Przez
ostatnich kilka dni byłem w kropce, próbując rozwikłać kwestię prawdziwej
wiary. Od pewnego już czasu mówi się nam, że ludzie, którzy porwali
samoloty, które zwaliły Dwie Wieże w Nowym Jorku, wbiły się w Pentagon lub
runęły na ziemię w Pensylwanii w wyniku heroicznej akcji pasażerów, nie są
reprezentatywni dla islamu. Ludzie, którzy krytykują nowych ateistów,
nieustannie oskarżają ich o przedstawianie chrześcijaństwa w nieprawdziwym
świetle, bowiem chrześcijaństwo, jak mamy uznać, nie jest reprezentowane
przez chrześcijańskich fundamentalistów. Chrześcijanie, którzy nie chcą być
identyfikowani z amerykańskimi fundamentalistami, z pewną dozą słuszności,
ale także ze znacznym stopniem wyrachowanego odwracania uwagi
mówią od pewnego czasu, że współczesny fundamentalizm chrześcijański
jest rzeczywiście — to jest rzeczywiściei prawdziwie — nowoczesną wersją
chrześcijaństwa wymyśloną dość niedawno przez chrześcijan, którzy przyjęli
naukę za model tego jak prawdziwa
religia powinna wyglądać. Następnie oczywiście pojawia się dodatek, że nie mogłoby to być
dalsze od prawdy. Mamy zrozumieć, że prawdziwe chrześcijaństwo, w odróżnieniu
od fundamentalizmu, czuje się jak w domu na współczesnym uniwersytecie i potrafi
być równorzędnym partnerem w dyskusjach akademickich, jak również tam,
gdzie jest styk religii i nauki. Niektórzy chrześcijanie, jak ludzie z Faraday
Institute w Cambridge — kolejny „instytut" finansowany przez Templeton
Foundation — posuwają się aż do twierdzenia, że nie tylko można wykazać, iż
chrześcijaństwo zgodne jest z odkryciami naukowymi, ale że nauki ścisłe
przy bliższym zbadaniu w istocie popierają konkretne przekonania chrześcijańskie.
Dla
mnie jest to doprawdy zagadkowe. Podobnie jak ludzie, którzy w Koranie
znajdują embriologię albo wojnę nuklearną w Mahabharata, teolodzy chrześcijańscy,
którzy twierdzą, że we współczesnej nauce znajdują poparcie wiary chrześcijańskiej,
muszą się mylić. I oczywiście, kiedy patrzysz na ich prace teologiczne,
staje się jasne, że nie to naprawdę mają na myśli. Chodzi im o to, że jeśli
bierzemy teorie naukowe, możemy znaleźć jakieś prawdopodobnie brzmiące
„obejście", które pozwala chrześcijaninowi twierdzić, że w ostatecznym
rachunku nauka przynajmniej nie czyni wiary chrześcijańskiej czymś niemożliwym.
Chrześcijanie mogą nadal trzymać się swojej wiary, jak Linus swojego kocyka,
mimo faktu, że ci, którzy przedstawiają takie twierdzenia, tak często powołują
się na specjalne okoliczności i czynią tak oczywiste próby odwrócenia uwagi
od najpoważniejszych konfliktów przez potoczyste trajkotanie, które
przynajmniej robi wrażenie, jakby brali pod uwagę naukę, że ich niepokój co
do nauki jest wręcz brutalnie oczywisty dla każdego poza nimi. Kiedy zaś zaczynają
mówić o mitach i twierdzą, że chrześcijanie w istocie nie wierzą,
iż chrześcijańskie doktryny, takie jak
dziewicze narodziny, zmartwychwstanie lub wniebowstąpienie, rzeczywiście miały
miejsce w ścisłym i dosłownym znaczeniu (jak zobaczymy za chwilę Rowan
Williams wierzy), ale są użytecznymi, organizującymi zasadami społeczności
religijnych, dla których ta narracja jest główną opowieścią uzasadniającą
ich przynależność, ich rytuały i ich credo; zapewniają nas, że z założenia
nikt nie ma myśleć w tak uproszczony sposób, jak to robią fundamentaliści,
iż te rzeczy zdarzyły się.
