Racjonalista - Strona głównaDo treści
Jak uczyć religii? Pytanie praktyczne

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Religie
NapisanoAutorTytuł
30-09-2007 00:00Dryjański (95 punktów)Jak uczyć religii? Pytanie praktyczne
Przeczytałem Dawkinsa "The God Delusion", zalecenia dla katechetów, i obie lektury skłoniły mnie do wniosku, że lepiej będzie, jeśli sam będę uczył swoje dzieci religii.
Mam sporo doświadczenia w pracy z dziećmi 7-11, niemałą wiedzę z dziedziny, ale zupełny brak doświadczenia w prowadzeniu lekcji. Pozostaje pytanie o metodologię, wybór tematów, przebieg lekcji itp, dla sześciolatka.
Czy możecie polecić jakieś dobre źródła?

T. D.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Jan B (383 punktów)
Po prostu czytajcie razem Biblię. Nie rozumiem czemu katolicy mają taki problem z nauczaniem swoich dzieci. Macie dobrą książkę - to ją czytajcie.
Dryjański (95 punktów)
>Po prostu czytajcie razem Biblię. Nie rozumiem czemu katolicy mają taki problem z nauczaniem swoich dzieci. Macie dobrą książkę - to ją czytajcie.

Nie wiem czy czytałeś - moim zdaniem to jest lektura tylko dla dorosłych, a ja chcę uczyć dzieci.
Poza tym z Biblii niewiele dowiedzą się na temat islamu, buddyzmu, hinduizmu, katolicyzmu...

T. D.
Jan B (383 punktów)
>Nie wiem czy czytałeś - moim zdaniem to jest lektura tylko dla dorosłych, a ja chcę uczyć dzieci.

Pewne fragmenty są tylko dla dorosłych, ogromna większość nie. Z moich lektur w wieku przedszkolnym pamiętam baśń o Sinobrodym braci Grimm, nie wiem czy Pan zna, to jest ta o mężczyźnie który zabija swoje kolejne żony i ćwiartuje. Nigdy nie miałem koszmarów po czytaniu, nawet braci Grimm, za to po filmie "Jurrasic Park" owszem. Myślę że powinien Pan zrewidować swoje poglądy na temat książek nie dla dzieci.

>Poza tym z Biblii niewiele dowiedzą się na temat islamu, buddyzmu, hinduizmu, katolicyzmu...

Czytajcie więc księgi islamu, buddyzmu, etc. Naprawdę nie ma innego sposobu żeby coś zrozumieć. Nie rozumiem co chce Pan zrobić w takim razie - chce Pan im czytać bryki, żeby potem im ten nawyk został?
Marian (5438 punktów)
>Poza tym z Biblii niewiele dowiedzą się na temat islamu, buddyzmu, hinduizmu, katolicyzmu...
   Czyli chcesz uczyć dzieci religioznawstwa, a nie religii.

   Pozdrawiam.

Vivere militare est - Seneka
Dryjański (95 punktów)
>>Poza tym z Biblii niewiele dowiedzą się na temat islamu, buddyzmu, hinduizmu, katolicyzmu...
>   Czyli chcesz uczyć dzieci religioznawstwa, a nie religii.

Też nie do końca. Bo czym innym dla mnie jest nauka suchej teorii, a czym innym jej powiązanie z tym, co istotne w życiu człowieka.
Bardzo dziękuję wszystkim za wypowiedzi, na pewno ze wszystkich w jakimś stopniu skorzystam, choćby i wbrew intencji Autorów. Na przykład warto uczyć "tej ciemnoty" choćby i po to, żeby dziecko rozumiało kontekst kulturowy w jakim się znajduje. Albo żeby obudzić ciekawość ludzkich dziejów, i tego, w jaki sposób ewoluowały różne koncepcje religijne. Nie sądzę też, żeby ignorancja była najlepszym sposobem obrony przed indoktrynacją.

T. D.
nieobecny
>Na przykład warto uczyć "tej ciemnoty" choćby i po to, żeby dziecko rozumiało kontekst kulturowy w jakim się znajduje.
W kontekście kulturowym możesz przekazać, że wyznawana religia wiąże się z tym, jaką religię wyznaje najbliższe otoczenie indoktrynowanego osobnika.

>Albo żeby obudzić ciekawość ludzkich dziejów, i tego, w jaki sposób ewoluowały różne koncepcje religijne.
Ciekawość ludzkich dziejów rozwija umiejętne przedstawianie... ludzkich dziejów. Ta dziedzina wiedzy ma swoją nazwę - historia. Dzieje religii są częścią historii. Rozumiem, że dziecku będziesz też przedstawiał ewolucję różnych koncepcji gospodarczych, ideologicznych, nie zapomnisz przedstawić ewolucję koncepcji filozoficznych - ogólnie, taki uniwersytet dla malucha.

>Nie sądzę też, żeby ignorancja była najlepszym sposobem obrony przed indoktrynacją.
Do ochrony dziecka przed indoktrynacją religijną proponuję pilnować, żeby dziecko nie pozostawało same z kimś chętnym do przeprowadzania takiej indoktrynacji. Np. z tatą.
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Moim zdaniem bardzo ryzykowne dla dziecka jest wyrabianie w nim lęku przed śmiercią i wiary w zmartwychwstanie, oraz poczucia winy płynącego z ukrzyżowania. Są to niebezpieczne narkotyki, które wpojone w młodym wieku warunkują życie dorosłej osoby (chyba, że ma bardzo mocny, "mozartowski" charakter i talent do czegoś innego). Jeśli nie jest Pan pewien historii zawartych w Ewangeliach, jeśli nie widzi Pan w tzw. "świecie materialnym" czegoś odrażającego, należy unikać przedstawiania dziecku Ewangelii (bo jest to przecież niemożliwe bez wątku eskapistycznego). Natomiast na przykład buddyzm, hinduizm, taoizm, nawet islam w stylu ibn "Arabiego są możliwe do przedstawienia bez obietnicy życia po śmierci.
nieobecny
A nie możesz po prostu darować swoim dzieciom tych lekcji ciemnoty?!
superkuku (191 punktów)
>>Po prostu czytajcie razem Biblię. Nie rozumiem czemu katolicy mają taki problem z nauczaniem swoich dzieci. Macie dobrą książkę - to ją czytajcie.
>Nie wiem czy czytałeś - moim zdaniem to jest lektura tylko dla dorosłych, a ja chcę uczyć dzieci.

A Biblia dla dzieci? Moje dziecko codziennie woła, żeby ją poczytać.

Sprawa jest prosta, jeżeli rodzice wierzą w Boga, to i dziecko wierzy. Nie potrzeba specjalnej edukacji. Moim zdaniem, tylko niewierzący rodzice mają ten problem, że nie wiedzą co zrobić. Radziłbym zastanowić się nad swoją własną relacją z Bogiem.

Pozdrawiam.
12-10-2007 14:26 
 Ocena 1 na 3
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Niewierzący rodzice nie mają problemu. To co określił Pan mianem problemu jest w swojej istocie zaletą. Świat jest ogromny i pełen tajemnic - to dobrze, że dla rodziców i dziecka pozostaje fascynującą zagadką, polem do aktywności i odkrywania. Problem jest wtedy, gdy na szyi małego chłopca czy dziewczynki pojawi się krzyż i wiara w zmartwychwstanie, zabijająca poczucie realności, radość istnienia i za nie odpowiedzialność.
14-10-2007 21:22 
 Ocena-1 na 1
superkuku (191 punktów)
>Niewierzący rodzice nie mają problemu. To co określił Pan mianem problemu jest w swojej istocie zaletą. Świat jest ogromny i pełen tajemnic - to dobrze, że dla rodziców i dziecka pozostaje fascynującą zagadką, polem do aktywności i odkrywania. Problem jest wtedy, gdy na szyi małego chłopca czy dziewczynki pojawi się krzyż i wiara w zmartwychwstanie, zabijająca poczucie realności, radość istnienia i za nie odpowiedzialność.

