 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Religie
| Napisano | Autor | Tytuł | | 11-11-2006 10:55 | sceptyżaba (279 punktów) | Podział wiary | Witam! Co jakiś czas przychodzi człowiekowi podsumować kwestie, w których nabrało się pewnego doświadczenia. Na przykład rozmawiając tak z wierzącymi, jak agnostykami, czy ateistami pojawia się ciekawe spostrzeżenie- odrzucenie lub przyjęcie wiary nie jest równoznaczne z odrzuceniem czy przyjęciem religii. Innymi słowy spora część niewierzących w boga/bogów wierzy jednocześnie, że instytucje religijne są potrzebne czy też dają korzystne efekty (lub korzystne górują nad szkodliwymi). Być może by dokładniej wyjaśnić w czym rzecz trzeba użyć innych pojęć. Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że spora część religiantów jest niewierząca (wręcz ogromna część), acz uczestniczy w organizacjach religijnych dla określonych korzyści (niekoniecznie własnych). Z drugiej strony zdarzają się agnostycy czy ateiści (szczególnie ci pierwsi) nie negujący potrzeby istnienia instytucji religijnych choć odcinający się od nich- zwykle wedle zasady, że ludzie poświęcający mniej czasu na myślenie nad pewnymi rzeczami (nie oni sami oczywiście) potrzebują pewnego rodzaju uproszczonego wzorca, jaki przekazują organizacje religijne. Tym bardziej, że tworzenie alternatywy (na przykład humanistycznej) dla instytucji religijnych wymaga czasu. Niby rozważanie jest, jak każde inne, spytał by ktoś, gdzie leży jego wartość. Wartością samą w sobie może być odczucie ironii, które mam zamiar wywołać pisząc kilka następnych zdań. Otóż moim zdaniem Kościół Katolicki w Polsce zdał sobie sprawę z sytuacji wśród jego owieczek dużo wcześniej niż ja. I zareagował! Dostosowując swą politykę do poziomu większości swych wiernych, a więc niewierzących religiantów. Stąd imprezy kulturalnoreligijne, medialność wyższych urzędników kościoła i dryfowanie w kierunku takiej postawy, by nie zrażać owej większości. Co jednak muszą myśleć na temat swej wiary kościelni hierarchowie, by aprobować takie zmiany? Pozdrawiam | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| Gosia (9452 punktów) | Otóż moim zdaniem Kościół Katolicki w Polsce zdał >sobie sprawę z sytuacji wśród jego owieczek dużo wcześniej >niż ja. I zareagował! Dostosowując swą politykę do poziomu >większości swych wiernych, a więc niewierzących >religiantów. Stąd imprezy kulturalnoreligijne, medialność >wyższych urzędników kościoła i dryfowanie w kierunku takiej >postawy, by nie zrażać owej większości. >Co jednak muszą myśleć na temat swej wiary kościelni >hierarchowie, by aprobować takie zmiany?
A oczekiwałbyś innej postawy? Kościół przetrwał dwa tysiące lat głównie dzięki politycznej przenikliwości swych hierarchów.Przed wiekami dysponował realną siłą militarną, mógł niepokornych i nieprawomyślnych zmusić do posłuszeństwa.Dzisiaj już tak się nie da.Potrzebna była pewna elastyczność w działaniu i hierarchowie mając na względzie interes Kościoła ( jako organizacji)dostosowali się do wymogów chwili.Nie mieli alternatywy.Trudno mieć o to do nich jakieś pretensje. Natomiast co do stosunku hierachów kościelnych do samej wiary - nie mam pojęcia co myślą.Patrząc na sprawę z boku - nie wygląda to najlepiej, ale nie mój to problem.
Pozdrawiam.
|
|
 | | sceptyżaba (279 punktów) |
>A oczekiwałbyś innej postawy? Radio Maryja jest przykładem niedostosowania się do zmian. > Kościół przetrwał dwa tysiące lat głównie dzięki politycznej przenikliwości swych hierarchów.Przed wiekami dysponował realną siłą militarną, mógł niepokornych i nieprawomyślnych zmusić do posłuszeństwa.Dzisiaj już tak się nie da.Potrzebna była pewna elastyczność w działaniu i hierarchowie mając na względzie interes Kościoła ( jako organizacji)dostosowali się do wymogów chwili.Nie mieli alternatywy.Trudno mieć o to do nich jakieś pretensje. W Polace sama zmiana podejścia KK do wiernych i wiernych do KK zachodziła po 1989 roku, więc stosunkowo niedawno, a zmiany są gwałtowne. >Natomiast co do stosunku hierachów kościelnych do samej wiary - nie mam pojęcia co myślą.Patrząc na sprawę z boku - nie wygląda to najlepiej, ale nie mój to problem. A mnie bawi możliwość, że na szczytach oraganzacji religijnych zasiadają niewierzący uwikłani w ten sposób w istnienie w tych organizacjach, że dbają o nie nie wierząc w sprawę stricto wiary. Wygląda na to, że różne zakazy dla kleru są tylko po to, by nie mogli wrócić do 'zwykłego' życia. Pozdrawiam
|
|
| Beatus (2528 punktów) | >Dostosowując swą politykę do poziomu >większości swych wiernych, a więc niewierzących >religiantów. Pisząc o poziomie, czasie koniecznym na przemyślenie itd. sugerujesz, że wielu ludzi wybiera przynależność do kościoła ponieważ ich władze umysłowe nie podołałyby trudowi stworzenia innej, domyślnie prawdziwszej, wersji świata. W wielu miejscach Jung pisał o kryzysie osobowości związanym z upadkiem, czy podważeniem wiary religijnej. Z jego myśli wynikało, że ten kryzys tak naprawdę nie jest zależny od prezentowanego poziomu intelektualnego. Może ma on coś wspólnego z IE, ale takiego pojęcia jeszcze wówczas nie było. Sam Jung uważał, że między innymi dzięki religii człowiek ma dostęp do zawartości nieświadomości. Może nie dostęp. Raczej kontakt. Kontakt ten jest niezbędny dla zdrowia psychicznego człowieka, ponieważ jest sposobem na zintegrowanie sfer świadome i nieświadome w postaci Jaźni, więc pełnego człowieczeństwa. Wynikałoby z tego, że tym co pociąga człowieka do praktyk religijnych nie musi być wcale świadome przekonanie o słuszności prawd głoszonych przez określone wyznanie. Może on intelektualnie w niektóre z nich wątpić lub im przeczyć. Mimo to pozostać członkiem kościoła. Może też w sytuacji kryzysu swojej wiary, poszukiwać innych źródeł. Stąd proporcjonalność między zjawiskami - kryzys kościoła - wzrost liczebności sekt i zainteresowań magią, czy zjawiskami nadnaturalnymi. Pozdrawiam
|
|
 | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Pisząc o poziomie, czasie koniecznym na przemyślenie itd. sugerujesz, że wielu ludzi wybiera przynależność do kościoła ponieważ ich władze umysłowe nie podołałyby trudowi >Wynikałoby z tego, że tym co pociąga człowieka do praktyk religijnych nie musi być wcale świadome przekonanie o słuszności prawd głoszonych przez określone wyznanie. Może on intelektualnie w niektóre z nich wątpić lub im przeczyć. Mimo to pozostać członkiem kościoła. Może też w sytuacji kryzysu swojej wiary, poszukiwać innych źródeł.
Studiowałem przemyślenia różnych uczonych oraz geniuszy od intelektualnych spekulacji (np. Jung) i nie znalazłem ani jednego udokumentowanego faktu wyboru fideizmu. Powiedzmy, że jest to możliwe, ale wtedy racjonalne przyjęcie irracjonalnych twierdzeń wymagałoby ogromnego trudu. Chętnie bym się zapoznał z jego opisem. Postawy fideistyczne, wpajane człowiekowi od niemowlęctwa są powszechne i nie jest tu potrzebny jakikolwiek wysiłek do ich przyjęcia. Żadne "świadome przekonanie o słuszności". Mogłoby się zdawać, że wiara w religijne prawdy wynika wprost z ludzkiej natury. (Choć dziwnym jest, że w rodzinach katolickich rodzą się sami katolicy, a muzułmanin żaden). Znane i udokumentowane są dosyć liczne przypadki intelektualnego odrzucenia fideimu i tu muszę przyznać, że niewielu potrafi takiemu trudowi podołać.
Pozdrawiam.
|
|
|  | | Beatus (2528 punktów) | Fideizm (od łac. fides - wiara) to pogląd filozoficzny głoszący prymat wiary nad poznaniem rozumowym i teoriami naukowymi. Według fideisty poznanie religijne w postaci objawienia wyprzedza poznanie rozumowe. Jest to więc antyracjonalizm i irracjonalizm, bo przyjmuje się istnienie prawd niedostępnych poznaniu rozumowemu. Więcej pl.wikipedia.org/wiki/FideizmNie jestem zwolenniczką fideizmu. Przeczy mu zdrowy chłopski rozum. Wg teorii o której pisałam jeśli przyjmiemy, że: istnieje coś takiego jak nieświadomość, zawiera ona również archetypy (to przecież Jung), mamy dostęp do zawartości sfery nieświadomej, nieświadomość oddziałuje na naszą twórczość i jej przejawy możemy obserwować w rozmaitych elementach kultury, religia jest elementem kultury, archetyp ma moc przyciągania, fascynowania choć osoba nie może dokładnie wyjaśnić przyczyn tego stanu rzeczy. Jeśli przyjmiemy te wszystkie założenia, możemy dojść do wniosku, że określony kult jako element kultury ludzkiej również zawiera takie archetypowe prawdy. Człowiek z jednej strony, przy pomocy swojej wiedzy i rozsądku, może dojść do wniosku, że nie wszystko w kościele do którego należy mu się podoba. Będzie więc wątpił w prawdy tam głoszone. Z drugiej strony o ile moc owych archetypów będzie dla niego pociągająca, zamiast wyprzeć się kościoła będzie raczej próbował zrozumieć dlaczego on go fascynuje. Nie koniecznie oczywiście. Ludzkie światopoglądy najczęściej są wewnętrznie sprzeczne. Dlatego w Polsce większość osób potwierdza swoją przynależność do KK, jednocześnie wierząc w reinkarnację. Jak na moje oko, ta teoria wcale nie ma charakteru fideistycznego. Nie twierdzi się w niej, że poznanie rozumowe jest gorsze lub wręcz niemożliwe. Co więcej twierdzi się, że odpowiednie przygotowanie, refleksja nad przeżyciami swoimi i innych daje możliwość rozumowego poznania i rozpoznawania owych archetypów, a co za tym idzie refleksji na ich temat. > Mogłoby się zdawać, że wiara w religijne prawdy wynika wprost z ludzkiej natury. (Choć dziwnym jest, że w rodzinach katolickich rodzą się sami katolicy, a muzułmanin żaden).Nie jest to dziwne. W kontekście teorii Junga nie ma zbyt wielkiej różnicy jakiego rodzaju wyznanie weźmiemy pod uwagę. Każdy człowiek z osobna, nie wymyśla samodzielnie religii, tym bardziej archetypów. Po prostu spotykając się z nimi - przyjmuje. Wybór wyznania jest ograniczony, najczęściej silnie zależny od tradycji w której zostało się wychowanym. > Znane i udokumentowane są dosyć liczne przypadki intelektualnego odrzucenia fideimu i tu muszę przyznać, że niewielu potrafi takiemu trudowi podołać.Zgadza się, bo nawet jeśli całkiem teologicznie przyjmiemy, że jest Bóg i to on jest jedyną drogą i prawdą. Pozostaje pytanie - a po co w tym układzie dał nam rozum. Z ateizmem to w ogóle rzecz prosta. Pozdrawiam.
|
|
| |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Fideizm (od łac. fides - wiara) to pogląd filozoficzny głoszący prymat wiary nad poznaniem rozumowym i teoriami naukowymi. Według fideisty poznanie religijne w postaci objawienia wyprzedza poznanie rozumowe. Jest to więc antyracjonalizm i irracjonalizm, bo przyjmuje się istnienie prawd niedostępnych poznaniu rozumowemu.
"Mały słownik terminów i pojęć filozoficznych dla studiujących filozofię chrześcijańską". FIDEIZM (łc. fides, fidei = wiara) Stanowisko, wg którego prawdy racjonalne porządku zarówno spekulatywnego (np. twierdzenie o istnieniu Boga), jak i moralnego (np. sformułowanie obowiązków) mogą poznane i ustalone jedynie poprzez wiarę religijną.
Znani mi katolicy bardzo tego sformułowania nie lubią i nawet wówczas, gdy nisko oceniają rozumowe możliwości poznania prawd wiary, to nazywają siebie np. tradycjonalistami.
W uproszczeniu jestem nazywany ateistą, mimo że za takiego się nie uważam. A ja, w uproszczeniu, nazywam każdego kto wyżej ceni wiarę niż rozum, fideistą.
>Nie jestem zwolenniczką fideizmu. Przeczy mu zdrowy chłopski rozum.
Babski, jak mądy, to też przeczy.
>Wg teorii o której pisałam jeśli przyjmiemy, że: istnieje coś takiego jak nieświadomość, zawiera ona również archetypy (to przecież Jung), mamy dostęp do zawartości sfery nieświadomej, nieświadomość oddziałuje na naszą twórczość i jej przejawy możemy obserwować w rozmaitych elementach kultury, religia jest elementem kultury, archetyp ma moc przyciągania, fascynowania choć osoba nie może dokładnie wyjaśnić przyczyn tego stanu rzeczy. >Jeśli przyjmiemy te wszystkie założenia, możemy dojść do wniosku, że określony kult jako element kultury ludzkiej również zawiera takie archetypowe prawdy.
Powiedzmy, że w większości zgoda.
>Człowiek z jednej strony, przy pomocy swojej wiedzy i rozsądku, może dojść do wniosku, że nie wszystko w kościele do którego należy mu się podoba. Będzie więc wątpił w prawdy tam głoszone. Z drugiej strony o ile moc owych archetypów będzie dla niego pociągająca, zamiast wyprzeć się kościoła będzie raczej próbował zrozumieć dlaczego on go fascynuje.
Dorosły, co najmniej kilkunastoletni. Z grubsza już ukształtowany człowiek.
>Ludzkie światopoglądy najczęściej są wewnętrznie sprzeczne.
Dokładnie tak.
>Dlatego w Polsce większość osób potwierdza swoją przynależność do KK, jednocześnie wierząc w reinkarnację.
Nigdy nie podejrzewałem, że mamy w Polsce tylu reinkarnistów.
>Jak na moje oko, ta teoria wcale nie ma charakteru fideistycznego.
Jung stawiał wyżej poznanie ponadzmysłowe od zmysłowego, a im stawał się starszym, tym jego wiara rosła, ale nie o tym pisałem.
Byłem widocznie zbyt mało komunikatywny. Chciałem tylko powiedzieć, że nie znany jest mi opis przypadku, gdy dorosły, całkowicie ukształtowany "racjonalistyczny sceptyk" przeszedł intelektualną przemianę i postawił wiarę ponad rozumem. Nawet jeżeli znam kilka takich spektakularnych przypadków, to nie znam samego opisu przemiany. Bardzo chciałbym takowy poznać i stwierdzić, że nie był przypadkiem konformizmu lub sklerozy.
>Nie twierdzi się w niej, że poznanie rozumowe jest gorsze lub wręcz niemożliwe. Co więcej twierdzi się, że odpowiednie przygotowanie, refleksja nad przeżyciami swoimi i innych daje możliwość rozumowego poznania i rozpoznawania owych archetypów, a co za tym idzie refleksji na ich temat.
Poza mistykami, nikt nie odrzucał całkowicie poznania rozumowego, a i ci najczęściej takowe dopuszczali. Jeżeli nazwałem Junga geniuszem, to znaczy, że uważam go za, co najmniej mądrego człowieka. (Choć w wielu aspektach z nim się nie zgadzam).
>> Mogłoby się zdawać, że wiara w religijne prawdy wynika wprost z ludzkiej natury. (Choć dziwnym jest, że w rodzinach katolickich rodzą się sami katolicy, a muzułmanin żaden). >Nie jest to dziwne. W kontekście teorii Junga nie ma zbyt wielkiej różnicy jakiego rodzaju wyznanie weźmiemy pod uwagę. Każdy człowiek z osobna, nie wymyśla samodzielnie religii, tym bardziej archetypów. Po prostu spotykając się z nimi - przyjmuje. Wybór wyznania jest ograniczony, najczęściej silnie zależny od tradycji w której zostało się wychowanym.
Nie potrafię powiedzieć, czy mamy religijne geny. Dowody są, że w procesie socjalizacji można zdziałać bardzo wiele. A tak przy okazji. Proszę mi powiedzieć jakie są archetypy szamanów, taoistów, kofucjonistów, czy może te najrzadsze, ale jednak spotykane - bezbożników?
>>Znane i udokumentowane są dosyć liczne przypadki intelektualnego odrzucenia fideizmu i tu muszę przyznać, że niewielu potrafi takiemu trudowi podołać. >Zgadza się, bo nawet jeśli całkiem teologicznie przyjmiemy, że jest Bóg i to on jest jedyną drogą i prawdą. Pozostaje pytanie - a po co w tym układzie dał nam rozum.
A co nam dał na swoje podobieństwo? Przewody pokarmowe?
>Z ateizmem to w ogóle rzecz prosta.
Muszę przyznać, iż tego stwierdzenia zupełnie nie rozumiem.
