>Jestem niezmiernie ciekaw waszej opinii w tej >kwestii. Czy człowiek jest z natury istotą >religijną (czyli skłonną do wyznawania >jakiegokolwiek kultu) czy też jest odwrotnie, a >źródła powstania religii należy dopatrywać się >gdzie indziej? Fakt, człowiek rodzi się ateistą, >nie zawsze jednak nim zostaje. >Czasem się nim >staje, niejako na powrót, ze względu na >rozczarowanie swoją rodzimą religią. Są jednak >tacy, którzy trwają w wierze, mimo niemożności >udowodnienia istnienia boga. Tak więc, czy >rodzimy się z pewnego rodzaju "zmysłem, >religijnym", który każe nam wierzyć w boga >(obojętnie w jakiej postaci), czy też jesteśmy >urodzonymi realistami, którzy nie mają >naturalnego popędu do wiary. > >Nie ukrywam, że optuję za rozwiązaniem numer >jeden. Gdyby było inaczej co stanowiło by bodziec >do powstania tylu niezmiernie zróżnicowanych >religii? Można to niby tłumaczyć, tym, że nie >potrafiąc wyjaśnić pewnych odczuć i zjawisk >stworzyliśmy sobie bogów. W moim przekonaniu >jednak, takie stwierdzenie odnosi się tylko do >kultów animistycznych. Religie uniwersalistyczne >służą, w założeniu, czemu innemu niż wyjaśnianiu >zjawisk przyrody. >Jestem także przekonany, że wszelkie kulty i >wierzenia towarzyszą człowiekowi od początku jego >istnienia. Nawet naandertalczycy mieli swój kult >niedźwiedzia jaskiniowego (czy czegoś tam >innego...) i nie przypominam sobie, by istniał >okres w historii ludzkości, kiedy człowiek nie >wierzył w nic zupełnie. > >Z drugiej strony, mamy na świecie spory odsetek >ludzi niewierzących. To mogłoby przemawiać za >opcją numer 2, czyli to oni postępują zgodnie ze >swoją (areligijną) naturą, a cała reszta po >prostu świruje. > >W każdym razie pytanie pozostawiam otwarte i >proszę o Wasze opinie na ten temat. Cóż, moim skromnym zdaniem, potrzeba jakiegoś kultu, oddawania czci istocie (istotom) wyższym jest umotywowana psychologicznie. Człowiek po prostu czuje potrzebe, by się oddac bóstwu pod opieke, we władanie, tak, by trapiące go problemy, pytania znalazły przynajmniej pozornie rozwiązanie. Analogicznie sytuacja przedstawia się z wielkimi wodzami, którzy też doznawali czczi nieomalże boskiej z tej prostej przyczyny, że naiwny lud wierzył, że ten oto człowiek, ta wybitna jednsotka nada sens naszemu życiu, poprowadzi naród do szczęścia bądź zwyciestwa w wydumanej konfrontacji (np z innymi narodami, rasami, wrogim ustrojem). Po prostu jest ukryta potrzeba posiadania nad sobą ojca, kogoś z pozoru wybitniejszego. Taki strach przed samodzielnościa myślenia, działania etc. (stąd taki przyklask społeczny znajdują idee państwa opiekuńczego, stąd powodzenie totalitaryzmów). A w przypadku religii, kultu mamy jedynie do czynienia z projekcją tych pragnień w wyższą sferę, gdzie dylematy, pytania nabierają już wymiaru egzystenjcalnego (skąd się wziąłem, dokąd zmierzam, jaki to wszystko ma sens). Sądzę że tego rodzaju pragnienia ma każdy niejako wrodzone, ale wierzę, że można z tego wyrosnąć, dojrzeć do podjęcia inicjatywy, do wzięcia sprawy w swoje ręce. Niekoniecznie musi to prowadzic do ateizmu, ale może prowadzic do wyższej formy religi, która to nie opiera się na niezmiennych fundamentach, aksjomatach, jej prawdy pozostają względne i są hipotetyczne. Może to moje (nie)pobożne życzenie, ale wierzę, że taka forma religii jest mozliwa. Pozdrawiam, Svarożyc.
|