Życie z Bogiem jest fascynującą przygodą, która nigdy się nie kończy, która sprawia, że życie staje się bardziej interesujące i nabiera sensu. Obcowanie z samym Bogiem daje taką radość istnienia, jakiej nie jest w stanie przeżyć osoba niewierząca w przyszłe życie i Wieczną Nieskończoną Miłość.

Krzyż jest wielką łaską, dzięki której zostaliśmy wreszcie uwolnieni z niewoli grzechu. To jest fakt, nie ma potrzeby budowania poczucia realności, bo Bóg jest realnością. Tylko w Nim można odnaleźć prawdziwą mądrość. Wiedza ludzka jest ograniczona, ale Bóg jest nieograniczony. Wielkość tego świata jest niczym wobec wielkości Boga. Moim zdaniem, Pan chce się ograniczyć do tego świata, a nie rozwjać aktywność odkrywczą.

Odpowiedzialność za życie, to odpowiedzialność za jakość życia tego i przyszłego. Jezus jest mocnym fundamentem dla człowieka. Brak wiary, to brak mocnego fundamentu.

Bardzo serdecznie pozdrawiam.
15-10-2007 16:04 
 Ocena-1 na 1
Bonzo9997 (313 punktów)
>Życie z Bogiem jest fascynującą przygodą,...bla, bla, bla...
>
>Krzyż jest wielką łaską, dzięki której ...bla, bla, bla...
>
>...bla, bla, bla.... Jezus jest mocnym fundamentem dla człowieka. Brak wiary, to brak mocnego fundamentu. Koniec bla, bla.

Ej, no, weź przestań. Wpadnie tu jakiś biedny osobnik zdołowany psychicznie, przeczyta taki tekst jak twój powyższy i w stresie biedaczek gotów wziąć to na serio!
Pogna w te pędy do najbliższego kościoła. Chcesz mieć biedaka na sumieniu?    :O

Pozdrawiam.

Ps Do Ich Emanacji Moderatorstwa: No co, pomylić się nie można? Ten egzemplarz był nieopisany, to mi się niechcący wymskło.


Gdzieś tam za firewallem musi być inny, lepszy świat...
superkuku (191 punktów)

>Ej, no, weź przestań. Wpadnie tu jakiś biedny osobnik zdołowany psychicznie, przeczyta taki tekst jak twój powyższy i w stresie biedaczek gotów wziąść to na serio!
>Pogna w te pędy do najbliższego kościoła. Chcesz mieć biedaka na sumieniu?    :O

Jak pęknie ze śmiechu z Twoich niesłychanie zabawnych dowcipów, to Ty go będziesz mieć na sumieniu!
superkuku (191 punktów)

też pozdrawiam.
16-10-2007 18:04 
 Ocena 1 na 1
Bonzo9997 (313 punktów)
>Jak pęknie ze śmiechu z Twoich niesłychanie zabawnych dowcipów, to Ty go będziesz mieć na sumieniu!

Ups! Nie o to mi chodziło żeby cię dotknąć ani obrażać.
Przepraszam.
Zmyliłeś mnie tym nickiem "Superkuku" i kaznodziejskim tonem wypowiedzi, tonem wręcz karykaturalnym na łamach takiego portalu jak Racjonalista.
Tak szczerze to pomyślałem sobie że to prowokacja, podpucha po prostu z twojej strony.
Stąd ten lekki, lekceważący wręcz sposób w jaki ci odpisałem, nieporozumienie.
Do myślenia dały mi dopiero - twoja wypowiedź i reakcja gospodarza tego wątku. Dopiero wtedy przeczytałem inne twoje posty, co prawda pod różnymi nickami jednak jednoznacznie wzkazujące na twoje zaangażowanie religijne.
Co nie znaczy że zgadzam się z twoją wypowiedzią, miejscem jej zamieszczenia, o argumentach w niej użytych już nawet nie wspominając. Po prostu tutaj dałbym sobie spokój z polemiką a pogadalibyśmy w innym, celowo do tego stworzonym wątku.

Ale tytułem rekompensaty opiszę ci w wielkim skrócie co myślę o twoich argumentach:

>>Życie z Bogiem jest fascynującą przygodą, która nigdy się nie kończy, która sprawia, że życie staje się bardziej interesujące i nabiera sensu. Obcowanie z samym Bogiem daje taką radość istnienia, jakiej nie jest w stanie przeżyć osoba niewierząca w przyszłe życie i Wieczną Nieskończoną Miłość.
-Zgadza się, znalezienie w życiu sensu istnienia i tak wielkiego sprzymierzeńca (choćby oba były wyimaginowane) to niesamowite przeżycie. Zwłaszcza dla osób zagubionych w świecie i osamotnionych duchowo przed tym doświadczeniem.
Przerabiałem życie z Bogiem a potem bez niego. Nie odrzuciłem go, po prostu w pewnym momencie doszło do mnie że to złuda, że coś takiego nie istnieje.

I powiem ci tak: świadome, odpowiedzialne, samodzielne życie to niesamowite doświadczenie, codziennie obfitujące w nowe, inspirujące niespodzianki.
Świadoma praca nad swoim rozwojem duchowym to już prawdziwa przygoda, intensywności odczuć i doznań nie da się chyba opisać słowami, no i każdy krok na drodze rozwoju duchowego poszerza nasze widzenie świata, co chwila człowiek doświadcza i odkrywa czegoś nowego.
Jeśli się szczerze i uczciwie nad sobą duchowo pracuje w pewnym momencie pojawia się w człowieku uczucie miłości, bezwarunkowej, do całego świata, to jest potężne wsparcie w dalszej pracy nad sobą no i oczywiście w dalszym życiu codziennym.
I owszem, doznawałem swego czasu uniesień religijnych, znam te stany...jednak teraz już ich nie potrzebuję, natomiast miłość wypełniająca me wnętrze po medytacjach pomaga mi już cały czas, każdego dnia i w każdej godzinie. Ona we mnie została już na stałe, choć jeśli akurat tego potrzebuję to mogę ją też i spotęgować praktycznie według potrzeb.
Owszem, jestem ateistą ale to wcale nie oznacza że nie wierzę w kontynuowanie świadomości po śmierci ciała fizycznego. Z tym że to już temat naprawdę nie na ten wątek.

>>Krzyż jest wielką łaską, dzięki której zostaliśmy wreszcie uwolnieni z niewoli grzechu. To jest fakt, nie ma potrzeby budowania poczucia realności, bo Bóg jest realnością. Tylko w Nim można odnaleźć prawdziwą mądrość. Wiedza ludzka jest ograniczona, ale Bóg jest nieograniczony. Wielkość tego świata jest niczym wobec wielkości Boga. Moim zdaniem, Pan chce się ograniczyć do tego świata, a nie rozwjać aktywność odkrywczą.
Sorki, ale z mojego punktu widzenia wyzwalać się ze stanu wymyślonego przez kapłanów przy pomocy innej rzeczy spreparowanej przez tych samych kapłanów jest lekko bez sensu.
Pewnie że popełniam błedy, bo na nich właśnie się uczę, ale to ludzkie błędy a nie żaden "grzech". Żaden gadżet nie uwolni mnie od popełniania błędów bo wtedy przestałbym się uczyć, żaden gadżet nie zdejmie ze mnie odpowiedzialności za moje błedy bo wtedy przestałbym być odpowiedzialny - a to równa się powtórnemu powtarzaniu błędów.
Popełniam błedy, wyciągam z nich wnioski, na przyszłość nauczony wcześniejszymi doświadczeniami nie dopuszczam do popełnienia podobnych błędów a z czasem dzięki gromadzonemu doświadczeniu potrafię zapobiegać błędom zanim tak napradwę się pojawią, już w fazie zarodka. Po kiego ktoś mi ma tę możliwość zabierać?! Żebym znów musiał przerabiać cały cykl uczenia od początku?

