Haendel na Tamizie.
W geometrii ogrodów brzmią trąbki i werble, polifonia ogarnia labirynty z krzewów, zabłąkani dworzanie wpadają w zdumienie, lecz wciąż gonią swe nimfy, nie ustają w śmiechu. Nadal są pasterzami w wergiliańskim lesie
od stuleci zmienianym przez stany rycerskie opuszczone przez wojnę, wyjęte z pancerzy. Nie ma tutaj Rolandów, Artur w bój nie wezwie, wszystkie Graale złożono w baroku namiętnym linii tłustych, roślinnych, wijących się wszędzie,
w myślach, muzyce, mowie, w obrazowym kłębie żywotnych alegorii, co znaczenie każde sto razy już zdobyły w uczoności zręczne podobnej do powiastki zasuszonych kartek; ciężkie, głodne w dewocji. Lecz kontrasty kręte,
co widzą noc południa, oraz morze lądu, jak także śmierć żyjącą i to mocą słabą, nauczyły epokę rozkosznych sposobów widzący pierś Wenery strojnie obnażoną przez szlachcianki na dworze, biegnące wśród klombów
przeciętych tak starannie, jak kamienne łuki kościołów i pałaców, rozpustnie napiętych, wezbranych swą przestrzenią, zginających mury w wybuchach przesycenia i ekstazach świetnych. O kołach zapomniano, elips kładąc łuski
ponad klatki schodowe będące teatrem, gdzie każdy krok jest dumny, skrzydlaty stiukami łakomych cherubinów i amorów wrzaskiem, niczym róg obfitości zrzucającym dary uczt bez końca bogatych, przeplatanych tańcem.
Jerzy Pierwszy przysypia, budzą go puzony, wściekła symetria wzbiera, by przyciągnąć króla. Ten spogląda po chwili, pełen złej dobroci i gniewności łaskawej, co niszczy tak czuła, widzi na łodzi Haendla, z nim muzyków głośnych
z całych sił dmuchających w trąby, niecne rogi, jest też trochę wiolonczel i nieznacznych skrzypiec. Mocno bije w klawesyn kompozytor zbrojny w tony oraz harmonie, tę matematykę, którą Newton wypuścił z pudełka Pandory,
ścinając Opatrzności bez swej woli palce; od tej pory planety zdają się biec same. „Potworność!” – król zakrzyknie, wiedząc, że i władzę mechanika ta może odebrać mu z czasem, a przecież tron Albionu już teraz z senatem
bezwolnie jest związany. „Wracaj tutaj Haendlu” – wnet prześle władca słowa – „Zabawa się kończy, sam słyszysz te wykresy, co wrogie są świętu. Komponuj oratoria, Kserksesa miłostki niech wiary nie wchłaniają. Płyń szybko do brzegu.
Wali się ludzkość dawna, chroń ją więc i ocal, o prorokach opery, o Mesjaszu, napisz. Niech sielanka trwa nadal, spójrz na naszych dworzan i krzewów labirynty, chcę by wciąż działały. Szukaj dobrych kastratów, ariami gaś pożar.”
Zgodził się zaraz Haendel, musiał słuchać króla, a może był z nim zgodny i chciał bronić kłamstwa, lecz nikt nie wygra bitwy, w której walczy sztuka. Natchnienie jest niczyje, budzi się, narasta, pył przesądów usuwa, z konstrukcji swej zrzuca.
|