Racjonalista - Strona głównaDo treści
Ateistyczne dziecko a problem śmierci.

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
29-03-2005 17:03ZielonaAteistyczne dziecko a problem śmierci.
mój kochany zapytał mnie: czy wierzysz w życie po śmierci? odpowiedziałam: uwierzę, ale tylko wtedy, jeśli róża, która tego wieczoru zakwitła w naszym ogrodzie, pachnieć będzie po
zgonie wszystkich swoich płatków.
Halina Poświatowska
Mój synek zapytał mnie podczas jednego ze spacerów gdy znalazł rozdeptaną biedronkę : " co się z nią stanie ? czy ona sie wyleczy ? " To było pierwsze z jego pytań odnośnie kwestii umierania.
Chciałabym poznać opinie rodziców, którzy wychowują swoje dzieci bez religii jak sobie radzą z tematem "życie v/s śmierć"
Jak Wasze dzieci wdrażaliście w to zagadnienie na kolenych etapach ich rozwoju ?
Profesor Hołówka, którego cenię odniósł się zapytany przez kogoś w nastepujący sposób do problemu :
ciekawa: Czy możliwym jest wytłumaczyć dziecku jaki jest sens śmierci nie odnosząc się przy tym do nieba, aniołków itp.?
prof. Jacek Hołówka: Chyba nie jest możliwe. Gdy moje dzieci były małe też im tak mówiłem. Ale gdy zaczęły mieć wątpliwości rozmawiałem z nimi poważnie.
A mnie zdaje się, że jest to możliwe a co więcej z mojej perspektywy konieczne jest budować w dziecku od początku poczucie maksymalnie uczciwego dialogu z osobą znaczącą. Dlatego spróbowałam, ale nie wiem na ile próba się powiedzie...
Wracając do rozdeptanej biedronki - odpowiedziałam synkowi, że biedronka jest nieżywa, że nie można jej już uzdrowić. Maluszkowi było bardzo smutno z tego powodu. Kontynuowałam dalej mówiąc, że biedronka podobnie jak człowiek, kwiat czy drzewo składa się z wielu, wielu małych kawałeczków, ktore noszą nazwę atomy. Po śmierci atomy rozpoczynają wedrówkę, rozdzielają się i ruszają w świat... część z nich przyłączy się później być może do drzewa, część do innego owada, człowieka.... Podsumowałam, że śmierć to przemiana w inną energię.
To zadowoliło synka na jakiś czas...
Teraz zaczynają się pytania o człowieka: dorastanie, starość, śmierć...

Mariusz AgnosiewiczAteistyczne dziecko a problem śmierci.
Wprawdzie to nie jest pytanie skierowane do mnie ("Chciałabym poznać opinie rodziców"), ale temat uważam za bardzo interesujący. Problemem jest to, że nie mam osobistego doświadczenia ani nie spotkałem się nigdy z systematycznymi radami rodziców-ateistów na ten temat. Nie mogę powiedzieć, żeby "bujanie" dziecka, jakie zasugerował Hołówka było czymś jednoznacznie złym, bo przecież tak samo opowiada się często o św. Mikołaju czy o innych stworkach jako rzekomo prawdziwych. Kiedy dziecko z czasem dorasta i widzi, że nikt w sumie na poważnienie traktuje św. Mikołaja, to i samo zaczyna w niego wątpić. Kiedy z czasem dziecko zobaczy, że rodzice sami nie wierzą w wyjaśnienia cudowne to samo staje się sceptycznie i zaczyna problem analizować. I takie podpieranie się mitologią w wychowaniu dziecka nie jest jednoznaczne z indoktrynacją religijną, bo najważniejsze jest to, aby dziecko przynajmniej w szkole podstawowej zaczęło zastanawiać się nad tą kwestią, aby zaczęło ją badać i analizować. Problemem jest tylko sytuacja, kiedy dziecku melanż mitologiczny jest wtłaczany do głowy z jednakowym nasileniem, tak w maleńkości, jak i w wieku kilkunastu lat. Takim dzieciom znacznie trudniej wyrobić zmysł sceptyczny i takie dzieci łatwiej zaprogramować.

Tak więc pomimo, iż jeszcze nie mam jednoznacznego poglądu na kwestię małe dziecko u ateistów a kwestia mitów religijnych, to zdecydowanie skłaniam się do Twojego punktu widzenia: uważam, że umysł dziecka jest bardzo plastyczny i łatwiej jest dziecku się oswoić z tym, że ludzie odchodzą niż człowiekowi nastoletniemu czy jeszcze starszemu. Dziecko pewnie będzie miało na ogół jakieś ale, będzie mu przykro, może będzie płakać, ale w sumie chyba dość szybko może się z tym oswoić. Uważam, że jest niemal pewne, że dziecko dość szybko w to wprowadzane nie jest narażone na jakieś ostre lęki egzystencjalne. A te lęki egzystencjalne u człowieka z wyobraźnią, inteligencją i wrażliwością mogą w wieku kilkunastu lat być naprawdę trudne psychicznie. Umysł dziecka który jest dość wcześnie wdrażany do trudnego myślenia o świecie może być później odporniejszy niż umysł, który był traktowany jak jajko i który przez powiedzmy pierwsze kilkanaście lat tkwił wyłącznie w miłych i infantylnych wyjaśnieniach. Późniejsze "budzenie do rzeczywistości" może więc, wedle mojej hipotezy, przebiegać trudniej, może nie w każdym przypadku, ale w wielu.

Kwestią otwartą jest więc tutaj dla mnie teraz pytanie: czy i jak dzieci są w stanie przechodzić i przyjmować te trudne i w miarę najbliższe prawdy wyjaśnienia. Nie można tylko patrzyć przez ten pryzmat, że jest i smutno czy źle, bo należy mieć także na uwadze ewentualne późniejsze lęki egzystencjalne. Czy zawodowi pedagodzy i psychologowie mają tutaj coś do powiedzenia? Np. Ty

W każdym razie ja swoje dziecko chciałbym tak wychować. Ale mówiłbym mu z pewnością o nieśmiertelności człowieka, że człowiek żyje w tym co przez życie zrobił i co po nim pozostanie, i w ludziach z którymi żył i którzy po nim zostają, jeśli był dla nich dobry, pomocny. Czyli odwołałbym się do religii moralności i ateistycznej perspektywy nieśmiertelności tych najracjonalniejszych ze sposobów kanalizowania naszych tendencji sakralizacyjnych. Może takie dziecko bardziej by o to zabiegało, taki cel by sobie postawiło?

O tym pisałem także w tekście "Dziecko, Bóg, religia": www.racjonalista.pl/kk.php/s,322
ZielonaOdp: Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
>Wprawdzie to nie jest pytanie skierowane do mnie ("Chciałabym poznać opinie rodziców"

Ależ temat jest jak najbardziej otwarty dla wszystkich zainteresowanych

>Nie mogę powiedzieć, żeby "bujanie" dziecka, jakie zasugerował Hołówka było czymś jednoznacznie złym, bo przecież tak samo opowiada się często o św. Mikołaju

Zgadzam się nie jest czymś złym jednoznacznie. Nie uważam, aby dzieci ludzi wierzących były wychowywane gorzej, po prostu inaczej. Kiedy piszę, że z "mojej perspektywy konieczne" to mam na myśli moje poczucie komfortu psychicznego , zgody z moimi ideami, wizją świata. Chcę dać dziecku możliwość wyboru, nie narzucać niczego, ale otwierać przed nim kolejne kartki z księgi "rzeczywistość" tak by widział ją wieloaspektowo i sam wybrał, co dla niego będzie najlepsze. Dlatego gdy w rodzinie zaistniała presja na chrzest dziecka powiedziałam rodzinie - kiedy synek przyjdzie i poprosi "rodzice ochrzścijcie mnie" nie sprzeciwię się o ile będzie to jego świadomy wybór, nie będę mniej go kochać nawet wtedy jeśli zechce zostać księdzem Ufam, ze dobrze robię mówiąc mu - są ludzie, którzy wierzą w niebo, ja jednak nie wierzę w taki bieg zdarzeń. Podkreślam, że każdy człowiek sam musi wybrać dla siebie najlepszy światopogląd.

>skłaniam się do Twojego punktu widzenia: uważam, że umysł dziecka jest bardzo plastyczny i łatwiej jest dziecku się oswoić z tym, że ludzie odchodzą niż człowiekowi nastoletniemu czy jeszcze starszemu

Kiedy my-dorośli, rodzice socjalizujemy nasze dzieci to wtłaczamy je w pewne wzory kulturowe. Indoktrynacja religijna to rodzaj "przemocy symbolicznej" czyli narzucania maluszkowi pewnego wzoru kulturowego poprzez jego stałą ekspozycję - ja wolę otworzyć dziecko na świat, czuję taki imperatyw jako rodzic, nie wiem czy to dobry środek edukacyjny, ale tak czuję, to jest zgodne z moimi przekonaniami.
Oswajanie dziecka ze śmiercią to chyba nie tylko problem ateistów... Przede wszystkim kluczem jest tu stosunek rodziców do śmierci - czy panicznie boją się jej, jest tematem tabu czy tez widzą ją jako naturalną konsekwencję życia. Zachęcam synka do kontaktu z moją babcią, jego prababcią, która już nie jest samodzielna, bo chcę, aby uczył się przede wszystkim szacunku dla ludzi będących u kresu życia a przy tym uczył się także, że życie przemija... nadchodzi śmierć. Myślę, że izolowanie dzieci od śmierci budzi większe w wieku późniejszym lęki niż obcowanie z nią od lat wczesnodziecięcych.

>. Dziecko pewnie będzie miało na ogół jakieś ale, będzie mu przykro, może będzie płakać, ale w sumie chyba dość szybko może się z tym oswoić.

Tak, masz rację - zanim zaczęliśmy nasze z synkiem pogawędki o śmierci maluszek potrafił przepłakać całe popołudnie tylko, dlatego, że zobaczył w TV nieżywą rybę, teraz, choć nadal szanuje ludzi i przyrodę, ma wrażliwość na krzywdę, cierpienie innej istoty jest jakby bardziej pogodzony z naturalną koleją losów...

>Ale mówiłbym mu z pewnością o nieśmiertelności człowieka, że człowiek żyje w tym co przez życie zrobił i co po nim pozostanie, i w ludziach z którymi żył i którzy po nim zostają, jeśli był dla nich dobry, pomocny. Czyli odwołałbym się do religii moralności i ateistycznej perspektywy nieśmiertelności

Wiesz to bardzo dobre podejście, ale chyba za wczesne dla 4-latka

Na pewno faktem jest, że reprezentacja śmierci w umysłach dzieci jest niezależnie od tego, co im mówimy o niej niedojrzała. Dzieci nie bardzo zdają sobie sprawę z własnej śmiertelności, chyba, że są to dzieci nieuleczalnie chore...