Pozdrawiam.
|
|
| | |  | | Beatus (2528 punktów) | >FIDEIZM (łc. fides, fidei = wiara) >Stanowisko, wg którego prawdy racjonalne porządku zarówno spekulatywnego (np. twierdzenie o istnieniu Boga), jak i moralnego (np. sformułowanie obowiązków) mogą poznane i ustalone jedynie poprzez wiarę religijną. >Znani mi katolicy bardzo tego sformułowania nie lubią i nawet wówczas, gdy nisko oceniają rozumowe możliwości poznania prawd wiary, to nazywają siebie np. tradycjonalistami. Jak zwał tak zwał. Co do poznania Boga zgadzam się, co do moralności już nie. >W uproszczeniu jestem nazywany ateistą, mimo że za takiego się nie uważam. >A ja, w uproszczeniu, nazywam każdego kto wyżej ceni wiarę niż rozum, fideistą. Moim zdaniem to nie jest takie proste i twoje uogólnienie może być powodem zaciemnień. Fideistą musisz nazywać każdego, kto wierzy w Boga, bo przecież jego istnienia nie da się dowieść rozumowo. Co więcej jeżeli za fideistę uznasz każdego kto generalnie w coś tam wierzy i ową wiarę stawia ponad rozumem, także ateistów będziesz musiał postawić w jednym szeregu. Przecież nie istnienia Boga też się nie da dowieść. Można by pokusić się o jakieś proporcje. Jednak wydaje mi się nie możliwe obliczenie ilości decyzji podjętych rozumowo i na wiarę, a następnie stwierdzenie, które biorą górę w określonym przypadku. Jeśli można wiedzieć, w co wierzysz? >Nigdy nie podejrzewałem, że mamy w Polsce tylu reinkarnistów. Nie pamiętam już liczb, ale przeprowadzono na ten temat badania jakieś 5-6 lat temu. >Jung stawiał wyżej poznanie ponadzmysłowe od zmysłowego, a im stawał się starszym, tym jego wiara rosła, ale nie o tym pisałem. No, wielu miał poprzedników. Choćby Platon, Kartezjusz, Kant. Słowo "ponadzmysłowe" nie oznacza z Bożej Światłości wzięte. Większe zaufanie do rozumu niż do empirii nie świadczy o fideizmie, jakkolwiek rozumianym. >Byłem widocznie zbyt mało komunikatywny. Chciałem tylko powiedzieć, że nie znany jest mi opis przypadku, gdy dorosły, całkowicie ukształtowany "racjonalistyczny sceptyk" przeszedł intelektualną przemianę i postawił wiarę ponad rozumem. Ja też nie znam, opisu przypadku klinicznego. No bo za czasów Augustyna nie było jeszcze psychologów. >A tak przy okazji. Proszę mi powiedzieć jakie są archetypy szamanów, taoistów, kofucjonistów, czy może te najrzadsze, ale jednak spotykane - bezbożników? Szamanów - cała inicjacja szamańska jest tym napchana Taoistów i kofucjonistów - nie znam się na tych dalekowschodnich sprawach, mandala? Bezbożników - gwiazda popu zamiast Chrystusa - różnie wcielony archetyp mędrca, bohatera >>Z ateizmem to w ogóle rzecz prosta. >Muszę przyznać, iż tego stwierdzenia zupełnie nie rozumiem. Deklarując się jako ateista, trudno obstawać przy tym, ze znajomość prawdy przybywa w formie oświecenia. Ateiści zazwyczaj odrzucają nie tylko religię, konkretnego Boga, ale w ogóle całą mistykę - jako jakiekolwiek źródło informacji. Pozdrawiam
|
|
| | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | *** > Jak zwał tak zwał.Zdecydowanie nie! Poważni uczeni poświęcali całe swoje życie na uprządkowanie paru pojęć. W całej historii filozofii jednym z najważniejszym zadań jest rozumienie terminów, pojęć, znaków, czy wypracowywanie definicji wspólnego rozumienia. > >W uproszczeniu jestem nazywany ateistą, mimo że za takiego się nie uważam.> >A ja, w uproszczeniu, nazywam każdego kto wyżej ceni wiarę niż rozum, fideistą.> Moim zdaniem to nie jest takie proste i twoje uogólnienie może być powodem zaciemnień.Byłaby zgoda, pod warunkiem, że zgodziłbym się tymi poniżej zacytowanymi stwierdzeniami, a wcale łatwo mi nie przychodzi: > 1. Fideistą musisz nazywać każdego, kto wierzy w Boga, bo przecież jego istnienia nie da się dowieść rozumowo.Nie muszę, ale jak wyżej napisałem, dla uproszczenia, tak robię. > 2. Co więcej jeżeli za fideistę uznasz każdego kto generalnie w coś tam wierzy i ową wiarę stawia ponad rozumem, także ateistów będziesz musiał postawić w jednym szeregu.Dokładnie tak! Stawiam ich w zakresie fideizmu w jednym szeregu. > 3. Przecież nie istnienia Boga też się nie da dowieść.Nie wiem, czy się nie da? Wiem, że nauka nie zajmuje się dowodami na nieistnienie, tak Pana Boga, jak Baby Jagi. > 4. Można by pokusić się o jakieś proporcje. Jednak wydaje mi się nie możliwe obliczenie ilości decyzji podjętych rozumowo i na wiarę, a następnie stwierdzenie, które biorą górę w określonym przypadku.To irracjonalne, jeżeli, w jakimkolwiek przypadku, wyżej postawimy wiarę od doświadczalnego poznania zmysłowego. Można budować intelektualne teorie, ale są one ważne tylko do czasu ich doświadczalnej weryfikacji. > Jeśli można wiedzieć, w co wierzysz?Opisał to bardzo dobrze Andrzej B. Izdebski w artykule "Confessiones, z którym można się zapoznać na: www.racjonalista.pl/kk.php/s,4971Nie jestem teistą, ale też nie uważam się ani za ateistę, ani za agnostyka, bliską jest mi postawa racjonalno-empirycznego sceptycyzmu i dlatego z filozoficznego punktu widzenia zdecydowanie, dosłownie i precyzyjnie "w nic nie wierzę".
Zgadzam się z twierdzeniem, iż obszary współczesnej wiedzy są tak wielkie, że większość naszych podstawowych przekonań musimy przyjmować "na wiarę". A idąc dalej, to język zwyczajnych rozmów oraz dyskusji różni się od języka dysput filozoficznych i w nich używam często zwrotu "wierzę w to" lub "wierzę w tamto". Ale przecież czynię tak tylko dlatego, że w codziennym języku trudno używać zwrotu "na podstawie posiadanych przesłanek jestem bardziej lub mniej przekonany o prawdziwości podawanej informacji". Swoje przekonania staram się opierać na wiedzy naukowej, a nie na wierze. Istnieje dla mnie tylko rzeczywistość świata materialnego dostępnego ludzkim zmysłom i przekonują mnie tylko argumenty poddające się naukowej weryfikacji. Wiem, że aktualne przekonania mogą okazać się błędne, ale wtedy zmienię je, gdyż w przeciwieństwie do wiary, nauka nie opiera się na dogmatach. Na gruncie światopoglądowym wiara w absolut, czy istnienie jakiejkolwiek nadprzyrodzoności, do zrozumienia świata nie jest mi potrzebna, nawet odwrotnie czyni ten świat absurdalnym.Słowo "ponadzmysłowe" nie oznacza z Bożej Światłości wzięte. Większe zaufanie do rozumu niż do empirii nie świadczy o fideizmie, jakkolwiek rozumianym. Dla mnie "ponadzmysłowe" oznacza wyższość spekulacji nad doświadczeniem dostępnym ludzkim zmysłom. Bardzo bliski temu terminowi jest też "nadnaturalizm". Oba terminy mogą opierać się tylko na fideizmie. Za czasów Augustyna nie było jeszcze psychologów. Augustyn zmienił tylko wyznanie. Znane są mi opisy przemian ateistów-fideistów na np. katolików fideistów, to też tylko zmiana wyznania. > >A tak przy okazji. Proszę mi powiedzieć jakie są archetypy szamanów, taoistów, kofucjonistów, czy może te najrzadsze, ale jednak spotykane - bezbożników?> Szamanów - cała inicjacja szamańska jest tym napchana> Taoistów i kofucjonistów - nie znam się na tych dalekowschodnich sprawach, mandala?> Bezbożników - gwiazda popu zamiast Chrystusa - różnie wcielony archetyp mędrca, bohatera.Moim zdaniem, to znacznie bardziej skoplikowane, może na nowy wątek. > Deklarując się jako ateista, trudno obstawać przy tym, ze znajomość prawdy przybywa w formie oświecenia. Ateiści zazwyczaj odrzucają nie tylko religię, konkretnego Boga, ale w ogóle całą mistykę - jako jakiekolwiek źródło informacji.Moim zdaniem, to wcale nie mniej skoplikowane, np. ja nie mam żadnych wątpliwość, że żaden ponadzmysłowy, ponadnaturalny świat nie istnieje, a za żadnego ateistę się nie uważam. Może na nowy wątek. > Pozdrawiam>
|
|
| | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | > >Jak zwał tak zwał.> Zdecydowanie nie! Poważni uczeni poświęcali całe swoje życie na uporządkowanie paru pojęć. W całej historii filozofii jednym z najważniejszym zadań jest rozumienie terminów, pojęć, znaków, czy wypracowywanie definicji wspólnego rozumienia.To jest pozytywistyczna definicja filozofii i pozytywistyczna interpretacja jej przedmiotu. Nie zgadzam się z nią. Uważam, że twoje rozciągnięcie znaczenia słowa fideizm jest niebezpiecznie duże. Większość ludzi do niego pasuje, a można też bronić twierdzenia, że wszyscy. Może powinieneś stosować jakieś stopniowanie? Zgodnie ze słownikową definicją, fideistów jest niewielu i na dodatek prawie wszyscy ich potępiają. Zgodnie z twoją, sam wiesz jak jest. > >3. Przecież nie istnienia Boga też się nie da dowieść.> Nie wiem, czy się nie da? Wiem, że nauka nie zajmuje się dowodami na nieistnienie, tak Pana Boga, jak Baby Jagi.Nie da się. > To irracjonalne, jeżeli, w jakimkolwiek przypadku, wyżej postawimy wiarę od doświadczalnego poznania zmysłowego.Np. w przypadku gdy wierzę, że próbówka była nie miała zanieczyszczeń, które mogły wpłynąć na wynik doświadczenia i sama nie oglądam jej pod mikroskopem? > Można budować intelektualne teorie, ale są one ważne tylko do czasu ich doświadczalnej weryfikacji.Ośmielę się stwierdzić, że istnieją teorie, które nigdy nie poddadzą się doświadczalnej weryfikacji. Np. co się dzieje w czarnej dziurze. > Opisał to bardzo dobrze Andrzej B. Izdebski w artykule "Confessiones, z którym można się zapoznać na: www.racjonalista.pl/kk.php/s,4971Skrajny sceptycyzm z podstawą materialistyczną. Ach, niewierny Tomaszu. > wiara w absolut, czy istnienie jakiejkolwiek nadprzyrodzoności, do zrozumienia świata nie jest mi potrzebna, nawet odwrotnie czyni ten świat absurdalnym.Proponuję ostrożniej - nie jest mi potrzebna, a nawet w moich oczach czyni świat absurdalnym. > Dla mnie "ponadzmysłowe" oznacza wyższość spekulacji nad doświadczeniem dostępnym ludzkim zmysłom. Bardzo bliski temu terminowi jest też "nadnaturalizm". Oba terminy mogą opierać się tylko na fideizmie.Fizyka teoretyczna? Stara dobra matematyka nieeuklidesowska? Jak powiem mojemu znajomemu matematykowi, materialiście, determiniście i ateiście zarazem, że jest fideistą, to się przewróci. > Augustyn zmienił tylko wyznanie. Znane są mi opisy przemian ateistów-fideistów na np. katolików fideistów, to też tylko zmiana wyznania.Zgodnie z tym polecanym tekstem oczywiście. > Moim zdaniem, to znacznie bardziej skomplikowane, może na nowy wątek.Próbowałam kiedyś. Niestety archetypy albo nie są interesujące, albo ja nie umiałam zachęcić do rozmowy. No ale próbowałam już bardzo dawno. > Moim zdaniem, to wcale nie mniej skomplikowane, np. ja nie mam żadnych wątpliwość, że żaden ponadzmysłowy, ponadnaturalny świat nie istnieje, a za żadnego ateistę się nie uważam. Może na nowy wątek.Może. Generalnie chwalebne zacięcie w próbie zdefiniowania siebie. Jednak czy można zrozumieć siebie tak od środka? A od zewnątrz ocenić kogoś? Pozdrawiam Ps. Nie wiem o co chodzi, ale mam ogromny problem z dodawaniem wiadomości do tego wątku. Tracę pół godziny na wklejenie tekstu pisanego pięć minut. Przepraszam, ale mam tego dość. Chętnie będę kontynuowała rozmowę z tobą, ale z przyczyn technicznych w innym wątku.
|
|
| | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>To jest pozytywistyczna definicja filozofii i pozytywistyczna interpretacja jej przedmiotu. Nie zgadzam się z nią. Na szczęście mamy demokrację.
>Uważam, że twoje rozciągnięcie znaczenia słowa fideizm jest niebezpiecznie duże. Większość ludzi do niego pasuje, a można też bronić twierdzenia, że wszyscy. Może powinieneś stosować jakieś stopniowanie? Zgodnie ze słownikową definicją, fideistów jest niewielu i na dodatek prawie wszyscy ich potępiają. Zgodnie z twoją, sam wiesz jak jest. Ale też, na szczęście mamy jeszcze wolność samodzielnego myślenia. Dlatego zgadzam się z poniższym poglądem: Nasz światopogląd (zmieniający i rozwijający się w czasie) jest najczęściej mieszaniną socjalizacji i doświadczeń osobistych ze zdobytą wiedzą. W świadomości człowieka następuje swoiste, dla danej jednostki, połączenie tych różnorodnych źródeł, doprowadzając, niezwykle rzadko, do ich całkowitej spójności. Wydaje się, że właśnie niespójność trzeba uznać za normalne zjawisko i że zasadnicza różnica występuje dopiero przy próbie dychotomicznego podziału na: występujący - nader rzadko w czystej postaci - światopogląd krytyczny, domagający się "dowodów na wszystko" i fideistyczny - opierający porządek świata na wierze. Przy światopoglądzie krytycznym - sama empiria nie wystarcza i do akceptacji jakiegoś poglądu, warunkiem koniecznym, jest jeszcze jego racjonalna zgodność. Przy światopoglądzie fideistycznym - można wierzyć, że Bóg istnieje, a można wierzyć, iż go nie ma. Jego istotą jest wiara i irracjonalne odczucie, które wcale nie muszą być religijnymi.
>>>3. Przecież nie istnienia Boga też się nie da dowieść. >>Nie wiem, czy się nie da? Wiem, że nauka nie zajmuje się dowodami na nieistnienie, tak Pana Boga, jak Baby Jagi. >Nie da się. Jeden z klasyków napisał: Z wiarą nie ma dyskusji. I na tym można zakończyć dyskusję, ale jako sceptyk jeszcze chwilę się pobawię. Filozofia dla mnie jest wiedzą spekulatywną i dlatego uważam, że na jej gruncie nie możemy otrzymać rozstrzygnięć ostatecznych. Dla mnie filozofia jest bliska poezji. Szczególnie tej najlepszej. Dlatego przytoczę tu Piotra Krasuckiego: Prawdziwą zagadką Jest nie Byt, lecz Niebyt Istnieć można na wiele sposobów, (...) Ale jak można nie zaistnieć. A inny "poeta" Martin Heidegger pyta: Gdzie będziemy poszukiwać nicości? Jak odnajdziemy nicość? Czyż po to, by coś odnaleźć, nie musimy już z góry założyć, że to jest? Nauka zajmuje się tylko bytami, których istnienie można w sposób powtarzalny potwierdzić metodami naturalistycznymi. Moim zdaniem, brak naukowego dowodu na istnienie pozwala, w sposób mocno logicznie uzasadniony, konkludować nieistnienie. Ale że z wiarą nie ma dyskusji dalej sprzeczać się nie będę. >>To irracjonalne, jeżeli, w jakimkolwiek przypadku, wyżej postawimy wiarę od doświadczalnego poznania zmysłowego. >gdy wierzę, że próbówka była nie miała zanieczyszczeń, które mogły wpłynąć na wynik doświadczenia i sama nie oglądam jej pod mikroskopem? Siatka znaczeniowa słowa "wierzę" jest ogromna. Napisałem o tym w poprzednim poście. >>Można budować intelektualne teorie, ale są one ważne tylko do czasu ich doświadczalnej weryfikacji. >Ośmielę się stwierdzić, że istnieją teorie, które nigdy nie poddadzą się doświadczalnej weryfikacji. Np. co się dzieje w czarnej dziurze. Nie wszystko muszę osobiście pomacać. Czasem można użyć narzędzi. >Generalnie chwalebne zacięcie w próbie zdefiniowania siebie. Jednak czy można zrozumieć siebie tak od środka? A od zewnątrz ocenić kogoś? Nie można, ale próbować warto i czynią tak ludzie od początku ludzkiego świata.
Pozdrawiam
|
|
| | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >Ale też, na szczęście mamy jeszcze wolność samodzielnego myślenia. Dlatego zgadzam się z poniższym poglądem: Nasz światopogląd (zmieniający i rozwijający się w czasie) jest najczęściej mieszaniną socjalizacji i doświadczeń osobistych ze zdobytą wiedzą. W świadomości człowieka następuje swoiste, dla danej jednostki, połączenie tych różnorodnych źródeł, doprowadzając, niezwykle rzadko, do ich całkowitej spójności. Wydaje się, że właśnie niespójność trzeba uznać za normalne zjawisko i że zasadnicza różnica występuje dopiero przy próbie dychotomicznego podziału na: występujący - nader rzadko w czystej postaci - światopogląd krytyczny, domagający się "dowodów na wszystko" i fideistyczny - opierający porządek świata na wierze. Przy światopoglądzie krytycznym - sama empiria nie wystarcza i do akceptacji jakiegoś poglądu, warunkiem koniecznym, jest jeszcze jego racjonalna zgodność. Przy światopoglądzie fideistycznym - można wierzyć, że Bóg istnieje, a można wierzyć, iż go nie ma. Jego istotą jest wiara i irracjonalne odczucie, które wcale nie muszą być religijnymi. Dobrze, ale stosowanie jakiegokolwiek pojęcia w sposób odbiegający od ogólnie przyjętego, wymaga każdorazowego precyzowania. Inaczej narażamy się na niezrozumienie, a innych na dezinformację. To po prostu przeszkadza. Jestem skłonna zgodzić się na stosowanie pojęcia fideizm w odniesieniu do osób, które jako bezpośrednią przyczynę swego postępowania i wartościowania uznają czynnik niedowodliwy i nie próbują go nawet dowodzić. Pomogę sąsiadce, bo Bozia tak każe czynić. Wyśmieję teistę, bo rozum jest ponad wszystko. Biorąc jednak pod uwagę, że fundamenty tak naszych światopoglądów, jak i wszystkich nauk mają cechę niedowodliwości, zawsze gdzieś znajdzie się ten moment w którym coś zostało założone na tzw. wiarę. Aby uniknąć sytuacji, gdy należałoby powiedzieć homo sapiens = fideista, należy jednak przyjąć jakieś ściślejsze reguły stosowania pojęcia. I tak nie nazwałabym fideistą osoby, które pomoże sąsiadce, bo dobre kontakty sąsiedzie są ważne ze względu na liczne korzyści. Wyśmieje teistę, bo ten właśnie zaleca mu samobiczowanie w celu osiągnięcia wyższej świadomości, samobiczowanie zaś nadweręży zdrowie i urodę, jest za mało dowodów na to że ta cena się opłaci. >Nicość Nicość to ciekawy problem ontologiczny. Jednak niemożliwość dowodzenia nieistnienia Boga, nie jest tym samym czym refleksja na temat nicości. >Nauka zajmuje się tylko bytami, których istnienie można w sposób powtarzalny potwierdzić metodami naturalistycznymi. Dlatego nauka o Bogu w ogóle nie ma prawa się wypowiadać. Chodzi oczywiście o nauki przyrodnicze. >Moim zdaniem, brak naukowego dowodu na istnienie pozwala, w sposób mocno logicznie uzasadniony, konkludować nieistnienie. Nie. To tak jakbyś będąc biologiem doszedł do wniosku, że w ramach twojej dziedziny nie możesz nijak stwierdzić występowania czarnych dziur, a następnie doszedł do wniosku, że czarne dziury z dużym i logicznym prawdopodobieństwem nie istnieją. Jeśli coś nie jest przedmiotem badań określonej nauki, nauka nie wypowiada się o tym ani w sposób pozytywny, ani negatywny. To samo dotyczy nauk przyrodniczych w ogóle. >Siatka znaczeniowa słowa "wierzę" jest ogromna. Tak, ale ja bym chciała abyś wyciągnął z tego wnioski. >Ośmielę się stwierdzić, że istnieją teorie, które nigdy nie poddadzą się doświadczalnej weryfikacji. Np. co się dzieje w czarnej dziurze. Nie wszystko muszę osobiście pomacać. Czasem można użyć narzędzi. Widzę, że astronomia nie jest twoją pasją. Ok. Zgodnie z przewidywaniami czarna dziura, cechuje się tym, że przyciąga i pochłania materię, która znajdzie się w zasięgu jej działania. Jak wiadomo masa, tempo poruszania się (energia), czas i przyciąganie pozostają ze sobą w ścisłej zależności. Obiekt materialny, który zbliżyłby się do czarnej dziury znalazłby się w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. Lawinowo rosnący pęd i zwiększanie się masy spowodowałoby, tak dużą różnicę potencjałów, że przedmiot uległby rozciągnięciu. Co rzecz jasna zburzyłoby jego materialną integralność. Poza tym czas dla takiego przedmiotu zacząłby bardzo zwalniać. Dlatego nawet jeśli kiedyś tam uda nam się dotrzeć w pobliże czarnej dziury i wyślemy w jej kierunku sondę i tak niczego się nie dowiemy. Nic, co jest zbudowane z materii nie jest w stanie wejść do czarnej dziury i przeprowadzić tam badań. Co dzieje się wewnątrz czarnej dziury, na zawsze pozostanie hipotezą. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Dobrze, ale stosowanie jakiegokolwiek pojęcia w sposób odbiegający od ogólnie przyjętego, wymaga każdorazowego precyzowania. Inaczej narażamy się na niezrozumienie, a innych na dezinformację. To po prostu przeszkadza. Zanim przyjąłem swoją koncepcję rozumienia tego pojęcia przeanalizowałem większość innych. Na tej podstawie twierdzę, że nie odbiega ona bardzo od poznanych, tyle że jest niechętnie przyjmowana na określenie własnej podstawy światopoglądowej.