Muszę
przyznać, że te uniki niesłychanie mnie irytują. Robi to niemal wrażenie,
jakby ci wierzący (czy też powinniśmy wziąć ich za słowo i nazywać
zamiast tego religijnymi narratorami?) próbują zachować swoje ciastko i równocześnie zjeść je, i że
przeskakują i zmieniają jeden pogląd na drugi, nie dostrzegając zawartej w tym
dwulicowości. Jeśli będziemy mówić o przekonaniach religijnych, teolog odwróci
się i odpowie, że w religii nie chodzi o przekonania; jest to bardziej sprawa
praktyk, rytuału, społeczności, „przeżywania mitu" w rzeczywistym świecie,
gdzie oczywiście znają różnicę między wierzeniem a — no właśnie, a czym? — co robią ludzie religijni, kiedy wyrażają swoje mity religijne w śpiewie,
opowieści i świętych rytuałach? Jaki jest na przykład status afirmacji w Kredo Nicejskim, używanym w kontekście liturgii eucharystycznej? Kiedy
zgromadzeni wierni recytują lub intonują słowa „Wierzę…" albo „Credo
in unum Deum", lub jak w nowoczesnych tłumaczeniach oryginalnego credo
„Wierzymy…", to co robią? Czy wyrażają wiarę, solidarność czy też
wspólnie podzielaną tradycję, która kiedyś odzwierciedlała rzeczywistą
wiarę zgromadzonej społeczności (eklezja — kościół), wyraża teraz
poczucie tradycyjnego należenia do tej samej, historycznej społeczności,
niezależnie od tego, jak zmieniła się ona na przestrzeni wieków i niezależnie
od tego, jak wątły jest ich związek z tymi oryginalnymi i założycielskimi
przekonaniami?
Pamiętam,
jak kilka lat temu pewna kobieta powiedziała mi, że nie może już dłużej
odmawiać Credo podczas liturgii i jak wówczas, choć na ogół zgadzałem się z nią i sam nie wierzyłem sensu proprio w wyrażone tam przekonania, powiedziałem jej, że jest to pożyteczne, bo wyraża
nasz historyczny związek ze społecznościami, które nas poprzedzały. Wiąże
nas z tymi społecznościami, kiedy w mroźny poranek stuleni razem wokół
grobu męczennika, gromadzili się, by celebrować swoją jedność z Chrystusem
poprzez święte misterium jego ciała i krwi — i oczywiście całą masę
innych bredni. Trudno mi teraz uwierzyć, że mówiłem takie rzeczy. Problemem
jednak, który chcę pokazać przez opowiedzenie o tym, jest, że niezbędny
jest jakiś rodzaj wymijającego wielosłowia, kiedy ma się do czynienia z wiarą w nowoczesnym świecie. Bez tego człowiek ląduje — i musi
wylądować — jako jakiegoś rodzaju fundamentalista i zaczyna mówić jak N.
T. Wright (były biskup Durham w Anglii), kiedy wystąpił w kanadyjskim
ewangelicznym programie telewizyjnym „100 Huntley Street", nie mówiąc wyraźnie,
że kościół nie ma racji w sprawie piekła, ale utrzymując, że ważne
jest zachowanie miejsca na piekło w naszym pojmowaniu, niezależnie od tego,
czy jest to miejsce ognia, czy nie. W Ewangelii św. Marka Jezus mówi o miejscu
„gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie", co jest wystarczającą
podstawą dla wspólnego wyobrażenia chrześcijańskiego miejsca wiecznego
ognia i cierpienia. N. T. Wright proponuje jednak bardziej „teologiczny"
pogląd. Tutaj jest klucz:
Proszę
zauważyć dobrotliwy, uczony sposób mówienia Wrighta; ale proszę również
zauważyć, że jest w tym nadal nieludzkość (zasugerowane pojęcie piekła),
okrucieństwo, brak ludzkiego współczucia. Być może najwięcej odsłaniają
słowa: „Nie widzę, dlaczego mielibyśmy o tym spekulować". Oto spisane słowa z wideo:
Piekło jest, jeśli chcecie, miałem powiedzieć, że
jest tam, gdzie nie ma Boga. Nawet to nie jest prawdą, ponieważ w ostatecznym
rachunku Bóg będzie wszędzie. Ale jest tak, jak gdyby we wszechobecności Boga będzie
nieobecność, utrata, możliwość istnienia stworzeń, które kiedyś były
ludźmi, ale obecnie nie są. Nie wiem, co słowo „gdzie" będzie oznaczać w tym momencie. Ponieważ nie wiem, jakie miejsce jest możliwe w tym momencie.
