 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » ABC Racjonalisty
| Napisano | Autor | Tytuł | | 28-04-2008 00:24 | Xion (501 punktów) (zablokowany) | Sens sensu
1 na 1 | Jak wiadomo, jeden z dyżurnych argumentów wysuwanych przez wierzących w dyskusjach z niewierzącymi jest stwierdzenie, iż przy braku istnienia jakiejś formy siły wyższej i duchowej, świat materialny w ogóle - a życie ludzkie w szczególności - ma być jakoby pozbawione sensu. Oczywiście nie jest trudno podać kontrargumenty świadczące o tym, że wysuwany automatycznie wniosek o owej bezsensowności jest nieuprawniony, chociaż może to zależeć od tego, co faktycznie rozumiemy pod pojęciem 'sens'.
Chwilowo chciałbym założyć, że mamy wówczas na myśli holistycznie pojętą celowość świata, będącą przeciwieństwem przypadkowości - czyli przekonania, iż świat istnieje bez określonej przyczyny i że jego istnienie nie ma również określonego celu. Jednocześnie w znaczeniu indywidualnym sens ma oznaczać celowość ludzkiego życia w wymiarze obejmującym całą jego długość. Mam nadzieję, że z grubsza odpowiada to faktycznemu znaczeniu pojęcia sensu, używanemu przez wierzących oraz niewierzących w polemikach z tymi pierwszymi.
Pytanie moje, z którym wiąże się nieco przewrotny tytuł wątku, dotyczy tego, na ile - i czy w ogóle - ten sens jest rzeczywiście istotny? Czy z wiarą nieodłączenie związana jest potrzeba świadomości sensu na niezwykle wysokim poziomie, bo obejmującym przecież aż cały wszechświat? (*) Czy wobec tego dla niewierzących potrzeba ta kończy się zawsze na poziomie niższym, obejmującym na przykład życie jednostki, rodziny, przyjaciół, społeczności lokalnej, itd.? Pragnę wyraźnie zaznaczyć, że nie chodzi mi o dyskusję na temat adekwatności takich środków zaspokajania wspomnianej potrzeby - jeśli istnieje - jak bóg, przypadek, ewolucja i tym podobne. Chodzi mi raczej o to, na ile dorzeczne filozoficznie i psychologicznie jest samo zajmowanie się kwestią owego sensu. Przypuszczam bowiem, że jest ono mimo wszystko znaczne, skoro wierzący tak chętnie tę sprawę poruszają w swej argumentacji.
(*) Proszę uznać przymiotniki 'wysoki' i 'niski' za metafory, a nie za określenia wartościujące. Im wyżej wejdziemy, tym więcej widać; żeby zobaczyć cały wszechświat, trzeba wejść naprawdę wysoko.
| Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
1 na 1 | diogenes (42753 punktów) | >żeby zobaczyć cały wszechświat, trzeba wejść naprawdę wysoko.
Wittgenstein radził, aby wyjść poza : Rozwiązanie zagadki życia w przestrzeni i czasie leży poza przestrzenią i czasem. (Tractatus, 6.4312; tłum. własne).
|
|
 | 1 na 1 barycki (7788 punktów) (zablokowany) |
>Wittgenstein radził, aby wyjść poza : > Kontekst. W jakim kontekście, zapytam za radą Ludwiga Wittgensteina? Adam Barycki
|
|
2 na 2 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>żeby zobaczyć cały wszechświat, trzeba wejść naprawdę wysoko. Nie ma takiej wysokości, z której da się zobaczyć własne oko. .
|
|
 | 2 na 2 | diogenes (42753 punktów) | >...zobaczyć własne oko.
Żeby spojrzec sobie np. lewym okiem w prawe trzeba by dokonać jakiegoś makabrycznego zabiegu chirurgicznego. Musimy więc zadowolić się ślepym odbiciem w lustrze.
|
|
|  | 1 na 1 barycki (7788 punktów) (zablokowany) | >Musimy więc zadowolić się ślepym odbiciem w lustrze. > Odbiciem w lustrze możemy się zadowolić, ale co powiemy, że widzimy swoje oko? Wittgenstein nie zgodziłby się z takim stwierdzeniem. Adam Barycki
|
|
|  | 2 na 2 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>Musimy więc zadowolić się ślepym odbiciem w lustrze. A więc całego wszechświata znikąd nie można zobaczyć. .
|
|
| |  | 3 na 3 | diogenes (42753 punktów) | >A więc całego wszechświata znikąd nie można zobaczyć.