>Jestem skłonna zgodzić się na stosowanie pojęcia fideizm w odniesieniu do osób, które jako bezpośrednią przyczynę swego postępowania i wartościowania uznają czynnik niedowodliwy i nie próbują go nawet dowodzić. Pomogę sąsiadce, bo Bozia tak każe czynić. To dobrze.
>Wyśmieję teistę, bo rozum jest ponad wszystko. To byłoby bardzo niedobrze i świadczyło o sporej nierozumności wyśmiewającego. Dlaczego tak? Proszę rozpocząć następny wątek.
>Biorąc jednak pod uwagę, że fundamenty tak naszych światopoglądów, jak i wszystkich nauk mają cechę niedowodliwości, zawsze gdzieś znajdzie się ten moment w którym coś zostało założone na tzw. wiarę. Nie do końca tak jest, ale z filozoficznego punktu zgoda. Tylko później zaczynają się konsekwencje praktycznego potwierdzenia w dostępnej ludzkim zmysłom rzeczywistości. "Współczesny nam profesor Hubertus Mynarek, przez wiele lat śląski ksiądz, który obok katolickiej teologii studiował filozofię i psychologię, też nie odnalazł poznawalnego przez człowieka nadrzędnego sensu wszechświata i w "Zakazie myślenia" napisał: w końcu każdy człowiek musi dojść do wniosku, iż nie istnieje żaden inny sens, poza tym, który sobie sami tworzymy. Być może jest jakiś nadrzędny sens, ostateczna harmonia i symfonia wszystkich poszczególnych elementów i melodii gdzieś na końcu wszelkich procesów odbywających się w świecie rzeczywistym. Jest on jednak niepoznawalny, a kto twierdzi, że nieomylnie go poznał, kłamie w najbardziej fundamentalny sposób. Ponieważ zaś sens nadrzędny, nie ustanowiony przez nas samych, nie jest poznawalny, musimy rzeczywiście postępować tak jakby go nie było. Ateista Jean-Paul Sartre wyrażał lapidarniej prawie to samo: Nie o to chodzi, czy Bóg jest, czy go nie ma. Nawet gdyby istniał, nic by to zmieniło w naszej ludzkiej egzystencji"
>>Nicość >Nicość to ciekawy problem ontologiczny. Jednak niemożliwość dowodzenia nieistnienia Boga, nie jest tym samym czym refleksja na temat nicości. Tak, filozofowie potrafią o "niczym" całe dzieła napisać i niebytu groźny byt wywołać.
>>Nauka zajmuje się tylko bytami, których istnienie można w sposób powtarzalny potwierdzić metodami naturalistycznymi. >Dlatego nauka o Bogu w ogóle nie ma prawa się wypowiadać. Chodzi oczywiście o nauki przyrodnicze. To niczym nie uzasadnione zdanie różnych teistów. Teologowie mają prawo wypowiadać się o nauce, a nauka nie ma prawa wypowiadać się o Bogu. Fajny układ! Nie tylko ma prawo, ale i obowiązek. Na szczęście obecnie instytucje religijne nie mogą zamknąć uczonym ust.
>>Moim zdaniem, brak naukowego dowodu na istnienie pozwala, w sposób mocno logicznie uzasadniony, konkludować nieistnienie. >Nie. To tak jakbyś będąc biologiem doszedł do wniosku, że w ramach twojej dziedziny nie możesz nijak stwierdzić występowania czarnych dziur, a następnie doszedł do wniosku, że czarne dziury z dużym i logicznym prawdopodobieństwem nie istnieją. >Jeśli coś nie jest przedmiotem badań określonej nauki, nauka nie wypowiada się o tym ani w sposób pozytywny, ani negatywny. To samo dotyczy nauk przyrodniczych w ogóle.
"Teologowie, od czasów Darwina znajdujący się w defensywie, w naukowym dyskursie stawiają tezę, że nauka zajmuje się tak wieloma sprawami, iż nie można mówić o spójnym światopoglądzie naukowym i przedstawiają kolejne zagadnienia, na które dzisiejsza nauka nie zna jeszcze odpowiedzi. Nie godzą się na "Boga białych plam", (trafnego określenia Isaaca Newtona), ale powołują się na Boga wszędzie tam, gdzie jeszcze w naukowym zrozumieniu świata pozostają luki. Agresywni publicyści zajmujący się popularyzacją nauki ośmieszają ten pogląd używając określenia "Bóg-zapchajdziura". Bardziej stonowany młody filozof Piotr Bylica w artykule "Bóg luk" (do znalezienia w Internecie, serdecznie polecam) stawia tezę, że współczesna nauka nie pozostawia żadnych luk ani w naszej wiedzy (...), ani w porządku świata, których wyjaśnienie wymagałoby odwołania do jakiejś nadnaturalnej, transcendentnej sfery postulowanej przez religie teistyczne. I kończy wywody stwierdzeniem: Skoro to nauka decyduje dziś o tym, co istnieje, a co nie, to warto pamiętać, że to co z jej założeń wynika, iż nie istnieją luki ani w porządku przyrodniczym, ani w naszej wiedzy, w którym byłoby miejsce dla jakiegoś bóstwa działającego w materialnym świecie.
>>Siatka znaczeniowa słowa "wierzę" jest ogromna. >Tak, ale ja bym chciała abyś wyciągnął z tego wnioski.
Wyciągnąłem i dokładnie te wnioski opisałem. Ale gdy to konieczne, proszę przeczytać sobie jeszcze raz.
Czy koniecznie trzeba wierzyć? Sam nie uważam wiary za rzecz człowiekowi konieczną, a całkowitą niewiarę za rzecz możliwą. Nie będę się tu odwoływać do klasyki, choć oczywiście warto tam sięgać, aż po starożytność, nie mówiąc już o współczesnych, powiem tylko, że właśnie jestem takiej postawy przykładem. Nie jestem teistą, ale też nie uważam się ani za ateistę, ani za agnostyka, bliską jest mi postawa racjonalno-empirycznego sceptycyzmu i dlatego z filozoficznego punktu widzenia zdecydowanie, dosłownie i precyzyjnie "w nic nie wierzę".
Dalszy ciąg w następnym poście.
***
|
|
| | | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | >@@@
Dalszy ciąg odpowiedzi Beatusowi.
Zgadzam się z twierdzeniem, iż obszary współczesnej wiedzy są tak wielkie, że większość naszych podstawowych przekonań musimy przyjmować "na wiarę". A idąc dalej, to język zwyczajnych rozmów oraz dyskusji różni się od języka dysput filozoficznych i w nich używam często zwrotu "wierzę w to" lub "wierzę w tamto". Ale przecież czynię tak tylko dlatego, że w codziennym języku trudno używać zwrotu "na podstawie posiadanych przesłanek jestem bardziej lub mniej przekonany o prawdziwości podawanej informacji". Swoje przekonania staram się opierać na wiedzy naukowej, a nie na wierze. Istnieje dla mnie tylko rzeczywistość świata materialnego dostępnego ludzkim zmysłom i przekonują mnie tylko argumenty poddające się naukowej weryfikacji. Wiem, że aktualne przekonania mogą okazać się błędne, ale wtedy zmienię je, gdyż w przeciwieństwie do wiary, nauka nie opiera się na dogmatach. Na gruncie światopoglądowym wiara w absolut, czy istnienie jakiejkolwiek nadprzyrodzoności, do zrozumienia świata nie jest mi potrzebna, nawet odwrotnie czyni ten świat absurdalnym.
Akt wiary nie wymaga uzasadnień naukowych, a człowiek, który podczas przeżycia mistycznego spotkał Boga, wierzy weń bezkrytycznie i żadne naukowe uzasadnienia nie są mu potrzebne. Twierdzenia naukowe wymagają uzasadnień empirycznych wraz z koniecznością przeprowadzenia żmudnej i trudnej procedury falsyfikacji z późniejszym dokładnym opisem całego procesu, w celu jego zweryfikowania.
>>Ośmielę się stwierdzić, że istnieją teorie, które nigdy nie poddadzą się doświadczalnej weryfikacji. Np. co się dzieje w czarnej dziurze. >Nie wszystko muszę osobiście pomacać. Czasem można użyć narzędzi. >Widzę, że astronomia nie jest twoją pasją. Ok. Zgodnie z przewidywaniami czarna dziura, cechuje się tym, że przyciąga i pochłania materię, która znajdzie się w zasięgu jej działania. Jak wiadomo masa, tempo poruszania się (energia), czas i przyciąganie pozostają ze sobą w ścisłej zależności. Obiekt materialny, który zbliżyłby się do czarnej dziury znalazłby się w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. Lawinowo rosnący pęd i zwiększanie się masy spowodowałoby, tak dużą różnicę potencjałów, że przedmiot uległby rozciągnięciu. Co rzecz jasna zburzyłoby jego materialną integralność. Poza tym czas dla takiego przedmiotu zacząłby bardzo zwalniać. Dlatego nawet jeśli kiedyś tam uda nam się dotrzeć w pobliże czarnej dziury i wyślemy w jej kierunku sondę i tak niczego się nie dowiemy. Nic, co jest zbudowane z materii nie jest w stanie wejść do czarnej dziury i przeprowadzić tam badań. Co dzieje się wewnątrz czarnej dziury, na zawsze pozostanie hipotezą.
Nie, nie jest moją pasją, ale jako humanista coś tam na ten temat też muszę wiedzieć. Jeżeli o "czarnej dziurze" nie wiemy nic, to skąd ten powyższy tekst o czarnej dziurze. Przeczytałem parę poważnych książek popularyzujących wiedzę kosmiczną. O "czarnych dziurach" też tam sporo, a także o narzędziach mogących nam tą wiedzę bardziej uprawomocnić (oczywiście z naukowego punktu widzenia). Narzędzie, to w nauce bardzo szerokie pojęcie, choć dosyć precyzyjnie określone.
Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >Zanim przyjąłem swoją koncepcję rozumienia tego pojęcia przeanalizowałem większość innych. Na tej podstawie twierdzę, że nie odbiega ona bardzo od poznanych, tyle że jest niechętnie przyjmowana na określenie własnej podstawy światopoglądowej. Rozumiem, że to właśnie pojęcie uznałeś za najbardziej adekwatne do opisania tego co wywnioskowałeś z własnych obserwacji i refleksji. Nie zmienia to faktu, że zawsze będziesz miał trudność z stosowaniem go w sposób czytelny i jednoznaczny dla innych. No ale jeśli nie widzisz w tym momencie lepszego rozwiązania, to chwilowo powinno tak zostać. Ja bym na twoim miejscu wymyśliła jakieś własne pojęcie. >??Wyśmieję teistę, bo rozum jest ponad wszystko. >To byłoby bardzo niedobrze i świadczyło o sporej nierozumności wyśmiewającego. Dlaczego tak? Proszę rozpocząć następny wątek. To jest nagminna sytuacja szczególnie na tym forum. Dlaczego tak jest? Sądzę, że ludzie po prostu bardzo przywiązują się do własnych przekonań. Opozycyjne propozycje najpierw uważają za nieodpowiednie, potem za nierozsądne, w końcu za głupie. Jak mawiał jeden z moich nauczycieli "Biada mędrcowi jednej księgi" - zakonnik swoją drogą. Z nowymi wątkami, to nie jest prosta sprawa. Rozpoczynam je tylko wtedy, gdy jestem przekonana, że będę miała przez kilka dni wystarczająco dużo czasu aby je prowadzić. Uważam, że jest to obowiązek rozpoczynającego i naprawdę nie rozumiem tych, którzy wpisują jedno zdanie, np. świat nie istnieje!, bez argumentów, uzasadnień, własnych opinii, a następnie nawet nie chce im się odpowiadać na to co inni piszą. Jest tu taki jeden specjalista od wątków. >Nie do końca tak jest, ale z filozoficznego punktu zgoda. Tylko później zaczynają się konsekwencje praktycznego potwierdzenia w dostępnej ludzkim zmysłom rzeczywistości. Owszem, wszystko ma konsekwencje. >w końcu każdy człowiek musi dojść do wniosku, iż nie istnieje żaden inny sens, poza tym, który sobie sami tworzymy. Nie zgadzam się, ani empirycznie, ani ontologicznie. Sensowne jest zakładanie futra zimą i wiadomo dlaczego. Jeśli uznam, że dobro i zło są wartościami i sensami, które sama tworzę, no to może być niedobrze, też wiadomo dlaczego. Oczywiście żadna wierząca osoba, w tym ja, nie uzna, że wymyśliła Boga. >Być może jest jakiś nadrzędny sens, ostateczna harmonia i symfonia wszystkich poszczególnych elementów i melodii gdzieś na końcu wszelkich procesów odbywających się w świecie rzeczywistym. Jest on jednak niepoznawalny, a kto twierdzi, że nieomylnie go poznał, kłamie w najbardziej fundamentalny sposób. Z tym się zgadzam. Człowiek żyje zbyt krótko i ma zbyt ograniczone władze poznawcze, aby odkryć sens świata. Może jedynie wierzyć, że taki sens istnieje lub nie, ale nie może go poznać. >Ponieważ zaś sens nadrzędny, nie ustanowiony przez nas samych, nie jest poznawalny, musimy rzeczywiście postępować tak jakby go nie było Nie widzę ku temu powodów. " A to całkiem prawdopodobne. W ludzkiej, ale niekoniecznie w jednostkowej. >To niczym nie uzasadnione zdanie różnych teistów. Jest ono uzasadnione przez zakres przedmiotu badania. Pisałam o tym na przykładzie. >Teologowie mają prawo wypowiadać się o nauce, a nauka nie ma prawa wypowiadać się o Bogu. Teologowie mają prawo wypowiadać się o nauce ogólnie, jako o tworze człowieka. Szczegółowo już nie. Teologowie nie mają prawa twierdzić, że ewolucja nie istnieje, bo się na tym nie znają. Naukowcy mają prawo wypowiadać się o Bogu. Nauka nie. Nic zresztą nie stoi na przeszkodzie aby jeden człowiek był biologiem i teologiem. >"Teologowie... To prawda. Nie można też mówić o jednolitym obrazie Boga w Biblii. Faktycznie też występuje coś takiego jak przenoszenie bożej jurysdykcji na kolejne obszary. O czym to świadczy? Na pewno nie o tym że Boga nie ma, z pewnością o tym, że człowiek przymiotów i zakresu działalności Boga nie poznał. Ja z kolii sądzę, parafrazując wielkiego fenomenologa, że nawet gdyby nauka odpowiedziała na wszystkie pytania, które sobie stawia, nawet nie dotknęłaby fundamentalnych problemów o charakterze religijnym. >Piotr Bylica... Owszem, dla nauki jako takiej Bóg nie jest do niczego potrzebny. Nie jest potrzebny, ani jako argument, ani wyjaśnienie, ani cokolwiek. Nauka nie zajmuje się Bogiem. Co innego naukowcy. >Wyciągnąłem i dokładnie te wnioski opisałem. Ale gdy to konieczne, proszę przeczytać sobie jeszcze raz. Czytam co kto pisze i zwykle pamiętam. Mnie po prostu te wnioski nie przekonują. Widzę je jako naciągane. >Ale przecież czynię tak tylko dlatego, że w codziennym języku trudno używać zwrotu "na podstawie posiadanych przesłanek jestem bardziej lub mniej przekonany o prawdziwości podawanej informacji". No i tu chodzi o posiadane przesłanki. Skąd je mam. Na jakiej podstawie nadaję im wartość np. prawdziwości. Jak to się dzieje, że jedne przesłanki mnie przekonują inne nie i dlaczego ja widzę ich inną liczbę niż Kowalski? >Swoje przekonania staram się opierać na wiedzy naukowej, a nie na wierze. W kwestiach małej wagi osobistej robię tak samo. W ważnych sprawach używam intuicji. To nie to samo co wiara, ale i nie rozum. >Istnieje dla mnie tylko rzeczywistość świata materialnego dostępnego ludzkim zmysłom A miłość tak wielka, że jest się gotowym złożyć ofiarę z samego siebie? A nienawiść tak szalona, że potrafi się zabić z zimną krwią? To tylko anomalie mózgu? Niematerialny wynik, materialnych uwarunkowań? Dla mnie człowiek jest istotą niezwykłą. Istotą, która potrafi przekroczyć swoją własną kondycję. Działać przeciwko lub pomimo tego, że materialnie jest przystosowany do zupełnie czegoś innego. Wbrew prawom przyrody i wszelkiego rozsądku potrafi: zagłodzić się przy suto zastawionym stole, żyć w celibacie, oddać życie za idee, już o fakirach nie wspominając. c.d.n.
