Racjonalista - Strona głównaDo treści
Coraz bardziej mglista droga wiary

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Religie
NapisanoAutorTytuł
04-09-2006 23:12r4aven (93 punktów)Coraz bardziej mglista droga wiary
No więc...Jestem znowu, tym razem po lekturze jednej z ksiązek Lewisa "Bóg na ławie oskarżonych" i jestem w trakcie "Traktat o historii religii". Powiem, krótko znam wielu ludzi, którzy deklaruja się jako ateisci, ale po tym jak czasami dyskutowalismy ze sobą, jestem pewnien ze taka krótka ksiązeczka Lewisa mogłby złamac ich logiczna argumentacje (nawet ich nie odsyłam tutuaj, sam nabieram przy Was pokory). Oczywiscie o ile naprawde CZUJA sie niewierzącymi, to nawet racjonalna argumentacja w dyskusji za
istnieniem Boga (o ile o takiej mozna mówić), raczej ich nie przekona. Tak jest ze mna, chyba kompletnie tego nie czuje. No nic. O ile moge dostrzec cuda, doskonałość, boskość w kazdym człowieku (dla mnie to ta doskonalsza strona nas samych) lub w tym jak cos czasami widze co sie dzieje naokoło mnie (chyba troche naiwnie wierząc, ze to nie wyniki jakis przypadków i efekty przyczyn i skutków) to oprócz tego nic, zero, kompletnie nic. Moze nie kazdy ma predyspozycje do tego by wierzyć w Boga (Absolut, czy cokolwiek innego),
by przezywać (czuc) to "cos" - tz. miec poczucie obcowania z czyms wyzszym? Gdzies widziałem w tytułach ksiazek w bibliotece pozycje "Doswidczenie religije a osobowość", ale ktos ja wypozyczył i za spcecjlanie nie spieszy sie mu z oddaniem. Moze potrzeba na to jakos specjalnego rodzaju wrazliwości, sa chyba różne, bo potrafie sie wzruszyć np. przy jakiejs kompozycji muzycznej (a nie chodzi mi tutuaj o te łzawe rockowe spiewanie), albo patrzać jak moja była dziewczyna w uśmiechem i delikatnym głosem spiewa piosenke? No tak jak np. nie brakuje mi wiary w to, ze bede kiedys dobrym partnerem/kochankiem/meżem albo wiary w to, ze cześć ze swoich marzeń zrealizuje (co po czesci juz sie zaczyna dziać), tak wiary w to "cos" nie potrafie w sobie wzbudzić. Byłem ostanio w kościele na mszy (z własnej woli) chcialem zobaczyć co sie stanie, czy
trafi mnie ta atmosfera, ta potega tego wszytkiego. Siedzialem tylko słuchalem kazania, słuchajac słów, dzieliłem to na pojecia, pojecia zastepowałem swoim własnym rozumieniem i doszedlem do wniosku, ze od strony moralnej to niektóre rzeczy sie trzymają kupy. Ale co z tego, nie było tego "czucia" i do tego cała ta reszta. Po co w ogóle msza święta, czemu ma służyć spowiedz i komunia świeta, co z tym zyciem wiecznym. Da sie to jakos wyjaśnić to wszytko jezykiem chociaz zblizonym do autora książki "Bóg na ławie
oskarżonych"? Pewnie zapytacie, to po co ja w ogóle szukam tego Boga? Fakt pisałem o tamtym "odczuciu, które czesc z was nazwała to jakos (Scorp, co było dla mnie kompletnym zakoczeniem, ujała to nawet jakims naukową definicja) to było realne i tez po cześci siła pchającą mnie do przyjrzenia sie temu blizej. Ale druga rzecz, gdzies prysneła nagle bańka mydlana błogiego młodzieńczego zywota i rozgladam sie wsród znajomych, tu poważny zwiazek, tam powazny zwiazek, tu małzeńtwo, tam małzeństwo a tu człowiek ciagle luzem biega, był jeden cos tam ostanio, ale sie rozpadło ( mam ochote to nazwac po imieniu: Bóg powinien łaczyć, a nie dzielić ludzi), ale nie powiem tego, bo dotarło do mnie to co wykładał w tamym poscie do mnie ROZUMEK. Tak tylko bilansuje teraz kilka kobiet sie przewineło u mnie przez zycie (wszystkie wierzace) i jakos zadna nie potrafila sobie poradzić z dylematem: zwiazek ateisty z nia wierzącą. Moze to nie problem, moze kompletnie powiniem zmienic srodowisko i tam zaczać szukać, ale juz spiesznie odpowiadam, ze ja sie tutaj swietnie czuje, tutuaj sa ludzie z którymi łaczy mnie wszytko inne. Własnie, tylko to wszystko inne, jakos teraz kompletnie nie ma dla mnie znaczenia, bo z tym "wszystkim" wlasnie nie stworze zwiazku, nie dojde do etapu, gdzie bede mógł sie pokazać w roli, w której WIERZE, ze sie sprawdze, a dzieki której bede mógł genetyczna i ta lepsza cześć siebie przekazać swoim dzieciom. Moze przemawiaja, teraz przeze mnie jakies negatywne emocje, chwila niemoc wiary we własne szczeście (wczoraj sie definitywnie zegnalismy z dziewczyna), ale moje dosiadczenie jesli chodzi o pranerskie zwiazki narazie nie przedstawia sie różowo. Nie chce robić na sile (moze tutuaj tkwi błąd), nie chce kłamać (chociaz to mogłoby zaskutkować) i mówic "Czuje" kiedy tak naprawde nic nie czuje. Dla cześci osób, nawet i moze tej, która jeszcze nie znajduje na sobie siwych włosów, wydaje sie być śmiesznym to co mówie, oto człek z utrata wiary w swoje szczeście. Prawda jest taka, ze pisze, bo nie jest mi wcale do śmiechu, kiedy tak patrze na to wszytko teraz. Pisze do Was, bo z tych wszytkich forów, gdzie pisałem ostanio, Was stać na to by zdystansować sie do tego co mówie i nie macie tendecji jak np. rezydenci portalu "chrześcijanin.pl" ciągnąć na swoja strone ludzi. Prawda jest taka, chce spróbować, wszystkiego co umowliwią mi mozliwości, aby przekonać się czy wiara w "Boga" to cos dla mnie, czy nie. Pózniej bedzie juz tylko pogodzic sie ze stanem rzeczy. I jeszce na koniec pytanie: Czy wiara, umacnia człowieka?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Zyga (1539 punktów)
>Nie chce robić na sile (moze tutuaj tkwi błąd), nie chce kłamać (chociaz to
>mogłoby zaskutkować) i mówic "Czuje" kiedy tak naprawde nic nie czuje.