Niestety. Nie ma nawet takiego punktu widzenia, z którego moglibyśmy zobaczyć całe jabłko. Nasze widzenie ma zawsze aspektowy charakter, które to aspekty musimy następnie scalać w procesie poznawczej syntezy. Można wprawdzie przedmiot rozłożyć na poszczególne punkty widzenia (kubizm), ale to co otrzymujemy nie przypomina w niczym tego, co de facto widzimy. Naiwność filozofów niczym nie różniła się i nie różni od naiwności tych, którzy poszukiwali i poszukują takiego punktu. Platon np. był przekonany, że wystarczy dobrze zrozumieć jedną rzecz, aby zrozumieć wszystko. Kartezjusz znalazł ten punkt w swojej świadomości, w cogito. Również Kant mówił o kopernikańskim przewrocie. Wciąż marzy nam się taki archimedesowy punkt widzenia i poznania. Zdaje się, że symbolizuje go oko w trójkącie: oko opatrzności. Sens tego symbolu ginie w egipskich ciemnościach, w których, jak widomo, niczego nie widać. Oko opatrzności zobaczysz (nie wiem, czy na odwrót) w różnych miejscach, między innymi na dolarówce: niektórzy łudzą się, że $ daje możliwość zobaczenia, a nawet poruszenia wszystkiego. Ale i ten pogląd trzeba włożyć między bajki.
|
|
|  | 1 na 1 barycki (7788 punktów) (zablokowany) | >ślepym > Zachciało mi się pogłaskać tygrysa i teraz liżę swoje rany. Adam Barycki
|
|
| Totus (1201 punktów) | >Mam nadzieję, że z grubsza odpowiada to faktycznemu znaczeniu pojęcia sensu, używanemu przez wierzących oraz >niewierzących w polemikach z tymi pierwszymi.
Prawdopodobnie tak, jednak ze swej strony przywołam taką ciekawostkę ze świata chrześcijan. Otóż sensem w życiu człowieka zgodnie z wiarą jest uzyskanie zbawienia (Paruzja) a potem zgodnie z nią pomoc wszystkim w jego osiągnięciu. (Apokalipsa)
>Pytanie moje, z którym wiąże się nieco przewrotny tytuł wątku, dotyczy tego, na ile - i czy w ogóle >ten sens jest rzeczywiście istotny?
Gdyby jednak chodziło w rozmowie o obiekty zainteresowania wiary chrześcijańskiej to sens jest bardzo istotny. Człowiek zbawiony zdecydowanie różni się na korzyść własną i otoczenia od człowieka nie_zbawionego.
>z wiarą nieodłączenie związana jest potrzeba świadomości sensu na niezwykle wysokim poziomie, bo obejmującym przecież aż cały wszechświat? (*)
Podejrzewam, że jest on nie kończącym się tłem istnienia Boga w osobie Zbawionego, tłem, w którym ogromne znaczenie ma wygląd samego siebie w osobie bliźniego swego wzywający do okazania mu miłosierdzia. Proszę zauważyć że liturgia mszy świętej do tego wzywa jak również do okazania powściągliwości w działaniach podejmowalnych przez Zbawionego, którego nadejście religia ta zapowiada.
>Czy wobec tego dla niewierzących potrzeba ta kończy się zawsze na poziomie niższym, obejmującym na przykład >życie jednostki, rodziny, przyjaciół, społeczności lokalnej, itd.?
Moim zdaniem osoby "niewierzące" częściej wykazują się zdolnością krytycznego myślenia co automatycznie stawia je na lepszej pozycji startowej do osiągnięcia Zbawienia pod żelaznym warunkiem, że nie są to w istocie osoby strukturalnie wierzące w to, że problem ich nie dotyczy co jednałoby je poziomowo z osobami, które wierzą w to, że zbawionym można zostać po śmierci.
(?) .
|
|
 | 1 na 1 | Toma Cruz (390 punktów) | > Otóż sensem w życiu człowieka zgodnie z wiarą jest uzyskanie zbawienia (Paruzja) a >potem zgodnie z nią pomoc wszystkim w jego osiągnięciu. (Apokalipsa)Paruzja to ponowne przyjscie Jezusa na ziemię, co nie oznacza zbawienia. Sensem życia człowieka wierzącego nie jest uzyskanie zbawienia, tylko prowadzenie takiego życia, by uzyskac zbawienie. Nie można pomijać też tego jakże "ważnego" aspektu. Jak dla mnie trochę został w Pańskiej wypowiedzi zachwiany sens  Bowiem nie przez samo przyjście Chrystusa człowiek osiąga zbawienie, ale przez Sąd, którego rzekomo owy Jezus ma dokonać. To ta cała bajka z kozłami i owcami, czy jakoś tak-co jedno stado stanie po jednej stronie, a drugie po drugiej. A Apokalipsa nie jest czasem, w którym wierzący będą się wzajemnie nawracać. Osobiście uważam, że mamy Apokalipsę od tego momentu, w którym na Ziemi pojawiły sie religie.