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | c.d. > i przekonują mnie tylko argumenty poddające się naukowej weryfikacji. A mnie przekonują fakty. Jeżeli coś jest, to jest bez względu na to czy ktoś potrafi to wyjaśnić, czy nie. > Akt wiary nie wymaga uzasadnień naukowych, a człowiek, który podczas przeżycia mistycznego spotkał Boga, wierzy weń bezkrytycznie i żadne naukowe uzasadnienia nie są mu potrzebne. Otóż i to, tak jak nauce nie jest potrzebny Bóg, ani istniejący, ani nie istniejący. >Nie, nie jest moją pasją, ale jako humanista coś tam na ten temat też muszę wiedzieć. Jeżeli o "czarnej dziurze" nie wiemy nic, to skąd ten powyższy tekst o czarnej dziurze. Nie wiemy nic, mamy hipotezę, że istnieją. Hipoteza jest fajna i powszechnie znana, ponieważ dobrze tłumaczy niezrozumiałe dla nas zjawiska makrofizyczne, no i jest atrakcyjna. W naukach często się tak robi. Mamy do czynienia ze zbiorem faktów. Nie wiemy jednak skąd się wzięły. Tworzymy wówczas hipotezy. Przyjmowana jest tak, która najzgrabniej i najprościej tłumaczy niezrozumiałe zjawisko. To się chyba nazywa prawda koherencyjna. >o narzędziach Do czarnej dziury narzędzia tylko z antymaterii. Jedynym sposobem zmiany naszej wiedzy o czarnych dziurach, jest znalezienie czegoś innego co wytłumaczy obserwowane zjawiska. Jeśli jednak czarna dziura naprawdę istnieje i tak nie będziemy mogli jej zbadać. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Ja bym na twoim miejscu wymyśliła jakieś własne pojęcie. Proszę nie stawać na moim miejscu. Nigdy nie mogłem znieść, gdy mi mówiono, co mam robić i myśleć. Proszę stać na własnym miejscu i wymyślać pojęcia, które przekonają mnie i innych.
>Jest tu taki jeden specjalista od wątków. Gdyby był tylko jeden, bardzo bym się cieszył.
>>"w końcu każdy człowiek musi dojść do wniosku, iż nie istnieje żaden inny sens, poza tym, który sobie sami tworzymy". >Nie zgadzam się, ani empirycznie, ani ontologicznie. Sensowne jest zakładanie futra zimą i wiadomo dlaczego. Dla mnie stwierdzenie Mynarka jest bardzo sensowne, ale gdy ktoś go nie rozumie, wymagałoby tu całego wykładu i może lepiej sięgnąć do jego "Zakazu myślenia".
>Jeśli uznam, że dobro i zło są wartościami i sensami, które sama tworzę, no to może być niedobrze, też wiadomo dlaczego. Oczywiście żadna wierząca osoba, w tym ja, nie uzna, że wymyśliła Boga. Człowiek jest istotą społeczną. Nie rozumiem tu tego oderwanego od społeczeństwa tworzenia. Bóg jest ideą wtłaczaną 99% ludzkości od urodzenia, a niektórzy twierdzą, że już przed.
>Może jedynie wierzyć, że taki sens istnieje lub nie, ale nie może go poznać. Wierzyć można we wszystko. Wiara nie potrzebuje dowodów.
Proszę nie manipulować. Na stwierdzenie: >Dlatego nauka o Bogu w ogóle nie ma prawa się wypowiadać. Chodzi oczywiście o nauki przyrodnicze. Odpowiedziałem: To niczym nie uzasadnione zdanie różnych teistów. Teologowie mają prawo wypowiadać się o nauce, a nauka nie ma prawa wypowiadać się o Bogu. Fajny układ! Nie tylko ma prawo, ale i obowiązek. Na szczęście obecnie instytucje religijne nie mogą zamknąć uczonym ust. I to podtrzymuję.
>Teologowie mają prawo wypowiadać się o nauce ogólnie, jako o tworze człowieka. Szczegółowo już nie. Teologowie nie mają prawa twierdzić, że ewolucja nie istnieje, bo się na tym nie znają. Ale wypowiadają się nie tylko poszczególni teologowie, a całe magisterium Kościoła katolickiego.
>Naukowcy mają prawo wypowiadać się o Bogu. Nauka nie. Nauka tam, gdzie zajmuje się tą ideą, tam się na jej temat wypowiada i na szczęście już nikt nie może jej tego zabronić. Każda poszczególna dziedzina nauki wypowiada się jakby w imieniu całości nauk. Światopoglądu naukowego.
>Nic zresztą nie stoi na przeszkodzie aby jeden człowiek był biologiem i teologiem. Pod warunkiem całkowitej izolacji obu tych dziedzin. Znamy takich, w wielu dziedzinach nauki. Ale czasem mieszają się im porządki i jako naukowcy zaczynają bredzić.
>To prawda. Nie można też mówić o jednolitym obrazie Boga w Biblii. Nigdzie nie istnieje jednolity obraz Boga, znam spekulacje najwybitniejszych teologów-filozofów katolickich, a wyznań jest multum.
>>Piotr Bylica... >Owszem, dla nauki jako takiej Bóg nie jest do niczego potrzebny. Nie jest potrzebny, ani jako argument, ani wyjaśnienie, ani cokolwiek. Tak!
>Nauka nie zajmuje się Bogiem. Co innego naukowcy. Dziwny podział. Nie ma nauki bez uczonych. Uczeni zajmują się wieloaspektowo ideą Boga, oraz w naukach przyrodniczych wchodzą w obszary zarezerwowane dla "Boga". Bóg chowa się po różnych "lukach", ale tych luk jest coraz mniej.
>Czytam co kto pisze i zwykle pamiętam. Mnie po prostu te wnioski nie przekonują. Widzę je jako naciągane. Nic na to nie pocznę, przedstawicieli racjonalno-empirycznego sceptycyzmu jest tylko garstka, fideistów miliardy, a w Polsce miliony. Moje argumenty są tyko racjonalne, dla fideistów dalece niewystarczające.
>No i tu chodzi o posiadane przesłanki. Skąd je mam. Na jakiej podstawie nadaję im wartość np. prawdziwości. Jak to się dzieje, że jedne przesłanki mnie przekonują inne nie i dlaczego ja widzę ich inną liczbę niż Kowalski? Swoje przekonania staram się opierać na wiedzy naukowej, a nie na wierze.
>W kwestiach małej wagi osobistej robię tak samo. W ważnych sprawach używam intuicji. To nie to samo co wiara, ale i nie rozum. Jak mam tłumaczyć, czym jest nauka, jak wygląda naukowa weryfikacja? Napisano już wiele mądrych książek. Ja starałem się w ogromnym uproszczeniu jakoś to w swoich postach oddać. Czy jest sens powtarzania racjonalnych argumentów przed irracjonalną ścianą? Swoje przekonania staram się opierać na wiedzy naukowej, a nie na wierze.
>c.d.n.>c.d. Tyle ile istnieje i istniało ludzi. Mózg jest najbardziej złożoną strukturą znaną ludzkości. Największym cudem jest, że tak rzadko się psuje i tak mało "figli" z nami wyprawia.
>A mnie przekonują fakty. Jeżeli coś jest, to jest bez względu na to czy ktoś potrafi to wyjaśnić, czy nie. Co to są fakty, czy przekonują tylko fakty, jeżeli tak proszę podać fakty dowodzące istnienia Boga.
>> Akt wiary nie wymaga uzasadnień naukowych, a człowiek, który podczas przeżycia mistycznego spotkał Boga, wierzy weń bezkrytycznie i żadne naukowe uzasadnienia nie są mu potrzebne. >Otóż i to,
>tak jak nauce nie jest potrzebny Bóg, ani istniejący, ani nie istniejący. Jako jakiekolwiek wyjaśnienie czegokolwiek we Wszechświecie jest niepotrzebny. Natomiast nauka zajmuje się człowiekiem, a Bóg jest ideą ogromnie wpływającą na ludzkie zachowania, co jest i powinno być przedmiotem naukowych badań. Istnieje wiele nauk tymi problemami się zajmujących i teoretycznie spaja je religioznawstwo.
>Jeśli jednak czarna dziura naprawdę istnieje i tak nie będziemy mogli jej zbadać. Nie chcę wchodzić w problematykę, na której znam się znacznie mniej. Na podstawie przeczytanych książek, wiem że mamy już więcej wiedzy o "czarnych dziurach" poddającej się naukowej weryfikacji, niż np. o Bogu. Ale nasza wiedza, w tym zakresie, jest na razie rzeczywiście bardziej niż znikoma.
Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >>Ja bym na twoim miejscu wymyśliła jakieś własne pojęcie. >Proszę nie stawać na moim miejscu. Nigdy nie mogłem znieść, gdy mi mówiono, co mam robić i myśleć. Proszę stać na własnym miejscu i wymyślać pojęcia, które przekonają mnie i innych. Ależ ty chimeryczny jesteś. To jest figura stylistyczna, a nie odbieranie życia. Nie ma się o co obrażać. Inna sprawa, uważam, że empatia to wspaniała umiejętność i cenię ludzi potrafiących zawiesić swoje poglądy i stanąć moim miejscu. >Dla mnie stwierdzenie Mynarka jest bardzo sensowne, ale gdy ktoś go nie rozumie, wymagałoby tu całego wykładu i może lepiej sięgnąć do jego "Zakazu myślenia". To znaczy dla mnie jest zaciemnione? Nie, ja tylko wyciągam z niego inne wnioski. Ach ta chimeryczność. >Człowiek jest istotą społeczną. Nie rozumiem tu tego oderwanego od społeczeństwa tworzenia. Bóg jest ideą wtłaczaną 99% ludzkości od urodzenia, a niektórzy twierdzą, że już przed. W cytowanym artykule, było jasno napisane w osobie pierwszej. Ja tworzę sens, ja nadaję wartość. I z tym się nie zgadzam. Społecznie, oczywiście - wartości są tworem kulturowym. Uważasz, że mam wtłoczoną ideę Boga, a Boga nie ma. Możesz tak uważać, ale szanuj moje przekonania. >Proszę nie manipulować. Na stwierdzenie: >>Dlatego nauka o Bogu w ogóle nie ma prawa się wypowiadać. Chodzi oczywiście o nauki przyrodnicze. >Odpowiedziałem: >To niczym nie uzasadnione zdanie różnych teistów. Teologowie mają prawo wypowiadać się o nauce, a nauka nie ma prawa wypowiadać się o Bogu. Fajny układ! Nie tylko ma prawo, ale i obowiązek. Na szczęście obecnie instytucje religijne nie mogą zamknąć uczonym ust. I gdzie jest ta manipulacja? Bo ja jej nie przeprowadziłam. >Nauka tam, gdzie zajmuje się tą ideą, tam się na jej temat wypowiada i na szczęście już nikt nie może jej tego zabronić. Każda poszczególna dziedzina nauki wypowiada się jakby w imieniu całości nauk. Światopoglądu naukowego. Coś się tu nie klei. W innym miejscu napisałeś, że zgadzasz się, iż nie ma czegoś takiego jak spójny i jednolity światopogląd naukowy. >Nigdzie nie istnieje jednolity obraz Boga, znam spekulacje najwybitniejszych teologów-filozofów katolickich, a wyznań jest multum. No to się zgadzamy, ja też mam spory zasób wiedzy. >Dziwny podział. Niema nauki bez uczonych. Ale są uczeni bez nauki. Są ludzie, którzy zawsze są czymś więcej niż ich zawód, jakkolwiek mocno jest to nie na rękę agresywnemu kapitalizmowi. >Uczeni zajmują się wieloaspektowo ideą Boga, oraz w naukach przyrodniczych wchodzą w obszary zarezerwowane dla "Boga". Zajmowanie się ideą Boga i badanie obszaru, którym wg jakieś doktryny religijnej zawiaduje Bóg, to są dwie różne sprawy. >>No i tu chodzi o posiadane przesłanki. Skąd je mam. Na jakiej podstawie nadaję im wartość np. prawdziwości. Jak to się dzieje, że jedne przesłanki mnie przekonują inne nie i dlaczego ja widzę ich inną liczbę niż Kowalski? >Swoje przekonania staram się opierać na wiedzy naukowej, a nie na wierze. Moje pytanie nie brzmiało na czym się opierasz w swoich przekonaniach. Postaram się jaśniej. Po pierwsze, czy jesteś w stanie stwierdzić jak to się stało, że w całym procesie socjalizacji własnej wybrałeś za najodpowiedniejszy taki a nie inny światopogląd? Przekonuje mnie, to nie jest odpowiedz. Dlaczego ten cię przekonuje? Drugie, są ludzie o jednakowych podstawach światopoglądowych, ale wyciągają z nich inne wnioski. Jak sądzisz, dlaczego tak się dzieje? >>W kwestiach małej wagi osobistej robię tak samo. W ważnych sprawach używam intuicji. To nie to samo co wiara, ale i nie rozum. >Jak mam tłumaczyć, czym jest nauka, jak wygląda naukowa weryfikacja? Napisano już wiele mądrych książek. Ja starałem się w ogromnym uproszczeniu jakoś to w swoich postach oddać. Czy jest sens powtarzania racjonalnych argumentów przed irracjonalną ścianą?
Przeceniasz się. Ja nie potrzebuję tłumaczenia z twojej strony. Zakomunikowałeś mi swoje poglądy, a ja tobie swoje. Ja cię nie chcę do niczego przekonywać i mam nadzieję, że na wzajem. Mnie pasjonuje różnorodność świata, a nie bycie nauczycielem. >>A mnie przekonują fakty. Jeżeli coś jest, to jest bez względu na to czy ktoś potrafi to wyjaśnić, czy nie. >Co to są fakty, czy przekonują tylko fakty, jeżeli tak proszę podać fakty dowodzące istnienia Boga. Użyłam słowa przekonują, a nie wierzę w. Wierzę w Boga z konkretnych powodów, ale są one osobiste i dlatego nie sądzę, aby miały wartość dla kogoś innego. W wyżej wypowiedzianym zdaniu, chciałam zaznaczyć, że o ile coś się dzieje i można to empirycznie sprawdzić (tak empirycznie) to nie obchodzi mnie czy nauka to rozumie. Jogini istnieją i robią to co robią i na tym koniec. Nasze rozmowy stały się nacechowane niepotrzebną niechęcią i rozmową. Przynajmniej tak to odbieram. Dlatego chcę dodać - ja z tobą nie walczę, ja cię tylko poznaję - nie czuję potrzeby dyskredytowania twoich poglądów, czuję potrzebę ich zrozumienia - zawsze wszystko czytam i większość pamiętam, jeśli masz inne wrażenie, to wynika ono z odmiennego rozumienia treści a nie z moich zaniedbań, wytłumacz mi o co ci chodzi, zamiast powtarzać to samo. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Nasze rozmowy stały się nacechowane niepotrzebną niechęcią i rozmową. Przynajmniej tak to odbieram. Dlatego chcę dodać - ja z tobą nie walczę, ja cię tylko poznaję - nie czuję potrzeby dyskredytowania twoich poglądów, czuję potrzebę ich zrozumienia - zawsze wszystko czytam i większość pamiętam, jeśli masz inne wrażenie, to wynika ono z odmiennego rozumienia treści a nie z moich zaniedbań, wytłumacz mi o co ci chodzi, zamiast powtarzać to samo.
Rzadko do kogo, tak mało mi znajomego, czuję tyle sympatii. Twoja empatia jest tu całkowicie chybiona. Nieporozumienia wynikają z naszego niezrozumienia. Podstawy naszych światopoglądów znajdują się na antypodach. Rzeczywiście, niekiedy bardzo trudno jest mi tłumaczyć sprawy dla mnie oczywiste. Te same terminy, w tym samym języku, u różnych ludzi, znaczą co innego. Wiem, że mam do czynienia z osobą inteligentną i dużo wiedzącą. Więc proszę, nie wmawiaj mi swojej naiwności, braku prowokacji i złośliwości. Co przecież wcale nie przeszkadza, jakiejś tam małej sympatii do mnie. Proszę być całkowicie przekonaną, że czuję i postępuję podobnie. Dlatego proszę przeczytać to co napisałem po raz en-ty i zobaczyć, że nie powtarzam tego samego (chyba, że jako figurę retoryczną), a co najwyżej wydobywam inne niuanse swojej uprzedniej wypowiedzi. Ogromnie szanuję u każdego człowieka chęć samodzielnego zrozumienia świata i to jest dla mnie ważniejsze od postawy wyjściowej.
>Ależ ty chimeryczny jesteś. To jest figura stylistyczna, a nie odbieranie życia. Nie ma się o co obrażać. Inna sprawa, uważam, że empatia to wspaniała umiejętność i cenię ludzi potrafiących zawiesić swoje poglądy i stanąć moim miejscu. No, właśnie, co dla jednego jest "figurą stylistyczną", to dla drugiego "chimeryczną niechęcią". Zdecydowanie, gdy czytam różne posty na tym forum, to ja jestem najdalszy w zrozumieniu postawy przeciwnej do mojej. Brawo!
>>Dla mnie stwierdzenie Mynarka jest bardzo sensowne, ale gdy ktoś go nie rozumie, wymagałoby tu całego wykładu i może lepiej sięgnąć do jego "Zakazu myślenia". >To znaczy dla mnie jest zaciemnione? Nie, ja tylko wyciągam z niego inne wnioski. Ach ta chimeryczność. To proszę zobaczyć do góry, co "Beatus" Mynarkiem zrobił. Tekst pocięty i wyciągnięte z niego wnioski dalekie od Mynarkowych. Tu naprawdę trudno tłumaczyć znaczenie każdego słowa i sens każdego zdania. I dlatego sensownym jest czasem odesłanie do źródła.
>>Człowiek jest istotą społeczną. Nie rozumiem tu tego oderwanego od społeczeństwa tworzenia. Bóg jest ideą wtłaczaną 99% ludzkości od urodzenia, a niektórzy twierdzą, że już przed. >W cytowanym artykule, było jasno napisane w osobie pierwszej. Ja tworzę sens, ja nadaję wartość. I z tym się nie zgadzam. Społecznie, oczywiście - wartości są tworem kulturowym. Nie rozumiem, myślałem, że dla wszystkich człowiek jest istotą złożoną. O tej złożoności piszą także myśliciele katoliccy. Ciało - dusza, jednostka - społeczeństwo, natura - kultura. Tak, to wszystko człowiek.