Jeszcze nie raz będziesz miał przez to problem.
Szacunek za odwagę (bo faktycznie często jej potrzeba) i za "prawdę".
r4aven (93 punktów)
>Jeszcze nie raz będziesz miał przez to problem.
>Szacunek za odwagę (bo faktycznie często jej potrzeba) i za "prawdę".
- dziękuje Zyga, tylko wiesz...Do "szacunku" sie nie przytule, "szacunek" nie powie czegos budującego kiedy człowiek ma watpliwości, a troche pozniej ... "szacunkowi" nie bede mógł poczytac bajki na dobranoc, "szacunkowi" nie bede mógł wyjaśnic dlaczego warto oddawac kre i dlaczego tatus tak długo to robi, "szacunkowi" nie bede mógł rozwiać lęków zwiaznych z pójsciem pierwszy raz do szkoły i tak dalej...i tak dalej.
Wiem, ze pytanie i odpowiedz "czy warto?" tak obstawać przy swoim swiatopogladzie bedzie w ostateczności do mnie. Wiesz samo poczucie zgodności z samym sobą jest piękne, nawet pomimo tej ceny, która sie ponosi. Pytanie na jak długo to wystarczy? Nikt nie powiedział, ze bedzie z tym łatwo, ale jak mówiłem, bardzo wiele sie traci (przynjamniej w moim przypadku i jak do tej pory) na tym obstawaniu "przy prawdzie".
Zyga (1539 punktów)
>...Do "szacunku" sie nie przytule, "szacunek" nie powie czegos budującego kiedy człowiek ma watpliwości, a troche pozniej ... "szacunkowi" nie bede mógł poczytac bajki na dobranoc....

Pamiętając twój wątek o problemach sercowych i czytając tego posta, pomyślałem, że brzmi to wszystko jak byś myślał że już zawsze będzie się "tak" dziać z dziewczynami i to twoja wina.