|
|
|  | | Totus (1201 punktów) | > Paruzja to ponowne przyjscie Jezusa na ziemię, co nie oznacza zbawienia.Oznacza zbawienie dla osoby Pocieszyciela, który będzie tożsamy z Jezusem zgodnie choćby z Ewangelią Jana, a dalej konsekwencją stanu tożsamości jest taka oto myśl: "Dwa tysiące lat temu obiecałem sobie, że jak przyjdę ponownie na świat to w osobie Pocieszyciela potężniejszego o mój pierwszy wyczyn jakim była potrzebna ku temu heroiczna misja na bliskim wschodzie (...)"porównaj np. "Sąd Ducha Świętego" (Ew. Jana 16,5-15) > Sensem życia człowieka wierzącego nie jest uzyskanie zbawienia, tylko prowadzenie takiego życia, by uzyskac zbawienie. Nie można pomijać też tego jakże "ważnego" aspektu. Jak dla mnie trochę został w Pańskiej wypowiedzi zachwiany sens A propos sensu - to zdanie chyba go nie ma?  > Bowiem nie przez samo przyjście Chrystusa człowiek osiąga zbawienie, ale przez Sąd, którego rzekomo owy Jezus ma dokonać. To ta cała bajka z kozłami i owcami, czy jakoś tak-co jedno stado stanie po jednej stronie, a drugie po drugiej.Ale przecież Zbawiony może dokonać takiego sądu, z definicji jego osoby rozpoznaje Dobro i Zło. Więc ? > A Apokalipsa nie jest czasem, w którym wierzący będą się wzajemnie nawracać.To czas, gdy po tym jak rozpozna zaczyna je definiować na użytek publiczny. (Ap. 19,11 "Zagłada wrogich narodów") (?) .
|
|
| |  | 1 na 1 | Toma Cruz (390 punktów) | > Oznacza zbawienie dla osoby Pocieszyciela, który będzie tożsamy z JezusemDla niego może i tak, ale czy dla człowieka również? > > Sensem życia człowieka wierzącego nie jest uzyskanie zbawienia, tylko prowadzenie takiego życia, by uzyskac zbawienie. Nie można pomijać też tego jakże "ważnego" aspektu. Jak dla mnie trochę został w Pańskiej wypowiedzi zachwiany sens > A propos sensu - to zdanie chyba go nie ma?  No chyba brak w nim sensu. Rzeczywiście, nie przekazałem tego w sposób poprawny...pośpiech czyni swoje. Ale rozumie Pan moją intencję? Zbawienia nie będzie ot tak. Potrzeba jakiejś przyczyny, czyli powodu, dla którego może człowiek zostac zbawiony. Nie dostane go za darmo, więc muszę się o nie starać. I w tym staraniu winien być sens życia, a nie tylko w samym zbawieniu. Bo czym jest zbawienie? > Ale przecież Zbawiony może dokonać takiego sądu, z definicji jego osoby rozpoznaje Dobro i Zło. Więc ?Zbawiony? Z jakiej perspektywy? Kim jest ten zbawiony? Jest on zbiorem zasad? > >A Apokalipsa nie jest czasem, w którym wierzący będą się wzajemnie nawracać.> To czas, gdy po tym jak rozpozna zaczyna je definiować na użytek publiczny. (Ap. 19,11 "Zagłada wrogich narodów")Nie rozumiem tego przekazu. To chyba zdanie nie ma sensu?
