Też uważam, że takie analogie mogą być uprawnione. Nie chodzi o przekonania religijne jako sprawę czysto intelektualną, ale takie przekonania, które wywodzą się z przeżyć osobistych, przeświadczeń i innych doznań. Na te analogie o których pisałeś zwróciłem uwagę już dość dawno w jednym z moich tekstów. Oto ten fragment:
Czy Radio Maryja psuje mózg? Czasami słyszy się, że religijni ludzie żyją dłużej. Pytanie jednak: jak żyją? Czy z religijnymi uniesieniami nie jest tak jak z innymi używkami, które przy pewnych dawkach zaczynają być szkodliwe? Chciałbym jedynie postawić takie pytanie, gdyż brak mi wiedzy, aby na nie odpowiedzieć. Otóż niedawno uczeni dowiedli szkodliwości schizofrenii dla mózgu. Zespół z University of California w Los Angeles oraz z National Institute of Mental Health z wykorzystaniem techniki rezonansu magnetycznego (MRI) prowadził regularne badania mózgu u młodych osób, u których rozwijała się schizofrenia. Analiza obrazu, prowadzona za pomocą najnowszych komputerowych technik, pozwoliła zaobserwować, że w mózgach pacjentów z rozwijającą się schizofrenią początkowo zniszczeniu ulega 10 proc. istoty szarej w ciemieniowym rejonie mózgu. W ciągu kolejnych 5 lat zniszczenia rozszerzały się i objęły cały mózg. Największe rozmiary utraty tkanki nerwowej były związane z najsilniejszymi objawami schizofrenii takimi, jak halucynacje wzrokowe i słuchowe oraz inne zachowania psychotyczne i depresja. Nie można zaprzeczyć, że objawy obu przypadłości w wielu punktach są zbieżne. Chory na schizofrenię też słyszy głosy nie istniejących osób, czuje ich obecność, ma trudności z odróżnieniem rzeczywistości od imaginacji, złudzenia sprawczości. Jak dla wiary dopamina robi dobrze, tak pozytywnie działają zmiany w dopaminowych obszarach dla schizofreników. Czy więc istnieją jakieś analogie w ich oddziaływaniu na mózg?
Jednak w przypadku religijnych przeżyć to nie schizofrenia jest chyba najciekawsza, lecz padaczka. W tym przypadku dowiedziono bezsprzecznie jej związku z religijnymi przeżyciami. Przytaczam inny fragment mojego tekstu: Kluczem do wyjaśnienia uniesień religijnych okazała się padaczka. Już w starożytności Hipokrates pisał o niej: "Ludzie myślą, że padaczka jest boską chorobą przede wszystkim dlatego, że jej nie rozumieją. Ale jeśli wszystko czego nie rozumieją, nazwaliby boskim, nie byłoby końca boskim przedmiotom". Jeszcze bardziej prorocze okazały się słowa F. Nietzschego, który na ponad wiek przed tym jak naukowcy wykazali związku reakcji religijnych i padaczkowych, wskazał na to w swym Antychryście: "Wiara obdarza niekiedy błogością, błogość nie czyni jeszcze żadnej idee fixe prawdziwą ideą, wiara nie przenosi gór, z pewnością natomiast wznosi góry tam, gdzie ich nie było: krótka przechadzka po domu wariatów pozwala zdobyć dostateczną co do tego jasność. Lecz nie kapłanowi: instynktownie przeczy on bowiem, że choroba jest chorobą, że dom wariatów jest domem wariatów. Chrześcijaństwo potrzebuje choroby, mniej więcej tak, jak Grecy potrzebowali nadmiaru zdrowia - wywoływanie choroby jest ukrytym zamiarem całego systemu procedur leczniczych Kościoła. A sam Kościół - czy nie jest katolickim domem wariatów jako ostatecznym ideałem? Cała Ziemia jako dom wariatów? - Człowiek religijny, taki, jakim chce go Kościół, jest typowym dekadentem; moment, w którym kryzys religijny opanowuje lud, charakteryzujący zawsze epidemie nerwowe; "świat wewnętrzny" człowieka religijnego do złudzenia przypomina "świat wewnętrzny" ludzi rozdrażnionych i wyczerpanych; "najwyższe" stany, które chrześcijaństwo ukazuje ludzkości jako wartość nad wartościami, są formami epileptoidalnymi - Kościół ogłaszał świętymi in majorem dei honorem tylko obłąkanych bądź wielkich oszustów...". W 1980 r. psycholog Dawid Lukoff odkrył, że wielu pacjentów cierpiących na epilepsję, schizofrenię i inne nierozpoznane "nienormalne" stany umysłu, wykazywało głębokie rozradowanie i twórcze inspiracje. Na początku lat 80. ubiegłego stulecia (1981?) ukazała się fundamentalna, wielokrotnie wznawiana praca naukowa dotycząca mózgu: Principles of neural sciences E. Kandela, laureata nagrody Nobla, w której autor przytacza ustalenia neurochirurga D. Bear'a z National Instututes of Health o "zespole ferworu religijnego", który powodują zmiany w płatach skroniowych mózgu. Otóż ów "religijny przypływ" odkrył on badając chorych na padaczkę skroniową, chorobę ośrodkowego układu nerwowego, której istotą są napadowe zaburzenia czynności komórek mózgowych z zaburzeniami świadomości lub utratą przytomności i napadami drgawek. Pacjenci tacy tracą na ogół zainteresowanie seksem, wzrasta ich agresja, wykazują chwiejność emocjonalną, emocjonalny stosunek mogą nawiązać wobec tysiąca nieistotnych rzeczy, przejawiają nagłe zainteresowanie problematyką religijną (czasami wyrażające się gwałtownym nawróceniem), wpadają w moralistyczny ferwor, graniczący z nastawieniem paranoidalnym, cechują się znacznym zanikiem poczucia humoru. Zaobserwowano to szczególnie u tych pacjentów, którzy wykazują inter-ictal behavior syndrome (IBS). Ich przeżycia religijnej są intensywne, a ludzie tacy są bardzo często fanatycznie religijni, nawet w długich okresach pomiędzy napadami. Brytyjski neuropsycholog Peter Fenwick wypytując pacjentów chorych na epilepsję, zadawał im pytania o to, czy w czasie stanów przednapadowych rozmawiali z Bogiem. Zanotował: "To zaskakujące jak często odpowiedź brzmi: tak". W 1997 r. na sympozjum w Nowym Orleanie członków Society of Neuroscience, dr Valayanar S. Ramachandran przedstawił referat pt. "The Neural Basis of Religious Experience" na temat "Boskiego modułu", czyli miejsca w mózgu, które wytwarzać ma religijne doznania. Dowodami na potwierdzenie tego przypuszczenia były badania nad uszkodzeniami mózgu, a w szczególności dowiedziono związku padaczki skroniowej z doznaniami religijnymi.
Pozdrawiam
|