Piszesz że: "nie ma potrzeby budowania poczucia realności, bo Bóg jest realnością. Znaczy że co? Że w świecie realnym trzeźwy związek z rzeczywistością jest zbędny?! Mam założyć na oczy okulary wirtualne z grą "Matrix" lub "Bóg mnie prowadzi" i tak wyjść na ulicę? Toż nie przejdę żywy nawet jednej przecznicy.
Proponujesz zdecydowanie bolesny sposób na życie w tej wypowiedzi.

Co do dalszej części tego fragmentu wypowiedzi - spekulujesz na temat chęci i przypisujesz właściwiości istocie która moim zdaniem nie istnieje, więc patrząc z mojego punktu widzenia ... komentowanie tego przeze mnie nie ma sensu.

>>Odpowiedzialność za życie, to odpowiedzialność za jakość życia tego i przyszłego. Jezus jest mocnym fundamentem dla człowieka. Brak wiary, to brak mocnego fundamentu.

Zgadza się, pełna odpowiedzialność za swe czyny, decyzje i życie należy do mnie. Tu i teraz. Autorytety mogą być dla mnie pomocą, wskazówką ale wcale nie zamierzam przerzucać na nie wszelkiej odpowiedzialności za moje decyzje, wybory, sposób życia. Jeśli zrobię coś błędnego to ja za to oberwę i ja wyciągnę wnioski na przyszłość i oznacza to jedynie że najprawdopodobniej źle zinterpretowałem wcześniejsze nauczki.
Po kiego mi ślepe przestrzeganie narzuconych przez kapłanów zasad, wsadzonych do tego w usta postaci z odległej przeszłości?! Ślepo przestrzegając te zasady zkazałbym się na wieczne robienie błędów, ponieważ żadna instrukcja, żadna księga nie jest w stanie przewidzieć wszystkich meandrów czyjegoś życia. Ja tam wolę polegać na sobie, na tym co mówi historia, świata i moja osobista. Dzięki temu mniej mam skopane przez życie moje szanowne cztery litery...

...


Gdzieś tam za firewallem musi być inny, lepszy świat...
superkuku (191 punktów)

>Zmyliłeś mnie tym nickiem "Superkuku" i kaznodziejskim tonem wypowiedzi, tonem wręcz karykaturalnym na łamach takiego portalu jak Racjonalista.

Tak, tutaj dominuje ton cyniczny.

>Przerabiałem życie z Bogiem a potem bez niego. Nie odrzuciłem go, po prostu w pewnym momencie doszło do mnie że to złuda, że coś takiego nie istnieje.

Trudno mi to pojąć. Jeżeli faktycznie poznałeś żywego Boga, to jak możesz traktować Go jak złudę!? Traktujesz wierzących jak klientów gabinetów psychoterapeutycznych.

Jeżeli poznałbyś Boga, to wiedziałbyś, że nie można Go trochę odrzucić.

>Świadoma praca nad swoim rozwojem duchowym to już prawdziwa przygoda, intensywności odczuć i doznań nie da się chyba opisać słowami, no i każdy krok na drodze rozwoju duchowego poszerza nasze widzenie świata, co chwila człowiek doświadcza i odkrywa czegoś nowego.
>I owszem, doznawałem swego czasu uniesień religijnych, znam te stany...jednak teraz już ich nie potrzebuję, natomiast miłość wypełniająca me wnętrze po medytacjach pomaga mi już cały czas, każdego dnia i w każdej godzinie. Ona we mnie została już na stałe, choć jeśli akurat tego potrzebuję to mogę ją też i spotęgować praktycznie według potrzeb.

Wiara w Boga, to nie są jakieś uniesienia religijne. To nawet nie jest religia w sensie rytuałów.

Niepotrzebnie ograniczasz się utożsamiając wiarę w Boga z tym, co podają kapłani w Kościele Katolickim.

Medytacje mam już za sobą. Już ich nie potrzebuję. Natomiast po ich wieloletniemu praktykowaniu mam mocne przeświadczenie o tym, że nie mają one pozytywnego wpływu na rozwój duchowy. Jeżeli będziesz chciał się poważniej zająć medytacją, to wkrótce zobaczysz, że będziesz musiał uwierzyć w reinkarnację, bo medytacja jest przecież drogą uwolnienia się od koła samsary, czyli nieustającego ciągu ponownych narodzin i śmierci. Dalej będziesz musiał uwierzyć, że Twój nauczyciel jest istotą oświeconą, która znajduje się na wyższej niż Ty pozycji w hirarchii bytów. Aby stać się takim jak on będziesz musiał stosować rozmaite praktyki. Może będzie to guru-joga, w której będziesz wizualizować siebie w ciele i stanie duchowym wszystkich swoich nauczycieli i dalekowschodnich bóstw. Wyobrażanie sobie siebie jako bożka jest czymś obrzydliwym dla prawdziwego Boga, nie mówiąc już o pysze jaka jest z tym związana. Jeżeli natomiast nie będziesz chciał się zająć medytacją na poważnie, to pozostanie dla Ciebie buddyjski pakiet psychoterapeutyczny, który polega na tym, że nauczysz się kontrolowania oddechu, panowania nad emocjami, stanami umysłu itd.

>>>Krzyż jest wielką łaską, dzięki której zostaliśmy wreszcie uwolnieni z niewoli grzechu. To jest fakt, nie ma potrzeby budowania poczucia realności, bo Bóg jest realnością. Tylko w Nim można odnaleźć prawdziwą mądrość. Wiedza ludzka jest ograniczona, ale Bóg jest nieograniczony. Wielkość tego świata jest niczym wobec wielkości Boga.
>Sorki, ale z mojego punktu widzenia wyzwalać się ze stanu wymyślonego przez kapłanów przy pomocy innej rzeczy spreparowanej przez tych samych kapłanów jest lekko bez sensu.
>Pewnie że popełniam błedy, bo na nich właśnie się uczę, ale to ludzkie błędy a nie żaden "grzech". Żaden gadżet nie uwolni mnie od popełniania błędów bo wtedy przestałbym się uczyć, żaden gadżet nie zdejmie ze mnie odpowiedzialności za moje błedy bo wtedy przestałbym być odpowiedzialny - a to równa się powtórnemu powtarzaniu błędów.

Gadźet, to okultyzm. Nie przypisuję przedmiotowi krzyża żadnych nadprzyrodzonych mocy, bo Bóg o tym mówi w drugim przykazaniu, że nie wolno tak robić.
Mówiąc o krzyżu nie wyraziłem się jasno. Jezus umarł na krzyżu. Jego śmierć jest wypełnieniem się proroctw starotestamentówych, mówiących , że przyjdzie mesjasz, który nas uwolni. Mówiąc o krzyżu miałem na myśli bardzo ważne wydarzenie dla ludzkości, a nie gadżet.
Błąd to coś innego niż grzech. Grzech, to nieposłuszeństwo Bogu. Nieposłuszeństwa nie wymyślili kapłani.

>Piszesz że: "nie ma potrzeby budowania poczucia realności, bo Bóg jest realnością. Znaczy że co? Że w świecie realnym trzeźwy związek z rzeczywistością jest zbędny?! Mam założyć na oczy okulary wirtualne z grą "Matrix" lub "Bóg mnie prowadzi" i tak wyjść na ulicę? Toż nie przejdę żywy nawet jednej przecznicy.
>Proponujesz zdecydowanie bolesny sposób na życie w tej wypowiedzi.