Pozdrawiam Cię

??
gooa (746 punktów)Ateistyczne dziecko a problem śmierci.

Problem....mam podobny (piec lat), z tym, ze w nieco innym swietle.
Wybacz zatem, ze nie odpowiadajac na Twoje pytania, podziele sie moimi.
Naleze do osob wychowanych w wierze katolickiej, choc od jakiegos czasu, zaliczam sie wg. katolikow - do watpiacych, a wg.racjonalistow - do szukajacych kreatoara.
Nie wiem, jak jest na prawde, poniewaz jestem w trakcie pewnych przemyslen.
Problem polega na tym, ze Bog ,, nic zlego mi nie zrobil, a ja uporczywie szukam "czegos". Jeszcze nie wiem czego.
I w tym wszystkim wzrasta moj syn, uczeszczajacy do przedszkola o profilu katolickim ( choc paradoksalnie, nie brak tam paru innych kultur..).
Gdzie zaczyna sie i konczy granica mojego egoizmu, tak szczelnie tkwiacego jeszcze w doktrynie, ktora otrzymalam na tacy w wieku paru lat ?
Patrzac z innej strony, wydaje mi sie, ze bajkowy sposob przekazywania dzieciom podstawowych zasad moralnych, jest odruchem naturalnym, zarowno dla rodzica, jak i w odbiorze dzicka. Przykladem tego sa basnie, bajki z reguly pobudzjace wyobraznie dziecka, skazujac go tym samym na wiare w dluuugie, szczesliwe i okraszone wspanialym potomstwem zycie.
Czy mam prawo, wychowujac czlowieka - szukac odpowiedzi na wlasne pytania ?
Wedlug mnie, maksymalny obiektywizm lezy w przekazaniu dziecku czastki siebie ( sila rzeczy), tej najbardziej uniwersalnej, ktora stanie sie drogowskazem do wlasnego wyboru.
Tylko, ze tej uniwersalnej czastki...szuka sie cale zycie.

Mariusz Agnosiewicz (moderator)Odp: Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
Tutaj doświadczenia i przemyślenia takich wierzących jak gooa też są równie cenne dla niewierzących, bo każdy w jakimś sensie jest poszukujący. Mam jedną uwagę:
>Czy mam prawo, wychowujac czlowieka - szukac odpowiedzi na wlasne pytania?
Nie wyobrażam sobie odpowiedzi przeczącej. Gdyby ona musiała być przecząca pewnie nie chciałbym wchodzić nigdy w osobiste zaangażowanie się w przygodę pt. dziecko. Ale sądzę, że odpowiedź bynajmniej nie musi być przecząca...
Mariusz Agnosiewicz (moderator)
>Nie uważam, aby dzieci ludzi wierzących były wychowywane gorzej, po prostu inaczej.

Nie do końca się z tym zgodzę. Otóż ludzie wierzący mają większą tendencję do stosowania bezwzględnej indoktrynacji: mówią dziecku: tak jest, tak masz wierzyć, to jest prawda, w odniesieniu do rzeczy które pewne wcale nie są i których niepewności dziecko wcale nie może osądzić i przyjmuje je za pewnik, później trudniej jest mu się z tych dziecięcych schematów wydostać. Nie wątpię, że i niewierzący mogą stosować jakąś indoktrynację (niekoniecznie w odniesieniu do wierzeń religijnych), ale to jednak ludzie religijni są bardziej z natury predestynowani do bezwzględnej indoktrynacji dziecka. A wychodząc od współczesnej aksjologii humanistycznej upodmiotowiającej dziecko, do wszystkich międzynarodowych aktów dotyczących praw dziecka, uważam, że wolnomyślicielski model wychowania dziecka jest lepszy tak dla wierzących i niewierzących. Rodzic, który poważnie traktuje swoje dziecko powinien pozwolić mu sytuację ocenić kiedy jego umysł do tego dojrzeje, bo należy sobie zdawać sprawę, że jest wielce prawdopodobne, że dziecko indoktrynowane ma mniejszą szanse na intelektualną niezależność niż dziecko wychowywane bez szczególnej presji indoktrynacyjnej. Bezwzględna indoktrynacja, stosowana przez większość wierzących zgodnie z nakazami kościoła jest niczym innym jak intelektualną przemocą wobec dziecka i wykorzystywaniem jego bezbronności intelektualnej. Ja nie jestem pewien czy moje dziecko będzie ateista, ty nie jesteś pewien czy twoje dziecko będzie pobożnym chrześcijaninem, ale by być wobec dziecka fair i nie utrudniać mu podjęcia samodzielnej decyzji wciskanie mu swych przekonań należy naprawdę minimalizować.

Przyznam, że w tym temacie jestem w pewnej mierze pod wpływem Wolterowego "Prostaczka": www.racjonalista.pl/kk.php/d,121 Mam nadzieję, że wszyscy znają tę powiastkę. Jest bardzo piękna i kreuje właśnie taką wizję jaka jest dla mnie idealna: człowiek niezgwałcony w wieku dziecięcym przez światopogląd dorosłego wchodzi w swój świat dojrzałości intelektualnej w sposób najbardziej niezmącony, najdoskonalszy.

Z drugiej strony nie można tego tematu rozpatrywać bez zapoznania się z nowoczesnymi koncepcjami pedagogicznymi, zwłaszcza mam na myśli pracę Judith Rich Harris "Geny czy wychowanie, czyli co wyrośnie z naszych dzieci i dlaczego": ksiegarnia.racjonalista.pl/ks.php/k,119 lub przynajmniej jej streszczeniem w tekście Andrzeja Koraszewskiego: www.racjonalista.pl/kk.php/s,3971#harris Ja pisałem też co nieco o tym w wątku o homoseksualnych rodzinach: www.racjonalista.pl/forum.php/s,11934#w12015
Przytoczę tutaj coś co jest niejako poetyckim wsparciem tego sposobu postrzegania dziecka, upodmiatawiania go:
"Dzieci nie są waszą własnością,
Są synami i córkami samej mocy Życia,
Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami,
I chociaż mieszkają z wami do was nie należą.
Możecie dać im swoją miłość, lecz nie wasze idee,
Ponieważ one mają własne idee.
Możecie dać dom ich ciałom, ale nie ich duszom,
Ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,
Którego wy nie możecie odwiedzić nawet we śnie
Możecie się wysilać, by stać się takimi jak one,
Lecz nie możecie żądać, by one upodobniły się do was,
Albowiem życie nigdy się nie cofa
Ani nie zatrzymuje się na dniu wczorajszym"
Kahil Gibran:

>Ufam, ze dobrze robię mówiąc mu - są ludzie, którzy wierzą w niebo, ja jednak nie wierzę w taki bieg zdarzeń

A może o takich niepewnych "teoriach" nie należy w ogóle dziecku mówić, bo to są opowieści, które są wprawdzie dość naiwnymi, ale jednak przyjemniejszymi wyjaśnieniami problemu niż alternatywne, a dziecko nie rozumie czegoś takiego jak "ból prawdy" czy "ciężar prawdy" i skłonne jest akceptować chyba wyjaśnienia milsze dla ucha, czyli w tym przypadku te, którymi karmią się wierzący. Dziecko może o takich "teoriach" powinno się dowiadywać i je poznawać kiedy jest nieco starsze, kiedy samo potrafi myśleć i jest mniej skłonne do prostych i miłych wyjaśnień? Tylko z drugiej strony to pewnie fikcja w takim kraju jak Polska. Raczej tak. Lepiej jak już więc sami przekażemy to dziecku niżby ta nauka miała być przez nie odkryta poza naszymi plecami i jeszcze z ust pani katechetki, która pewnie mogłaby narobić wiele złego.

>Podkreślam, że każdy człowiek sam musi wybrać dla siebie najlepszy światopogląd.

No, ja byłbym jednak za tym, aby dążyć do odkrywania światopoglądu najbliższego prawdy, a nie "najlepszego dla mnie". Sztuką z pewnością jest wybrać światopogląd, który wcale dla mnie nie jest najlepszy lub w danych warunkach czy w mojej sytuacji życiowej nie jest dla mnie najlepszy. Dla wielu ateistów życie potoczyło by się lepiej gdyby wybrali światopogląd katolicki.
Mariusz Agnosiewicz (moderator)
>Oswajanie dziecka ze śmiercią to chyba nie tylko problem ateistów...

Ja tam sobie nie przypominam, aby mnie ktoś z czymkolwiek oswajał. "Niestety", do wszystkiego dochodziłem sam. Wielu rodziców z dziećmi za bardzo nie rozmawia na te najtrudniejsze tematy, czy to seks, czy to przemijanie, czy to okrucieństwo świata a nawet bóg (bo mówi się, że trzeba ładnie klękać do modlitwy i chodzić do kościółka). Taka już nasza kultura. Widzisz Julu, to że akurat Ty podchodzisz do tego tak poważnie to jest niestety wyjątek. Cieszy mnie to, że jednak te wyjątki są najczęściej o rodziców niewierzących, bo po prostu oni stają przed dylematem jak pogodzić ten zalew katolicyzacji i indoktrynacji religijnej wdzierającej się do najintymniejszych sfer życia Polaków z własną wizją światopoglądową. i pedagogiczną. Próba wychowania dziecka zgodnie z własnym światopoglądem stawia przed tymi rodzicami znacznie częściej wyzwania a tym samym ambitniejsze sposoby wychowania dziecka. Tyle się już o tym nasłuchałem, że jestem tego wręcz pewien: wolnomyśliciele wychowują swoje dzieci ambitniej. Gdybym nie miał możliwości zetknięcia się z niewierzącymi rodzicami trudno by mi nawet było sobie wyobrazić, że można tak poważnie podchodzić do wychowania dziecka, bo ja dotąd w swoim życiu w swoim religijnym otoczeniu się z tym po prostu nie zetknąłem. Pech? Raczej nie.
Tutaj niewierzący muszą świecić przykładem. To musi być jedna z istotnych kwestii dla PSR.