Nie będzie
Maliński (102 punktów)
Każdy nosi brzemię swojego światopoglądu.Katolicy np.(jak twoje dziewczyny) muszą żyć z myślą,że nie każdy będzie zbawiony,czasem najbliższa im osoba.
Ateiści walczą z poczuciem bezsensu swoich czynów,nie raz muszą walczyć z myślą,że każdy krok prowadzi do grobu,że pojawiają się na chwilę i znikają bez śladu(nawet w pamięci innych,w odpowiednim długim okresie czasu).
Agnostyka nieraz bolą jego wątpliwości:być może nic nas nie czeka,być może czeka...ale co?

Czy wiara umacnia człowieka?To musi zależeć od tego jaka to wiara,bywają płytkie,bezrefleksyjne,głębokie,fanatyczne,każdy przypadek-każdy człowiek-powinien być oddzielnie rozpatrzony.
sceptyżaba (279 punktów)
> I jeszce na koniec pytanie: Czy wiara,
>umacnia człowieka?
Jasne. Matkę Teresę, że warto poświęcić życie niosąc pomoc cierpiącym; terrorystów, że warto w zamachu samobójczym rozwalić WTC; większość wierzących, że nie ma się co przejmować, że ich bogowie i tak będą musieli wybaczać im ich grzechy, inaczej wszyscy by od nich odeszli...
Mnóstwo tego jest i w szary, deszczowy dzień potrafi poprawić humor.
Pozdrawiam
r4aven (93 punktów)
Odnosze wrazenie, ze jak narazie to sie wszyscy odpowiadajacy skupili na "dramacie" tego listu, bo być moze jakos mało klaorownie uwypukliłem pytania, na które chciałbym, zebyscie spróbowali odpowiedziec, a moze brzmia bardzej jak pytania retoryczme i dlatego nikt nie odpowiada. Wiec oprócz tego co padło w liscie, chciałbym znac wasze odpowiedzi na takie pytania:
1. Czy wiary (przekonania) o istnieu "czegos" tam np. Boga, mozna sie nauczyć na takiej samej zasadzie jak sie uczy człowiek przekonania o własnej wartości?
2. Cos na co juz padła odpowiedz w serwisie, ale z racji tego, ze nie wymaga ona duzo pisania, nie zostane przez forumowiczów odesłany zaraz oo poszukiwania serwisu, a wiec: Czy Chrystus jest postacią historyczna?
michiko (596 punktów)

>1. Czy wiary (przekonania) o istnieu "czegos" tam np. Boga, mozna sie nauczyć na takiej samej zasadzie jak sie uczy człowiek przekonania o własnej wartości?

Mogę mówić tylko za siebie. Choć od dziecka starałam się uwierzyć w Boga, nigdy mi się ta
sztuka nie udała. Po jakimś czasie uznałam, ze nie chcę być jak ten klient hipermarketu,
który najpierw kupuje ubranie w rozmiarze uniwersalnym, a potem dziwi się że na niego nie pasuje.
Dużo w Twych słowach niecierpliwości,a przecież stworzenie i rozwijanie własnego
światopoglądu trwa całe życie. To nie produkt instant albo szybkie łącze z Internetem.
Własnego światopoglądu nie stworzy też konsument telewizyjnej papki albo nałogowy bywalec ogródków piwnych.Rozwijanie światopoglądu wymaga pracy i zaangażowania. Nie jest łatwe, gdy otaczają Cię ludzie o innych poglądach.Może Was połączyć tolerancja i szacunek,a jeśli to nie wystarcza, nie ma sensu podtrzymywanie związku na siłę. Nawiasem mówiąc, nie pojmuję dlaczego nadaje się większą wartość swoim wierzeniom w Boga, odmawiając jednocześnie uznania niepodważalnej wartości człowieka i pomniejszając tym samym jego znaczenie?Postawiłeś sobie odgórnie cel, szukasz Boga nie wierząc w niego - to dziwna procedura. Niektórzy niewierzący zaczynali od rozwoju własnej świadomości, od poznawania wewnętrznej prawdy o sobie i poprzez to sensu i celu istnienia. Wraz z odrzucaniem poglądów, które kiedyś bezkrytycznie przyjęli i zaakceptowali jako własne, a które ostatecznie okazały się stereotypami, uproszczeniami i banałami, narzuconymi przez podobnie zagubionych ludzi jak oni kiedyś,zaczęli odkrywać w sobie przeczucie istnienia wyższej świadomości, czyli Boga. Ale nie był to Bóg związany z jakąkolwiek religią, raczej Bóg przed wtłoczeniem go w formuły religijne.Jeśli o mnie chodzi,pytanie o istnienie Boga nie zaprząta mojej wyobraźni.
Odróżniania dobra od zła człowiek uczy się całe życie.
Co do innych Twoich rozterek, przypominają rozterki wieku dojrzewania. Brakuje Ci wiary we własne siły.Problemem nie jest błądzenie lecz brak umiejętności wyciągnięcia z tych błędów wniosków na przyszłość.
Pozdrawiam
r4aven (93 punktów)
> Dużo w Twych słowach niecierpliwości,a przecież stworzenie i rozwijanie własnego
>światopoglądu trwa całe życie. To nie produkt instant albo szybkie łącze z Internetem.
- zgadza sie. Tez wpadłem w pewnym momencie tez doszedłem do takiego wniosku, ze brak mi cierpliwosci. Sam nie wiem czemu, bo zawsze sobie powtarzam: "Nic na siłe". Tz. chyba wiem - to emocjonalne naleciałości (w postaci nadzieji) przyczyn rozpadu związku.