Bóg stworzył Świat. Ciebie i mnie. On jest bardziej realny od nas. Jeżeli tego nie widzisz, to Ty żyjesz w wirtualnym świecie.

Bardzo mi podoba się w Tobie Twoja szczerość i to, że uczciwie stawiasz sprawy takimi jak są w Twoim życiu.

Pozdrawiam.
16-10-2007 18:05 
 Ocena 1 na 1
Bonzo9997 (313 punktów)
...cd.

>>Brak wiary, to brak mocnego fundamentu.
Na mój gust ten argument za często padał w przeszłości.
Jak widać "wiara" nie powstrzymała ludzi przed robieniem tzw "piekła" na ziemi innym ludziom, właśnie w imię Chrystusa czy Mahometa czy innych "świętych" postaci/istot.
Brrr, z całym szacunkiem ale ja osobiście zrezygnowałem z takiego fundamentu w moim życiu, po prostu ciężko się na nim stało bo mi się nogi w morzu krwi rozjeżdżały.

Dla mnie człowiek, życie, świat to wystarczające fundamenty dobrej zabawy w tym życiu. I owszem, żeby je tak naprawdę docenić trzeba pracować nad swoim rozwojem intelektualnym, duchowym. Ale za to potem jakość życia wzrasta naprawdę niewyobrażalnie.

Miałem do czynienia z religiami, jestem wdzięczny za te doświadczenia bo dzięki temu teraz wiem jak rozpoznawać i omijać te zdradliwe rafy, stworzone przez wszelkiej maści kapłanów i ludzi im podobnym. I jak dla mnie - basta.

Ups! Miało być krótko, widać muszę jeszcze popracować nad tą moją słabością?

Jak widzisz Superkuku nie traktuję cię ani lekceważąco ani tym bardziej nie zamierzam cię obrażać.
Ale może rozważysz na przyszłośc sugestię o zmianie nicka na jakiś ...mniej zwariowany?

Serdecznie pozdrawiam.
Gospodarza wątku także.

Gdzieś tam za firewallem musi być inny, lepszy świat...
superkuku (191 punktów)
>...cd.
>>>Brak wiary, to brak mocnego fundamentu.
>Na mój gust ten argument za często padał w przeszłości.
>Jak widać "wiara" nie powstrzymała ludzi przed robieniem tzw "piekła" na ziemi innym ludziom, właśnie w imię Chrystusa czy Mahometa czy innych "świętych" postaci/istot.
>Brrr, z całym szacunkiem ale ja osobiście zrezygnowałem z takiego fundamentu w moim życiu, po prostu ciężko się na nim stało bo mi się nogi w morzu krwi rozjeżdżały.

Fakt, że ludzie postępowali nikczemnie w imieniu Boga nie oznacza, że z Bogiem jest coś nie w porządku.

>Jak widzisz Superkuku nie traktuję cię ani lekceważąco ani tym bardziej nie zamierzam cię obrażać.
>Serdecznie pozdrawiam.
>Gospodarza wątku także.

Bardzo serdecznie dziękuję Gospodarzowi wątku za interwencję, która jest dla mnie równie miła, co zdumiewająca, a już na pewno niezasłużona.

>Ale może rozważysz na przyszłośc sugestię o zmianie nicka na jakiś ...mniej zwariowany?

hehe. Przejrzałem Cię! Chciałbyś go przejąć... Nie oddam!!!
Bonzo9997 (313 punktów)
>>Przerabiałem życie z Bogiem a potem bez niego. Nie odrzuciłem go, po prostu w pewnym momencie doszło do mnie że to złuda, że coś takiego nie istnieje.
>Trudno mi to pojąć. Jeżeli faktycznie poznałeś żywego Boga, to jak możesz traktować Go jak złudę!? Traktujesz wierzących jak klientów gabinetów psychoterapeutycznych.
>Jeżeli poznałbyś Boga, to wiedziałbyś, że nie można Go trochę odrzucić.

I tu mnie masz, miałem słowa"życie z Bogiem" ubrać w cudzysłów. Miałem na myśli boga proponowanego przez kapłanów i Kościół katolicki. Choć tak szczerze, kiedy samodzielnie wczytałem się w Stary i Nowy Testament to...jeszcze mniej mi się ten cały bóg zaczął podobać. W dalszej kolejności przyjrzałem się reszcie bogów na tej planecie...I tu znów masz rację, moim zdaniem na kozetce psychoterapeuty ci bogowie powinni zająć miejsce zaraz obok swoich wyznawców.
Podkreślam: to tylko moje, osobiste zdanie.

Tak więc nie poznałem "żywego Boga" bo go po prostu nie spotkałem, mimo usilnych poszukiwań. Ale jeśli miałeś w tych poszukiwaniach więcej szczęścia to zapraszam was obu, przyjeżdżajcie. Chętnie zweryfikuję swoje poglądy na ten temat, przy okazji napijemy się dobrej kawy we trzech. Z tym że jeśli to ten bóg ze Starego Testamentu to umówimy się w jakiejś restauracji, mniejsza o to dlaczego.
Znów podkreślam: to tylko moje, osobiste refleksje. A małą literą piszę powyżej o "bogach" w celu podkreślenia że chodzi mi o koncepcję, nie osobę/istotę o której ty piszesz.

>Medytacje mam już za sobą. Już ich nie potrzebuję. Natomiast po ich wieloletniemu praktykowaniu mam mocne przeświadczenie o tym, że nie mają one pozytywnego wpływu na rozwój duchowy.
Ghe, he, he! No to masz taki sam pogląd na medytację jak ja na twoją koncepcję wiary. Żeśmy się dogadali.

>Jeżeli będziesz chciał się poważniej zająć medytacją, to wkrótce zobaczysz, że będziesz musiał uwierzyć w reinkarnację, bo medytacja jest przecież drogą uwolnienia się od koła samsary, czyli nieustającego ciągu ponownych narodzin i śmierci.
Nieprawda. Fakt reinkarnacji ustaliłem jako jedną z podstaw mojego światopoglądu jeszcze zanim zacząłem medytować.
Co do idei "samsary" i nieustającego ciągu ...dajmy sobie tu z tym spokój, napiszę tylko ze z mojego punktu widzenia piszesz podobnie jak ja o twojej wierze, czyli niczym ślepy o kolorach.

>Dalej będziesz musiał uwierzyć, że Twój nauczyciel jest istotą oświeconą, która znajduje się na wyższej niż Ty pozycji w hirarchii bytów.
No, taki co by mnie namówił na taki numer to jeszcze się nie narodził.
Nie po to wypierniczyłem z głowy całe te badziewie kapłanów katolickich żeby oddawać cześć innym bałwanom.
Jestem, szanowy Superkuku sam sobie świstakiem i sreberkiem...tfu! sterem i okrętem znaczy.

Proponuję też odpuścić sobie resztę twoich wyobrażeń o moich praktykach medytacyjnych i technikach rozwoju duchowego. Ja po prostu nie mam pojęcia o czym ty piszesz.

>Błąd to coś innego niż grzech. Grzech, to nieposłuszeństwo Bogu. Nieposłuszeństwa nie wymyślili kapłani.
Przypominam ci że do nadal nie uznaję twojej idei "Boga" za prawdziwą, więc po grzyba miałbym się buntować przeciw niczemu? Istnienie kapłanów i owszem, uznaję, natomiast nie lubię ich i tyle. I też uważam że ściemniają.
No i widzisz jakie to proste?! Raptem okazało się że mało że ateista to nawet bezgrzeszny jestem.