Może powinniśmy kiedyś wydać obszerniejszą publikację poradnikową właśnie dla wolnomyślnych rodziców żyjących w zdominowanym religijnie społeczeństwie, nie tylko o tym jak rozmawiać z dzieckiem, jak go wprowadzać do dojrzałości światopoglądowej (a przynajmniej nie utrudniać samodzielne wejście), dziecko-ateista w szkole i w gronie rówieśników, z uwzględnieniem najnowszych i ambitnych metod wychowawczych. Tylko najpierw trzeba na ten temat zrobić jakieś badania czy systematyczniejsze analizy.
Najpierw potrzeba nam więcej głosów i więcej doświadczenia, wsparcia z doświadczenie własnym przez innych rodziców, podzielenia się z własnymi problemami, własnymi sukcesami na tym polu. To pozwoli zbudować jakąś ogólniejszą wizję

>>odwołałbym się do religii moralności i ateistycznej perspektywy nieśmiertelności
>Wiesz to bardzo dobre podejście, ale chyba za wczesne dla 4-latka

Chyba masz rację, dlatego to powinno być wypracowane z ludźmi osobiście doświadczonymi w wychowaniu dziecka, zwłaszcza psychologami i pedagogami.
Dodam, że w "naszym" gronie mamy wiele świetnych postaci, jak choćby Janusz Koraczak czy Bronisław Trentowski.
Czekamy na Waszą pomoc i większą ilość głosów
Zielona
>A może o takich niepewnych "teoriach" nie należy w ogóle dziecku mówić

Tylko, że tak się nie da w naszej kulturze, w której religia zewsząd otacza małego człowieka. Religia jego dziadków i kolegów z przedszkola mówi o niebie i nakazuje chodzić do kościoła, więc synek pyta: " dlaczego nie chodzimy do kościoła?", muszę mu to wytłumaczyć zestawiając inny światopogląd z moim.

>Najpierw potrzeba nam więcej głosów i więcej doświadczenia, wsparcia z doświadczenie własnym przez innych rodziców, podzielenia się z własnymi problemami, własnymi sukcesami na tym polu. To pozwoli zbudować jakąś ogólniejszą wizję

Właśnie tego mi brakuje, chciałabym poznać jak wygląda doświadczenie innych rodziców niewierzących. Jestem w rodzinie i moim najbliższym otoczeniu ateistyczną pionierką.

>No, ja byłbym jednak za tym, aby dążyć do odkrywania światopoglądu najbliższego prawdy, a nie "najlepszego dla mnie". Sztuką z pewnością jest wybrać światopogląd, który wcale dla mnie nie jest najlepszy lub w danych warunkach czy w mojej sytuacji życiowej nie jest dla mnie najlepszy. Dla wielu ateistów życie potoczyło by się lepiej gdyby wybrali światopogląd katolicki.

Tylko, że dążenie do odkrywania prawdy nie jest dobre dla wszystkich i też nie ma jakiejś prawdy jednorodnej.
Wybrać dla siebie najlepszy światopogląd znaczy wedle mnie taki, który łączy się z poczuciem zgody z sobą samym.
Nasza prawda nie musi być prawdą innych tak jak ich prawda nigdy nie będzie naszą prawdą.

>Z drugiej strony nie można tego tematu rozpatrywać bez zapoznania się z nowoczesnymi koncepcjami pedagogicznymi, zwłaszcza mam na myśli pracę Judith Rich Harris "Geny czy wychowanie, czyli co wyrośnie z naszych dzieci i dlaczego":

Fakt, że grupy rówieśnicze są określane jako czynnik największego wpływu nie zwalania rodziców od trudu wychowania, który niegdyś przeceniany jako największa siła sprawcza teraz ulega trochę odczarowaniu. Uważam, że siła wpływu grupy rówieśniczej jest skorelowana z siłą więzi emocjonalnej między dzieckiem a rodzicem.

Garść cytatów niosących tę mądrość wychowawczą, która dla mnie jest inspiracją :

" Ty jesteś łukiem, który jak żywą strzałę wysyła swoje dziecko w przyszłość"
K. Gilbran

"Gdy dziecko żyje wśród ciałek krytyki,
Uczy się potępiać
Gdy dziecko żyje w atmosferze samotności,
Staje się agresywne.
Gdy dziecko jest stale wyśmiewane,
Staje się nieśmiałe.
Gdy dziecko jest stale zawstydzane,
Ma nieustanne poczucie winy.
Gdy dziecko przebywa w atmosferze tolerancji,
Uczy się wytrwałości i cierpliwości.
Gdy dziecko doznaje zachęty,
Uczy się cenić swoją godność.
Gdy dziecko spotyka się z uczciwością,
Uczy się sprawiedliwości.
Gdy dziecko czuje się bezpieczne.
Uczy się darzyć zaufaniem.
Gdy dziecko spotyka się z aprobatą,
Uczy się znajdowania miłości w świecie "
D. Notle

"Gdyby młoda matka wiedziała jak decydujące są te pierwsze dni i tygodnie, nie tyle dla zdrowia dziecka dziś ile przyszłości obojga (...) Nie zrzekaj się tych nocy. One dają to, czego nie da książka, niczyja rada. Bo tu wartość nie tylko w wiedzy, ale w głębokim przewrocie duchowym, który nie pozwala powracać do jałowych rozmyślań (...) ale uczy działać w warunkach jakie są. Podczas tych nocy urodzić się może cudowny sprzymierzeniec anioł-stróż dziecka - intuicja macierzyńskiego serca, jasnowidzenie, na które się składają: badawcza wola, czujna myśl, niezaćmione uczucie"
J. Korczak

Pozdrawiam

??
Ocykan
>>Ufam, ze dobrze robię mówiąc mu - są ludzie, którzy wierzą w niebo, ja jednak nie wierzę w taki bieg zdarzeń
>A może o takich niepewnych "teoriach" nie należy w ogóle dziecku mówić, [...]
>
Widziałem kiedyś taki żart rysunkowy Szymona Kobylińskiego:
Facet, któremu pękły szelki i spodnie ma na wysokości kolan, zastanawia się: "Podciągnąć czy może wystarczy tylko przemilczeć?"

Pan Agnosiewicz rozwiązał ten problem: Oczywiście podciągnąć, ale dopiero w odpowiednim czasie, a póki co - to sza...

Zaiste, podejście godne czołowego racjonalisty.
Mariusz Agnosiewicz
>Pan Agnosiewicz rozwiązał ten problem: Oczywiście podciągnąć, ale dopiero w odpowiednim czasie, a póki co - to sza...

Zdolność do analogii masz nad wyraz ułomną. Zastanów się dlaczego dziecku nie tłumaczy się teorii ekonomiczno-społecznej marksizmu-leninizmu? Ano dlatego, że pewnie nic by z tego nie zrozumiało i co najwyżej przyjęło po swojemu, w sposób zupełnie bierny i bezkrytyczny. Raz, jest kwestia taka, że dziecko nie byłoby w stanie tego zrozumieć jak należy, dwa, zakłada się, że ten mały człowiek powinien wierzyć i podzielać teorię marksizmu-leninizmu. Podczas gdy obiektywnie nie jest ona koniecznie słuszna. Dlatego należy dać dziecku czas, aż jego umysł dojrzeje na tyle, że samo będzie mogło osądzić czy chce być wyznawcą tej teorii. To może być niestety zastosowane tylko w sytuacji kiedy ktoś sobie wyznaje makrsizm-leninizm jako pogląd mniejszościowy, bo w czasach komuny normalne jest, że jakieś okruchy radosnej twórczości teoretyków ideologicznych będą przekzywane nawet małym dzieciom. Ale to będzie zakładanie kaftanika (ubezwłasnowolniająca indoktrynacja), a nie podciąganie spodni.
Ocykan
>>Pan Agnosiewicz rozwiązał ten problem: Oczywiście podciągnąć, ale dopiero w odpowiednim czasie, a póki co - to sza...
>Zdolność do analogii masz nad wyraz ułomną. Zastanów się dlaczego dziecku nie tłumaczy się teorii ekonomiczno-społecznej marksizmu-leninizmu? Ano dlatego, że pewnie nic by z tego nie zrozumiało i co najwyżej przyjęło po swojemu, w sposób zupełnie bierny i bezkrytyczny. Raz, jest kwestia taka, że dziecko nie byłoby w stanie tego zrozumieć jak należy, dwa, zakłada się, że ten mały człowiek powinien wierzyć i podzielać teorię marksizmu-leninizmu. Podczas gdy obiektywnie nie jest ona koniecznie słuszna. Dlatego należy dać dziecku czas, aż jego umysł dojrzeje na tyle, że samo będzie mogło osądzić czy chce być wyznawcą tej teorii. To może być niestety zastosowane tylko w sytuacji kiedy ktoś sobie wyznaje makrsizm-leninizm jako pogląd mniejszościowy, bo w czasach komuny normalne jest, że jakieś okruchy radosnej twórczości teoretyków ideologicznych będą przekzywane nawet małym dzieciom. Ale to będzie zakładanie kaftanika (ubezwłasnowolniająca indoktrynacja), a nie podciąganie spodni.

Pan Agnosiewicz zdolność do analogii ma nad wyraz ułomną. A i z pamięcią też chyba u niego nie najlepiej. Nie odradzał on przecież mówienia dziecku "o takich niepewnych teoriach" z obawy, że ono nic z tego nie zrozumie. Pan Agnosiewicz obawia się raczej (tak sądzę), że rodzce przekażą tę "niepewną teorię" w sposób zbyt mało odstręczający i miast ją dziecku obrzydzić - wywołają zaciekawienie. Czyżby pan Agnosiewicz podzielał poglądy "mojego" proboszcza? Gdy moja żona zapytała wielebnego, czy przestrzec syna przed uprawianiem masturbacji, on odrzekł: "O Boże, nie. Bo jak się dowie, to może zacząć to robić". Podejście pana Agnosiewicza wydaje się bliźniaczo podobne.
Całkowicie nizrozumiałe jest, czemu pan Agnosiewicz uważa, że tłumacząc dziecku teorię ekonomiczno-społeczneą marksizmu-leninizmu zakłada się, że ten mały człowiek powinien wierzyć i podzielać tę teorię. Kompletny brak logiki!
Niezależnie od tego, że pogląd taki jest bzdurny, pan Agnosiewicz kolejny raz daje wyraz ułomności swojej zdolności do analogii. Przecież rodzic ateista, tłumaczący dziecku bezpodstawność wiary w Pana Boga, aniołki, wieczne życie w niebie i tym podobne "bzdury", nie zakłada, że dziecko właśnie powinno w te "bzdury" wierzyć lecz wręcz przeciwnie.