>Uważasz, że mam wtłoczoną ideę Boga, a Boga nie ma. Możesz tak uważać, ale szanuj moje przekonania. Niezależnie od szacunku dla ludzi, to dokładnie tak uważam. Za "skrót myślowy" (wspaniały termin przywołany ostatnio przez "zawodowych katolików"/politycy żyjący ze swojego katolicyzmu/) przepraszam. Precyzyjnie chodziło mi tu o całe spektrum indoktrynacyjne, zastosowane w procesie socjalizacji. Jest to tak brutalne w stosunku do elastycznych umysłów dzieci, że termin "wtłoczenie" uważam za najbardziej adekwatny. Jest spora literatura na ten temat. Polecam.
>>Nauka tam, gdzie zajmuje się tą ideą, tam się na jej temat wypowiada i na szczęście już nikt nie może jej tego zabronić. Każda poszczególna dziedzina nauki wypowiada się jakby w imieniu całości nauk. Światopoglądu naukowego. >Coś się tu nie klei. W innym miejscu napisałeś, że zgadzasz się, iż nie ma czegoś takiego jak spójny i jednolity światopogląd naukowy. >>Proszę nie manipulować. >I gdzie jest ta manipulacja? Bo ja jej nie przeprowadziłam. I tak możemy jeszcze długo! Naprawdę tak trudny jestem do zrozumienia. Pisałem już w życiu wiele rzeczy, zawsze starając się o światopoglądową spójność i w miarę jasny przekaz swoich przemyśleń. Czym innym jest pojęcie "światopoglądu naukowego", opisane przez wielu myślicieli, a czym innym jest światopogląd danego człowieka. Proszę pokazać, gdzie te pojęcia pomieszałem. Przyznam się do błędu i przeproszę, a tak to powtórzę: >>Proszę nie manipulować.
>>Nigdzie nie istnieje jednolity obraz Boga, znam spekulacje najwybitniejszych teologów-filozofów katolickich, a wyznań jest multum. >No to się zgadzamy, ja też mam spory zasób wiedzy. >>Dziwny podział. Niema nauki bez uczonych. >Ale są uczeni bez nauki. Są ludzie, którzy zawsze są czymś więcej niż ich zawód, jakkolwiek mocno jest to nie na rękę agresywnemu kapitalizmowi. Przepraszam. Naprawdę nie rozumiem o co chodzi?
>>Uczeni zajmują się wieloaspektowo ideą Boga, oraz w naukach przyrodniczych wchodzą w obszary zarezerwowane dla "Boga". >Zajmowanie się ideą Boga i badanie obszaru, którym wg jakieś doktryny religijnej zawiaduje Bóg, to są dwie różne sprawy. Może i tak, ale co z drugiego zdania (Beatusa) wynika dla zdania pierwszego (Andrzeja).
Ciąg dalszy niżej.
***
|
|
| | | | | | | | | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
Ciąg dalszy listu do Beatusa.
>>Swoje przekonania staram się opierać na wiedzy naukowej, a nie na wierze. >Moje pytanie nie brzmiało na czym się opierasz w swoich przekonaniach. Postaram się jaśniej. Po pierwsze, czy jesteś w stanie stwierdzić jak to się stało, że w całym procesie socjalizacji własnej wybrałeś za najodpowiedniejszy taki a nie inny światopogląd? Przekonuje mnie, to nie jest odpowiedz. Dlaczego ten cię przekonuje? Drugie, są ludzie o jednakowych podstawach światopoglądowych, ale wyciągają z nich inne wnioski. Jak sądzisz, dlaczego tak się dzieje? Mój przypadek jest mało ciekawy. Rodzice byli indyferentni religijnie i dali mi szansę samodzielnego rozwoju, z której skorzystałem. Nie, nie było łatwo, byłem dyskryminowany i odrzucany przez środowisko katolickie, w którym dojrzewałem. Ale zawsze byłem bardzo niepokorny i zawsze próbowałem własnej drogi. Setki, czy może nawet tysiące książek i takie "cosik" ze mnie wyrosło. Znacznie ciekawsze i dobrze opisane są przypadki: Witwickiego, Kotarbińskiego, Infelda, Russella i innych.
>>>A mnie przekonują fakty. Jeżeli coś jest, to jest bez względu na to czy ktoś potrafi to wyjaśnić, czy nie. >>Co to są fakty? czy przekonują tylko fakty, jeżeli tak proszę podać fakty dowodzące istnienia Boga? >Użyłam słowa przekonują, a nie wierzę w. Wierzę w Boga z konkretnych powodów, ale są one osobiste i dlatego nie sądzę, aby miały wartość dla kogoś innego. W wyżej wypowiedzianym zdaniu, chciałam zaznaczyć, że o ile coś się dzieje i można to empirycznie sprawdzić (tak empirycznie) to nie obchodzi mnie czy nauka to rozumie. Jogini istnieją i robią to co robią i na tym koniec. Pytam o rozumienie pojęcia "fakty", a dostaję odpowiedź dlaczego "użyłam słowa przekonują".
Jak to w Świętym Piśmie stoi: "O źdźble w oku bliźniego? A może: Przyganiał kocioł garnkowi?
>Pozdrawiam.
|
|
 | | sceptyżaba (279 punktów) | >>Dostosowując swą politykę do poziomu >>większości swych wiernych, a więc niewierzących >>religiantów. >Pisząc o poziomie, czasie koniecznym na przemyślenie itd. sugerujesz, że wielu ludzi wybiera przynależność do kościoła ponieważ ich władze umysłowe nie podołałyby trudowi stworzenia innej, domyślnie prawdziwszej, wersji świata. Akurat nie o taki poziom mi chodziło. Niewierzący religiant czego innego wymaga od Kościoła niż wierzący. Kościół dostosowuje sie do poziomu wymagań niewierzących religiantów. W innym miejscu pisałem o tym, co myśli cześć osób na temat istnienia religii, ale nie określałem tego w ramach gorszości/lepszości jakbym był sędzią. >W wielu miejscach Jung pisał o kryzysie osobowości związanym z upadkiem, czy podważeniem wiary religijnej. Z jego myśli wynikało, że ten kryzys tak naprawdę nie jest zależny od prezentowanego poziomu intelektualnego. Może ma on coś wspólnego z IE, ale takiego pojęcia jeszcze wówczas nie było. Sam Jung uważał, że między innymi dzięki religii człowiek ma dostęp do zawartości nieświadomości. Może nie dostęp. Raczej kontakt. Kontakt ten jest niezbędny dla zdrowia psychicznego człowieka, ponieważ jest sposobem na zintegrowanie sfer świadome i nieświadome w postaci Jaźni, więc pełnego człowieczeństwa. Jeśli nasz system wartości opiera się na religii, to podważenie religii bywa jednoznaczne z podważeniem systemu wartości, co do kryzysu musi prowadzić. Co do reszty poglądów Junga, to zdaje się lepszy dostęp do nieświadomości dają testy Rocharda. >Wynikałoby z tego, że tym co pociąga człowieka do praktyk religijnych nie musi być wcale świadome przekonanie o słuszności prawd głoszonych przez określone wyznanie. Może on intelektualnie w niektóre z nich wątpić lub im przeczyć. Mimo to pozostać członkiem kościoła. Może też w sytuacji kryzysu swojej wiary, poszukiwać innych źródeł. Stąd proporcjonalność między zjawiskami - kryzys kościoła - wzrost liczebności sekt i zainteresowań magią, czy zjawiskami nadnaturalnymi. Człowiek w ciągu życia tworzy swój system wartości, swoje spojrzenie na świat. Niewątpliwie kościoły, sekty i inne organizacje są miejscami, z których można czerpać gotowe wzorce patrzenia na świat, co sam w sobie bywa kuszące. Pozdrawiam
|
|
|  | | Beatus (2528 punktów) | >Akurat nie o taki poziom mi chodziło. A więc ponoszę winę nadinterpretacji. Przepraszam. >Niewierzący religiant czego innego wymaga od Kościoła niż wierzący. Kościół dostosowuje sie do poziomu wymagań niewierzących religiantów. Za pewne tak. Jednak ilu jest tych niewierzących religiantów? Jaką siłę tworzą? Trudno na to odpowiedzieć, ponieważ raczej nikt z nich nie będzie chciał się przyznać do prawdziwych poglądów. Możemy jednak zastanowić się nad tym w inny sposób. Owo religianctwo o którym piszesz powinno być celowe. Jakiego rodzaju zyski ma ten religiant? Jak wiele osób z naszej społeczności tego rodzaju zysków może potrzebować? Trzeba też wziąć pod uwagę tzw. koszt psychologiczny. Normalny człowiek nie kłamie jeśli nie ma w tym jakiegoś celu, ponieważ nie opłaci się to psychologicznie. Zakładamy oczywiście, że większość naszego społeczeństwa nie jest obciążona umysłowo. Wyobrażam sobie, że mieszkaniec wsi, może chodzić do kościoła i być niewierzącym - ze względu na przymus społeczny. Będzie to bardziej dotyczyć osób starszych. Jednak czy taka osoba, społecznie przymuszona, zechce angażować się w życie kościoła? Wyrażać swoje oczekiwania, proponować jakieś zmiany itp. Nie sądzę. Będzie raczej stanowiła element niemego tłumu. Nawet bardzo chcąc, trudno jest dostosować instytucję do wyobrażenia o którym nic się nie wie. >Jeśli nasz system wartości opiera się na religii, to podważenie religii bywa jednoznaczne z podważeniem systemu wartości, co do kryzysu musi prowadzić. Co do reszty poglądów Junga, to zdaje się lepszy dostęp do nieświadomości dają testy Rocharda. Lepszy? Lekarzowi możliwe, pacjentowi - nie. Nie robi się tych testów raz w miesiącu całej społeczności, a większość nawet nie wie o ich istnieniu. Nie jestem psychologiem, ale wydaje mi się, że testy Rocharda (takie plamy o rozmaitych kształtach i z czym ci się to kojarzy?) informują o nieświadomości indywidualnej, a nie zbiorowej. Mi zaś chodziło o zbiorową. No oczywiście istnienie nieświadomości zbiorowej nie jest udowodnione. To jedynie hipoteza, po prostu dość znana i wystarczająco często brana pod uwagę, aby o niej mówić na poważnie. Pozdrawiam
|
|
| |  | | sceptyżaba (279 punktów) | >>Akurat nie o taki poziom mi chodziło. >A więc ponoszę winę nadinterpretacji. Przepraszam. Nie ma za co. Czego nie napisałem za pierwszym razem napisałem za drugim. >>Niewierzący religiant czego innego wymaga od Kościoła niż wierzący. Kościół dostosowuje sie do poziomu wymagań niewierzących religiantów. >Za pewne tak. Jednak ilu jest tych niewierzących religiantów? Jaką siłę tworzą? Trudno na to odpowiedzieć, ponieważ raczej nikt z nich nie będzie chciał się przyznać do prawdziwych poglądów. Pisałem z własnych doświadczeń, więc wiem, że ludzie 'nieoficjalnie lub nie wprost' przyznają. Przynajmniej ci, których troszkę znam. > Możemy jednak zastanowić się nad tym w inny sposób. Owo religianctwo o którym piszesz powinno być celowe. Jakiego rodzaju zyski ma ten religiant? Należy do pewnego rodzaju społeczności (która w pewien sposób organizuje życie [śluby/chrzty/pogrzeby, święta]). Zdaje się, że ludzie potrzebuja czegoś takiego. Poza tym czasem zdarzają się zyski dodatkowe. > Jak wiele osób z naszej społeczności tego rodzaju zysków może potrzebować? Trzeba też wziąć pod uwagę tzw. koszt psychologiczny. Normalny człowiek nie kłamie jeśli nie ma w tym jakiegoś celu, ponieważ nie opłaci się to psychologicznie. Zakładamy oczywiście, że większość naszego społeczeństwa nie jest obciążona umysłowo. Drugiej cześci akapitu nie rozumiem, w sensie tych kosztów. >Wyobrażam sobie, że mieszkaniec wsi, może chodzić do kościoła i być niewierzącym - ze względu na przymus społeczny. Będzie to bardziej dotyczyć osób starszych. Jednak czy taka osoba, społecznie przymuszona, zechce angażować się w życie kościoła? Nie. Kosciół jest tak sprofilowany, że owo angażowanie się w jego życie jest bonusem, a nie czymś koniecznym. > Wyrażać swoje oczekiwania, proponować jakieś zmiany itp. Nie sądzę. Będzie raczej stanowiła element niemego tłumu. Nawet bardzo chcąc, trudno jest dostosować instytucję do wyobrażenia o którym nic się nie wie. Niemy tłum, to jest to! Właśnie tak w dużej części wygląda KK. >>Jeśli nasz system wartości opiera się na religii, to podważenie religii bywa jednoznaczne z podważeniem systemu wartości, co do kryzysu musi prowadzić. Co do reszty poglądów Junga, to zdaje się lepszy dostęp do nieświadomości dają testy Rocharda. >Lepszy? Lekarzowi możliwe, pacjentowi - nie. Nie robi się tych testów raz w miesiącu całej społeczności, a większość nawet nie wie o ich istnieniu. Nie jestem psychologiem, ale wydaje mi się, że testy Rocharda (takie plamy o rozmaitych kształtach i z czym ci się to kojarzy?) informują o nieświadomości indywidualnej, a nie zbiorowej. Mi zaś chodziło o zbiorową. Spowiedź ma znaczenie psychologiczne, posiadanie wspólnego wroga, czy sprawiedliwego opiekuna wszystkich również. >No oczywiście istnienie nieświadomości zbiorowej nie jest udowodnione. To jedynie hipoteza, po prostu dość znana i wystarczająco często brana pod uwagę, aby o niej mówić na poważnie. Podobno mity wbijają się w podświadomość. Kościół uczy wszystkich tych samych mitów. Pozdrawiam
|
|
| | |  | | Beatus (2528 punktów) | >> Możemy jednak zastanowić się nad tym w inny sposób. Owo religianctwo o którym piszesz powinno być celowe. Jakiego rodzaju zyski ma ten religiant? >Należy do pewnego rodzaju społeczności (która w pewien sposób organizuje życie [śluby/chrzty/pogrzeby, święta]). Zdaje się, że ludzie potrzebuja czegoś takiego. Poza tym czasem zdarzają się zyski dodatkowe. Rytualizacja życia jest niewątpliwe czymś potrzebnym wielu ludziom. Zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Jeśli na dodatek jest związana z życiem społecznym, a nie jedynie indywidualnym, dodatkowo daje substytut bycia w, czy też z. Oddala problemy związane z poczuciem samotności lub wyobcowania. Jednak zaspokojenie tych potrzeb nie musi odbywać się na łonie kościoła. Wystarczy jakakolwiek organizacja, która ma ustalone zasady i organizuje rytuały okolicznościowe. Np.: racjonaliści, kółko gospodyń wiejskich, hodowcy gołębi pocztowych, grono akademickie. Rozmaitych grup i organizacji jest całe mnóstwo. Wydaje się, że łatwiej jest znaleźć taką z którą się ideologicznie zgadzamy, niż tkwić w tej, która jest naszym zdaniem fałszywa. Dodatkowe zyski były kiedyś. Paczki z zachodu rozdawane po mszy. A teraz nie wiem jakie mogłyby być. >Drugiej cześci akapitu nie rozumiem, w sensie tych kosztów. Koszt psychologiczny, jak łatwo się domyślić jest terminem wziętym z psychologii. W języku potocznym lub teologicznym nazwalibyśmy go sumieniem. Jednak te dwa określenia nie są ze sobą tożsame. Sumienie jest czymś w rodzaju podpowiadacza co dobre, a co złe. Koszt psychologiczny jest to poczucie dyskomfortu związane z określonym czynem. Psychologowie przeprowadzili badania i zauważyli, że ludzie nie kłamią jeśli nie mają ku temu jakiegoś powodu. Dlaczego? Ponieważ ponoszą koszt psychologiczny, który się zwyczajnie nie opłaci. Dlaczego w ogóle ponosimy koszt psychologiczny w przypadku kłamstwa? Opinii jest wiele. Jedna z nich, twierdzi, że winna jest ewolucja. Nieuzasadniona dezinformacja, a więc kłamstwo, jest szkodliwe społecznie. Grupa sprawniej funkcjonuje i lepiej broni się przed zagrożeniami jeśli ma dostęp do faktów. Chyba, że istnieje jakaś przyczyna dla, której lepiej aby ludzie nie znali prawdy. Wtedy nie ma też kosztu psychologicznego. Kłamiący mając na uwadze zysk ogólny lub własny, czuje się wystarczająco usprawiedliwiony. >Nie. Kościół jest tak sprofilowany, że owo angażowanie się w jego życie jest bonusem, a nie czymś koniecznym. Z moich obserwacji wynika, że ostatnimi czasy Kościół stara się wręcz wymóc zaangażowanie na wiernych. Poszukiwane są coraz to nowe bodźce aby ten szary tłum wypowiadał się i działał. Oczywiście zgodnie z założeniami. Zaangażowanie było też ważne wcześniej, doskonale przekłada się ono na wysokość datku na tacy, jak się okazuje również na wynik wyborów. >Niemy tłum, to jest to! Właśnie tak w dużej części wygląda KK. Rzecz w tym, że nie taki niemy. Spójrz na przywódcę naszego kraju i zastanów się kto na niego głosował. >Spowiedź ma znaczenie psychologiczne, posiadanie wspólnego wroga, czy sprawiedliwego opiekuna wszystkich również. Również. >Podobno mity wbijają się w podświadomość. Kościół uczy wszystkich tych samych mitów. Nie wbijają się. Raczej są w podświadomości pewne potencjalne "obrazy", które w momencie zetknięcia się z ich odpowiednią prezentacją, zaczynają działać. Człowiek ma je w sobie, ale zazwyczaj potrzebuje bodźca aby odczuć ich nieprzepartą siłę. Takim bodźcem może być prehistoryczny mit lub religijna przypowieść. Zmienia się forma, ale treść już nie tak bardzo. W religii katolickiej szczególne znaczenie ma postać Chrystusa. Typowa i w wielu religiach jak i mitach pojawiająca się postać, to postać zbawiciela, który ma następujące cechy: a)pochodzi ze sfery poza ludzkiej, b)przychodzi do ludzi aby im pomóc, c)zostaje zgładzony na skutek ludzkiej głupoty, e)umierając pozostawia po sobie jakieś ogromne dobro - w KK wybawienie od grzechu pierworodnego, otwarcie bram niebieskich. Wszyscy ludzie przed którzy umarli przed Chrystusem siedzieli w sheolu. Pozdrawiam
|
|
| | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | > >> Możemy jednak zastanowić się nad tym w inny sposób. Owo religianctwo o którym piszesz powinno być celowe. Jakiego rodzaju zyski ma ten religiant?> >Należy do pewnego rodzaju społeczności (która w pewien sposób organizuje życie [śluby/chrzty/pogrzeby, święta]). Zdaje się, że ludzie potrzebuja czegoś takiego. Poza tym czasem zdarzają się zyski dodatkowe.> Rytualizacja życia jest niewątpliwe czymś potrzebnym wielu ludziom. Zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Jeśli na dodatek jest związana z życiem społecznym, a nie jedynie indywidualnym, dodatkowo daje substytut bycia w, czy też z. Oddala problemy związane z poczuciem samotności lub wyobcowania. Jednak zaspokojenie tych potrzeb nie musi odbywać się na łonie kościoła. Wystarczy jakakolwiek organizacja, która ma ustalone zasady i organizuje rytuały okolicznościowe. Np.: racjonaliści, kółko gospodyń wiejskich, hodowcy gołębi pocztowych, grono akademickie. Rozmaitych grup i organizacji jest całe mnóstwo. Wydaje się, że łatwiej jest znaleźć taką z którą się ideologicznie zgadzamy, niż tkwić w tej, która jest naszym zdaniem fałszywa.Wydaje mi się, że jednak w Polsce najłatwiej należeć do KK, z racji tego, że wszelkie formalności załatwia się w dzieciństwie. Wspomnę też, że zdaje się poziom wymagań w innych organizacjach jest choć trochę wyższy. > Dodatkowe zyski były kiedyś. Paczki z zachodu rozdawane po mszy. A teraz nie wiem jakie mogłyby być.Czasem lokalna wspólnota organizuje coś ponad 'zwykły program'. > >Drugiej cześci akapitu nie rozumiem, w sensie tych kosztów.> Koszt psychologiczny jest to poczucie dyskomfortu związane z określonym czynem.Jasne w KK są też sytuacje dyskomfortowe. > >Nie. Kościół jest tak sprofilowany, że owo angażowanie się w jego życie jest bonusem, a nie czymś koniecznym.> Z moich obserwacji wynika, że ostatnimi czasy Kościół stara się wręcz wymóc zaangażowanie na wiernych. Poszukiwane są coraz to nowe bodźce aby ten szary tłum wypowiadał się i działał. Oczywiście zgodnie z założeniami. Zaangażowanie było też ważne wcześniej, doskonale przekłada się ono na wysokość datku na tacy, jak się okazuje również na wynik wyborów.W zasadzie się zgadzam. Choć Kosciół nie wkłada tyle samo wysiłku by ludzie wstępowali do Oaz czy kółek modlitewnych jak w to by szli na wybory. Realizowanie celów nie związanych bezposrednio z wiarą jest w KK powszechniejsze (silniejsze) niż tych z nią związanych. > >Niemy tłum, to jest to! Właśnie tak w dużej części wygląda KK.> Rzecz w tym, że nie taki niemy. Spójrz na przywódcę naszego kraju i zastanów się kto na niego głosował. Trafienie w punkt. > >Spowiedź ma znaczenie psychologiczne, posiadanie wspólnego wroga, czy sprawiedliwego opiekuna wszystkich również.> Również.> >Podobno mity wbijają się w podświadomość. Kościół uczy wszystkich tych samych mitów.> Nie wbijają się. Raczej są w podświadomości pewne potencjalne "obrazy", które w momencie zetknięcia się z ich odpowiednią prezentacją, zaczynają działać. Człowiek ma je w sobie, ale zazwyczaj potrzebuje bodźca aby odczuć ich nieprzepartą siłę. Takim bodźcem może być prehistoryczny mit lub religijna przypowieść. Zmienia się forma, ale treść już nie tak bardzo. W religii katolickiej szczególne znaczenie ma postać Chrystusa. Typowa i w wielu religiach jak i mitach pojawiająca się postać, to postać zbawiciela, który ma następujące cechy: a)pochodzi ze sfery poza ludzkiej, b)przychodzi do ludzi aby im pomóc, c)zostaje zgładzony na skutek ludzkiej głupoty, e)umierając pozostawia po sobie jakieś ogromne dobro - w KK wybawienie od grzechu pierworodnego, otwarcie bram niebieskich. Wszyscy ludzie przed którzy umarli przed Chrystusem siedzieli w sheolu.I aktywacja tego mitu pozwala kreować określone zachowania u wiernych. Tak to wszystko działa? Pozdrawiam
|
|
| Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Co jakiś czas przychodzi człowiekowi podsumować kwestie, w których nabrało się pewnego doświadczenia.