>Nie jest łatwe, gdy otaczają Cię ludzie o innych poglądach.
- to jest fakt, nie jest to łatwe. Jak pisałem wczesniej wsród moich przyjaciół nie ma zadnych przyjaciół ateistów.

>Postawiłeś sobie odgórnie cel, szukasz Boga nie wierząc w niego - to dziwna procedura.
- moze w sposób mało widoczny uwypukliłem to piszac wczesniej:
"O ile moge dostrzec cuda, doskonałość, boskość w kazdym człowieku (dla mnie to ta doskonalsza strona nas samych) lub w tym jak cos czasami widze co sie dzieje naokoło mnie (chyba troche naiwnie wierząc, ze to nie wyniki jakis przypadków i efekty przyczyn i skutków)[...]" ->boskość, doskonałość innaczej Bóg. W takie coś zawsze wierzyłem, tylko zeby nadac temu nazwe "Bóg" przeszkadzała mi religia, którą od zawsze łaczyłem kiedys z tym słowem. A szukam teraz poparcia tego w czymś głębiej odczuwalnym, czegoś w rodzaju, jak to naukowo ujął Scorp w poprzednim moim poscie 'mysterium tremendum et fascinosum'. Skoro widze Boga, w namacalnej rzeczywistości to moze wystarczy po prostu bardziej sie skupić i otworzyć na to co sie dzieje naokoło?

>Niektórzy niewierzący zaczynali od rozwoju własnej świadomości, od poznawania wewnętrznej prawdy o sobie i poprzez to sensu i celu istnienia.
- zastanawaim sie nad tym stwierdzeniem "wewnętrznej prawdy o sobie"... Zawsze łaczyłem to z ilościa lat i przezytym zyciowym doświadczeniem, ale po sobie wiem, ze wcale nie trzeba miec iles tam dziesiat lat, zeby rozumiec i wiedziec jakie posuniecia i decyzje w zyciu sa wazne i które z nich istotnie wpływaja na nasze poczucie wartości, czy poczucie sensu zycia. Moze cechuje mnie nadmierny optymizm (a wiem ze wazne zeby umiec znalezc własciwy bilans miedzy optymizmem i realizmem), ale doskonale wiem, ze to co planuje na najblizszy okres (1 rok i beda to rzeczy przełomowe), w jaki sposób wpłynie to na moje zycie.

>Wraz z odrzucaniem poglądów, które kiedyś bezkrytycznie przyjęli i zaakceptowali jako własne, a które ostatecznie okazały się stereotypami, uproszczeniami i banałami, narzuconymi przez podobnie zagubionych ludzi jak oni kiedyś,zaczęli odkrywać w sobie przeczucie istnienia wyższej świadomości, czyli Boga.
- nie wiem czy dobrze to rozumiem. Chodzi o introspekcje? Czy o takie czasami zastanowienie nad schematem wykonywania jakiejs czynnosci? Nie posuwam tego do granic absurdu, ale czasami daje mi sie we znaki. Gdzies w której ksiązce, wyczytałem, ze ciagłe myslenie o sobie w kategoriach sensu tego co sie robi i dlazcego to sie robi, nie wychodzi na zdrowie nawet największym optymistom. Ucze się tego, by z tym nie przesadzać, by nie ograbiać zycia w tego co nas uczłowiecza, z przezyć i emocji.