>Bóg stworzył Świat. Ciebie i mnie. On jest bardziej realny od nas. Jeżeli tego nie widzisz, to Ty żyjesz w wirtualnym świecie.
Posługujesz się argumentami nieweryfikowalnymi, więc nie skomentuję tego fragmentu. Natomiast jeśli masz rację i taka osoba/istota istnieje to już ja se z nim pogadam jak przyjedziecie na kawę. Z odwalenia takiej fuszery jak moja teściowa będzie się musiał zdrowo wytłumaczyć!
Czy ja żyję w wirtualnym świecie? A pewnie że tak, większość badań naukowych potwierdza nam na każdym kroku że nie potrafimy dostrzec lwiej części tego co nas otacza.
No, ale nawet nie widząc poczerwieni, połączeń telefonów komórkowych czy elektronów w procesorach komputerowych trzeba sobie jakoś radzić, no nie?

>Fakt, że ludzie postępowali nikczemnie w imieniu Boga nie oznacza, że z Bogiem jest coś nie w porządku.
A czy ja twierdziłem w tamtym tekście coś takiego? Moim zdaniem nie istnieje i tyle. A poza tym wszystko z nim jest w najlepszym porządku
Dopiero ty zmusiłeś mnie do ustosunkowania się do tej koncepcji w niniejszym poście.

Cdn...


Gdzieś tam za firewallem musi być inny, lepszy świat...
Bonzo9997 (313 punktów)
...cd

>Bardzo serdecznie dziękuję Gospodarzowi wątku za interwencję, która jest dla mnie równie miła, co zdumiewająca

Też dziękuję panu Dryjańskiemu za słuszne zwrócenie uwagi.
Jak pisałem powyżej, błędnie zinterpretowałem twoją wypowiedź Superkuku, ale myślę że już naprawiłem swój błąd?

To mi przywróciło wiarę w sens istnienia punktacji na tym forum. W innym, czasowo równoległym wątku na tym forum złapałem już około dziesięciu minusów i nie zamierzam się nimi wcale przejmować, tutaj jeden od osoby rozsądnej natychmiast postawił mnie do pionu i zmusił do przemyślenia swego postępowania.

>hehe. Przejrzałem Cię! Chciałbyś go przejąć... Nie oddam!!!
>

I znów mnie błyskawicznie przejrzałeś. Słuchaj, a co powiesz jak dam ci za niego: cztery plusy i namiary na dwa trolle? Trolle są bez wyraźnej orientacji religijnej. Z twoją argumentacją spokojnie nawrócisz je nawet na oddawanie czci Srebropodobnej, Kunsztownie Zawijanej Klamce Do Trzeciej Szafki Po Prawej Od Zlewu.
He, he, he!

A tak serio. Jak widzisz, traktuję ciebie i twoje argumenty poważnie. Co prawda dużej ich części nie rozumiem (rozumiem ich teoretyczny sens, nie rozumiem celu stosowania w życiu), z resztą się nie zgadzam. To samo jak widzę dotyczy ciebie i moich wypowiedzi, też nie masz pojęcia jak można żyć według takich reguł o których ja piszę i być do tego spełnionym duchowo.

Możemy tu jak widać naprawdę długo przerzucać się argumentami, podważać je wzajemnie i udowadniać sobie nawzajem wyższość własnej argumentacji oraz własnego światopoglądu. Tylko pytanie się nasuwa - po co, po kiego grzyba?
Z tego co obserwuję, nikt nakłoniony na siłę do jakiegoś światopoglądu nie absorbuje go w całości, nigdy do końca nie uzna go za swój własny.
Człowiek świadomy to takie dziwne stworzenie które w tych sprawach musi samo dojść do własnych wniosków, osobiście się przekonać, szukać, mylić się, błądzić i przekonywać...aż znajdzie ideę, światopogląd, religię którą uzna za swoje, zgodne z własnymi oczekiwaniami i doświadczeniami. Inaczej ograniczy się do powierzchownych zachowań, pozornego przestrzegania zasad narzuconego siłą światopoglądu czy religii, albo odrzuci całość o ile ma taką możliwośc.
To co zostało narzucone siłą, lub podstępem na jednostkę świadomą wcześniej czy później napotka na opór, stworzy w tej jednostce napięcia i konflikty wewnętrzne czym ją unieszczęśliwi a co za tym idzie skrzywi jej osobowość, chyba że dana jednostka ma możliwość zanegowania, weryfikacji i uwolnienia się od przymusu. W takim wypadku z pewnością w sposób mniej lub bardziej fortunny skorzysta z możliwości odrzucenia narzuconych zasad.

Tak więc uważam że: nawet jeśli tobie uda się mnie przekabacić jakimś cudem, nic dobrego dla mnie z tego nie wyniknie.
To samo myślę o ewentualnym moim "sukcesie" w przekonywaniu ciebie. Dajmy na to że po wielu latach dałbyś się przekonać do mojego światopoglądu, to jednak szczęśliwy a tym bardziej spełniony z całą pewnością byś nie był.

Myślę że każdy musi znaleźć swoją metodę pracy duchowej. Ty podążasz drogą religii z jej Bogiem i przykazaniami. Ja idę do przodu posługując się w miarę możliwości umysłem myślącym racjonalnie, nie uznaję bogów, dogmatów a z przykazań znam tylko jedno - nie czyń krzywdy, o ile jest to możliwe.
I ty i ja podążamy swoimi drogami, realizujemy się i czerpiemy siłę z naszych przekonań, czyż nie o to w tym życiu przede wszystkim chodzi?

Jak widzisz szanowny Superkuku, dalsze przekonywanie się na siłę nie ma sensu z mojego punktu widzenia. Więc pozwolisz że nie podejmę dalszej dysputy, mimo że poniższą dyskusję zainicjowałem osobiście, niefrasobliwym "żartem". Myślę że "odpokutowałem" już dostatecznie. A tak szczerze to miałem okazję całkiem interesująco podyskutować. Jednak kontunuowanie byłoby bezcelowe, o ile nie szkodliwe wręcz.

Choć do nadal nie rozumiem co robisz na takim forum jak Racjonalisty? Szanse nawrócenia tu kogokolwiek ze stałych użytkowników to nawet nie jeden do miliona. A nawracanie w ten sposób osób mających przelotny kontakt z forum Racjonalisty też jest bez sensu, oni tu właśnie zaglądają żeby odpocząć, uciec przed wszechobecną indoktrynacją religijną. Więc twoje wątki pominą w pierwszej kolejności.

Życzę powodzenia w dalszym rozwoju duchowym.
Pozdrawiam serdecznie.

Gdzieś tam za firewallem musi być inny, lepszy świat...
elfir
>> jakiej nie jest w stanie przeżyć osoba niewierząca w przyszłe życie i Wieczną Nieskończoną Miłość.

Nie lubie sie oszukiwac. Wole byc realistka.
Jedynym powodem dla ktorego warto wierzyc w zycie pozagrobowe jest szansa na zobaczenie miny o.Rydzyka po jego smierci

>Krzyż jest wielką łaską, dzięki której zostaliśmy wreszcie uwolnieni z niewoli grzechu.

Jakiego grzechu? Pierworodnego? To dlaczego wciaz chrzci sie dzieci? Innych grzechow? Przeciez nadal sie straszy ogniami piekielnymi niepokornych.

>Wielkość tego świata jest niczym wobec wielkości Boga. Moim zdaniem, Pan chce się ograniczyć do tego świata, a nie rozwjać aktywność odkrywczą.
>
A jak wielki jest bog? Bo podobno wszechswiat jest nieskonczenie wielki. Czy mozna byc bardziej wielkim?
Rozum dla mnie jest wystarczajacym fundamentem do poznawania swiata. W rozum ciezko zwatpic, w przeciwienstwie do idei boga.
superkuku (191 punktów)
>>> jakiej nie jest w stanie przeżyć osoba niewierząca w przyszłe życie i Wieczną Nieskończoną Miłość.
>Nie lubie sie oszukiwac. Wole byc realistka.