Panie Mariuszu, jest Pan osobnikiem niewątpliwie inteligentnym i błyskotliwym. I dlatego dziwią przytrafiające się Panu czasami niekonsekwencje i błędy logiczne. Przyczyną tego może być to, że pisze Pan bardzo dużo i bardzo szybko. Billy Kid miał rękę szybszą niż oko, dlatego musiał celować zanim wyjął rewolwer z olstra. Pan ma palce szybsze niż szare komórki, dlatego powinien Pan wcześniej przemyśleć problem i przygotować jasny, logiczny i wewnętrzne spójny wywód i wtedy dopiero zacząć stukać w klawiaturę. I stukać w nią trochę krócej - ciężko się czyta taki słowotok. Jak to mawiał Lenin (też chyba racjonalista): "Lepiej mniej ale lepiej".
Nie zawadziłoby również okazać trochę szacunku adwersarzom. A przynajmniej nie okazywać im takiej pogardy. Naprawdę nie wszyscy są głupsi od Pana, a może i mądrzejsi by się znaleźli. Człowiekowi, który chyba nie dokonał niczego niezwykłego (a może się mylę?), nie wypada traktować z góry innych. Pańskie publikacje (przynajmniej te, które czytałem) to kompilacje. Inteligentne, błyskotliwe ale tylko kompilacje. Nic oryginalnego, nic własnego. Być może Pana krzywdzę, jeżeli jest inaczej - proszę o link do takiej strony.
Brak oryginalności to zresztą mój zarzut ogólnie do "Racjonalisty". Kompilacje z kompilacji i przedruki z przedruków. Ot, taki racjonalistyczny "Reader Digest".
Mariusz Agnosiewicz
>Pan Agnosiewicz zdolność do analogii ma nad wyraz ułomną. A i z pamięcią też chyba u niego nie najlepiej. Nie odradzał on przecież mówienia dziecku "o takich niepewnych teoriach" z obawy, że ono nic z tego nie zrozumie

Pan Ocykan nie czyta dokładnie co Pan Agnosiewicz pisze, stąd później takie zarzuty. Otóż mój pierwszy i zasadniczy głos na ten temat to był esej "Dziecko, Bóg, religia", do którego link podałem wyżej. I tam właśnie jest wyrażona ta obawa. Skoro raz o tym pisałem, to później wystarczy podać link, nie muszę w nieskończoność powtarzać swoich słów, choć wiem, że jest niebezpieczeństwo, że będą mi się zdarzać tacy czytelnicy jak Ocykan.

>Pan Agnosiewicz obawia się raczej (tak sądzę), że rodzce przekażą tę "niepewną teorię" w sposób zbyt mało odstręczający i miast ją dziecku obrzydzić

Rodzice tę teorię mogą przekazać w sposób sprymitywizowany a dziecko nie może jej odebrać w sposób inny jak wypaczony infantylizmem. Teoria ta jest miła dla ucha, ale niestety nie ma żądnego odbicia w znanych faktach. To można porównać do przedstawiania ciemnemu ludowi "prawd gospodarczych": Wiecie ludkowie socjalizm polega na tym, że dajemy wam zasiłki, a kapitalizm na tym, że państwo wam nic nie daje, czyli socjalizm jest ewidentnie lepszy bo daje ludziom, a kapitalizm nie daje. To jest miłe dla ucha, ale prawdziwość tego jest co najmniej wątpliwa. Ale tak zaindoktrynowani ludkowie później są odporni na racjonalne argumenty, bo uważają, że kapitalizm to oszustwo bogatych, i wybierają tych co obiecują dawać i drukować pieniądze. Z tego samego sortu teorią jest niebo i piekło wpajane systematycznie do głowy. Dziecku się to podoba, ale prawdziwość tego jest co najmniej wątpliwa. Optymalnie byłoby gdyby człowiek takie wątpliwe teorie poznawał wówczas, kiedy jest w stanie myślec krytycznie.

> - wywołają zaciekawienie

Tymiński też wywołał zaciekawienie ludzi swoimi teoriami, Nie w tym rzecz, że to może wywołać zaciekawienie, lecz w tym, że może skutecznie ogłupiać, kiedy jest podawane umysłowi zbyt infantylnemu. To chyba oczywiste jeśli pomyśli się o tym obiektywnie.

>Całkowicie nizrozumiałe jest, czemu pan Agnosiewicz uważa, że tłumacząc dziecku teorię ekonomiczno-społeczneą marksizmu-leninizmu zakłada się, że ten mały człowiek powinien wierzyć i podzielać tę teorię. Kompletny brak logiki!

Dziecku nie należałoby mówić o teorii marksizmu, bo dziecko przyjmuje to jako pewnik co mówi dorosły. Większości później trudne te wtłoczone za młodu "pewniki" kwestionować. Po prostu, przyjęte w tak młodym wieku wydają się one później niejako naturalne. Po co jakieś tanie chwyty o zaciekawieniu? Sam chyba nie rozumiesz tego co piszesz.

O oryginalne opracowania, moje czy Racjonalisty, niech Cię głowa nie boli. Spróbuj najpierw poznać to co próbujesz krytykować. Nie spiesz się też tak z wytykaniem mi braku logiki. To nie tak łatwo, jak Ci się zdaje...
Ocykan
>Dziecku nie należałoby mówić o teorii marksizmu, bo dziecko przyjmuje to jako pewnik co mówi dorosły. Większości później trudne te wtłoczone za młodu "pewniki" kwestionować. Po prostu, przyjęte w tak młodym wieku wydają się one później niejako naturalne. Po co jakieś tanie chwyty o zaciekawieniu? Sam chyba nie rozumiesz tego co piszesz.

Święta prawda. Dziecko istotnie (na ogół) przyjmuje za pewnik to co mówi dorosły. Tylko dlaczego uważasz, że z tego powodu nie należy mówić dziecku o teorii marksizmu? Sądzę, że rodzic zagorzały marksista może powiedzieć dziecku w przystępnej, dostosowanej do jego wieku formie o zasadach i celach marksizmu. I o tym, jakie to szczęście będzie jego udziałem (a wraz z nim całej ludzkości) gdy ta teoria zostanie wdrożona w praktyce. Natomiast rodzic antymarksista może dziecku powiedzieć o prawdziwych, niecnych celach marksizmu i odmalować całą paletę nieszczęść, które by wszystkich spotkały, gdyby udało się te durne pomysły urzeczywistnić. I rodzice, zarówno marksiści jak i antymarksiści tak robili i zapewne robią (o ile oczywiście istnieją jeszcze w Polsce zagorzali marksiści). I dziecko marksisty będzie (przynajmniej do pewnego wieku) wierzyło, że marksizm jest cacy a dziecko antymarksisty - że be. I o to chodzi. Każdy przecież rodzic, który uważa, że jego poglądy są właściwe (a który tak nie uważa?) pragnie je przekazać dziecku. Na tym między innymi polega wychowanie.
Podobnnie jeżeli dorosły powie dziecku, że Pan Bóg, niebo i aniołki nie istnieją (a rodzic ateista tak przecież powie) - dziecko przyjmie to za pewnik. I w późniejszym wieku nieistnienie Boga, nieba i aniołków wyda mu się "niejako naturalne" i nie będzie tego kwestionować. Czyli rodzic ateista osiągnie pożądany cel.
Nie rozumiem zatem, czemu uważasz poruszanie przy dziecku tego tematu za niewłaściwe. Widać "odmienne nasze są rozumy". No to i wszelka nasza dyskusja jest bezcelowa, niestety.

>O oryginalne opracowania, moje czy Racjonalisty, niech Cię głowa nie boli. Spróbuj najpierw poznać to co próbujesz krytykować. Nie spiesz się też tak z wytykaniem mi braku logiki. To nie tak łatwo, jak Ci się zdaje...

Na stronę Racjonalisty wszedłem nie w celu popolemizowania z najinteligentniejszym z jego redaktorów lecz w celu pogłębienia swojej wiedzy. I dlatego przykro mi, że nie znalazłem tu nic, czego bym już wcześniej nie czytał gdzie indziej. I to czasami baaaardzo dawno. Oczywiście mogłem coś przeoczyć, materiał Racjonalsty jest obszerny. Dlatego byłbym wdzięczny za podanie linków do nowych, oryginalnych opracowań. Mam nadzieję, że Racjonalista nie jest wyłącznie serwisem propagandowym, jak twierdzą złośliwi.
Zielona
>I dlatego przykro mi, że nie znalazłem tu nic, czego bym już wcześniej nie czytał gdzie indziej. I to czasami baaaardzo dawno. Oczywiście mogłem coś przeoczyć, materiał Racjonalsty jest obszerny. Dlatego byłbym wdzięczny za podanie linków do nowych, oryginalnych opracowań. Mam nadzieję, że Racjonalista nie jest wyłącznie serwisem propagandowym, jak twierdzą złośliwi.

Wybaczcie za wtrącenie. Mam kilka refleksji po przeczytaniu Waszej wymiany zdań. Nie ukrywam, że sympatyzuje z Racjonalistą, ale chcąc być obiektywna mam następujące hipotezy :
1)Materiał w Racjonaliście jest jak słusznie zauważyłeś tak obszerny, że osoba, która zapoznałaby się z jego większością a przy tym potrafiła ocenić, że brak w nim elementu twórczego a wyłącznie są kompilacje byłaby erudytą. Zatem zakładam, że faktycznie jesteś osobą nadwyraz obytą z wiedzą maści wszelakiej.
2)Przejrzałeś na zasadzie próby losowej kilka artykułów trafiając na takie, które są słabsze a wnioski wyciągnąłeś pochopnie, bo próba jest niereprezentatywna.
3)Czytałeś intencjonalnie te artykuły, które mieszczą się w dyscyplinie, którą uprawiasz i z, której jesteś wybitnym specjalistą, zatem inni nie dorównują Ci, masz prawo deprecjonować ich pracę, bo są autentycznie gorsi.
4)Nie lubisz, kiedy komuś coś się uda za to lubisz dawać temu wyraz. Mariuszowi udaje się konsekwentnie realizować jego zamierzenia, zatem zyskuje nie tylko aplauz, ale i krytykę, nie zawsze niestety konstruktywną.
5)Masz odmienny światopogląd niż ten wyłaniający się z ogólnego obrazu Racjonalisty, zatem dajesz temu wyraz pośrednio - nie jesteś obiektywny w swoich sądach.
6)Mogę się kompletnie mylić proponując powyższe hipotezy, więc tu zostawiam miejsce na tę hipotezę najbardziej wiarygodną ...................................................................

Pozdrawiam

??
Ocykan
>Wybaczcie za wtrącenie. Mam kilka refleksji po przeczytaniu Waszej wymiany zdań. Nie ukrywam, że sympatyzuje z Racjonalistą, ale chcąc być obiektywna mam następujące hipotezy [...]