>Co do innych Twoich rozterek, przypominają rozterki wieku dojrzewania. Brakuje Ci wiary we własne siły.Problemem nie jest błądzenie lecz brak umiejętności wyciągnięcia z tych błędów wniosków na przyszłość.
- wiek dojrzewnia mam juz za soba, ale rzeczywiscie emocje rozproszyły moja powage zastępujac ja zachowowaniem zblizonym do zachowania nastolatka. To nowa rzecz, któej nauczyłem sie o sobie, a której w az takich konsekwencjach nie udało mi sie przewidzieć.
Michał Aleksy Mentrak (10573 punktów)
Jeśli można Ci coś doradzić, to radzę, abyś odpowiedział sobie na pytanie: Czego właściwie szukam, Boga czy baby, z którą mógłbym się związać i mieć jakieś dzieci (przy okazji)?
Bo chyba w tym tkwi istota Twojego problemu.

fides ex necessitate esse non debet
r4aven (93 punktów)
>Jeśli można Ci coś doradzić, to radzę, abyś odpowiedział sobie na pytanie: Czego właściwie szukam, Boga czy baby, z którą mógłbym się związać i mieć jakieś dzieci (przy okazji)?
>Bo chyba w tym tkwi istota Twojego problemu.
- szukam Boga (jak wynika z postu z któregos dnia lipca- dlaczego? Co na to wpłyneło? Juz tam o tym pisałem), a babe wtedy mozna bedzie znależć z większej grupie. Jak juz wspomniałem wyzej, wszyscy najbardziej wartościowi ludzie w moim zyciu, własnie wywodza się ze środowiska ludzi wierzących(nie ma wśród moich przyjaciół ludzi niewierzących) i im nigdy nie przeszkadzała moja niewiara o tyle o ile nie musza sie ze mna wiązac i miec dzieci (w przypadku tej cześci zeńskiej ludzi z mojego środowiska).
r4aven (93 punktów)
Tak czytam wasze odpowiedzi. Dzięki za wszytkie, lecz jakby ciagle stoje w miejscu. Wiec moze spróbuje wyselekcjonować te pytania z postu, na które chciałbym zeby zostało rzucone światło:
1. Czy kazdy nadaje sie do tego co wierzyć? Moze potrzeba na to szczególnego rodzaju wrażliwości?
2. Czy do wiary w Boga, mozna dojść na tej samej zasadzie co np. dochodzi sie do wiary w siebie?
3. I uwaga teraz (wiem, że moge sie tym narazić teraz na śmieszność) czy ogólny proces wiary w cokolwiek odbywa się (oczywiscie w jakimś uproszczeniu) odbywa się w ten sposób jest myśl, myśl tworzy pewna świadomość, a świadomość wpływa pozneij na odczucia?
To najwazniejsze.
Ha.Własnie przyszło mi coś do głowy: pytam ateistów/agnostyków jak sie dochodzi do czegoś do czego oni własnie doszli, ze nie istnieje. Czy właśnie z tego powodu taka cisza w eterze?
Pzdr
Zyga (1539 punktów)
>1. Czy kazdy nadaje sie do tego co wierzyć? Moze potrzeba na to szczególnego rodzaju wrażliwości?

Na pewnym poziomie "kumacji" wiara w coś "na słowo" jest raczej mało prawdopodobna.

>2. Czy do wiary w Boga, mozna dojść na tej samej zasadzie co np. dochodzi sie do wiary w siebie?

Obawiam się, że nie potrafie odpowiedzieć jednoznacznie. W moim przypadku cała wiara w istnienie czegoś ponad wszystkim została mi wsadzona do głowy gdy byłem dzieckiem.
Obecnie jawi mi się to, po częsci, jako zamiennik wiary w siebie i słabe wytłumaczenie spraw, których nie rozumiem.