|
|
| | |  | 1 na 1 | Totus (1201 punktów) | > >Oznacza zbawienie dla osoby Pocieszyciela, który będzie tożsamy z Jezusem> Dla niego może i tak, ale czy dla człowieka również?Jezus jest przecież człowiekiem - fakt - jest wolnym człowiekiem, a dla tych, którzy nie wiedzą czym jest wolność jest Bogiem i lepiej dla nich żeby On, nie kto inny nim pozostał. > Ale rozumie Pan moją intencję?Chyba tak. > Zbawienia nie będzie ot tak.No nie, potrzeba jakiegoś minimum woli i najlepiej odmetaforyzowanego przekazu idei chrześcijańskiej wyłożonej językiem współczesnym. > Potrzeba jakiejś przyczyny, czyli powodu, dla którego może człowiek zostac zbawiony. Nie dostane go za darmo, więc muszę się o nie starać. I w tym staraniu winien być sens życia, a nie tylko w samym zbawieniu. Bo czym jest zbawienie?Jest przyjęciem przez człowieka formatu Człowieka czyli JA JESTEM. > >Ale przecież Zbawiony może dokonać takiego sądu, z definicji jego osoby rozpoznaje Dobro i Zło. Więc ?> Zbawiony? Z jakiej perspektywy? Kim jest ten zbawiony? Jest on zbiorem zasad?JA JESTEM jest podmiotem "absolutnym", umysłem, który mówi innemu umysłowi: "Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną" Zbawiony odpowie: "Błogosławionyś, który przychodzisz w imię Pańskie, rozpoznaję się w Tobie, witaj kolego" Zbawiony nie uznaje Bogów cudzych poza sobą a przykładowo na widok wynaturzeń religijnych aż nim szarpie pod serduchem. Nie istnieje w Nim pojęcie tolerancji religijnej bo ono koliduje z poczuciem i rozumieniem własnej godności. To co dla przeciętnego chrześcijanina a w tym katolika jest tajemnicą wiary i Bogiem transcendentnym to dla Zbawionego jest istotą jego własnej osobowości, tożsamości i świadomości samego siebie. To Człowiek, który wchodząc do kościoła na mszę wchodzi do "domu Ojca" ale i miejsca kultu jego własnej osoby oczywiście jeśli przełamie obrzydzenie na jego widok i zachowań osób tam zebranych. > Nie rozumiem tego przekazu. To chyba zdanie nie ma sensu? Ma, ale rozumiem to, że nie rozumiesz,  mimo to mam wrażenie, że jest między nami możliwy kon_ sens _us. .
|
|
| | | |  | | Toma Cruz (390 punktów) | Myślę, że doszlismy do porozumienia. Zgadzam się z powyższą treścią. Tylko jest to chyba patrzenie na sprawę zbawienia z perspektywy chrześcijanina. A jak byśmy na tą kwestie spojrzeli z perspektywy innowiercy lub ateisty? Jeśli oczywiście jest taka możliwość. Nie chodzi mi o wiarę w to, ale o tłumaczenie tej kwestii pod innym kątem. Można wyjść z taką propozycją rozwikłania problemu?
|
|
| | | | |  | | Totus (1201 punktów) | >Myślę, że doszlismy do porozumienia. Zgadzam się z powyższą treścią. >Tylko jest to chyba patrzenie na sprawę zbawienia z perspektywy chrześcijanina. A jak byśmy na tą kwestie spojrzeli z perspektywy innowiercy lub ateisty? Jeśli oczywiście jest taka możliwość.
Wystarczy być osobą myślącą szanującą rozum czyli prawdopodobnie racjonalistą.
>Nie chodzi mi o wiarę w to, ale o tłumaczenie tej kwestii pod innym kątem. Można wyjść z taką propozycją rozwikłania problemu?
Oczywiście. Na jakie konkretnie pytanie dotyczące tematu mam odpowiedzieć ? .
|
|
| | | | | |  | | Toma Cruz (390 punktów) | > Oczywiście. Na jakie konkretnie pytanie dotyczące tematu mam odpowiedzieć ?Czy możliwy byłby synkretyzm wielu wierzeń, by utworzyc religię uniwersalną? Próbowno tego w oświeceniu i nie wyszło. Czy dziś potrzeba w ogóle takiego zabiegu, czy człowiek popadł juz w taki materialzm,że religia-jakakolwiek by ona nie była-już go mało obchodzi? To inne pytanie od zamierzonego, bo na tamto juz odpowiedź uzyskałem, więc nie będę Komuś głowy zawracał
|
|
| | | | | | |  | 1 na 1 | Totus (1201 punktów) | >Czy możliwy byłby synkretyzm wielu wierzeń, by utworzyc religię uniwersalną? Z definicji synkretyzmu jaką znam to być może technicznie tak. Wracając jednak do przykładu tegoż jakim jest nakładka radykalnego humanizmu i esencjonalnie ateizmu na judaizm, czyli chrześcijaństwa, to cóż, stało się i był to dobry pomysł, ten rozwinięty monoteizm okazał się być stosowną siłą nośną. Odliczać pozostaje tylko czas do rozłamu i porzucenia kokonu - mam nadzieję, że w miłej atmosferze sukcesu. .
|
|
| | | |  | | Toma Cruz (390 punktów) | >Jezus jest przecież człowiekiem - fakt - jest wolnym człowiekiem, a dla tych, którzy nie wiedzą czym jest wolność jest Bogiem i lepiej dla nich żeby On, nie kto inny nim pozostał. Jeszcze problem człowieczeństwa Jezusa. Jak go udowodnić historycznie? Pomijam Ewangelie. Spotykam się co chwilę z próbami udowodniania mi nieistnienia Jezusa. Są dowody na jego istnienie, które nie pochodzą z Ewangelii? Ja się spotkałem tylko z kilkoma zapisami, a przecież historyków i annalistów za jego czasów było bez liku. Owe zapisy też nie przemawiaja na jego korzyść i nie są one sporych rozmiarów, raczej kilkuzdaniowe wspominki odbiegające od ewangelicznych zapisów.