Nie zrozumiałaś mnie. Ja nigdy nie twierdziłem, że artykuły w Racjonaliście są słabe. Wręcz przeciwnie. W większości są błyskotliwe i pełne erudycji (o ile ja, nie erudyta, jestem to w stanie ocenić). Dałem tylko wyraz swojemu rozczarowaniu, że nie znalazłem tu niczego o czym bym wcześniej nie czytał. Dopuściłem zresztą możliwość, że takie informacje istnieją i pokonie poprosiłem o linki do nich.
A mój światopogląd? Jestem bezideowym kameleonem, tyle że na odwrót. W dyskusji z osobą głęboko wierzącą jestem ateistą, w dyskusji ze świadkiem Jehowy jestem katolikiem, wobec kreacjonisty jestem ewolucjonistą, itd. itp. Z czego to wynika? Być może z wrodzonej przekory.
Ponieważ mam taki przekorny charakter jestem bardzo wyczulony na wszelkie niekonsekwencje i błędy logiczne popełniane przez adwersarza. Nie znaczy to oczywiście, że ja jestem od nich wolny, ostatecznie zawsze łatwiej dojrzeć źdźbło w oku bliźniego niż belkę we własnym.

Mariusz Agnosiewicz
>Święta prawda. Dziecko istotnie (na ogół) przyjmuje za pewnik to co mówi dorosły. Tylko dlaczego uważasz, że z tego powodu nie należy mówić dziecku o teorii marksizmu? Sądzę, że rodzic zagorzały marksista może powiedzieć dziecku w przystępnej, dostosowanej do jego wieku formie o zasadach i celach marksizmu. I o tym, jakie to szczęście będzie jego udziałem (a wraz z nim całej ludzkości) gdy ta teoria zostanie wdrożona w praktyce

Nie jestem skrajnie naiwny, wiem, ze tak to funkcjonuje, ale to sie wlasnie nazywa indoktrynacja: nabijanie wątpliwymi "prawdami" w wieku bezbronności intelektualnej. Jeszcze nie zrozumiałeś. Takie to trudne do pojęcia?

>Podobnnie jeżeli dorosły powie dziecku, że Pan Bóg, niebo i aniołki nie istnieją

Mylisz się. Nie uważam tego za konieczne. Zdecydowanie bardziej korzystne i wyrażające szacunek dla dziecka jest niemówienie mu o tym. To byłoby do wcielenia tylko wtedy gdyby religia była sprawą prywatną, a nie publiczną, gdyby nią tak nie epatowano powszechnie. Wtedy dziecko ateisty z powodzeniem mogłoby się o idei boga dowiedzieć wtedy kiedy będzie w stanie myśleć krytycznie.

>Na stronę Racjonalisty wszedłem nie w celu popolemizowania z najinteligentniejszym z jego redaktorów

Dlaczego zakładasz, że najinteligentniejsi redaktorzy będą zainteresowani taką polemiką?

>przykro mi, że nie znalazłem tu nic, czego bym już wcześniej nie czytał gdzie indziej

Kpisz sobie, prawda? Tu jest 17 tys. stron. Ile z tego przeczytałeś? 30. 50?? Mógłbym się zniżać do podawania ci niewątpliwie oryginalnych naszych tekstów, ale jest to poniżej mojej godności i tego co prezentujesz w swoich wypowiedziach. Gdyby jeszcze napisał to ktoś kto wytknął mi jakiś błąd czy skutecznie prowadził swą polemikę, a to pisze ktoś kto na pytanie o chrześcijańską proweniencję kultury europejskiej odsyła mnie do frazesów jakiegoś teologa. Żenada.
Ocykan
>Dlaczego zakładasz, że najinteligentniejsi redaktorzy będą zainteresowani taką polemiką?

Przed wejściem do serwisu Racjonalisty tego nie zakładałem, ale skoro ją podjąłeś to chyba jednak byłeś? Chyba, że Twoim zwyczajem jest podejmowanie polemik, którymi nie jesteś zainteresowany. Taki intelektualny masochizm?

>Mógłbym się zniżać do podawania ci niewątpliwie oryginalnych naszych tekstów, ale jest to poniżej mojej godności i tego co prezentujesz w swoich wypowiedziach.

Nie ze mną te numery, Brunner! Chyba nikt nie jest tak głupi by nabrać się na to, że mógłbyś mi podać Wasze niewątpliwie oryginalne teksty, tylko poczucie godności Ci na to nie pozwala. No bo cóż to za racjonalista, który za niegodne uznaje oświecenie kogoś głupszego? Prawda jest taka, że nie możesz podać, bo teksty takie po prostu NIE ISTNIEJĄ. A zasłanianie się godnością jest tylko nieudolną i niegodną próbą zamydlenia oczu.

>Gdyby jeszcze napisał to ktoś kto wytknął mi jakiś błąd czy skutecznie prowadził swą polemikę, a to pisze ktoś kto na pytanie o chrześcijańską proweniencję kultury europejskiej odsyła mnie do frazesów jakiegoś teologa. Żenada.

Teolog zapewne Twoje wywody uznałby za frazesy.

Skoro celem Racjonalisty jest propagowanie racjonalnego myślenia, to jego redaktorzy nie mogą (zasłaniając się godnością) unikać polemik z adwersarzami. Chyba, że chcecie propagować racjonalne myślenie wśród racjonalistów. Ale to jest przekonywanie przekonanych. Gdyby apostołowie mieli tak wysokie poczucie godności jak Ty, to z pewnością miałbyś Kościól z głowy.

Niemniej, skoro sobie tego życzysz, kończę dyskusję z Tobą, życząc powodzenia w propagowaniu racjonalizmu wśród racjonalistów.
Zielona
>Patrzac z innej strony, wydaje mi sie, ze bajkowy sposob przekazywania dzieciom podstawowych zasad moralnych, jest odruchem naturalnym, zarowno dla rodzica, jak i w odbiorze dzicka. Przykladem tego sa basnie, bajki z reguly pobudzjace wyobraznie dziecka, skazujac go tym samym na wiare w dluuugie, szczesliwe i okraszone wspanialym potomstwem zycie.

Dziecko żyje jedną nogą w świecie rzeczywistym a drugą w świecie fantazji i tak jak napisałaś bajkowy sposób przekazywania zasad moralnych jest naturalny, jest to odwoływanie się do wyobraźni dziecięcej. Kiedy mówimy maluszkowi o tak drastycznym z pozoru problemie jak śmierć to w jego główce kreśli się wizja jakiejś bajki czy to z atomami czy niebem w roli głównej zależnie od tego co rodzic preferuje w swojej wizji świata.

>Czy mam prawo, wychowujac czlowieka - szukac odpowiedzi na wlasne pytania ?

Przecież życie na tym polega właśnie - na szukaniu odpowiedzi na własne pytania a i tak nigdy na wszystkie nie odpowiesz sobie... Gdyby ktoś kiedyś stwierdził, że zna odpowiedź na wszystkie swoje pytania to byłby głupcem Im więcej wiemy tym więcej rodzi się w nas pytań.

>Wedlug mnie, maksymalny obiektywizm lezy w przekazaniu dziecku czastki siebie ( sila rzeczy), tej najbardziej uniwersalnej, ktora stanie sie drogowskazem do wlasnego wyboru.

Widzę to w sposób podobny do Twojego.

Pozdrawiam

??
scorpAteistyczne dziecko a problem śmierci.
Zielona:

"Kontynuowałam dalej mówiąc, że biedronka podobnie jak człowiek, kwiat czy drzewo składa się z wielu, wielu małych kawałeczków, ktore noszą nazwę atomy. Po śmierci atomy rozpoczynają wedrówkę, rozdzielają się i ruszają w świat... część z nich przyłączy się później być może do drzewa, część do innego owada, człowieka.... Podsumowałam, że śmierć to przemiana w inną energię"

Biedny maluszek.... Bo czy przemiana pośmiertna materii to jest dobry temat dla czterolatka? Czy ten obraz nihilacji materii ożywionej, tak wyraziście odmalowany, jest mu potrzebny w tym wieku czy raczej jest szkodliwy? Czy chcesz, żeby w jego dziecięcym umyśle utrwalił się obraz procesu rozpadu, aby powracać w wieku dorosłym?

Moja sugestia dla Zielonej: nie podkręcaj jego wrażliwości.

MA: "Ale mówiłbym mu z pewnością o nieśmiertelności człowieka, że człowiek żyje w tym co przez życie zrobił i co po nim pozostanie, i w ludziach z którymi żył i którzy po nim zostają, jeśli był dla nich dobry, pomocny. Czyli odwołałbym się do religii moralności i ateistycznej perspektywy nieśmiertelności"

Słowa, słowa. A ja myślę, że te trudne kwestie powinny znaleźć swoje miejsce w umyśle dzieciaka nie poprzez szkolenie ideowo - wychowawcze, ale poprzez - głównie - przekaz niewerbalny, internalizację postawy rodziców, która zawsze jest wzorem, a powinna być mądrym wzorem. Wydaje mi się, że właśnie przekaz niewerbalny niesie to, co najważniejsze dla kształtowania jego postawy.

Zielona: "Tak, masz rację - zanim zaczęliśmy nasze z synkiem pogawędki o śmierci maluszek potrafił przepłakać całe popołudnie tylko, dlatego, że zobaczył w TV nieżywą rybę, teraz, choć nadal szanuje ludzi i przyrodę, ma wrażliwość na krzywdę, cierpienie innej istoty jest jakby bardziej pogodzony z naturalną koleją losów"

A może nie słowa matki, tylko ton jej głosu, bliskość jej osoby skojarzona z tym tematem, atmosfera jej zrozumienia dla jego rozterki, jest tym co dziecko uspokaja, kształtuje właściwy kontekst (psychiczny i intelektualny), sprzyja akceptacji? Nawet, jeżeli te słowa to są "pogawędki o śmierci" z czterolatkiem....
Pozdrowienia!
ZielonaOdp: Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
>Biedny maluszek.... Bo czy przemiana pośmiertna materii to jest dobry temat dla czterolatka? Czy ten obraz nihilacji materii ożywionej, tak wyraziście odmalowany, jest mu potrzebny w tym wieku czy raczej jest szkodliwy? Czy chcesz, żeby w jego dziecięcym umyśle utrwalił się obraz procesu rozpadu, aby powracać w wieku dorosłym?

