Na forum natrafiłem na zainicjowany przez Mariusza temat "Między młotem i kowadłem" obficie zaopatrzony tekstami głównie samego Mariusza i odpowiadającego mu Volratha. Uderzył mnie tam widoczny (tak to oceniam) ze strony M. prozelityzm t. zn. usiłowanie dokonania "nawrócenia" czytelników postów. Odnoszę wrażenie, że w jego postach daje się wyczuć nerwowość spowodowana kwestionowaniem bezwzględnej prawdziwości podawanych przezeń twierdzeń np. o historyczności osoby Jezusa, czy wyższości wskazań moralnych chrześcijańskich nad np. buddyjskimi (ca. pół tysiąca lat przed Chrystusem), hinduistycznymi (jeszcze dawniejsze), konfucjańskimi itd. Jeżeli to spostrzeżenie jest prawdziwe (a wrażenie zacięcia prozelickiego jest spotęgowane kontrastem z tym, co pisze V.), narzuca się pytanie o motywy takiego nastawienia. Wśród znanych z historii pobudek misjonarskiego kaznodziejstwa na pierwszym miejscu sytuuje się miłość bliźniego, którego należ uratować od piekła przygotowanego dla wszystkich niedeklarujących wiarę w bóstwo Jezusa. Ten motyw, wobec powszechnie akceptowanego nauczania papieskiego o ekumenizmie i bardzo rozszerzonym pojęciu członkowstwa w Kościele Chrystusa, traci obecnie aktualność. Pozostaje raczej dążenie do zapanowania Królestwa Bożego na ziemi, lub raczej na spełnienie dobrego uczynku (wg tego rozumowania, każde nawrócenie niewiernego zostanie mi zaliczone do ostatecznego rozrachunku jako zasługa). W tym przpadku powstaje jednak wątpliwość. Otóż znane i podawane za wzór wystąpienia misjonarskie (np. św. Paweł na Areopagu) odbywały się jawnie, kaznodzieja na wstępie stwierdzał: przyszedłem przekonać was do prawdziwej wiary. W tym kontekście stwierdzenie, że "chciałbym zadać kilka pytań", gdy z dalszego ciągu postronny obserwator odnosi wrażenie, że odpowiedzi pytającego nie interesują, że chodzi mu wyłącznie o to, by interlokutor uznał bezapelacyjnie jego racje, trąci hipokryzją. Znane i stawiane przez Kościół jako wzorzec przypadki uzyskiwania efektów prozelickich bez jawnego deklarowania zamiaru w tym względzie (dr. Schweitzer, matka Teresa i wiele innych) cechuje do przesady posunięta powściągliwość w unikaniu sytuacji kojarzących się z nawracaniem (bardzo ładnie to opisuje Cronin w powieści "Klucze królestwa"). Piszę o tym, gdyż - znowu muszę odwołać się do swego subiektywnego wrażenia - ten ton bezrefleksyjnego prozelityzmu pozbawionego zainteresowania cudzemi racjami, cechuje większość postów osób wierzących. Zarazem, co wydaje mi się zabawne, jakiś czas temu na nin. forum przeczytałem w którymś poście zarzut, że "usiłujecie nawrócić wszystkich na ateizm".
|