A może oszukują Cię ci, którzy mówią, że Boga nie ma?

>>Krzyż jest wielką łaską, dzięki której zostaliśmy wreszcie uwolnieni z niewoli grzechu.
>Jakiego grzechu? Pierworodnego? To dlaczego wciaz chrzci sie dzieci? Innych grzechow? Przeciez nadal sie straszy ogniami piekielnymi niepokornych.

Jeśli w swoim życiu kiedykolwiek zgrzeszyłaś, to dzięki temu, że Jezus umarł na krzyżu, nie poniesiesz konsekwencji tego grzechu(o ile w to uwierzysz).

Chrzest dzieci jest nieporozumieniem. Chrzest, o jakim mówi Biblia jest manifestacją tego, że ktoś się nawrócił, a więc zmienił swój sposób myślenia na taki, w którym Bóg jest najważniejszy. Dziecko jest nieświadome, więc chrzest jest bez sensu. Tak zmienić sposób myślenia może tylko osoba dorosła, która uzna swoje grzechy i zapragnie pojednać się z Bogiem.

>A jak wielki jest bog? Bo podobno wszechswiat jest nieskonczenie wielki. Czy mozna byc bardziej wielkim?

Bóg jest twórcą tego wszechświata.

>Rozum dla mnie jest wystarczajacym fundamentem do poznawania swiata. W rozum ciezko zwatpic, w przeciwienstwie do idei boga.

A dlaczego uważasz, że wiara wyklucza myślenie?

Pozdrawiam.
estetka (708 punktów)

>Mam sporo doświadczenia w pracy z dziećmi 7-11, niemałą
>wiedzę z dziedziny, ale zupełny brak doświadczenia w
>prowadzeniu lekcji.
>Czy możecie polecić jakieś dobre źródła?

tak, ja polecam pierwsza z brzegu Wyzsza Szkole Pedagogiczna, nawet jezeli w trybie zaocznym wieczorowym koresponedncyjnym.
jezeli sie komus wydaje, ze mozna uczyc bo SIE posiada jakis zasob wiedzy to jest zwyczajnie szkodliwym ignorantem na arenie przekazu tejze wiedzy, ktorego ofiarami sa przyszli uczniowie.

"Przestancie zdobywac wiedze a skoncza sie wasze dylematy" Lao Tseu
APawłowski (1150 punktów)
Oczywiście ukończyła Pani stosowne kursa zaparzania herbaty, wiązania sznurowadeł, czy obsługi windy.
Jeszcze trochę a usłyszę, że bez studiów pedagogicznych nie dostanie się certyfikatu umożliwiającego posiadanie dzieci. Eskalacje godna lepszej sprawy.
Czy już nie można się powołać na swoje instynkty, doświadczenie i inteligencję, aby dzieci czegoś nauczyć?
30-09-2007 15:52 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Czy już nie można się powołać na swoje instynkty, doświadczenie i inteligencję, aby dzieci czegoś nauczyć?

można. w jakiejś małej grupce nomadów....
nieobecny
W wieku ok. 4 lat byłem uczestnikiem kursu wiązania sznurowadeł. Kurs odbywał się w jednym z państwowych przedszkoli, prowadziła go zapewne posiadająca do tego odpowiednie kwalifikacje Pani Przedszkolanka, przez uczestników kursu zwana po prostu Panią.
Kurs kończył się egzaminem praktycznym przed Jednoosobową Komisją złożoną z Pani.

Żarty żartami, ale choć to było ponad 40 lat temu, to do dziś pamiętam jak przez całą niedzielę (wtedy nie było wolnych sobót) ćwiczyłem w paraliżującym stresie to wiązanie sznurowadeł. Ćwiczyłem i ćwiczyłem, ale bez rezultatów. W końcu mama pokazała mi inną od "Paninej" metodę i wreszcie mi się udało. Ale stres pozostał, bo co będzie, jeśli Pani w poniedziałek nie zaliczy mi wiązania tą inną metodą?!

Tę historię dedykuję tym wszystkim dorosłym, którzy uważają, że dzieci nie mają problemów, albo że dziecięce problemy są jedynie pozorne.
APawłowski (1150 punktów)
Czyli jednak rodzic potrafi czegoś nauczyć swoje dziecko, nawet skutecznie niż Pani - zawodowiec, Pani która uzbrojona w wiedzę pedagogiczną poległa na swej niwie.
J.Szulc (5723 punktów)

Panie Pawłowski, prześmiewca z pana!!
Wiedza pedagogiczna czasem, nie mówię że zawsze, może pomóc.

Co zaś tyczy się nauczania religii przez autora wątku, to uczciwie powiem, że mi go żal.
Jest rodzicem, więc powinien mieć w jakimś stopniu rozwinięte instynkty względem własnych dzieci.
Czego chce je uczyć?
Wiedzy książkowej?
W taki ważnym temacie, jak bycie DOBRYM?
Do tego nie potrzeba książek, ani religii.....

Ucz swoje dzieci odróżniać chamstwo od serdeczności, fałsz od prawdy. Ucz je współczucia, szacunku do innych i samego siebie....

Jeśli jest Bóg, i jeśli faktycznie jest taki dobry, jak mówią, nie będzie przecież małostkowy i uwzględni intencje, prawda?

Pozdrawiam.

"Lepiej z mądrym nieść kamień, niż z głupcem jeść i pić." - przysłowie armeńskie
APawłowski (1150 punktów)
Oponowałbym przeciw przejęciu całości edukacji dziecka przez rodziców. Choćby z powodu że po co, skoro są zawodowcy. Jednak jeśli chodzi o religię to uważam, iż właśnie rodzice są w stanie zrobić to lepiej niż katecheta czy ksiądz. A nawet jeśli zrobi to gorzej, to i tak jest lepiej. Lepiej bo wyuczy się ateistę.
Zresztą każdy potrafi wyleczyć sobie katar, nie mając medycznych uprawnień.
30-09-2007 18:09 
 Ocena-1 na 1
estetka (708 punktów)

>Czy już nie można się powołać na swoje instynkty, doświadczenie i inteligencję, aby dzieci czegoś nauczyć?
>

pomijajac dowcip... bo inaczej sie nie da.... zaznaczam, ze :
juz dawno takich bzdur nie slyszalam...

"Przestancie zdobywac wiedze a skoncza sie wasze dylematy" Lao Tseu
30-09-2007 19:03 
 Ocena 1 na 1
APawłowski (1150 punktów)
>juz dawno takich bzdur nie slyszalam...
Własnym organizmem to uczyniłem i to bez podpowiedzi nikogo ani wikipedii nawet.
A poważniej. Proszę mi wierzyć, udało mi się nauczyć wiele moje własne dzieci i to bez kończenia szkół stosownych na tą okoliczność.
estetka (708 punktów)

> Proszę mi wierzyć, udało mi się nauczyć wiele moje własne dzieci i to bez kończenia szkół stosownych na tą okoliczność.

to czy sie panu udalo czy nie ocenia to wylacznie Pana dzieci gdy dorosna uczac swoje dzieci...
ani panskie pobozne zyczenia i wrazenia, ze jest ok, ani moja wiara, ze powinno byc ok nic nie daza.
mowimy wylacznie o nauce religii... jezeli osoba, ktora zalozyla watek chce sie dobrze przygotowac do nauczania religii winna posiasc wiedze pedagogiczna potrzebna do kazdego nauczania.
wiedze przekazywac - to jest umiejetnosc taka sama jak kazda inna.