Okazuje się, że był to jednak temat dobry dla mojego synka, za innych 4-latków nie ręczę. Mojego maluszka zafascynowało to, co mu opowiedziałam i zredukowało lęki. Nihilacja materii ożywionej jest faktem a to, że nasza kultura raczej nie uczy nas oswajać się z nim a wręcz wzmaga awersję wobec tego zjawiska nie znaczy, że jest to sposób najlepszy i, że muszę powielać go w kolejnym pokoleniu. Dla mojego dziecka wędrówka atomów, przemiana materii, fakt, że biedronka będzie trwać w innej postaci okazał się optymistyczny - to jest jakiś grunt, na którym będziemy mogli w przyszłości budować u niego dalszą reprezentację śmierci.. Wydaje mi się, że dzięki temu być może nie będzie w przyszłości wpadać w panikę, kiedy zetknie się namacalnie ze śmiercią.
Wiesz, że podobno awersję do brzydkich zapachów nabywamy poprzez socjalizację a nie jest ona wrodzona ?
Myślę, że podobnie jest z procesem rozkładu organizmu, ja potrzebowałam się z tym oswoić wtórnie i myślę, że dobrze abym nie demonizowała tego zjawiska zapoznając synka z prawidłami świata. Gdybym zaobserwowała, że to, co staram się mu przekazać dodatkowo stymuluje lęki na pewno wycofałabym się, ale zaufaj intuicji matek, które mają sposobność być z dzieckiem i obserwować jego reakcję, dzieci są różne i różne rodzaje informacji przyswajają lepiej lub gorzej.
Na obecnym etapie rozwoju mojego synka ów proces rozpadu jest do zaakceptowania w postaci takiego przekazu, jaki mu zaserwowałam, jego niedojrzały umysł nie widzi myśląc o wędrówce atomów opadowych plam pośmiertnych, nie czuje zapachu rozkładającego się ciała dla niego owa wędrówka jest właśnie bajkowa, fascynująca. Opinia wyrażona przez Ciebie jest mocno, zsubiektywizowana, bo patrzysz na problem swoim dorosłym umysłem, który operuje już zarówno lękiem przed śmiercią jak i zapewne tą awersją wobec procesu rozkładu, którą zinternalizowałeś. Izolowanie od zjawiska śmierci skutkuje tylko wzrostem fobii śmierci natomiast oswajanie ze śmiercią tę fobię redukuje, choć oczywiście zdrowy lęk przed śmiercią jest konieczny, bo służy antycypowaniu zagrożeń dla organizmu.

>Moja sugestia dla Zielonej: nie podkręcaj jego wrażliwości.

Paradoksalnie być może wedle Ciebie, ale obniżyłam jego czasem nawet zbyt dużą wrażliwość.

>A może nie słowa matki, tylko ton jej głosu, bliskość jej osoby skojarzona z tym tematem, atmosfera jej zrozumienia dla jego rozterki, jest tym co dziecko uspokaja, kształtuje właściwy kontekst (psychiczny i intelektualny), sprzyja akceptacji? Nawet, jeżeli te słowa to są "pogawędki o śmierci" z czterolatkiem....

No jasne, jest to tak oczywiste, że o tym nawet nie wspomniałam Skoro 80 % komunikacja dokonuje się drogą niewerbalną to wiadomo, że słowa same nie wystarczą, jednak i słowa są konieczne podczas socjalizacji, więc i nad tym trzeba popracować.
Nie wiem czy zetknąłeś się z tzw koncepcją podwójnego związania, która kładzie akcent w relacji matka - dziecko na rozbieżność między komunikatem werbalnym i niewerbalnym wysyłanym przez matkę. Dzieci bardzo łatwo wychwytują sprzeczne komunikaty o ile w przypadku komunikatu werbalnego łatwo jest coś ukryć o tyle przy niewerbalnym jest to trudne. Ogółem - koncepcja obrazuje, w jaki sposób tworzą się zaburzenia osobowości u dziecka, jeśli matka generuje sprzeczne komunikaty, interesująca teoria sądzę.
Pozdrawiam

??
nicram79
>Wiesz, że podobno awersję do brzydkich zapachów nabywamy poprzez socjalizację a nie jest ona wrodzona ?

To takie pytanie na marginesie, ale jakich zapachów ? Bo wydaje mi się że zapach takich substancji jak np. odchody czy coś gnijącego to powinien być wrodzony, to by było korzystne ewolucyjnie. Na pewno można się jakoś uwarunkować na zapachy, ale awersja do takich podstawowych to powinna być wrodzona.

Pozdrawiam
Zielona
>To takie pytanie na marginesie, ale jakich zapachów ?

Ekskrementów.
Nie potrafię teraz przytoczyć Ci literatury, w jakiej czytałam o tym, ale wystarczą tu nawet zachowania małych dzieci, które swoje fekalia czy też fekalia innych stworzeń choćby zwierząt domowych uznają za niezwykle interesujący materiał badawczy
Dopiero trening czystości uczy dziecko to jest "be" "fuj"
Zmysł węchu o ile pamiętam ma swoją reprezetację w prastarej strukturze mózgu - układzie limbicznym, ale jak to koreluje z uwarunkowaniami ewolucyjnymi nie mam niestety pojęcia
Pozdrawiam

??
nicram79 (460 punktów)
>>To takie pytanie na marginesie, ale jakich zapachów ?
>Ekskrementów.
>Nie potrafię teraz przytoczyć Ci literatury, w jakiej czytałam o tym, ale wystarczą tu nawet zachowania małych dzieci, które swoje fekalia czy też fekalia innych stworzeń choćby zwierząt domowych uznają za niezwykle interesujący materiał badawczy
>Dopiero trening czystości uczy dziecko to jest "be" "fuj"

No ale jesteś pewna że nie odbierają tego jako awersyjnego i bawią się swoimi fekaliami bez ograniczeń i oporów ? .A może to się rozwija z wiekiem niezależnie od doświadczeń ?

Pozdrawiam

Zielona
>No ale jesteś pewna że nie odbierają tego jako awersyjnego i bawią się swoimi fekaliami bez ograniczeń i oporów ?

Niestety jestem boleśnie pewna ale moja pewność opiera się tylko na jednym studium przypadku - mój synek
Spójrzmy z jeszcze innej strony na ten problem - skoro węch ma reprezentacją w starej strukturze mózgu (układ limniczny słabo rozwinięty występuje już u gadów) to, jeśli wnioskować na podstawie obserwacji ssaka - psa widać tu wyraźnie nie tyle awersję, ale wręcz upodobanie do brzydkich zapachów
Jeśli masz psa to wiesz, że kiedy dasz mu wolna rękę, jeśli tylko znajdzie gdzieś w otoczeniu jakąś nieprzyjemną dla ludzkiego węchu woń to nie omieszka skorzystać by wetrzeć ją w swoją psią sierść a taki jest przy tym szczęśliwy jak kobieta, której podarowano flakonik Channel nr 5
Można oczywiście powiedzieć, że od psa do człowieka wiedzie długa droga ewolucji, ale czy ewolucja biologiczna wykonała tę pracę i wpisała nam w geny awersję do ekskrementów czy też robi to dopiero ewolucja kulturowa....
Szukałam w domu literatury, w której sugerowano, że ludzka awersja do brzydkich zapachów jest nabywana drogą socjalizacji, ale niestety nie wiem gdzie to było, nie znalazłam tej książki.
Mam taką ułomność, że koduję tylko mniej więcej kolor okładki książki, ale nie autora i tytuł

>A może to się rozwija z wiekiem niezależnie od doświadczeń ?

Niezależnie od doświadczeń ?
Nie wiem, co masz na myśli...

??
nicram79 (460 punktów)
>>A może to się rozwija z wiekiem niezależnie od doświadczeń ?
>Niezależnie od doświadczeń ?
>Nie wiem, co masz na myśli...

Chodziło mi o taką możliwość, że jest to zapisane w genach ale uruchamia się dopiero w określonym momencie rozwoju.

Pozdrawiam
Zielona
>Chodziło mi o taką możliwość, że jest to zapisane w genach ale uruchamia się dopiero w określonym momencie rozwoju.

Np.: pod wpływem zadziałania jakiegoś hormonu, którego sekrecja następuje pod wpływem ekspresji jakiegoś genu na danym etapie ontogenezy...
Być może tak jest, trzeba by tu opinii kogoś kompetentnego, mi brak niestety danych
Pozdrawiam

??
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
Jak wyobrażasz sobie niewerbalną odpowiedź na słowne zapytanie?! To jakaś piramidalna bzdura.
leo_z (935 punktów)Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
Jako, że mam już dorosłą córę, mogę z perspektywy czasu "pokazać" jak to wyglądało w moim (naszym) przypadku. Pierwszą, dosyć istotną kwestią będzie spostrzeżenie, że przy wychowywaniu naszej córki od początku nastąpił samoistny "podział" ról wychowawczych - żona była tą osobą, gdzie córa mogła i znajdowała "matczyne ciepło", a co do tłumaczenia "życia" to już ja starałem się temu sprostać.
Zawsze starałem się widzieć w dziecku małego człowieka i partnera - na pytania dziecka nie tyle "odpowiadałem" co "pokazywałem odpowiedzi". Starałem się na przykładach zaczerpniętych z najbliższego otoczenia dziecka wskazywać na zawarte w tych przykładach odpowiedzi.
Co do "życia" i "śmierci" było podobnie. Nie raz i nie dwa zdarzało się, że dziecka widziało lub miało kontakt z bólem, cierpieniem i śmiercią chociażby zauważoną u małych zwierzątek oraz niestety - w jakże dużych porcjach, w telewizji. W takich wypadkach starałem się poprzez cierpliwość i "szukanie" zrozumiałych przykładów wytłumaczyć dlaczego jest tak a nie inaczej. Dobrymi "przykładami" były przynoszone do domu wszelkie koniki polne, ślimaki, biedronki itp. Tłumaczenie dziecku, że one mają własne życie, że je też "boli" i można im zrobić krzywdę, że one również umierają powodowało, iż córka zaczynała sobie zdawać sprawę, że życie to również smutek i płacz po nieżywym wróbelku. Zdarzało się, że córka przynosiła do domu poranione przez koty ptaszki, które mimo prób ich leczenia umierały. Córka widziała to, doświadczała tego, że ptaszek przestaje się ruszać, jest sztywny i zimny. Owszem, był wtedy bezradny płacz i szukanie "nieba" dla ptaszka. Moją rolą było wytłumaczenie, że nie ma nieba, ale jest dobre serce córki i ciepła pamięć o ptaszku. Mojego "oszustwa" było tyle, że tłumaczyłem dziecku, że to "dobra" pamięć o ptaszku jest tym jego (ptaszka) niebem. Że to, jak widzi swoimi oczyma ptaszka, takim ten ptaszek jest po śmierci i dlatego ważnym jest aby widziała ptaszka szczęśliwego i zdrowego.
Gdy przyszedł czas, że umarł po dwóch latach pupilek córki - jej chomik, już potrafiła to zrozumieć i pożegnać się ze swoim "przyjacielem" ze zrozumieniem, że to jej obraz chomika jaki pozostawia w sobie jest ważnym w tym wszystkim. Córka wzrastała z pełnym zrozumieniem "życia" i "śmierci", ale należy pamiętać, że zawsze maiła w nas (żonie i mnie) partnera chcącego zrozumieć jej "małe" dylematy. Dzień dzisiejszy pokazuje, że w żadnym momencie "aniołki" nie były potrzebne do tłumaczenia "życia i śmierci" córce, a mi pozwala być "ojcowsko" dumnym z tego jaką mam i jaka jest moja córa .