|
|
| | | | |  | 1 na 1 | Totus (1201 punktów) | > Jeszcze problem człowieczeństwa Jezusa. Jak go udowodnić historycznie?Historyczność Jezusa dla mnie nie ma wpływu na idee w nim zawarte. One są realne a to czy ktoś odważył się je przyjąć i zamanifestować tak jak ewangeliczny Jezus czy stało się to tylko w czyjejś wyobraźni nie wpływa na poprawność celu jakim jest Zbawienie. Przekonywanie bez dowodów, że Jezus istniał, może choć nie musi być korzystne dla osoby, która jest na etapie łapania zbawczego haczyka. Innymi słowy: To Bóg stanowi cel a Jezus jest drogą do jego osiągnięcia.i to często słyszymy tyle, że bez instrukcji obsługi i dlatego ta jakże ciekawa droga samopoznawcza z czystej niewiedzy zamieniana jest na np. wyjazd autokarowy po butelkę "wody święconej" itp, itp, itd. a potem płacz i lament: "Gdzie był wtedy Bóg, dlaczego na to pozwolił, O Jezu, Jezu, dlaczego (...) ???"  i nie ma nikogo, kto by wyszedł oznajmić: " Ależ Drodzy Państwo! Prawo Naturalne jest bezwzględne i jeżeli go nie pojmiecie i nie będziecie się stosować do jego reguł jutro może zdarzyć się coś o wiele gorszego. ". .
|
|
| | | | | |  | | Toma Cruz (390 punktów) | Tak więc nie potrzebny jest Jezus, by idee [przez niego prezentowane były rzeczywiste. Tak to rozumiem. Tak więc dochodzimy do wniosku, że chrześcijanie nic nowego nie wymyślili, tak więc dlaczego wszystkim się tak chełpią? Albo mnie się wydaje, że się chełpią? Odbiegam teraz myślą od samego zbawienia, a dochodzę do pojęć takich jak moralność, etyka,itp. Tak więc nie potrzebna była żadna postać, by uwiarygodnić domniemane tezy?
|
|
| | | | | | |  | 1 na 1 | Totus (1201 punktów) | >Tak więc nie potrzebny jest Jezus, by idee [przez niego prezentowane były rzeczywiste. Tak to rozumiem. Chodzi chyba o moje zdanie: Przekonywanie bez dowodów, że Jezus istniał, może choć nie musi być korzystne dla osoby, która jest na etapie łapania zbawczego haczyka Nie musi być korzystne w tym sensie, że zamiast wejścia na drogę zbawienia może dziś spowodować szkody moralne ( i jest to lekkie odejście od myśli przewodniej ale skoro już to) np. dziecko przychodzące na świat w rodzinie świeckich humanistów zasługuje na inne traktowanie niż agresywny brudas rzucający wspólnie z religiancką rodziną kamieniami w koleżankę podejrzaną o numerek na boku, którego niewiele odgradza od bestialstwa, czyli poziomu od którego niżej upaść się nie da. Takiemu pomiotowi opowiada się o cudach (haczyk nr 2) by ocierał się choć odrobinę o człowieczeństwo przy okazji zaspokajania ciekawości w pogoni za sensacją równolegle strasząc piekłem i mieści się to w granicach moralnej uzasadnialności a jednocześnie to samo działanie wobec współczesnego dzieciaka z ww jest już bezpodstawne i religia głoszona w takiej formie staje się nieetyczna i musi dojść do przesilenia, takiego jakie sama w sobie ma zapowiedziane np. w Apokalipsie.
>Tak więc dochodzimy do wniosku, że chrześcijanie nic nowego nie wymyślili, tak więc dlaczego wszystkim się tak chełpią? Albo mnie się wydaje, że się chełpią? Trudno powiedzieć czym te osoby się chełpią bez rozmowy z nimi. Trzeba by zapytać czy są zbawione, bo jeśli tak to powinny sie dzielić radością jaka wynika z tego stanu. Można by np. zainicjować taką pogawędkę pt. "Dlaczego nie wszyscy jesteśmy Chrystusami ?"
>Odbiegam teraz myślą od samego zbawienia, a dochodzę do pojęć takich jak moralność, etyka,itp. Tak więc nie potrzebna była żadna postać, by uwiarygodnić domniemane tezy? Zawsze potrzebny jest ktoś kto pierwszy "da świadectwo Prawdzie". Jezus dał takie świadectwo wyznaczając nowy kurs cywilizacji - kurs na Człowieka i jednocześnie kurs na siebie, bo to synonimy.