"Przestancie zdobywac wiedze a skoncza sie wasze dylematy" Lao Tseu
Dryjański (95 punktów)
> mowimy wylacznie o nauce religii... jezeli osoba, ktora zalozyla watek chce sie dobrze przygotowac do nauczania religii winna posiasc wiedze pedagogiczna potrzebna do kazdego nauczania.
>wiedze przekazywac - to jest umiejetnosc taka sama jak kazda inna.

Jako osoba która założyła wątek podpisuję się pod powyższym wszystkimi czterema kończynami. Zależy mi na poznaniu metodyki - z resztą jakoś sobie poradzę (nieskromnie pisząc).

T. D.
04-10-2007 18:35 
 Ocena 1 na 1
superkuku (191 punktów)
>>juz dawno takich bzdur nie slyszalam...
>Własnym organizmem to uczyniłem i to bez podpowiedzi nikogo ani wikipedii nawet.
>A poważniej. Proszę mi wierzyć, udało mi się nauczyć wiele moje własne dzieci i to bez kończenia szkół stosownych na tą okoliczność.
Istnieje wielka grupa ludzi, która nie ufa sobie i swoim własnym umiejętnościom wychowawczym. Wydaje im się, że skoro sami sobie nie radzą, to żaden inny niefachowiec sobie nie poradzi. Bardzo mnie smuci to, że rodzice coraz mniej wychowują własne dzieci i oddają obcym ludziom na wychowanie. A potem rośnie nam społeczeństwo konformistów.

Pozdrawiam.
Drobner
Naucz Go obserwowania świata i wyszukiwania związków przyczynowo-skutkowych. Wykształć w Nim ciekawość świata i ludzi. Naucz Go fizyki (phisis - natura) - bo w szkołach Go nie nauczą. Ucz Go logicznego myślenia i wnioskowania. Ucz Go znajdować własne błędy i poprawiać je. Ucz Go pokory w stosunku do własnych odkryć, ustaleń, przemyśleń - temu służy wynajdowanie własnych błędów. Niech wie, że cokolwiek "już wie, jest pewien" - będzie musiał poprawiać, zweryfikować, zmienić. Naucz Go, że Jego prawda jest tylko Jego prawdą. Że Inni mogą mieć własną prawdę.
Poza tym ucz Go szacunku dla ludzi - niech patrząc na ich słabości WIDZI SIEBIE ich oczami.

A o religiach powiesz Mu kiedy dorośnie albo sam zapyta.

Drobner, obserwator i wyszukiwacz własnych błędów, pozostający z szacunkiem dla ludzi innych prawd.

PS. Życzę osiagnięć w pracy nauczycielskiej.
Maddy (12885 punktów)
(zablokowany)
>Przeczytałem Dawkinsa "The God Delusion", zalecenia dla
>katechetów, i obie lektury skłoniły mnie do wniosku, że
>lepiej będzie, jeśli sam będę uczył swoje dzieci religii.
>Mam sporo doświadczenia w pracy z dziećmi 7-11, niemałą
>wiedzę z dziedziny, ale zupełny brak doświadczenia w
>prowadzeniu lekcji. Pozostaje pytanie o metodologię, wybór
>tematów, przebieg lekcji itp, dla sześciolatka.
>Czy możecie polecić jakieś dobre źródła?
>T. D.

Nie uczyć religii. Wcale. Nie indoktrynować, nie zniekształcać tak młodego umysłu zabobonami. Nie wyżywać się religijnie na dziecku, to sadyzm.

A na religioznawstwo zdecydowanie za wcześnie.
Chyba, że to ma być forma bajek o Jezusie, Mahomecie, Buddzie i całej plejadzie pomniejszych bóstw z różnych stron świata.

O ile Twoje dziecko nie jest geniuszem, który rozwija sie intelektualnie 2 razy szybciej od rówieśników, to nie wyobrażam sobie wykładani mu zasad różnych religii. I może jeszcze w ramach ćwiczeń analiza porównawcza? Po co?

Nie lepiej wykorzystać ten czas na rozmowy o tym co dobre a co złe, dlaczego niedobrze jest krzywdzić innych (maluch szybciej pojmie imperatyw kategoryczny niż 10 przykazań) itp itd?
Rozmowy, nie lekcje.
Nie lepiej po prostu pobyć z dzieciakiem i odpowiadać na jego pytania, maluchy w tym wieku mają ich od metra.
Przy okazji małymi krokami uczyć krytycznego myślenia, wnioskowania. Tego w szkole nie uczą. Z tego będzie prawdziwy pożytek.

O różnych religiach doczyta sobie jak będzie starszy i będzie go to interesowało.

"Wizards don't believe in gods in the same way that most people
don't find it necessary to believe in, say, tables."
Terry Pratchett "Reaper Man"
piątek (1035 punktów)
Proponuj nie indoktrynować dziecka za młodu, bez Boga da sobie radę w młodości, a jak zacznie rozumieć świat to sam zdecyduje czy chce wierzyć. Jak kolega wcześniej powiedział to na religioznawstwo
zdecydowanie za wcześnie, w sprawach religii proponuje idee Locke'a, "tabula raza"

"Bóg uczynił mnie ateistą. Kim Ty jesteś by kwestionować jego mądrość"
Bonzo9997 (313 punktów)
>lepiej będzie, jeśli sam będę uczył swoje dzieci religii.

Chyba widzę tu dylemat odpowiedzialnego rodzica - "Jak nauczyć dzieciaka mojego sposobu patrzenia na wiarę, bez oddawania go w łapy Kościoła i innych nawiedzonych oszołomów?"

He,he! Z całym szacunkiem panie Dryjański, masz pan niezły zgryz.
Znam problem z autopsji, więc spróbuję odpowiedzieć na te zawoalowane pytanie.

Uczenie religii: wbijanie do głów objawionych dogmatów. Pod żadnym pozorem nie można dopuścić do racjonalnej ich analizy, bo wtedy najzwyczajniej polegną, jako irracjonalne. W razie uporczywego dochodzenia prawdy przez zbyt dociekliwe "owieczki"- należy pokazać im ich niedoskonałość (zbić z tropu), zmienić temat, powołać się na nieweryfikowalny autorytet, np na jakiegoś bożka lub inną osobę/siłę/istotę poza zasięgiem "owieczek".

Religioznawstwo: poznawanie a co za tym idzie porównywanie różnych wiar, wyobrażeń, światopoglądów, systemów kontroli nad wiernymi.

Wybaczcie skróty i uproszczenia, ale wynika to z natury forum i rzeczowej dyskusji, skupiam się głównie na naszym temacie i tym co chcę przekazać.

Jak widzisz szanowny panie Dryjański - za chol... nie da się połączyć uczciwej nauki religii z uczciwą nauką o religiach.
Wcześniej czy później w miarę myślący uczeń cię wyśmieje, lub po prostu zażąda dowodu na twierdzenie że ta akurat religia (twoja, wasza) jest lepsza od innych, prawdziwa. Dowodów mocniejszych niż zwyczajowe "tak mówi Pan", bo on się spyta- Okey, ale który pan, dlaczego mam wierzyć akurat w słowa tego Pana?! ...itd, itp... zagna cię małolat w narożnik w trzech precyzyjnych pytaniach, lub szybciej.

Możesz wtedy powołać się na swój autorytet, użyć jakiejś groźby, przewagi fizycznej bądź psychicznej...jednak przed tym chyba akurat starasz się dzieciaka ochronić? Przed praniem mózgu dogmatami, nakazami, różnymi tabu.