Tak, każdy robi. Od racjonalisty wymagamy więcej. Sprawdzenia, co inni na ten temat mówią (napisali) i konfrontacji tego z własnymi doświadczeniami i przemyśleniami.
>Na przykład: rozmawiając tak z wierzącymi, jak agnostykami, czy ateistami pojawia się >ciekawe spostrzeżenie- odrzucenie lub przyjęcie wiary nie jest równoznaczne z odrzuceniem czy przyjęciem religii.
Moje doświadczenie i wiedza mówią mi, że nie istnieją ludzie identyczni. Każdy z nas został inaczej ukształtowany i reprezentuje inne postawy. Postatawy fideistyczne (niezależnie od przedmiotu wiary) są znacznie częstsze od racjonalnego sceptycyzmu, a konformizm i postawy oportunistyczne występują znacznie częściej od krytycznych.
>Otóż moim zdaniem Kościół Katolicki w Polsce zdał sobie sprawę z sytuacji wśród jego >owieczek dużo wcześniej niż ja. I zareagował! Dostosowując swą politykę do poziomu >większości swych wiernych.
Tak, plus ninus, około tysiąca lat wcześniej.
>Co jednak muszą myśleć na temat swej wiary kościelni hierarchowie, by aprobować takie zmiany?
Aggiornamento trwa już dwa tysiąclecia. Zdążyli się przyzwyczaić.
Pozdrawiam
|
|
 | | sceptyżaba (279 punktów) |
> >Na przykład: rozmawiając tak z wierzącymi, jak agnostykami, czy ateistami pojawia się ciekawe spostrzeżenie- odrzucenie lub przyjęcie wiary nie jest równoznaczne z odrzuceniem czy przyjęciem religii.> Moje doświadczenie i wiedza mówią mi, że nie istnieją ludzie identyczni. Każdy z nas został inaczej ukształtowany i reprezentuje inne postawy. Postawy fideistyczne (niezależnie od przedmiotu wiary) są znacznie częstsze od racjonalnego sceptycyzmu, a konformizm i postawy oportunistyczne występują znacznie częściej od krytycznych. > >Otóż moim zdaniem Kościół Katolicki w Polsce zdał sobie sprawę z sytuacji wśród jego owieczek dużo wcześniej niż ja. I zareagował! Dostosowując swą politykę do poziomu większości swych wiernych.> Tak, plus minus, około tysiąca lat wcześniej.Chodzi mi o politykę KK w Polsce po 1989r. > >Co jednak muszą myśleć na temat swej wiary kościelni hierarchowie, by aprobować takie zmiany?> Aggiornamento trwa już dwa tysiąclecia. Zdążyli się przyzwyczaić.Oni nie trawają tysiącleci. Umierają jak każdy. Pozdrawiam
|
|
|  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Oni nie trawają tysiącleci. Umierają jak każdy.
Podziwiam głębię problemu, znacznie pogłębioną w drugim poście!
Znane są w historii (nawet tej po 1989 roku), że ludzie nie przeczytawszy żadnej książki wydali kilka. Tyle że oni do tych, których sobie cenię najbardziej nie należą. Znacznie wyżej oceniam umiejętność czytania ze zrozumieniem, od umiejętności komunikatywnego pisania. Nie mówiąc już o pisaniu w pełni zrozumiałym tylko dla autora.
>hr>Pozdrawiam
|
|
|  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) |
@@@
>> >Otóż moim zdaniem Kościół Katolicki w Polsce zdał sobie sprawę z sytuacji wśród jego owieczek dużo wcześniej niż ja. I zareagował! Dostosowując swą politykę do poziomu większości swych wiernych. >>Tak, plus minus, około tysiąca lat wcześniej. >Chodzi mi o politykę KK w Polsce po 1989r.
Tylko dla Sceptyżaby: Po prostu wykazał się większą inteligencją. Możliwe, że dlatego. iż oparł się na swoich wielowiekowych doświadczeniach, a także dlatego, że obecna hierarchia osiągnęła poziom świadomego myślenia grubo przed 1989 rokiem. To ludzie inteligentni, czytają książki, prowadzą badania, analizują itd. Głupi, niewiedzący i bezsilni Polacy płacą za to, intelektualnie i ekonomicznie.
>>>Co jednak muszą myśleć na temat swej wiary kościelni hierarchowie, by aprobować takie zmiany? >>Aggiornamento trwa już dwa tysiąclecia. Zdążyli się przyzwyczaić. >Oni nie trawają tysiącleci. Umierają jak każdy.
Tylko dla Sceptyżaby: Przeczytali parę książek, pogadali ze starszymi, mającymi większe doświadczenie i przekonali się, że aggiornamento nie rozpoczęło się w 1989 roku, tylko trwa od początków chrześcijaństwa. Czy koniecznie jeszcze prościej na naszym forum należy artykułować myśli?
Pozdrawiam
|
|
| |  | | sceptyżaba (279 punktów) |
>>Chodzi mi o politykę KK w Polsce po 1989r. >Tylko dla Sceptyżaby: Po prostu wykazał się większą inteligencją. Możliwe, że dlatego. iż oparł się na swoich wielowiekowych doświadczeniach, a także dlatego, że obecna hierarchia osiągnęła poziom świadomego myślenia grubo przed 1989 rokiem. >To ludzie inteligentni, czytają książki, prowadzą badania, analizują itd. Głupi, niewiedzący i bezsilni Polacy płacą za to, intelektualnie i ekonomicznie. >>>>Co jednak muszą myśleć na temat swej wiary kościelni hierarchowie, by aprobować takie zmiany? >>>Aggiornamento trwa już dwa tysiąclecia. Zdążyli się przyzwyczaić. >>Oni nie trawają tysiącleci. Umierają jak każdy. >Tylko dla Sceptyżaby: Przeczytali parę książek, pogadali ze starszymi, mającymi większe doświadczenie i przekonali się, że aggiornamento nie rozpoczęło się w 1989 roku, tylko trwa od początków chrześcijaństwa. >Czy koniecznie jeszcze prościej na naszym forum należy artykułować myśli? Nie czujesz ironii? Jak wiele cech, które im przypisałeś pasowałoby do osoby racjonalnej, racjonalisty? Wybacz mi język, ale jak do cholery doszło do tego, że Ci ludzie wplątali się w taką kabałę, że podtrzymują system, w który nie wierzą? I dlaczego nie mogą lub nie chcą się wyplątać? Pozdrawiam
|
|
| | |  | | Gosia (9452 punktów) | >Ci ludzie wplątali się w taką kabałę, że podtrzymują system, w który nie wierzą? I dlaczego nie mogą lub nie chcą się wyplątać
Odpowiedzią jest WłADZA.I to o niewyobrażalnym zasięgu.
Pozdrawiam.
|
|
| | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Nie czujesz ironii?
Wydaje mi się, że jestem na nią wrażliwy i bardzo ją lubię. Nawet zaznaczać nie trzeba. Ale została zaznaczona, więc nawet tłumok wziąłby ją sobie pod uwagę.
>Wartością samą w sobie może być odczucie ironii, >które mam zamiar wywołać pisząc kilka następnych zdań. >Otóż moim zdaniem Kościół Katolicki w Polsce zdał sobie sprawę > z sytuacji wśród jego owieczek dużo wcześniej niż ja. >I zareagował! Dostosowując swą politykę do poziomu większości swych wiernych, >a więc niewierzących religiantów. Stąd imprezy kulturalnoreligijne, medialność >wyższych urzędników kościoła i dryfowanie w kierunku takiej postawy, by nie zrażać >owej większości. >Co jednak muszą myśleć na temat swej wiary kościelni hierarchowie, >by aprobować takie zmiany? *******************************************************
>Jak wiele cech, które im przypisałeś pasowałoby do osoby racjonalnej, racjonalisty?
Większość, bo to są mądrzy, wykształceni ludzie, a każdy normalny człowiek ma tendencję do racjonalizowania swoich działań.
>Wybacz mi język,
To trochę trudniej. To forum dla racjonalistycznej inteligencji. Powinniśmy się starać się być zrozumiałym dla naszych czytelników.
>Ale jak do cholery doszło do tego, że Ci ludzie wplątali się w taką kabałę,
Co człowiek, to powód, ale najczęstszym jest religijność (żadne religianctwo) wyniesione z domu rodzinnego.
>że podtrzymują system, w który nie wierzą?
W znakomitej większości wierzą w Boga i wspierają system, którego są częścią.
>I dlaczego nie mogą lub nie chcą się wyplątać?
I nie chcą i nie mogą. Gdzie im by lepiej było. Hierarchowie, to żadna młodzież, to ludzie dojrzali i rozsądni. Nawet proboszczem prosto po seminarium się nie zostaje.
Podobno kierujemy się rozumem. Zachowajmy więc umiar i szanujmy naszych przeciwników.
Pozdrawiam
|
|
| | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) |
> >Jak wiele cech, które im przypisałeś pasowałoby do osoby racjonalnej, racjonalisty?> Większość, bo to są mądrzy, wykształceni ludzie, a każdy normalny człowiek ma tendencję do racjonalizowania swoich działań.Tym zdaniem mnie rozbroiłeś. Hahahaha. Nie jestem pewien, czy dobrze odczytałem myśl, która się za tym oksymoronem kryje, niemniej dostarczyła mi wiele uciechy. (Mądry człowiek racjonalizujący swe zachowania; dobre!) > >Wybacz mi język,> To trochę trudniej. To forum dla racjonalistycznej inteligencji. Powinniśmy się starać się być zrozumiałym dla naszych czytelników. > >Ale jak do cholery doszło do tego, że Ci ludzie wplątali się w taką kabałę,> Co człowiek, to powód, ale najczęstszym jest religijność (żadne religianctwo) wyniesione z domu rodzinnego.To początek drogi, kabała zaczyna się, gdy ludzie widzą od środka, co kryje się za fasadami religijności. > >że podtrzymują system, w który nie wierzą?> W znakomitej większości wierzą w Boga i wspierają system, którego są częścią.Kolejne rozbrajające zdanie. Jesteś telepatą czy korzystasz z anonimowych ankiet przeprowadzanych wśród hierarchów kościelnych? > >I dlaczego nie mogą lub nie chcą się wyplątać?> I nie chcą i nie mogą. Gdzie im by lepiej było. Hierarchowie, to żadna młodzież, to ludzie dojrzali i rozsądni. Nawet proboszczem prosto po seminarium się nie zostaje.Nawet ja zauważyłem , że im dalej w las tym trudniej z niego wyjść. Jednak czy nie powinno z tego płynąć ostrzeżenie by uważać na takie lasy? > Podobno kierujemy się rozumem. Zachowajmy więc umiar i szanujmy naszych przeciwników.Masz zdolności do pisania oksymoronów. Do jednego worka wsadziłeś i cywilizowanych ludzi z godnością głoszących odmienne poglądy, i sekciarzy, fanatyków, ideologicznych wykolejeńców, i wszystkie pokłady szlamu, każąc każdego z nich obdarzać szacunkiem tylko z tego powodu, że jest moim przeciwnikiem. Chyba się Kononowiczem zachłysnąłeś? Pozdrawiam
|
|
| | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
Rezygnuję! Nie znajduję tu już żadnych argumentów i nie mam najmniejszej ochoty na dalszą polemikę. Jest mi ogromnie daleko od "racjonalizmu" tego typu.
Dedykuję tekst Sceptyżaby wszystkim, którzy uznali, że powiniem Panią Agacińska potraktować subtelniej. Moim zdaniem, pomimo pewnej złośliwości, tak właśnie Ją potraktowałem, sądząc że będzie jeszcze można, a jeszcze bardziej, że będzie warto, z Nią porozmawiać. Tu już w to nie wierzę! Panowie, tak pełni humanitarnej wiary w każdego człowieka, przejmijcie pałeczkę. Podobno Sceptyżaba, to racjonalista, czyli jeden z nas.