>3. I uwaga teraz (wiem, że moge sie tym narazić teraz na śmieszność) czy ogólny proces wiary w cokolwiek odbywa się (oczywiscie w jakimś uproszczeniu) odbywa się w ten sposób jest myśl, myśl tworzy pewna świadomość, a świadomość wpływa pozneij na odczucia?

W skrócie - pytasz czy można to sobie wmówić?
Myślę, że można. "Troszkę" to alogiczne ale ciężko w wierze doszukiwać się logiki.

>Własnie przyszło mi coś do głowy: pytam ateistów/agnostyków jak sie dochodzi do czegoś do czego oni własnie doszli, ze nie istnieje.

Agnostycy nie twierdzą, że "nie istnieje" oni wątpią, jeżeli można tak napisać. Może lepiej, nie mają stanowiska.

A wracając do pytania.
Słuchając w kościele pieśni o treści "błogosławieni którzy boją się Pana"
Widząc co dzieje się w kościele pod przykrywką dobra itp
Słuchając w domu wypowiedzi typu "nie chcesz to nie twoje sumienie ale kara Boska na nas spadnie"
itd

W pewnym momencie dochodzi się do wniosku - wydawałoby się oczywistego - to nie ma nic wspólnego z dobrem i całą resztą głoszonych wartości.

Modlitwy przed obrazami
Kult maryjny
Twierdzenie że Jezus był bogiem

Wszystko to, wraz z wiekiem, wydaje się coraz bardziej dziwaczne i traci sens, a o racjonalizm nawet się nie ociera.

I tak oto stajemy przed problemem - skoro pośrednicy Pana to w większości banda opasłych kłamców może i z nim jest jakiś problem, a może jego nie ma. A może jest tylko nie ma nic wspólnego z głoszoną przez nich wiarą?

W obliczu tego wszystkiego wydaje się pewne, że nie ma. Zatem pozostaje tylko pytanie jest czy nie?

To tak upraszczająć proces.
r4aven (93 punktów)
>Obawiam się, że nie potrafie odpowiedzieć jednoznacznie. W moim przypadku cała wiara w istnienie czegoś ponad wszystkim została mi wsadzona do głowy gdy byłem dzieckiem.
- do mnie za czasó dzieciństwa, raczej nic nie trafiało. Chodzilem do koscioła, bo tak robili wszyscy, ale tak naprawde nic nie "czułem". I tak było do pewnego momentu (juz to pisałem kiedy).

>Obecnie jawi mi się to, po częsci, jako zamiennik wiary w siebie i słabe wytłumaczenie spraw, których nie rozumiem.
- ja tez jestem zdania, ze człowiek sam (tu i teraz) decyduje o swoim losie. Nie wszystkie sprawy rozumiem, nie wszytko wiem , i chyba nie wszystko będe sie starał wyjaśniać (ja podzielam ten poglad, ze nauka i logika nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania). Wiem na pewno, ze ludzkie sprawy - te które mnie najbardziej absorbuja - w najwiekszym stopniu bedzie wyjasniała psychologia (lub nauki jej pokrewne).

>W skrócie - pytasz czy można to sobie wmówić?
>Myślę, że można. "Troszkę" to alogiczne ale ciężko w wierze doszukiwać się logiki.
- dokładnie o to mi chodziło. Pisałes wczesniej, ze na pewnym poziomie "kumacji" słowo nie wystarcza? Chodziło Ci o to, ze jak ktos jest na pewnym poziomie intelektulanym, to zwykłe słowo mu nie wystarcza, czy ze mozna sobie tłumaczyc wiare, ale od pewnego poziomu "wtajemniczenia" samo słowo to za mało?