Co ja zrobiłem w podobnej sytuacji?
Zdałem się na więzi emocjonalne, na fakt że dla dziecka rodzic jest praktycznie bogiem, najwyższym autorytetem.
Pozwalałem na uczestnictwo w obrzędach religijnych, w lekcjach religii, na aktywne życie dziecka we wspólnocie katolickiej (wpływ reszty rodziny, babcie, ciocie, itp...). Kiedy jednak dzieciak zwracał się z prośbą o wyjaśnienie czegoś, wyjaśniałem mu to na swój sposób, racjonalnie i uczciwie. Tak rzetelnie jak potrafiłem, nawet jeśli czasami uderzało to we mnie, obnażało moje słabości lub komplikowało istniejący porządek rzeczy w rodzinie. Oczywiście należy uwzględnić wiek i rozumek danego osobnika i rozmowę prowadzić na odpowiednim poziomie, pewne informacje ograniczyć do czasu możliwości pełnego zrozumienia ich przez niego.

Nie osłabiało to wbrew pozorom mojego autorytetu w oczach dziecka, dzieciak i tak zwykle widzi nasze słabości i przechodzi nad tym do porządku dziennego. Natomiast w oczach dziecka stawałem się dzięki temu dużo wiarygodniejszy od księży, innych kapałanów(w sensie - nawiedzone autorytety), kolegów a nawet nauczycieli.
Po prostu dzieci chcą nas kochać i nam wierzyć, a akceptują nas takimi jakimi jesteśmy.

Rodzina też na tym zyskiwała, dziecko poznając słabości i mocne strony rodziny stawało się aktywnym jej członkiem. Świadomie wspierającym wspólnotę rodzinną kiedy natrafiała ona na przeszkody, lub zawirowania dnia codziennego. Bo wiedziało jak to działa, jaki ma cel i że ono, dziecko jest jednym z wioślarzy tej załogi.
Tu też dzieci są żywo zainteresowane kondycją tej wspólnoty, chcą należeć do kochającej, spokojnej rodziny, być kochane i akceptowane.

I owszem, był czas kiedy moja pociecha ganiała 3 razy dziennie do kościółka...spokojnie obserwowałem.
Tak szybko jak stała się fanatyczką codziennych wizyt tak szybko znudziło się to jej. Obserwowałem.
Ksiądz a za nim babcie i ciocie z oburzeniem zaczęli nalegać na dalsze intensywne uczestnictwo w życiu Kościoła.
Perfidnie obserwowałem, nic nie robiąc.
Dzieciak pociągnął to jeszcze dwa miesiące pod wpływem nacisków. Pewnego dnia spytał mnie dlaczego to tak jest, czy można ludzi zmuszać do udziału w nabożeństwach i innych obrzędach? Spokojnie odparłem że nie można, nikt do tego nie ma prawa. Powiedział że nie chce tego dalej ciągnąć, ale nie wie jak z tego wybrnąć. Odpowiedziałem że jak nie chce to niech nie chodzi, niech o tym powie naciskającym a w razie dalszych pytań lub nacisków ma ich skierować do rozmowy ze mną, ojcem. Uwierzysz że jakoś nikt z nich do mnie z tym problemem się nie zwrócił?

Oczywiście powiedziałem dziecku wcześniej że naraża się na potencjalne ataki, zaczepki i inne objawy odrzucenia. Długo skubane patrzyło mi w oczy, musiało być pewne akceptacji mojej i najbliższej rodziny.

Fakt, mieszkamy w mieście, ale na peryferiach.
Fakt, moja córka naprawdę dobrze się uczy.
Fakt, po tym wszystkim w wieku osiemnastu lat została ateistką. - Ale to już jej osobisty, świadomy wybór.
I jeszcze jeden drobny fakcik, skubana do nadal chodzi na religię. Zapytana stwierdziła że do matury każdy stopień się przyda, a robi z katechetką co zechce - więc ma wyłącznie dobre stopnie.
Z drugiej strony, patrząc na to co aktualnie dzieje się w oświacie - wcale jej się nie dziwię. Nie wiesz człowieku co wymyślą za dwa miesiące.

Tym prostym sposobem udało mi się zabezpieczyć dzieciaka przed wypraniem mu mózgu kapłanom, wzmocnić więzy rodzinne i przy okazji przekazać dzieciakowi moją wiedzę o innych religiach. A przy okazji zadbać o całą masę innych spraw w przyszłości.

Nie wiem jednak jak utrzymać dziecko przy katolicyzmie?
Ale obawiam się (ok, tu kłamię, ciesze się tak naprawdę z tego) że za dwa,trzy lata nie bedzie tego problemu.
Kościół tak brutalnie wdziera się w głowy i życie młodych ludzi że ci automatycznie go odrzucą, podobnie jak my nie chcieliśmy uczyć się języka rosyjskiego.

Nie wiem na ile ci pomogłem panie Dryjański? Po prostu wyczułem twój dylemat i poczułem się w obowiązku podzielić własnymi doświadczeniami. Sorki za tak niefachowo napisany tekst, ale nie jestem fachowcem. Jedynie maluczkim ojcem, byłym katolikiem, obecnie ataeistą.

Życzę powodzenia.
Pozdrawiam.
Dryjański (95 punktów)
>Chyba widzę tu dylemat odpowiedzialnego rodzica - "Jak nauczyć dzieciaka mojego sposobu patrzenia na wiarę, bez oddawania go w łapy Kościoła i innych nawiedzonych oszołomów?"

Dokładnie o to chodzi.
Albo może, uściślając, chcę, żeby dziecko znało istotę religijności, nie narzucając mu wyboru którejkolwiek z religii. Nie wiem na ile to w ogóle możliwe, i na ile temat jest w ogóle istotny.

>Nie wiem na ile ci pomogłem panie Dryjański? Po prostu wyczułem twój dylemat i poczułem się w obowiązku podzielić własnymi doświadczeniami.

Bardzo. Dziękuję za podzielenie się swoimi doświadczeniami.

>Życzę powodzenia.
>Pozdrawiam.

I nawzajem.

T. D.
12-10-2007 14:32 
 0 na 2
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Wydaje mi się, że żeby poznać istotę religijności, należy dziecko zapoznać z filozofią, a nie z religiami. Można też sięgnąć po mity, tam gdzie nie ma obietnic zmartwychwstania, ani podziału na dobrych i złych. Choćby Odysea, Iliada, Mahabharata, etc. Trojanie i Achajowie nie byli przedstawieni jako źli i dobrzy, grecy z tego eposu nie są nieśmiertelni i na to nie liczą. Jest tu i teraz. Jest zatem wiele klasycznych utworów, które są sugestywne i pełne piękna, jednocześnie zaś nie mają elementów narkotycznych (w przypadku ludzi mem nieśmiertelności potrafii bardzo silnie uzależniać).
Jancewicz (68 punktów)
>Przeczytałem Dawkinsa "The God Delusion", zalecenia dla
>katechetów, i obie lektury skłoniły mnie do wniosku, że
>lepiej będzie, jeśli sam będę uczył swoje dzieci religii.
>Mam sporo doświadczenia w pracy z dziećmi 7-11, niemałą
>wiedzę z dziedziny, ale zupełny brak doświadczenia w
>prowadzeniu lekcji. Pozostaje pytanie o metodologię, wybór
>tematów, przebieg lekcji itp, dla sześciolatka.
>Czy możecie polecić jakieś dobre źródła?
>T. D.
Małe dzieci Wielkie pytania źródeł żadnych tobie nie polece ale nie sądze że jezeli będziesz ich nauczał dokładnie wedłg biblii to cię i tak nie zrozumieją a jak się znajdzie dziecko które zada tobie pytanie co było przed Bogiem co mu wtedy odpowiesz w biblii tego nie znajdziesz A odpowiedzieć też nie ładnie że nic że Bóg o którym mowa był od zawsze
Lekcje powinieneś prowadzić łagodnie coś na zazadzie bajek przez które dziecko zapamięta jakieś mądre słowa piosenki nauka wierszyka i tak dalej wątpie że to co napisałem jest zrozumiałe ale zawsze można sprobować

Wróć do listy wątków działu Religie

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365