"Ojciec mój Człowiek i Ja jedno jesteśmy. Nikt nie zna Mnie, tylko Człowiek, ani Człowieka nikt nie zna, tylko Ja i ten, kto Mnie znalazł i przyjął jak najsmaczniejszy duchowy pokarm, jak chleb, który przyjmuje ciało, bierzcie i czerpcie ze Mnie wszyscy, bierzcie i jedzcie ciało moje aż do pełnego synostwa, w którym zamyka się dzieło zmartwychwstania." [w oparciu o Mt 11,27] .
|
|
| | | | | | | |  | | Toma Cruz (390 punktów) | >Trudno powiedzieć czym te osoby się chełpią bez rozmowy z nimi. Trzeba by zapytać czy są zbawione, bo jeśli tak to powinny sie dzielić radością jaka wynika z tego stanu. Można by np. zainicjować taką pogawędkę pt. "Dlaczego nie wszyscy jesteśmy Chrystusami ?" Co rusz, to spotykam człowieka podającego się za chrześcijanina, który wszem i wobec stwierdza, że ile to wyznawana przez niego religia wnioła na świat. W jego mniemaniu może tak jest, szkoda, że się nie zastanawia ile z tego świata nie wyniosła. Ale nie mogę przecież być zbawiony za życia, to byłoby za proste.
>Zawsze potrzebny jest ktoś kto pierwszy "da świadectwo Prawdzie". Jezus dał takie świadectwo wyznaczając nowy kurs cywilizacji - kurs na Człowieka i jednocześnie kurs na siebie, bo to synonimy. No tak, postać jest potrzebna, tylko nie musiał być to koniecznie on. Nie chce mu odbierać tego przywileju.
|
|
| Scorp (5381 punktów) |
>Pytanie moje, z którym wiąże się nieco przewrotny tytuł wątku, dotyczy tego, na ile - i czy w ogóle >- ten sens jest rzeczywiście istotny?
Tak, jest istotny niezależnie od tego, czy człowiek jest chory, bardzo mu trudno i posiada bardzo mało, czy jest zdrowy, bogaty i wszystko mu służy.
>Czy z wiarą nieodłączenie związana jest potrzeba świadomości >sensu na niezwykle wysokim poziomie, bo obejmującym przecież aż cały wszechświat?
Nie tylko z wiarą, z niewiarą też, z każdą całosciową refleksją o własnej osobie.
>Czy wobec >tego dla niewierzących potrzeba ta kończy się zawsze na poziomie niższym, obejmującym na przykład >życie jednostki, rodziny, przyjaciół, społeczności lokalnej, itd.?
Nie, pytanie o sens nie ma ograniczeń zależnych od światopoglądu.
>Chodzi mi raczej o to, na ile dorzeczne filozoficznie i psychologicznie jest samo zajmowanie się >kwestią owego sensu. Przypuszczam bowiem, że jest ono mimo wszystko znaczne, skoro wierzący tak >chętnie tę sprawę poruszają w swej argumentacji.
Bardzo dorzeczne. Wierzący chętnie poruszają ten temat, bo to jest łatwy argument-samograj. >
|
|
 | Xion (501 punktów) (zablokowany) | >>Chodzi mi raczej o to, na ile dorzeczne filozoficznie i psychologicznie jest samo zajmowanie się >>kwestią owego sensu. Przypuszczam bowiem, że jest ono mimo wszystko znaczne, skoro wierzący tak >>chętnie tę sprawę poruszają w swej argumentacji. >Bardzo dorzeczne. Wierzący chętnie poruszają ten temat, bo to jest łatwy argument-samograj. Ano właśnie. I teraz można zapytać, czy argument ten można im wytrącić z ręki prostą kontrą: "Dlaczego ów sens jest dla Ciebie taki ważny?", nie schodząc jednocześnie na logiczne manowce dyskusji o maśle maślanym.