pozdrawiam
ZielonaOdp: Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
Wiesz mam podobne do Twojej córki doświadczenia Przede wszystkim dlatego, że to ojciec mnie uczył świata, ale opowiadał przy tym o aniołkach grających w kręgle w niebie kiedy była burza i grzmiało. Poza tym też uwielbiałam wszelkiego rodzaju stworzonka od dżdżownic przez ślimaki i zranione ptaszki. Były uroczyste pogrzeby wróbelków i malutkie mogiłki przystrojone kwiatkami i miniaturką krzyżyka z patyczków. Pochowałam kilka swoich chomików, szczurków i świnek morskich zalana łzami. Wierzyłam, że kiedyś spotkamy się w niebie...
Mój synek też jest wrażliwym dzieckiem, póki, co wędrujące atomy dały mu ukojenie. Kiedy będzie starszy i śmierć stanie się dla niego czymś bardziej postrzeganym z aspektu psychicznej dezintegracji organizmu wtedy Twój pomysł przyda mi się bardzo
Pozdrawiam

??
manson
no, coż - po przeczytaniu tej całej dyskucji nasuwa mi sie jeden wniosek : dziecko współuczestniczy w dziele swojego wychowania, a światopogląd rodzicówi tak nie ma maxymalnego wpływu na jego styl myślenia. Jako nastolatka mogę smiało powiedzieć, że tłumaczenie dzieciom róznych zagadnień dotyczących śmierci na przykładzie aniołków, nieba itp nie jest niczym złym, ponieważ szybko przestają wierzyć w tego typu brednie. Racjonalnie i samodzielnie myśląca (nawet młoda) osoba potrafi rozróżnić poważne i wiarygodne argumenty od biblijnych bajek. Traktowanie dziecka jako kiepsko myslącej rzeczy jest tu wysoce nie na miejscu. Jeszcze całkiem niedawno także przechodziłam okres intensywnej nauki rozumienia świata i zła, które się na nim szerzy. I nie mogę powiedzieć zebym w jakiś sposób starała się zrozumiec to czego nie byłabym w stanie wtedy pojąć! Wszystko przychodzi z czasem i nie trzeba okłamywac dziecka by na siłe przedstawić mu obraz śmierci i cierpienia. Ateistyczne rodziny mają jeszcze o tyle lepiej że nie ciąży na nich wieczne poczucie winy jakim obracza przynależność do kościoła. Myśle, że racjonalna i konsekwentna postawa rodzica wobec rozwijającego się dziecka jest najlepszym sposobem na przekonanie go i sprowokowanie do myslenia
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
>tłumaczenie dzieciom róznych zagadnień dotyczących śmierci na przykładzie aniołków, nieba itp nie jest niczym złym, ponieważ szybko przestają wierzyć w tego typu brednie.
A jaki jest sens wtłaczania dziecku bredni do głowy?

>Racjonalnie i samodzielnie myśląca (nawet młoda) osoba potrafi rozróżnić poważne i wiarygodne argumenty od biblijnych bajek.
W tym cały problem, że racjonalne myślenie wcale nie jest podstawą większości podejmowanych przez człowieka decyzji. Za ich większą część odpowiadają procesy przebiegające poza świadomością, niektóre uwarunkowane genetycznie w czasach, gdy człowiek był jednym z wielu stadnych zwierząt i nic poza tym, za inne odpowiadają emocje. I właśnie "granie na emocjach" jest podstawą wciskania religijnego kitu.

>Ateistyczne rodziny mają jeszcze o tyle lepiej że nie ciąży na nich wieczne poczucie winy jakim obracza przynależność do kościoła.
"Święte słowa"!
Zielona
>Traktowanie dziecka jako kiepsko myslącej rzeczy jest tu wysoce nie na miejscu.

Bardzo fajnie czyta się taką opinię
Na pewno dziecko myśli inaczej o świecie niż dorosły człowiek, nie różnicuje tak dobrze świata fantazji i rzeczywistości, ale problemy, lęki i pytania małego człowieka należy traktować absolutnie poważnie i z szacunkiem choćby z naszej dorosłej perspektywy wydawały się zupełnie absurdalne, infantylne czy nierealne.
Pozdrawiam

??
Patuszkin (2279 punktów)Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
Problem w tym, że nawet sobie trudo wytłumaczyć śmierć. Mówienie o wędrówce atomów chyba nie minimalizuje lęku przed nią. Ciekawy jestem czy takie szkraby odczuwają lęk przed nicością? Mogą odczuwać smutne zdziwienie kiedy piesek przestaje oddychać, ale czy traktują śmierć jako autentyczne zagrożenie w stosunku do siebie? Czy może u nich pojawić się refleksja typu: kiedyś umrę, do diabła, powinienem w życiu czegoś dokonać, przeżyć miłość, zrobić coś dobrego etc. ?

Bo jeśli takiej refleksji u małych dzieci nie ma, jak podejrzewam, to wtedy można opowiedzieć jakąś narrację o wędrówce atomów lub bajkę o aniołkach czy skrzydlatych duszach. Trzeba jednak się zastanowić jakie mity czy opowiadania są dobre, a które mogą zaszkodzić i wywołać w przyszłości np. nerwicę religijną czy stępić władzę krytycznego myślenia.

Być może sposobem na zminimalizowanie ryzyka traumy byłoby usunięcie informacji, które wywołują strach i niepewność. Przypadek Kierkegaarda podpowiada mi, że dzieci nie powinny słuchać bajek o złowieszczym Bogu i okrutnym świecie, choćby nawet były prawdziwe.
ZielonaOdp: Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
>Mówienie o wędrówce atomów chyba nie minimalizuje lęku przed nią.

Wiesz sam lęk przed śmiercią to zdrowy syndrom, bo mobilizuje organizm do dbania o siebie natomiast gorzej, jeśli przekroczy pewien próg i urasta do rozmiarów fobii, bo wtedy działa destruktywnie.
Mówienie o atomach uważam pełni funkcję redukcji stresu na zasadzie mechanizmu - niewiedza indukuje dystres (reakcja organizmu na zagrożenie), wiedza eustres (mobilizacja sił)
Niepewność, niewiedza podnosi poziom lęku natomiast wiedza choćby była ona tylko jakimś potocznym przekazem typu niebo czy atomy pozwala lęk ów zredukować.

> Ciekawy jestem czy takie szkraby odczuwają lęk przed nicością?

Z tego, co wiem nie odczuwają.
Podobno dopiero dzieci 8-11-letnie zaczynają postrzegać śmierć realistycznie, wcześniej dzieci wyobrażają sobie śmierć jako np. kościstą, trupiobladą panią z kosą.

>Mogą odczuwać smutne zdziwienie kiedy piesek przestaje oddychać, ale czy traktują śmierć jako autentyczne zagrożenie w stosunku do siebie?

Wiesz, że przeprowadzone jakieś badania, które mówiły, że zachowania nastolatków wskazują na to, że czują się oni jakby nieśmiertelni a co dopiero mówić o dzieciach przedszkolnych czy wczesnoszkolnych.
Zresztą daleko szukać nie muszę kiedyś poznałam kiedyś pewnego doktora chemii, pracownik naukowy, po 30-stce, który... wierzy, że jest nieśmiertelny (w sensie fizycznym !) nie wykazuje przy tym żadnych dysfunkcji psychicznych

>Czy może u nich pojawić się refleksja typu: kiedyś umrę, do diabła, powinienem w życiu czegoś dokonać, przeżyć miłość, zrobić coś dobrego etc. ?

Raczej taka refleksja jest dzieciom obca.
Jestem osobą introwertyczną, od najmłodszych lat wykazywałam duże tendencje do introspekcji. Pamiętam dość dobrze swoje przeżycia z dzieciństwa. Kiedy miałam pięć lat powiedziałam sobie - muszę dobrze zapamiętać sposób w jaki myślę w tym okresie życia aby kiedy dorosnę pamiętać, że dzieci nie są tak głupie i niedojrzałe jak wydają się być dorosłym, jednak nie pamiętam abym w okresie dzieciństwa obawiała się widma śmierci. Tego jeszcze nie było w mojej psychice...

>Bo jeśli takiej refleksji u małych dzieci nie ma, jak podejrzewam, to wtedy można opowiedzieć jakąś narrację o wędrówce atomów lub bajkę o aniołkach czy skrzydlatych duszach.

Tak właśnie.

>Trzeba jednak się zastanowić jakie mity czy opowiadania są dobre, a które mogą zaszkodzić i wywołać w przyszłości np. nerwicę religijną czy stępić władzę krytycznego myślenia.

Dlatego wolę mówić dziecku o faktach a nie o przekonaniach (np.: w moim wypadku przekonaniem są Wszechświaty Równoległe) - wędrujące atomy są takim faktem zaś wędrówka duszy jest religijnym przekonaniem osoby wierzącej.

>Być może sposobem na zminimalizowanie ryzyka traumy byłoby usunięcie informacji, które wywołują strach i niepewność.

W jaki sposób chciałbyś je usuwać ?
Bo jeśli przez taką czystkę cenzuralną, czyli parasol ochronny to myślę, że w przyszłości może zemścić się na dziecku.
Ponieważ życie ma w sobie zarówno element gratyfikacji jak i frustracji potrzeb, aby przystosować dziecko do życia w społeczeństwie, rzeczywistości trzeba je konfrontować z jednym i drugim tak by miało szansę wypracować szeroka gamę repertuaru zachowań. Pewne doza frustracji jest niezbędna do prawidłowego rozwoju małego człowieka.
Nadopiekuńcze matki robią dzieciom często wbrew swoim dobrym intencjom krzywdę.

>Przypadek Kierkegaarda podpowiada mi, że dzieci nie powinny słuchać bajek o złowieszczym Bogu i okrutnym świecie, choćby nawet były prawdziwe.

