył do Tottenham w północnym
Londynie w połowie lat 1970., kiedy miał pięć lat. Saudyjskie Ministerstwo Spraw
Religijnych, którego celem jest szerzenie purytańskiego, pustynnego nurtu
islamu do wszystkich narodów, wysłało tam jego pakistańskiego ojca. Rodzina żyła
izolowanym życiem, starając się przestrzegać saudyjskich zasad w domu bliźniaku
na angielskim przedmieściu. „Zakazana była muzyka, telewizja i jakikolwiek
kontakt z płcią przeciwną — mówi. — Byliśmy trzymani pod kloszem. Niewiele
wychodziłem". W wieku 10 lat znał na pamięć każde słowo Koranu po arabsku.
Miał silne poczucie Brytanii za swoimi murami — Brytanii, w której ja dorastałem — jako wrogiego miejsca, pełnego przemocy. „Musisz zrozumieć — to był czas
rozruchów w Tottenham. Czuło się przemoc na ulicach" — mówi. „Przyzwyczaiłem się
do oczekiwania, że biali ludzie użyją słowa 'Paki'. Przez cały czas baliśmy się
skinheadów".
Ale Usama dostał stypendium z samego serca angielskiej elity — do City of
London Boy's School, gdzie mógł grać w krykieta na stadionie Lords. Związał się
z Żydami w tej szkole — też byli outsiderami i kibicami drużyny piłkarskiej
Tottenham Hotspur. Nadal mówi jak absolwent prywatnej szkoły, którym przecież
jest -
długimi, pewnymi zdaniami.
Jacyś mężczyźni w długich szatach zaczęli się na nas gapić, więc zabrał mnie na
dół, do biura meczetu. „W owym czasie bycie muzułmaninem oznaczało bycie
islamistą. Było to traktowane jak oczywistość" — mówi. Kiedy więc skończył 13
lat dołączył do fundamentalistycznej organizacji o nazwie Jimas. Duże, pełne
ludzi konferencje w każdy weekend. Powiedziano im: nie czujecie się w Brytanii
jak w domu, ale nie możecie pojechać do „domu" do kraju, którego nigdy nie
widzieliście. Mamy więc dla was trzecią tożsamość — ponadnarodowy islamizm,
który nie zna żadnych granic i może was wszystkich ogarnąć.
Brzmi to znajomo. To jest tożsamość, którą słyszę, jak wykrzykują ją młodzi
islamiści na całym East Endzie: może brzmię jak ty, ale zupełnie nie jestem jak
ty. Jestem Inny, należę gdzie indziej — w miejscu, które jeszcze nie istnieje,
ale je stworzę, własnymi pięściami i własną furią.
Jimas mówił swoim członkom, że są częścią prześladowanego miliarda, wysadzani w powietrze i zamykani na całym świecie. „To było trochę jak gang — mówi. — I mieliśmy silne poczucie, że jesteśmy oblężeni. Wszystko było spiskiem przeciwko
islamowi, a my byliśmy strażnikami islamu. Tak siebie widzieliśmy… Wielu moich
przyjaciół nosiło wojskowe buty i noże". Zdaję sobie sprawę z tego, że dla
fajtłapowatego chłopca o intelektualnych zainteresowaniach musiało być
upajające, kiedy mu mówiono, że jest częścią militarnego ruchu, który
niewątpliwie podbije historię.
W letnie wakacje 1990 r. — jako przerwę w studiach fizyki na Cambridge
University — pojechał prowadzić dżihad na polach bitwy w Afganistanie. Z dwoma
przyjaciółmi z Jimas przybył do prowadzonego przez Arabów obozu szkoleniowego w górach Kunar we wschodnim Afganistanie. Był to rozrzucony ciąg namiotów i broni pozostawionej przez CIA w śniegu i krwi. Spędzali dnie biegając w górę i w dół po zboczu góry, ucząc się jak strzelać z kałasznikowa i wyrzutni rakiet.
„Kiedy strzelasz z kałasznikowa, echo odbija się wszędzie od gór — mówi. — Po
tym nudnym życiu, czujesz, jak ci tryska adrenalina".
Arabscy bojownicy nosili cztery warstwy ubrań i ciągle dygotali. Nigdy przedtem
nie widzieli śniegu, więc od czasu do czasu odkładali broń na długą, radosną
bitwę na śnieżki. Kiedy wszyscy nauczyli się, jak zabijać, zabrano ich na linię
frontu, żeby strzelali do stanowisk komunistów. „Jeden z pocisków wylądował
bardzo blisko nas, około 30 metrów". Wystrzelił w odwecie. „Mam nadzieje, że
nigdy nikogo nie zabiliśmy" — dodaje szybko.
Usama opowiada swoją historię płynnie i szybko, i przejeżdża przez te trudne
momenty — zabijania — jak przez próg hamujący. Sądził, że raj na ziemi powstanie z ruin, które tworzył — i przemieni świat na swój obraz. „Oczekiwaliśmy, że
Afganistan stanie się tym wymarzonym państwem islamskim — dodaje — które
następnie rozszerzy się na cały świat". Powrócił na Cambridge University
zdecydowany nawrócić tylu muzułmańskich studentów, ile możliwe, na wahabizm.
„Było stosunkowo łatwo ich przekonać — mówi. — Ludzie szukali tożsamości
grupowej. Byli zdezorientowani: co to znaczy żyć jak muzułmanin w takim
społeczeństwie? Mieliśmy łatwe odpowiedzi. Powróć do źródeł i traktuj je
dosłownie".
Centralna w tej wizji jest potrzeba odbudowy kalifatu — islamskie państwo
rządzone przez szariat istniało od czasów Mahometa do 1924 r. „To była bardzo
marzycielska, romantyczna idea — mówi. — Gdyby ktokolwiek zapytał, jak by to
działało, powiedzielibyśmy po prostu: ludzie, którzy do tego doprowadzą, będą
tak święci, że podejmą właściwe decyzje". To była stara obietnica
rewolucjonistów, dawana przez wieki: będzie jeden rewolucyjny zryw, w którym
wszystkie konflikty rozpłyną się na zawsze i narodzi się bezkonfliktowy raj.
Zadaniem Usamy było przekonanie ludzi, by poszli walczyć w Afganistanie i, od
połowy lat 1990., w Bośni. Był jednym z najlepszych — i mówi, znowu bardzo
szybko, że jednym z jego wielkich sukcesów było zradykalizowanie Omara Sheikha,
człowieka siedzącego teraz w celi śmierci w Pakistanie za obcięcie głowy Daniela
Pearla. „Ustawiłem go na ścieżce dżihadu" — mówi. Wygląda na trochę
podnieconego, trochę przerażonego. Pierwsze, co pamięta o Sheikhu — którego
spotkał na kółku Jimasu — jest świeża lemoniada, którą mu zrobił w akademiku.
„Była pyszna. Piliśmy ją i pili. Moim pierwszym wrażeniem było, że był to gładko
wygolony, dobrze wykształcony brytyjski chłopak z prywatnej szkoły. Uroczy
facet".
1 2 3 4 5 Dalej..
« Islam (Publikacja: 18-11-2009 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 6952 |
 |