I nie widzę, dlaczego mielibyśmy o tym
spekulować. Myślę po prostu, że jest to stan bycia, stworzenia, które
kiedyś były ludźmi, kiedyś odzwierciedlały wizerunek Boga, ale postanowiły
tego dłużej nie robić. [moja kursywa]
Pytanie
brzmi oczywiście, dlaczego Wright uważa za słuszne spekulowanie o czymkolwiek z tego wszystkiego, dlaczego uważa, że istnieje — jeśli nie miejsce, — to stan zwany
piekłem. Czy nie jest to tylko spekulacja? On tylko
myśli, że jest jakiś stan bycia mniej niż człowiekiem. Ciekawe, że
Mehdi Hasan (brytyjski muzułmański dziennikarz, który udaje, że jest lewicowy) powiedział coś
podobnego o tych, którzy nie są muzułmanami, którzy, jak mówi, żyją, jak
gdyby byli zwierzętami. Pomyślcie tylko o implikacjach tego, co ci ludzie mówią. My jesteśmy prawdziwymi ludźmi -
powiadają — a wy nimi nie jesteście. Wright mówi, o pewnych ludziach, że są
"uroczymi istotami ludzkimi w tym
momencie". Jeśli są uroczymi istotami ludzkimi w tym momencie, to są
ludźmi. Jest obraźliwe sugerowanie, że staną się czymś innym lub jak
twierdzi Hasan, już są bardziej podobni do „zwierząt" (w uwłaczającym
sensie, bo oczywiście jesteśmy zwierzętami), tylko dlatego, że nie wierzą, iż
spekulacje religijne pewnych ludzi są prawdziwe.
Wiele
jest tutaj udawanych myśli tylko po to, żeby móc zatwierdzić rzeczy zapisane w starożytnych księgach świętych, które nie mają dla nas dzisiaj żadnego
prawdziwego znaczenia, ponieważ nie są podstawą do uznania prawdziwości
rozmaitych twierdzeń o świecie nadnaturalnym lub o naszym ostatecznym
przeznaczeniu. I po prostu jest beznadziejne twierdzenie, że fundamentaliści
nie mają racji, kiedy czytają te księgi dosłownie, bowiem wyrafinowani
teolodzy robią co mogą, żeby zinterpretować te słowa w sposób, w jaki sądzą,
że oryginalni autorzy napisaliby te słowa dzisiaj (lub używając jakiejś
innej, równie wątpliwej zasady interpretacji). Nie piszą tego jednak teraz i udawanie, że istnieje hermeneutyczny sposób obejścia tych słów, który
uczyni to, co one mówią, równie istotnym dzisiaj, jak kiedy zostały spisane,
jest tanim teatrem. Nie można uważać tego za poważną myśl. Dlatego
historia musi być pisana raz za razem, ponieważ przeszłość jest
innym krajem.
Zastanówmy
się jednak nad tym, co chrześcijanie muszą zrobić, żeby mówić o piekle,
jeśli nie chcą mówić tak, jak robił to Jezus, o ogniach, które nigdy nie
gasną i robakach, które nigdy nie umierają. Niezależnie od tego, czy jest to
miejsce ognia, czy nie, mamy zakładać,
że jest tam kara, chociaż umyślnie pozostawiają niejasnym to, z czego ona się składa i jakie są jej skutki dla człowieka,
ale co najmniej jest ona ponoć dehumanizująca. Co jednak mogłaby oznaczać
sugestia, że ci, którzy odmawiają kłaniania się i oddawania czci bogu, żyją
jak zwierzęta, jeśli — jak mówi Wright — mogą być uroczymi ludźmi (w
tym momencie)? Jeszcze bardziej
absurdalna jest jednak idea Wrighta (z innego wideo), że nastąpi „zejście
się" nieba i ziemi oraz nowe stworzenie, w którym ci, którzy zmarli w wierze w Chrystusa, zmartwychwstaną, to jest zostaną odtworzeni do nowego życia.
Po prostu nie ma żadnego powodu, żeby w coś takiego wierzyć i jeśli
twierdzi się, że różni się to od fundamentalizmu, który wielu
„wyrafinowanych" wiernych uważa za wierzenia poniżej ich godności jako ludzi myślących,
to przynajmniej ja nie widzę, na czym polega ta różnica.
Były pastor anglikański. Jego żona po długiej chorobie, w 2007 roku zdecydowała się na eutanazję, w czym Eric McDonald ją popierał i jej pomagał. Po jej śmierci porzucił kapłaństwo i porzucił religię. Mieszka w Kanadzie. Od grudnia 2010 roku prowadzi niesłychanie ciekawy blog, Choice in Dying, poświęcony głównie eutanazji.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.