|
|
1 na 1 | sceptymucha (moderator, 11470 punktów) |
>Pytanie moje, z którym wiąże się nieco przewrotny tytuł wątku, dotyczy tego, na ile - i czy w ogóle >- ten sens jest rzeczywiście istotny? Jeśli przyjmiemy, że człowieka jako gatunek charakteryzuje inteligencja, to odnajdywanie sensu (celowości, sensownych powiązań) jest podstawą działalności intelektualnej człowieka. > Czy z wiarą nieodłączenie związana jest potrzeba świadomości >sensu na niezwykle wysokim poziomie, bo obejmującym przecież aż cały wszechświat? Nie. Pierwotne wiary typu kult przodków nie potrzebowały pożerać całego wszechświata. Wystarczał obiekt kultu i przekonanie, że należy mu służyć. >(*) Czy wobec >tego dla niewierzących potrzeba ta kończy się zawsze na poziomie niższym, obejmującym na przykład >życie jednostki, rodziny, przyjaciół, społeczności lokalnej, itd.? Nie wiem. trzeba by przeprowadzić ankietę. Dla mnie kończyłaby się lokalnie. Pozdrawiam
|
|
witwos (7120 punktów) (zablokowany) | >Chodzi mi raczej o to, na ile dorzeczne filozoficznie i psychologicznie jest samo zajmowanie się >kwestią owego sensu. Przypuszczam bowiem, że jest ono mimo wszystko znaczne, skoro wierzący tak >chętnie tę sprawę poruszają w swej argumentacji.
Nie wiem i powątpiewam czy sens istnienia dotyczy tylko ludzi wierzących. Nie wiem co spowodowało, że autor wątku o sensie istnienia mówi. Może jest to myśl nurtująca, której istota jest mniej lub bardziej uświadomiona. Pośród różnych koncepcji tego zagadnienia, od zarania tego co zwie się filozofia, nie zaistniała dotej pory myśl taka, której skutkiem jest słowo "wiem". Opócz owego, "że nic nie wiem" Próby odpowiedzi na pytanie o sens życia kończą sie na róznych koncepcjach drogi poprzez życie. W tych kooncepcjach, patrząc od lewej- skrajny , nienawistny ateizm do prawej- skrajny teizm bez umiaru, mieszczą się różne poglądy z ich całą gama kolorytów i pływalnością w czasie. Każdy nosi w sobie przecież, jakąś drogę duchową.
Czy zajmowanie sie tym tematem jest dla autora wątku celowe. Nie mogę za kogoś odpowiedziec. Niech sam to zrobi. Sam musi określić, czy "wszystko" to jest tylko to, co jest blisko niego.
|
|
| niezarejestrowany | Latacie "wysoko". Odnoszę wrażenie, że jestem na zawodach balonowych.
Dlaczego lubimy poezję, muzykę, bajki, westerny, gry komputerowe- dlaczego szukamy celu w życiu? Dlaczego cytujemy "złote myśli"?
To wszystko jest uwarunkowane "oprogramowaniem" naszego mózgu-niedoskonałym oprogramowaniem.
"Złote myśli" są niezniszczalne, jak torebki foliowe.
Wiele "złotych myśli", które cytujecie na tym forum, to wirusy umysłu. Kuszą swoją formą, powodując z ukrycia błędy w przetwarzaniu informacji przez nasz mózg.
Dlatego nie zachęcam do cytowania "złotych myśli".
Nasz mózg zawiera oprogramowanie, które dokonuje analizy otoczenia. To stałe dążenie do analizy otoczenia nazwijmy "instynktem poznawczym"
W ramach tego stałego "parcia" na rozpoznanie otoczenia dokonuje między innymi: -uzupełnianie obrazów -rozpoznawanie procesów - znajomość przebiegu danego procesu pozwala na przewidywanie jego zakończenia już w momencie jego rozpoczęcia, co jest niezbędne do przetrwania człowieka. -wyszukiwanie zmiennych zależnych - rozpoznawanie i wykrywanie toczących się gier. ( gra zawiera cel)
Rozpoznanie celu daje możliwość przewidywania przebiegu gry. ( Spiskowa teoria dziejów jest ściśle związana ze zjawiskiem dążenia naszego mózgu do wykrywania gier- IQ995- to do Ciebie.
Tak więc wykrywanie, poszukiwanie celu, jest naszą instynktowną potrzebą. Brak możliwości określenia celu (jakiegoś procesu, gry) powoduje stały dyskomfort. To parcie na wyszukiwanie celu jest u niektórych tak silne, że muszą mieć cel, choćby sztuczny, utworzony przez religię.
Jestem konsekwentny w działaniu. Czekam.
|
|
 | | IQ955 (2355 punktów) | >Spiskowa teoria dziejów jest ściśle związana ze zjawiskiem dążenia naszego mózgu do wykrywania gier- IQ995- to do Ciebie. Jeśli to do mnie (bo ja jestem IQ955) - to nie rozumiem.
Pozdrowienia,
IQ955. [Marek Czeszek]
|
|
|  | | niezarejestrowany |
>Jeśli to do mnie (bo ja jestem IQ955) - to nie rozumiem. > Pozdrowienia, >IQ955. [Marek Czeszek] Czy to nie Ty jesteś autorem "tekstu" na temat "Spiskowej teorii dziejów" Jeżeli nie, to przepraszam.
|
|
| |  | | IQ955 (2355 punktów) | > Czy to nie Ty jesteś autorem "tekstu" na temat "Spiskowej teorii dziejów"> Jeżeli nie, to przepraszam.Jedyne, co na ten temat opublikowałem, to artykuł pt. "Teorie spiskowe" - do znalezienia tutaj . Ale chyba nie o to chodzi...