Moja wiedza o Kirkegaardzie niestety ogranicza się wyłącznie do przeczytanego "Dziennika uwodziciela" a i to całkiem przypadkiem jako, że w prapradaaawnych czasach byłam w związku z pewnym studentem filozofii, którego książki często wpadały w moje ręce
Zatem jeśli zechciałabyś rozwinąć temat pt.: "Kirkegaard" będę wdzięczna
Nie czytam dziecku np. : bajek braci Grimm, bo uważam je za nazbyt pobudzające tę ciemną stronę wyobraźni.
Kiedy opowiadam bajkę o "Czerwonym Kapturku" to Wilk zostaje przez Pana Gajowego złapany za tylne łapy i potrząsany tak długo aż Babcia i Kapturek wyskakują z jego wnętrza, nie ma mowy o rozpruwaniu brzucha
Pozdrawiam

??
Patuszkin (2279 punktów)
Witaj

Kirkegaard był ostatnim i ulubionym synem swojego ojca. Kiedy miał ok 7 lat ojciec zabierał go no spacery po ulicach Kopenhagi. Mały Soren miał za zadanie zapamiętywanie wszystkich miejsc, które odwiedzali. Będąc juz w domu, ojciec prosił syna, aby ten odtworzył z pamięci wygląd ulic, domów i ludzi, których napotkali podczas spaceru. W ten sposób ojciec wyrabiał u syna wyobraźnię. Tato Sorena miał jednak kilka wad, które odbiły się negatywnie na jego psychice. Był człowiekiem bardzo religijnym, zbyt zasadniczym i trochę niestabilnym emocjonalnie. Przekazał synowi strach przed bezwzględnym Bogiem, który może człowieka wtrącić w otchłań potępienia.
Jednak w jego pismach można znaleźć przezwycieżenie Biblijnogo wizerunku Boga. Soren do naiwniaków nie należał. Przecież z wielką gracją i wprawą posługiwał się pojeciami filzoficznymi. Bóg to dla niego już tylko "nieskończoność". Rozważanie relacji nieskończoności do skończoności, relacji między możliwościami a koniecznością - to są zagadnienia czysto filozoficzne, które z antropomorfizmem mają niewiele wspólnego.
Być może filozofia była dla niego odtrutką, sposobem na przezwycieżęnie leku i drżenia.
Zielona
Witaj
Dziękuję Ci za podzielnie się historią Kierkegaarda notabene chyba zgubiłam "e" wcześniej w nazwisku
Z tego, co napisałeś wynika trochę, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - okazuje się jakoby ten obraz bezwzględnego Boga, którym ojciec zaraził syna i zapewne bunt przeciwko tej wizji, jednocześnie pobudził Kierkegaarda do głębszych refleksji.
Mrożek zauważył, że młodsze pokolenia potrzebują czegoś w światopoglądach rodziców, przeciw czemu mogłyby się buntować.
Bunt bywa siłą konstruktywną.

>Być może filozofia była dla niego odtrutką, sposobem na przezwycieżęnie leku i drżenia.

To jest bardzo prawdopodobne i dlatego pytanie : czy lepiej przejść przez życie gładko, bez lęku i bólu a przy tym bez głębszych refleksji czy też doświadczać toksyn życia by móc czerpać z nich naukę szukając antidotum ?
Jako człowiek cieszę się, że doświadczyłam, doświadczam w życiu tego, co mnie boli szczególnie te rany, które udało się zagoić przynoszą satysfakcję, jako matka mam imperatyw by chronić przed bólem życia swoje dziecko, jako istota społeczna by starać się nie być toksyczną dla innych ludzi.
Pozdrawiam

??
Patuszkin (2279 punktów)
>Mrożek zauważył, że młodsze pokolenia potrzebują czegoś w światopoglądach rodziców, przeciw czemu mogłyby się buntować.

Coś w tym jest, ale nie traktowałbym tego poważnie. To zupełnie tak jakbyśmy przepisali ten sam trening wytrzymałościowy chuderlawemu astmatykowi i doświadczonemu himalaiście. Gdybyśmy słowa Mrożka zechcieli wprowadzić w życie, to powinniśmy wychowywać dzieci w systemie totalitarnym, aby mogły dostrzec zalety demokracji i wyrobić w sobie siłę charakteru, która przeciwstawia się totalitaryzmowi. Podobnie ateiści mogliby oszukiwać dzieci, że są wierzący, aby ci mogli się zbuntować i przezwycieżyć religijność.
Na temat szkód jakie wyrządza religijne wychowanie można poczytać sobie w króciótkiej i fajnie napisanej książeczce Bertranda Russella pt. "Negatywna teoria wychowania".
Jeśli chodzi o wychowanie w systemach totalitarnych, może wystarczy lektura "Roku 1984"
Georga Orwella.

>była dla niego odtrutką, sposobem na przezwycieżęnie leku i drżenia.
>To jest bardzo prawdopodobne i dlatego pytanie : czy lepiej przejść przez życie gładko, bez lęku i bólu a przy tym bez głębszych refleksji czy też doświadczać toksyn życia by móc czerpać z nich naukę szukając antidotum ?

Niektórzy lubią ból i cierpienie. Osobiście wybieram tą jaśniejszą stronę życia. Lepiej uczyć się na cudzych błędach.

Pozdrawiam
Patuszkin (2279 punktów)
W poprzednim poście trochę przerysowałem. Po prostu wolę rozmawiać o pożytkach płynących z braku cierpień, z miłości, wszelkiego rodzaju przyjemności i spokoju ducha. Czasem odnosze wrażenie, że chrześcijańskie dziedzictwo polega m.in. na tym, że ludzie w przyjemnościach i szczęściu doszukują się czegoś podejrzanego, natomiast w cierpieniach znajdują same skarby: wiedzę, mądrość i dobroć serca.
Zielona
>Niektórzy lubią ból i cierpienie.

Oberwało mi się.
Zresztą chyba słusznie oberwało, bo jakiś czas temu nazywano mnie Matką Teresą ze względu na moją identyfikację z problemami innych ludzi. Na pewno jednak nie propaguję hasła "cierpienie uszlachetnia", choć ja akurat lubię uczyć się na własnych błędach.
Nikomu nie zalecam cierpienia jako drogi do mądrości, nie mam też syndromu Janosika, aby zabierać szczęście tym, którzy je mają i nakazywać dzielić się z tymi, którym go brak. Sama lubię życiem się cieszyć i dążąc do harmonii dążę do szczęścia po swojemu. Najwięcej radości daje to, co proste: piękna pogoda, wiosenna burza, zapach skoszonej trawy, uśmiech dziecka a szczęścia szukam przede wszystkim w satysfakcjonujących relacjach z ludźmi.
Pozdrawiam

??
Patuszkin (2279 punktów)
>Najwięcej radości daje to, co proste: piękna pogoda, wiosenna burza, zapach skoszonej trawy, uśmiech dziecka a szczęścia szukam przede wszystkim w satysfakcjonujących relacjach z ludźmi.

Mi radość sprawia przede wszystkim poznawanie. To chyba największa przygoda mojego życia.

Pozdrawiam
Zielona
Realizowanie potrzeby poznawczej to motor życia, przynajmniej mojego Natomiast to co miałam na uwadze pisząc o prostocie radości to fakt, że kiedy potrafimy dostrzegać takie male, codzienne porcyjki energii pozytywnej nie grozi nam zblazowanie jakie może dotykać ludzi, którzy kompulsywanie, niewysycenie, neurotycznie szukając stymulacji gubią się w pędzie życia.
Pozdrawiam
??
TrukszynAteistyczne dziecko a problem śmierci.
>mój kochany zapytał mnie: czy wierzysz w życie po
>śmierci? odpowiedziałam: uwierzę, ale tylko wtedy, jeśli
>róża, która tego wieczoru zakwitła w naszym ogrodzie,
>pachnieć będzie po
>zgonie wszystkich swoich płatków.
>Halina Poświatowska
>Mój synek zapytał mnie podczas jednego ze spacerów gdy
>znalazł rozdeptaną biedronkę : " co się z nią stanie ? czy
>ona sie wyleczy ? " To było pierwsze z jego pytań odnośnie
>kwestii umierania.
>Chciałabym poznać opinie rodziców, którzy wychowują swoje
>dzieci bez religii jak sobie radzą z tematem "życie v/s
>śmierć"
>Jak Wasze dzieci wdrażaliście w to zagadnienie na kolenych
>etapach ich rozwoju ?
>Profesor Hołówka, którego cenię odniósł się zapytany przez
>kogoś w nastepujący sposób do problemu :
>ciekawa: Czy możliwym jest wytłumaczyć dziecku jaki jest
>sens śmierci nie odnosząc się przy tym do nieba, aniołków
>itp.?
>prof. Jacek Hołówka: Chyba nie jest możliwe. Gdy moje
>dzieci były małe też im tak mówiłem. Ale gdy zaczęły mieć
>wątpliwości rozmawiałem z nimi poważnie.
>A mnie zdaje się, że jest to możliwe a co więcej z mojej
>perspektywy konieczne jest budować w dziecku od początku
>poczucie maksymalnie uczciwego dialogu z osobą znaczącą.
>Dlatego spróbowałam, ale nie wiem na ile próba się
>powiedzie...
>Wracając do rozdeptanej biedronki - odpowiedziałam synkowi,
>że biedronka jest nieżywa, że nie można jej już uzdrowić.
>Maluszkowi było bardzo smutno z tego powodu. Kontynuowałam
>dalej mówiąc, że biedronka podobnie jak człowiek, kwiat czy
>drzewo składa się z wielu, wielu małych kawałeczków, ktore
>noszą nazwę atomy. Po śmierci atomy rozpoczynają wedrówkę,
>rozdzielają się i ruszają w świat... część z nich przyłączy
>się później być może do drzewa, część do innego owada,
>człowieka.... Podsumowałam, że śmierć to przemiana w inną
>energię.
>To zadowoliło synka na jakiś czas...
>Teraz zaczynają się pytania o człowieka: dorastanie,
>starość, śmierć...
>
Wprowadza Pani w błąd swoje dziecko, zakładając, że zna Pani właściwą odpowiedź.Ja swojemu dziecku odpowiadam tak:"Wydaje mi się, że..." lub "Zakładam, że...".Stawianie się w roli autorytetu wiedzy gdy ta wiedza nie jest poparta własną, wewnętrzną refleksją(przypuszczam, że tak jest, skoro naświetliła Pani dziecku tylko jedną możliwość z tysiąca istniejących) może spowodować w Pani dziecku protest, kiedy nauczy się samodzielnie myśleć.Poza tym kwestię śmierci sprowaziła Pani to rozpadu matrialnego ciała.To też tylko teoria oparta na przeświadczeniu o nieomylności zmysłów.Ciekawy jestem, jak na informację o atomach składających się na wizerunek ciała zareagowało by ślepe od urodzenia dziecko? Pozdrawiam.
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
Odp: Ateistyczne dziecko a problem śmierci.
Jasna cholera, człowieku! Rozumiem, że masz w d... czytanie wszelakich regulaminów, a tym bardziej stosowanie się do nich, ale czy naprawdę nie masz ani odrobiny wyobraźni, zdrowego rozsądku czy czegokolwiek co by skłoniło cię do pisania odpowiedzi bez cytowania postu poprzednika w całości?!
Trukszyn
przepraszam.Nie mamniczego w d..ie ale to był mój pierwszy post i nie znałem jeszcze mechanizmu działania.Teraz tego już nie robię.

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365