>Agnostycy nie twierdzą, że "nie istnieje" oni wątpią, jeżeli można tak napisać. Może lepiej, nie mają stanowiska.
>A wracając do pytania.
>Słuchając w kościele pieśni o treści "błogosławieni którzy boją się Pana"
>Widząc co dzieje się w kościele pod przykrywką dobra itp
>Słuchając w domu wypowiedzi typu "nie chcesz to nie twoje sumienie ale kara Boska na nas spadnie"
>itd
>W pewnym momencie dochodzi się do wniosku - wydawałoby się oczywistego - to nie ma nic wspólnego z dobrem i całą resztą głoszonych wartości.
>Modlitwy przed obrazami
>Kult maryjny
>Twierdzenie że Jezus był bogiem
>Wszystko to, wraz z wiekiem, wydaje się coraz bardziej dziwaczne i traci sens, a o racjonalizm nawet się nie ociera.
>I tak oto stajemy przed problemem - skoro pośrednicy Pana to w większości banda opasłych kłamców może i z nim jest jakiś problem, a może jego nie ma. A może jest tylko nie ma nic wspólnego z głoszoną przez nich wiarą?
>W obliczu tego wszystkiego wydaje się pewne, że nie ma. Zatem pozostaje tylko pytanie jest czy nie?
>To tak upraszczająć proces.
- tez mam świadomość tego, ze kosciół tworza ludzie, a ludzie nie sa przeciez doskonali. Wiem, ze na tej grupie ludzi (księza) spoczywa szczególny ciezar moralnej doskonałości. Kiedy rozmawiałem z księdzem mówiłem mu o tym, on tez doskonale zdawał sobie sprawe z tego, ale mówił tez, zeby wierzyć dla siebie, zeby uczesniczyć w mszy swietej, nie ze wzgledu na "kazania", nie ze wazgledu na księzy, tylko dla siebie, aby starać sie "przezywać" to co sie tam dzieje. No kurde, ktos musi przeciez odprawiac ta mszę swięta - co wcale nie musi umniejszac znacznia tego co sie tam akurat dzieje, tylko ze względu na to, ze ten który to robi nie jest ideałem. Kiepski, amoralny, zapijaczony lekarz, tez potrafi uratować czyjeś ludzkie zycie. Wazne jest to, ze jest kiepski, czy to ze robi to co do niego nalezy?

Ja nie szukam Boga, bo czuje, ze bede miał problem z odróznianiem dobra od zła, albo ze brakuje mi jakis istotnych drogowskazów dotyczacych mojego zycia. Brakuje mi po prostu kropki nad "i" w moim zyciu, nie wiem jak to nazwać, moze to fragment duchowości, która kiedys tam (pisałem w poscie poprzednio) spokojnie czekała sobie uśpiona. Chce sie przekonać, czy to jest własnie to.
Zyga (1539 punktów)
>- dokładnie o to mi chodziło. Pisałes wczesniej, ze na pewnym poziomie "kumacji" słowo nie wystarcza? Chodziło Ci o to, ze jak ktos jest na pewnym poziomie intelektulanym, to zwykłe słowo mu nie wystarcza, czy ze mozna sobie tłumaczyc wiare, ale od pewnego poziomu "wtajemniczenia" samo słowo to za mało?

Można sobie tłumaczyć wiarę ale w pewnej chwili słowo i tłumaczenie nie wystarcza. Ta chwila jest wtedy, gdy człowiek zaczyna się nad tym wszystkim zastanawiać i nie widzi racjonalnego poparcia tych poglądów.
Wole unikać twierdzeń typu "na pewnym poziomie intelektualnym" bo jest wiele osób na naprawdę wysokim poziomie i są to ludzie wierzący.
Osobiście nie ogarniam jak można traktować coś jako pewnik "bo tak jest napisane" w księdze pradawnej, ale jak widać jakoś można.

>No kurde, ktos musi przeciez odprawiac ta mszę swięta - co wcale nie musi umniejszac znacznia tego co sie tam akurat dzieje, tylko ze względu na to, ze ten który to robi nie jest ideałem. Kiepski, amoralny, zapijaczony lekarz, tez potrafi uratować czyjeś ludzkie zycie. Wazne jest to, ze jest kiepski, czy to ze robi to co do niego nalezy?

Chyba nie poddasz się operacji serca prowadzonej przez pijaczka wiedząc, że są spore szanse na zaszycie Ci w klatce piersiowej wacików.

>Brakuje mi po prostu kropki nad "i" w moim zyciu, nie wiem jak to nazwać, moze to fragment duchowości, która kiedys tam (pisałem w poscie poprzednio) spokojnie czekała sobie uśpiona. Chce sie przekonać, czy to jest własnie to.

Pomiędzy jakimi wyrazami stoi to "i"?
Taka informacja może zdecydowanie ułatwić "szukanie kropki".

Wróć do listy wątków działu Religie

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365