Pozdrowienia, IQ955. [Marek Czeszek]
|
|
| | |  | | niezarejestrowany |
> Jedyne, co na ten temat opublikowałem, to artykuł pt. "Teorie spiskowe" - do znalezienia tutaj . Ale chyba nie o to chodzi...> Pozdrowienia,> IQ955. [Marek Czeszek]Właśnie to miałem na myśli.
|
|
 | 2 na 2 | diogenes (42753 punktów) | >Latacie "wysoko". Odnoszę wrażenie, że jestem na zawodach balonowych.
Raczej na pokazie mydlanych baniek....
>Dlaczego lubimy poezję, muzykę, bajki, westerny, gry komputerowe...
Za słowem "lubimy" skrywa się zwykła przyjemność, nawet perwersyjna...
>dlaczego szukamy celu w życiu?
To mentalna ucieczka przed chaosem: cel porzadkuje nasze kruche jestestwo tak, jak pole magnetyczne opiłki żelaza.
>Dlaczego cytujemy "złote myśli"?
Lubimy, jak ktoś nas wyręcza, również w myśleniu.
>"Złote myśli" są niezniszczalne, jak torebki foliowe.
Gorzej, to worki na zwłoki.
>Nasz mózg zawiera oprogramowanie, które dokonuje analizy otoczenia. To stałe dążenie do analizy otoczenia nazwijmy "instynktem poznawczym"
Jest on jednak podporzadkowany potrzebie (przyjemnego) przetrwania (na poziomie biologicznym) i pragnienia bycia świadomym (na poziomie mentalnym).
>Rozpoznanie celu...
Raczej jego wyobrażenie, domniemanie...
>Jestem konsekwentny w działaniu.
To niebezpieczne. Świat się zmienia, a wtedy konsekwentni w działaniu stają się śmieszni.
|
|
|  | | IQ955 (2355 punktów) | > Lubimy, jak ktoś nas wyręcza, również w myśleniu.Nie zawsze i nie tylko. Czasem użycie "gotowca" ma dobry sens. A poza tym - mów za siebie!  > Gorzej, to worki na zwłoki.Czy sentencję "Sapere aude" naprawdę uważasz za martwą? Co do reszty - zgoda.
Pozdrowienia, IQ955. [Marek Czeszek]
|
|
| |  | 1 na 1 | diogenes (42753 punktów) | >Czasem użycie "gotowca" ma dobry sens.
Nie czasem, ale zazwyczaj: rutyna jest jak spirytus: stanowi ok. 99% naszego życia. Ale sedno tkwi w reszcie.
>Czy sentencję "Sapere aude" naprawdę uważasz za martwą?
Wszelka sentancja to po prostu pop: coś rozpoznawalnego dla każdego. Toleruję je jedynie jako nośnik osobistego sensu, lichą ilustrację...
|
|
| | |  | | Głąbiński (3538 punktów) | >... rutyna jest jak spirytus: stanowi ok. 99% naszego życia. ... Niezrozumiałe: jaki spirytus stanowi 99% naszego życia?
Stach M. G.
|
|
|  | | Niezarejestrowany | >Za słowem "lubimy" skrywa się zwykła przyjemność, nawet perwersyjna...
Za słowem "lubimy" skrywa się funkcja naszego "mózgowego ośrodka nagród" związanego silnie z "instynktem poznawczym"( nie lubię słowa instynkt).
>To mentalna ucieczka przed chaosem:
Mnożysz byty. Jednym z Twoich dzieci jest "mentalna ucieczka przed chaosem".
> Jest on jednak podporządkowany potrzebie (przyjemnego) przetrwania (na poziomie biologicznym) i pragnienia bycia świadomym (na poziomie mentalnym).
Patrz także "Samolubny gen"
>Raczej jego wyobrażenie, domniemanie...
Nie raczej, a czasami.
>To niebezpieczne. Świat się zmienia, a wtedy konsekwentni w działaniu stają się śmieszni.
Nie strasz ...
|
|
| |  | 1 na 1 | diogenes (42753 punktów) | >Mnożysz byty. Jednym z Twoich dzieci jest "mentalna ucieczka przed chaosem".
Bez przesady. To +/- to, co nazywasz dyskomfortem, a inni - przykrością. Moja fenomanalistyczna ontologia wyklucza mnożenie bytów.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|