Na dodatek Bergman daje dziwaczne zakończenie, w którym obydwoje szwarccharakterów spotyka okrutna kara. Nie sądzę, by znakomity reżyser rzeczywiście wierzył w możliwość czarów, które spowodowały tą katastrofę. Przypuszczam, że te końcowe sceny są jakąś metaforą. Nie mniej tkwi w tym wyraźnie przekonanie, że widzowi "należy się" "sprawiedliwa" satysfakcja w postaci ujrzenia męki płonących złych ludzi, a to przeczy mojemu pojmowaniu zarówno racjonalności jak i humanizmu: Z reguły, w TV, po zakończeniu jakiegoś procesu, dziennikarz (co mnie szczególnie oburza) zadaje pytanie osobie poszkodowanej przez osądzonego, "czy satysfakcjonuje go (ją) wymierzona kara?" na dodatek oopatrzone odpowiedzią, że "kara jest zbyt mała, aby zrównoważyć moją krzywdę". Otóż karanie ma na celu upomnienie przestępcy i odstraszenie jego potencjalnych naśladowców. Wyobrażenie, że celem karania (odróżnić od wyrównania strat materialnych!) ma być danie satysfakcji poszkodowanemu, jest w moim przekonaniu odrażające. Przypomina mi to (Deschner?) opis szczęścia przebywających w niebie zbawionych, którego istotnym składnikiem miało być oglądanie mąk piekielnych swoich grzesznych znajomych. Ohyda!
Stach M. G.
|