***
|
|
| | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | Wybacz, ale nie moge się powstrzymać, by tego nie napisać- zauważyłem pewien schemat- jak Ty komuś dogryzasz, to jest wszystko spoko, ale jak Ci ktoś przytrze nosa (nieważne, czy słusznie, czy nie), to od razu stajesz się wielce pokrzywdzoną osobą. Gdybym to wiedział wcześniej pewnie wybrałbym inną drogę postępowania. Ponadto dziękuje za dyskusję, bo choć nie mogliśmy się porozumieć, to jednak zmusza ona do przemyslenia kilku spraw. Pozdrawiam
|
|
| | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >>>Jak wiele cech, które im przypisałeś pasowałoby do osoby racjonalnej, racjonalisty? >>Większość, bo to są mądrzy, wykształceni ludzie, a każdy normalny człowiek ma tendencję do racjonalizowania swoich działań. >Tym zdaniem mnie rozbroiłeś. Hahahaha. Nie jestem pewien, czy dobrze odczytałem myśl, która się za tym oksymoronem kryje, niemniej dostarczyła mi wiele uciechy. (Mądry człowiek racjonalizujący swe zachowania; dobre!) Wiesz co, a ja nie wiem co cię tu rozbawiło. Może czegoś nie rozumiem. Mógłbyś mi wyjaśnić? >>To trochę trudniej. To forum dla racjonalistycznej inteligencji. Powinniśmy się starać się być zrozumiałym dla naszych czytelników. Też tak sądzę, ale uważam, że to nieosiągalny ideał. Dlatego warto czasem wyjaśnić jeszcze raz, lub z innej strony, zamiast obrzucać się mniej czy czy bardziej wyszukanymi komplementami. Nie zawsze to daje rezultaty. Potrzeba sporo dobrej woli z obu stron, ale chyba warto próbować. >>>Ale jak do cholery doszło do tego, że Ci ludzie wplątali się w taką kabałę, >>Co człowiek, to powód, ale najczęstszym jest religijność (żadne religianctwo) wyniesione z domu rodzinnego. >To początek drogi, kabała zaczyna się, gdy ludzie widzą od środka, co kryje się za fasadami religijności. Znam sporo osób duchownych. Zwykle jednocześnie intelektualistów. W większości są to ludzie autentycznie wierzący. Testów nie robiłam więc nie wiem, czy taka jest większość. Znam też osoby, które odeszły z kościoła, z zakonu, z seminarium itd. Najczęstszą przyczyną rezygnacji nie był wcale ateizm. W większości ludzie ci stwierdzili, że zasady zakonne czy też inne zwyczaje duchowieństwa nie są zgodne z ich wyobrażeniami lub oczekiwaniami. Młody ksiądz chciał trafić do królestwa ducha, braterstwa i Boga. Okazało się jednak, że jego zwierzchnik ma kochankę. Tego typu sprawy. >>>I dlaczego nie mogą lub nie chcą się wyplątać? >>I nie chcą i nie mogą. Gdzie im by lepiej było. Hierarchowie, to żadna młodzież, to ludzie dojrzali i rozsądni. Nawet proboszczem prosto po seminarium się nie zostaje. >Nawet ja zauważyłem , że im dalej w las tym trudniej z niego wyjść. Jednak czy nie powinno z tego płynąć ostrzeżenie by uważać na takie lasy? Ja tu nie widzę powiązania. Przecież człowiek idący do klasztoru lub seminarium wybiera swoją drogę na skutek potrzeby serca. Wierzy w to co robi. Nawet jeśli w wieku średnim stwierdzi, że się pomylił, to bardzo trudno mu już zostać cywilem. Nie jest to jednak żadna nauka czy przestroga dla innych młodych ludzi. >>Podobno kierujemy się rozumem. Zachowajmy więc umiar i szanujmy naszych przeciwników. Ja tam się tylko czasami kieruję rozumem, ale drugie zdanie popieram. >Masz zdolności do pisania oksymoronów. Do jednego worka wsadziłeś i cywilizowanych ludzi z godnością głoszących odmienne poglądy, i sekciarzy, fanatyków, ideologicznych wykolejeńców, i wszystkie pokłady szlamu, każąc każdego z nich obdarzać szacunkiem tylko z tego powodu, że jest moim przeciwnikiem. Chyba się Kononowiczem zachłysnąłeś? Tak teoretycznie, jest w tym trochę racji. Jednak z drugiej strony, uznanie, że ktoś nie jest godny szacunku wymaga oceny tej osoby i zakwalifikowania jej do określonego grona, które wcześniej zostało uznane za niegodne naszej uwagi. Powstaje więc pytanie, na jakiej podstawie i kiedy można nam przypisać drugiemu człowiekowi tak jednoznaczną etykietkę? Określenie grup, które można lekceważyć też nie jest proste. Morderców, gwałcicieli i takich tam owszem. Jednak fanatyk jak i ideologiczny wykolejeniec? Co konkretnie świadczy o przynależności do takich grup? Jest też problem z przejściem od słów do czynów. A przecież tutaj tylko słowem walczymy. Deklaruję, że potrafiłabym zabić drugiego człowieka. Czy ta deklaracja czyni mnie mordercą? Czy osoba tak się deklarująca popełni morderstwo jeśli nadarzy się korzystna sytuacja? Pozdrawiam Ps. Wiesz dlaczego się tu w ogóle dopisuję? Czytałam sporo twoich wypowiedzi. W większości podobały mi się. Jasność wypowiedzi, jakieś argumentacja a nie tylko hasła. Jednym słowem fajnie. Na swój własny użytek zakwalifikowałam cię do osób z którymi warto dyskutować. Zdziwiłam się więc, że tak cię tu poniosło. Nie będę wypowiadać się na temat twojego przeciwnika, ponieważ za mało go czytałam, ale moim zdaniem on tu miał sporo racji.
|
|
| | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | > Wiesz co, a ja nie wiem co cię tu rozbawiło. Może czegoś nie rozumiem. Mógłbyś mi wyjaśnić?Jasne. Podobno mądry człowiek najpierw myśli, później robi. Racjonalizowanie czegoś to czynność prawie że odwrotna- najpierw coś robimy, a później szukamy 'dobrego powodu', dla którego to zrobiliśmy.  Hierarchowie kościelni najpierw zostali skomplementowani jako mądrzy ludzie, a później im dowalono, że racjonalizują swoje zachowania. > >>To trochę trudniej. To forum dla racjonalistycznej inteligencji. Powinniśmy się starać się być zrozumiałym dla naszych czytelników.> Też tak sądzę, ale uważam, że to nieosiągalny ideał. Dlatego warto czasem wyjaśnić jeszcze raz, lub z innej strony, zamiast obrzucać się mniej czy bardziej wyszukanymi komplementami. Nie zawsze to daje rezultaty. Potrzeba sporo dobrej woli z obu stron, ale chyba warto próbować.: )) Takie zdanie to dowalanie osobie (szczególnie jeśli występuje nie w ramach ogólnego podsumowania [co innego, gdyby był to 'dodatek' do konkretnego pytania]), bo przecież gdy nie rozumiesz czegoś, to pytasz o to najpierw, później podsumowujesz. > >>Co człowiek, to powód, ale najczęstszym jest religijność (żadne religianctwo) wyniesione z domu rodzinnego.> >To początek drogi, kabała zaczyna się, gdy ludzie widzą od środka, co kryje się za fasadami religijności.> Znam sporo osób duchownych. Zwykle jednocześnie intelektualistów. W większości są to ludzie autentycznie wierzący. Testów nie robiłam więc nie wiem, czy taka jest większość. Znam też osoby, które odeszły z kościoła, z zakonu, z seminarium itd. Najczęstszą przyczyną rezygnacji nie był wcale ateizm. W większości ludzie ci stwierdzili, że zasady zakonne czy też inne zwyczaje duchowieństwa nie są zgodne z ich wyobrażeniami lub oczekiwaniami. Młody ksiądz chciał trafić do królestwa ducha, braterstwa i Boga. Okazało się jednak, że jego zwierzchnik ma kochankę. Tego typu sprawy.Ja nie znam hierarchów kościelnych z bliska, sądzę ich po czynach. Znam osoby, które odeszły z KK, seminarium właśnie dla powodów, o których piszesz- że pod PRem są rzeczy, których nijak pogodzić z wiarą, a jednak Kościół je toleruje. To właśnie owa kabała. Cała ta niezgodność z zasadami wiary pozwala mi domyślać się, że oni są niewierzący. > >Nawet ja zauważyłem , że im dalej w las tym trudniej z niego wyjść. Jednak czy nie powinno z tego płynąć ostrzeżenie by uważać na takie lasy?> Ja tu nie widzę powiązania. Przecież człowiek idący do klasztoru lub seminarium wybiera swoją drogę na skutek potrzeby serca. Wierzy w to co robi. Nawet jeśli w wieku średnim stwierdzi, że się pomylił, to bardzo trudno mu już zostać cywilem. Nie jest to jednak żadna nauka czy przestroga dla innych młodych ludzi.Zawsze należy się zastanawiać jaką drogę życiową się wybiera i jak trudno będzie taki wybór cofnąć. Tutaj wniosek jest taki, że trudno. > >>Podobno kierujemy się rozumem. Zachowajmy więc umiar i szanujmy naszych przeciwników.> Ja tam się tylko czasami kieruję rozumem, ale drugie zdanie popieram.> >Masz zdolności do pisania oksymoronów. Do jednego worka wsadziłeś i cywilizowanych ludzi z godnością głoszących odmienne poglądy, i sekciarzy, fanatyków, ideologicznych wykolejeńców, i wszystkie pokłady szlamu, każąc każdego z nich obdarzać szacunkiem tylko z tego powodu, że jest moim przeciwnikiem. Chyba się Kononowiczem zachłysnąłeś?> Tak teoretycznie, jest w tym trochę racji. Jednak z drugiej strony, uznanie, że ktoś nie jest godny szacunku wymaga oceny tej osoby i zakwalifikowania jej do określonego grona, które wcześniej zostało uznane za niegodne naszej uwagi.Jasne. > Powstaje więc pytanie, na jakiej podstawie i kiedy można nam przypisać drugiemu człowiekowi tak jednoznaczną etykietkę?Ależ to działa również w drugą stronę. Nie przypisuje każdemu szacunku na wyrost. Inną sprawą jest, że staram się trzymać pewien poziom niezależnie z kim mam do czynienia. > Jednak fanatyk jak i ideologiczny wykolejeniec? Co konkretnie świadczy o przynależności do takich grup?Samobójczy atak terrorystyczny Araba w tłumie pełnym Żydów, faszystowskie poglądy wcielane w życie po napotkaniu słabszego i bezradnego cudzoziemca w swoim kraju, dla przykładu. > Jest też problem z przejściem od słów do czynów. A przecież tutaj tylko słowem walczymy. Deklaruję, że potrafiłabym zabić drugiego człowieka. Czy ta deklaracja czyni mnie mordercą? Czy osoba tak się deklarująca popełni morderstwo jeśli nadarzy się korzystna sytuacja?Ludzi uczymy się oceniać całe życie. > Ps. Wiesz dlaczego się tu w ogóle dopisuję? Czytałam sporo twoich wypowiedzi. W większości podobały mi się.Dzięki za komplement. > Jasność wypowiedzi, jakieś argumentacja a nie tylko hasła. Jednym słowem fajnie. Na swój własny użytek zakwalifikowałam cię do osób z którymi warto dyskutować. > Zdziwiłam się więc, że tak cię tu poniosło. Nie będę wypowiadać się na temat twojego przeciwnika, ponieważ za mało go czytałam, ale moim zdaniem on tu miał sporo racji.Rzadko mnie ponosi, ale zdarza się. Złożyło się na to kilka rzeczy- po pierwsze troszkę mi podgryzał w kilku wcześniejszych postach; po drugie odniosłem wrażenie, że usilnie broni tego, że hierarchowie są wspaniali, a większość katolików superkatolicka, co wydaje mi się absurdem; i po trzecie akurat trafił w pewien temat: ostatnio z kolegą w księgarni przeglądaliśmy książki hiperoświeconych newagowskich guru sprawdzając jaką socjotechnikę stosują by uchodzić za mądrych- doszliśmy do wniosku, że jest to atak banałami zamiast konkretnych odpowiedzi na konkretne pytania (oczywiście banały w odpowiednim sosie [z jakąś rzewną lub 'poucząjacą' historyjką]). W ostatnim poście było coś podobnego w kilku miejscach... No i mieszanka trzech składników zadziałała. Pozdrawiam
|
|
| | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | > Wiesz co, a ja nie wiem co cię tu rozbawiło. Może czegoś nie rozumiem. Mógłbyś mi wyjaśnić?Jasne. Podobno mądry człowiek najpierw myśli, później robi. Racjonalizowanie czegoś to czynność prawie że odwrotna- najpierw coś robimy, a później szukamy 'dobrego powodu', dla którego to zrobiliśmy.  Hierarchowie kościelni najpierw zostali skomplementowani jako mądrzy ludzie, a później im dowalono, że racjonalizują swoje zachowania. > >>To trochę trudniej. To forum dla racjonalistycznej inteligencji. Powinniśmy się starać się być zrozumiałym dla naszych czytelników.> Też tak sądzę, ale uważam, że to nieosiągalny ideał. Dlatego warto czasem wyjaśnić jeszcze raz, lub z innej strony, zamiast obrzucać się mniej czy bardziej wyszukanymi komplementami. Nie zawsze to daje rezultaty. Potrzeba sporo dobrej woli z obu stron, ale chyba warto próbować.: )) Takie zdanie to dowalanie osobie (szczególnie jeśli występuje nie w ramach ogólnego podsumowania [co innego, gdyby był to 'dodatek' do konkretnego pytania]), bo przecież gdy nie rozumiesz czegoś, to pytasz o to najpierw, później podsumowujesz. > Znam sporo osób duchownych. Zwykle jednocześnie intelektualistów. W większości są to ludzie autentycznie wierzący. Testów nie robiłam więc nie wiem, czy taka jest większość. Znam też osoby, które odeszły z kościoła, z zakonu, z seminarium itd. Najczęstszą przyczyną rezygnacji nie był wcale ateizm. W większości ludzie ci stwierdzili, że zasady zakonne czy też inne zwyczaje duchowieństwa nie są zgodne z ich wyobrażeniami lub oczekiwaniami. Młody ksiądz chciał trafić do królestwa ducha, braterstwa i Boga. Okazało się jednak, że jego zwierzchnik ma kochankę. Tego typu sprawy.Ja nie znam hierarchów kościelnych z bliska, sądzę ich po czynach. Znam osoby, które odeszły z KK, seminarium właśnie dla powodów, o których piszesz- że pod PRem są rzeczy, których nijak pogodzić z wiarą, a jednak Kościół je toleruje. To właśnie owa kabała. Cała ta niezgodność z zasadami wiary pozwala mi domyślać się, że oni są niewierzący. > >Nawet ja zauważyłem , że im dalej w las tym trudniej z niego wyjść. Jednak czy nie powinno z tego płynąć ostrzeżenie by uważać na takie lasy?> Ja tu nie widzę powiązania. Przecież człowiek idący do klasztoru lub seminarium wybiera swoją drogę na skutek potrzeby serca. Wierzy w to co robi. Nawet jeśli w wieku średnim stwierdzi, że się pomylił, to bardzo trudno mu już zostać cywilem. Nie jest to jednak żadna nauka czy przestroga dla innych młodych ludzi.Zawsze należy się zastanawiać jaką drogę życiową się wybiera i jak trudno będzie taki wybór cofnąć. Tutaj wniosek jest taki, że trudno. > >>Podobno kierujemy się rozumem. Zachowajmy więc umiar i szanujmy naszych przeciwników.> Ja tam się tylko czasami kieruję rozumem, ale drugie zdanie popieram.> >Masz zdolności do pisania oksymoronów. Do jednego worka wsadziłeś i cywilizowanych ludzi z godnością głoszących odmienne poglądy, i sekciarzy, fanatyków, ideologicznych wykolejeńców, i wszystkie pokłady szlamu, każąc każdego z nich obdarzać szacunkiem tylko z tego powodu, że jest moim przeciwnikiem. Chyba się Kononowiczem zachłysnąłeś?> Tak teoretycznie, jest w tym trochę racji. Jednak z drugiej strony, uznanie, że ktoś nie jest godny szacunku wymaga oceny tej osoby i zakwalifikowania jej do określonego grona, które wcześniej zostało uznane za niegodne naszej uwagi.Jasne. > Powstaje więc pytanie, na jakiej podstawie i kiedy można nam przypisać drugiemu człowiekowi tak jednoznaczną etykietkę?Ależ to działa również w drugą stronę. Nie przypisuje każdemu szacunku na wyrost. Inną sprawą jest, że staram się trzymać pewien poziom niezależnie z kim mam do czynienia. > Jednak fanatyk jak i ideologiczny wykolejeniec? Co konkretnie świadczy o przynależności do takich grup?Samobójczy atak terrorystyczny Araba w tłumie pełnym Żydów, faszystowskie poglądy wcielane w życie po napotkaniu słabszego i bezradnego cudzoziemca w swoim kraju, dla przykładu. > Jest też problem z przejściem od słów do czynów. A przecież tutaj tylko słowem walczymy. Deklaruję, że potrafiłabym zabić drugiego człowieka. Czy ta deklaracja czyni mnie mordercą? Czy osoba tak się deklarująca popełni morderstwo jeśli nadarzy się korzystna sytuacja?Ludzi uczymy się oceniać całe życie. > Ps. Wiesz dlaczego się tu w ogóle dopisuję? Czytałam sporo twoich wypowiedzi. W większości podobały mi się.Dzięki za komplement. > Jasność wypowiedzi, jakieś argumentacja a nie tylko hasła. Jednym słowem fajnie. Na swój własny użytek zakwalifikowałam cię do osób z którymi warto dyskutować. > Zdziwiłam się więc, że tak cię tu poniosło. Nie będę wypowiadać się na temat twojego przeciwnika, ponieważ za mało go czytałam, ale moim zdaniem on tu miał sporo racji.Rzadko mnie ponosi, ale zdarza się. Złożyło się na to kilka rzeczy- po pierwsze troszkę mi podgryzał w kilku wcześniejszych postach; po drugie odniosłem wrażenie, że usilnie broni tego, że hierarchowie są wspaniali, a większość katolików superkatolicka, co wydaje mi się absurdem; i po trzecie akurat trafił w pewien temat: ostatnio z kolegą w księgarni przeglądaliśmy książki hiperoświeconych newagowskich guru sprawdzając jaką socjotechnikę stosują by uchodzić za mądrych- doszliśmy do wniosku, że jest to atak banałami zamiast konkretnych odpowiedzi na konkretne pytania (oczywiście banały w odpowiednim sosie [z jakąś rzewną lub 'poucząjacą' historyjką]). W ostatnim poście było coś podobnego w kilku miejscach... No i mieszanka trzech składników zadziałała. Pozdrawiam
|
|
| | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | > Wiesz co, a ja nie wiem co cię tu rozbawiło. Może czegoś nie rozumiem. Mógłbyś mi wyjaśnić?Jasne. Podobno mądry człowiek najpierw myśli, później robi. Racjonalizowanie czegoś to czynność prawie że odwrotna- najpierw coś robimy, a później szukamy 'dobrego powodu', dla którego to zrobiliśmy.  Hierarchowie kościelni najpierw zostali skomplementowani jako mądrzy ludzie, a później im dowalono, że racjonalizują swoje zachowania. > >>To trochę trudniej. To forum dla racjonalistycznej inteligencji. Powinniśmy się starać się być zrozumiałym dla naszych czytelników.> Też tak sądzę, ale uważam, że to nieosiągalny ideał. Dlatego warto czasem wyjaśnić jeszcze raz, lub z innej strony, zamiast obrzucać się mniej czy bardziej wyszukanymi komplementami. Nie zawsze to daje rezultaty. Potrzeba sporo dobrej woli z obu stron, ale chyba warto próbować.: )) Takie zdanie to dowalanie osobie (szczególnie jeśli występuje nie w ramach ogólnego podsumowania [co innego, gdyby był to 'dodatek' do konkretnego pytania]), bo przecież gdy nie rozumiesz czegoś, to pytasz o to najpierw, później podsumowujesz. ... Ja nie znam hierarchów kościelnych z bliska, sądzę ich po czynach. Znam osoby, które odeszły z KK, seminarium właśnie dla powodów, o których piszesz- że pod PRem są rzeczy, których nijak pogodzić z wiarą, a jednak Kościół je toleruje. To właśnie owa kabała. Cała ta niezgodność z zasadami wiary pozwala mi domyślać się, że oni są niewierzący. > >Nawet ja zauważyłem , że im dalej w las tym trudniej z niego wyjść. Jednak czy nie powinno z tego płynąć ostrzeżenie by uważać na takie lasy?> Ja tu nie widzę powiązania. Przecież człowiek idący do klasztoru lub seminarium wybiera swoją drogę na skutek potrzeby serca. Wierzy w to co robi. Nawet jeśli w wieku średnim stwierdzi, że się pomylił, to bardzo trudno mu już zostać cywilem. Nie jest to jednak żadna nauka czy przestroga dla innych młodych ludzi.Zawsze należy się zastanawiać jaką drogę życiową się wybiera i jak trudno będzie taki wybór cofnąć. Tutaj wniosek jest taki, że trudno. > >>Podobno kierujemy się rozumem. Zachowajmy więc umiar i szanujmy naszych przeciwników.> Ja tam się tylko czasami kieruję rozumem, ale drugie zdanie popieram.> >Masz zdolności do pisania oksymoronów. Do jednego worka wsadziłeś i cywilizowanych ludzi z godnością głoszących odmienne poglądy, i sekciarzy, fanatyków, ideologicznych wykolejeńców, i wszystkie pokłady szlamu, każąc każdego z nich obdarzać szacunkiem tylko z tego powodu, że jest moim przeciwnikiem. Chyba się Kononowiczem zachłysnąłeś?> Tak teoretycznie, jest w tym trochę racji. Jednak z drugiej strony, uznanie, że ktoś nie jest godny szacunku wymaga oceny tej osoby i zakwalifikowania jej do określonego grona, które wcześniej zostało uznane za niegodne naszej uwagi.Jasne. > Powstaje więc pytanie, na jakiej podstawie i kiedy można nam przypisać drugiemu człowiekowi tak jednoznaczną etykietkę?Ależ to działa również w drugą stronę. Nie przypisuje każdemu szacunku na wyrost. Inną sprawą jest, że staram się trzymać pewien poziom niezależnie z kim mam do czynienia. > Jednak fanatyk jak i ideologiczny wykolejeniec? Co konkretnie świadczy o przynależności do takich grup?Samobójczy atak terrorystyczny Araba w tłumie pełnym Żydów, faszystowskie poglądy wcielane w życie po napotkaniu słabszego i bezradnego cudzoziemca w swoim kraju, dla przykładu. > Jest też problem z przejściem od słów do czynów. A przecież tutaj tylko słowem walczymy. Deklaruję, że potrafiłabym zabić drugiego człowieka. Czy ta deklaracja czyni mnie mordercą? Czy osoba tak się deklarująca popełni morderstwo jeśli nadarzy się korzystna sytuacja?Ludzi uczymy się oceniać całe życie. > Ps. Wiesz dlaczego się tu w ogóle dopisuję? Czytałam sporo twoich wypowiedzi. W większości podobały mi się.Dzięki za komplement. > Jasność wypowiedzi, jakieś argumentacja a nie tylko hasła. Jednym słowem fajnie. Na swój własny użytek zakwalifikowałam cię do osób z którymi warto dyskutować. > Zdziwiłam się więc, że tak cię tu poniosło. Nie będę wypowiadać się na temat twojego przeciwnika, ponieważ za mało go czytałam, ale moim zdaniem on tu miał sporo racji.Rzadko mnie ponosi, ale zdarza się. Złożyło się na to kilka rzeczy- po pierwsze troszkę mi podgryzał w kilku wcześniejszych postach; po drugie odniosłem wrażenie, że usilnie broni tego, że hierarchowie są wspaniali, a większość katolików superkatolicka, co wydaje mi się absurdem; i po trzecie akurat trafił w pewien temat: ostatnio z kolegą w księgarni przeglądaliśmy książki hiperoświeconych newagowskich guru sprawdzając jaką socjotechnikę stosują by uchodzić za mądrych- doszliśmy do wniosku, że jest to atak banałami zamiast konkretnych odpowiedzi na konkretne pytania (oczywiście banały w odpowiednim sosie [z jakąś rzewną lub 'poucząjacą' historyjką]). W ostatnim poście było coś podobnego w kilku miejscach... No i mieszanka trzech składników zadziałała. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | Można prosić o skasowanie nadliczbowych odpowiedzi? Przez jakiś czas nie wchodziła żadna, a później widać doszły trzy. Sorki za kłopot. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >Ja nie znam hierarchów kościelnych z bliska, sądzę ich po czynach. Znam osoby, które odeszły z KK, seminarium właśnie dla powodów, o których piszesz- że pod PRem są rzeczy, których nijak pogodzić z wiarą, a jednak Kościół je toleruje. To właśnie owa kabała. Cała ta niezgodność z zasadami wiary pozwala mi domyślać się, że oni są niewierzący. Obawiam się, że to nie jest takie proste. Wielu ludzi głęboko wierzących nie przestrzega zasad, które wytycza im ich kościół. Powody są rozmaite. Niepowodzenie w próbach pokonania własnej słabości, wątpienie w słuszność kościelnego nakazu, nadanie własnej wartości określonym czynom i zachowaniom, generalnie ludzka natura. Zwierzchnicy kościelni nie są z nieba rodem. To tacy sami ludzie jak my. Sądzę więc, że ich również dotyczą wszystkie te problemy. >Zawsze należy się zastanawiać jaką drogę życiową się wybiera i jak trudno będzie taki wybór cofnąć. Tutaj wniosek jest taki, że trudno. Jak być może sam wiesz z doświadczenia, w momencie gdy zawładnie nami silna emocja nie jesteśmy w stanie myśleć racjonalnie. Często reagujemy, podejmujemy decyzje, wypowiadamy słowa, a dopiero znacznie później oceniamy nasze reakcje jako właściwe lub nie. Nie próbowałam nigdy pójść do klasztoru. Wydaje mi się jednak, że decyzja, która pozbawia człowieka tak wielu możliwości i przyjemności, z zasady nie jest podejmowana przy pomocy chłodnego osądu. Raczej na skutek silnej emocji. Dlatego wydaje mi się, że nakazanie młodemu człowiekowi aby rozsądnie zastanowił się czy na pewno chce iść do klasztoru zamkniętego i zostać tam do końca życia, mija się z celem. Tego po prostu nie da się zrobić. >> Powstaje więc pytanie, na jakiej podstawie i kiedy można nam przypisać drugiemu człowiekowi tak jednoznaczną etykietkę? >Ależ to działa również w drugą stronę. Nie przypisuje każdemu szacunku na wyrost. Inną sprawą jest, że staram się trzymać pewien poziom niezależnie z kim mam do czynienia. No właśnie, staramy się trzymać pewien poziom, więc być w miarę neutralnymi. Jednak w jakimś momencie dochodzi do zakwalifikowania. >> Jednak fanatyk jak i ideologiczny wykolejeniec? Co konkretnie świadczy o przynależności do takich grup? >Samobójczy atak terrorystyczny Araba w tłumie pełnym Żydów, faszystowskie poglądy wcielane w życie po napotkaniu słabszego i bezradnego cudzoziemca w swoim kraju, dla przykładu. Owszem, ale to bardzo jednoznaczny przypadek. Wśród moich znajomych są ludzie, którzy wyznają jakieś idee w sposób graniczący z fanatyzmem. Na tym forum też są tacy. Graniczący czy będący. Ja osobiście mam problem z jednoznaczną oceną. Granica jest płynna. >po drugie odniosłem wrażenie, że usilnie broni tego, że hierarchowie są wspaniali, a większość katolików superkatolicka, Ja nie odniosłam takiego wrażenia. Może jednak inne powody wpłynęły na twoją interpretację? >atak banałami A mnie się wydaje, że często banały zawierają w sobie wiele mądrości. Jednak tak bardzo do niektórych z nich przywykliśmy, że już nie widzimy treści, a jedynie formę. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | >>Ja nie znam hierarchów kościelnych z bliska, sądzę ich po czynach. Znam osoby, które odeszły z KK, seminarium właśnie dla powodów, o których piszesz- że pod PRem są rzeczy, których nijak pogodzić z wiarą, a jednak Kościół je toleruje. To właśnie owa kabała. Cała ta niezgodność z zasadami wiary pozwala mi domyślać się, że oni są niewierzący. >Obawiam się, że to nie jest takie proste. Wielu ludzi głęboko wierzących nie przestrzega zasad, które wytycza im ich kościół. Powody są rozmaite. Niepowodzenie w próbach pokonania własnej słabości, wątpienie w słuszność kościelnego nakazu, nadanie własnej wartości określonym czynom i zachowaniom, generalnie ludzka natura. Zwierzchnicy kościelni nie są z nieba rodem. To tacy sami ludzie jak my. Sądzę więc, że ich również dotyczą wszystkie te problemy. Nie potrafię na to odpowiedzieć. Mój punkt widzenia jest punktem zewnetrznym. Widzę rozbrat między tym, co głoszone, a tym, co jest. Na tym się opieram. >>Zawsze należy się zastanawiać jaką drogę życiową się wybiera i jak trudno będzie taki wybór cofnąć. Tutaj wniosek jest taki, że trudno. >Jak być może sam wiesz z doświadczenia, w momencie gdy zawładnie nami silna emocja nie jesteśmy w stanie myśleć racjonalnie. (...) Dlatego wydaje mi się, że nakazanie młodemu człowiekowi aby rozsądnie zastanowił się czy na pewno chce iść do klasztoru zamkniętego i zostać tam do końca życia, mija się z celem. Nie napisałem tamtego jako sposobu nacisku. Raczej to prośba by ważne decyzje przemyśleć jeszcze raz. >>> Powstaje więc pytanie, na jakiej podstawie i kiedy można nam przypisać drugiemu człowiekowi tak jednoznaczną etykietkę? >>Ależ to działa również w drugą stronę. Nie przypisuje każdemu szacunku na wyrost. Inną sprawą jest, że staram się trzymać pewien poziom niezależnie z kim mam do czynienia. >No właśnie, staramy się trzymać pewien poziom, więc być w miarę neutralnymi. Jednak w jakimś momencie dochodzi do zakwalifikowania. Chcesz wiedzieć jakich ja reguł używam, czy też zastanawiasz się, jak ogólnie powinno to zakwalifikowanie wyglądać? >>> Jednak fanatyk jak i ideologiczny wykolejeniec? Co konkretnie świadczy o przynależności do takich grup? >>Samobójczy atak terrorystyczny Araba w tłumie pełnym Żydów, faszystowskie poglądy wcielane w życie po napotkaniu słabszego i bezradnego cudzoziemca w swoim kraju, dla przykładu. >Owszem, ale to bardzo jednoznaczny przypadek. Wśród moich znajomych są ludzie, którzy wyznają jakieś idee w sposób graniczący z fanatyzmem. Na tym forum też są tacy. Graniczący czy będący. Ja osobiście mam problem z jednoznaczną oceną. Granica jest płynna. Czasem jest. A czasem patrzysz na kogoś i w środku się gotuje, że ktoś może taki być (ćwiczenie z cierpliwości jak nic). Z drugiej strony trzeba jeszcze uwzględniać, że ludzie się zmieniają (niekoniecznie na lepsze), więc nasza ocena nie jest ostateczna. Mimo całego skomplikowania trzeba sobie radzić na bieżąco. >>po drugie odniosłem wrażenie, że usilnie broni tego, że hierarchowie są wspaniali, a większość katolików superkatolicka, >Ja nie odniosłam takiego wrażenia. Może jednak inne powody wpłynęły na twoją interpretację? On pisał według swojego widzenia świata KK, a ja według swojego. Raczej nie są one podobne. I wydaje mi się, że tak jak on reagował na moje niechęcią, tak i ja na jego. >>atak banałami >A mnie się wydaje, że często banały zawierają w sobie wiele mądrości. Jednak tak bardzo do niektórych z nich przywykliśmy, że już nie widzimy treści, a jedynie formę. Jasne. Jeśli są punktem wyjścia do myślenia. Ale jeśli umieścisz je w nieodpowiednim miejscu, to efekt może być odwrotny. Wtedy są pustymi słowami. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | > Nie potrafię na to odpowiedzieć. Mój punkt widzenia jest punktem zewnętrznym. Widzę rozbrat między tym, co głoszone, a tym, co jest. Na tym się opieram.Ja też widzę ten rozdźwięk. Jeśli jednak chodzi o wszelkie wady kościoła typu: nie przestrzeganie zasad, niemoralność, dążenie do władzy, gromadzenie dóbr itp. Wszystko to postrzegam jako normalne błędy i wypaczenia ludzkiej natury. To są jednak ludzie. Gorsza sprawa jeśli prawidła wiary, jej nakazy są przyczyną zła społecznego. Nie te wypaczone, ale takie oryginalne. Jeden z Ojców Kościoła, dokładnie św. Tomasz (pewnie inni też) pisał o wojnie sprawiedliwej. I to, moim zdaniem jest problem. Patriarchalne chrześcijaństwo na całe wieki zepchnęło kobietę do roli uosobienia grzechu. I to też jest problem. Zaś to, że jakiś tam ksiądz poszedł do seminarium, aby zapewnić dostatnie życie sobie i swojej rodziny. To tylko wypaczenie. > Nie napisałem tamtego jako sposobu nacisku. Raczej to prośba by ważne decyzje przemyśleć jeszcze raz.Spodobało mi się z tymi banałami i w ogóle - mądry Polak po szkodzie. Ja tam podjęłam kilka decyzji w życiu, których żałuję. Nie dziwię się więc wcale, gdy ktoś inny robi tak samo. > Chcesz wiedzieć jakich ja reguł używam, czy też zastanawiasz się, jak ogólnie powinno to zakwalifikowanie wyglądać?Mnie zazwyczaj interesuje jak jest, a nie jak być powinno. > Czasem jest. A czasem patrzysz na kogoś i w środku się gotuje, że ktoś może taki byćZgadza się. Nie są mi obce wizje mordu na co niektórych delikwentach.  Mam też podejrzenia, że ktoś inny może mieć takie wizje względem mnie. > On pisał według swojego widzenia świata KK, a ja według swojego. Raczej nie są one podobne. I wydaje mi się, że tak jak on reagował na moje niechęcią, tak i ja na jego.Agresja rodzi agresję, jesteśmy ciągle tylko ludźmi. Pozdrawiam Ps. Nie wiem o co chodzi, ale mam ogromny problem z dodawaniem wiadomości do tego wątku. Tracę pół godziny na wklejenie tekstu pisanego pięć minut. Przepraszam, ale mam tego dość. Chętnie będę kontynuowała rozmowę z tobą, ale z przyczyn technicznych w innym wątku.
|
|
| | | | | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | Placownik (czy placowniku? odmienia się ciebie). Oszukujesz. Nie wykasowałeś, bo tutaj to widzę. Może wykasowałeś komuś innemu? Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | > >Nie potrafię na to odpowiedzieć. Mój punkt widzenia jest punktem zewnętrznym. Widzę rozbrat między tym, co głoszone, a tym, co jest. Na tym się opieram.> Ja też widzę ten rozdźwięk. Jeśli jednak chodzi o wszelkie wady kościoła typu: nie przestrzeganie zasad, niemoralność, dążenie do władzy, gromadzenie dóbr itp. Wszystko to postrzegam jako normalne błędy i wypaczenia ludzkiej natury. To są jednak ludzie.Myślałem i myślałem, co chcesz mi przez to powiedzieć. Że KK osiągnął już stan moralnie optymalny i nic wiecej się z tym nie da zrobić? Jeśli tak, to jest to argument za moim spojrzeniem na KK, na jego wewnętrzną niewiarę. > Gorsza sprawa jeśli prawidła wiary, jej nakazy są przyczyną zła społecznego. Nie te wypaczone, ale takie oryginalne. Jeden z Ojców Kościoła, dokładnie św. Tomasz (pewnie inni też) pisał o wojnie sprawiedliwej. I to, moim zdaniem jest problem. Patriarchalne chrześcijaństwo na całe wieki zepchnęło kobietę do roli uosobienia grzechu. I to też jest problem.Tak. > Zaś to, że jakiś tam ksiądz poszedł do seminarium, aby zapewnić dostatnie życie sobie i swojej rodziny. To tylko wypaczenie.Rzecz w tym, że system działa tak, że zachęca ludzi by szli do seminarium dla pieniędzy. Dla mnie jest to poszlaka, by myśleć, że ktoś, kto rządzi systemem, uważa to za normalną rzecz. > >Nie napisałem tamtego jako sposobu nacisku. Raczej to prośba by ważne decyzje przemyśleć jeszcze raz.> Spodobało mi się z tymi banałami i w ogóle - mądry Polak po szkodzie. Ja tam podjęłam kilka decyzji w życiu, których żałuję. Nie dziwię się więc wcale, gdy ktoś inny robi tak samo. > >Chcesz wiedzieć jakich ja reguł używam, czy też zastanawiasz się, jak ogólnie powinno to zakwalifikowanie wyglądać?> Mnie zazwyczaj interesuje jak jest, a nie jak być powinno.Jeśli chodzi o forum, to pierwszym znakiem, że ktoś nie zasługuje by szanowano go jako 'forumowicza', jest, gdy jego odpowiedź na post sugeruje, że nie przeczytał on tekstu, na który odpowiada. Innym, gdy wypisuje rzeczy absurdalne i broniąc ich brnie coraz głębiej w 'odlotowe światy'. > >Czasem jest. A czasem patrzysz na kogoś i w środku się gotuje, że ktoś może taki być> Zgadza się. Nie są mi obce wizje mordu na co niektórych delikwentach. Mam też podejrzenia, że ktoś inny może mieć takie wizje względem mnie.Czyli doszliśmy w tym punkcie do porozumienia. > >On pisał według swojego widzenia świata KK, a ja według swojego. Raczej nie są one podobne. I wydaje mi się, że tak jak on reagował na moje niechęcią, tak i ja na jego.> Agresja rodzi agresję, jesteśmy ciągle tylko ludźmi.Ale ja jestem bardziej cierpliwy, wyczekałem, aż się podłoży. Hahhahaha. Ni to wada, ni to zaleta, mariaż cierpliwości ze złośliwością. > Ps. Nie wiem o co chodzi, ale mam ogromny problem z dodawaniem wiadomości do tego wątku. Tracę pół godziny na wklejenie tekstu pisanego pięć minut. Przepraszam, ale mam tego dość. Chętnie będę kontynuowała rozmowę z tobą, ale z przyczyn technicznych w innym wątku.Być może chodzi o ograniczenie postu do 6000 znaków, albo wątek się zrobił za długi. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >Myślałem i myślałem, co chcesz mi przez to powiedzieć. Że KK osiągnął już stan moralnie optymalny i nic więcej się z tym nie da zrobić? Jeśli tak, to jest to argument za moim spojrzeniem na KK, na jego wewnętrzną niewiarę. Nie o to mi chodziło. KK tak jak wszystkie inne religie czy też idee kulturowe jest przede wszystkim tworem ludzkim. Co prawda jestem wierząca, ale uważam, że konkretna religia jest tylko ludzką interpretacją rzeczywistości sacralnej. Nie potrafię ocenić doskonałości tej interpretacji. Jako ludzka interpretacja podległa jest ludzkim błędom i wypaczeniom. Zawiera też wiele ludzkiej doskonałości i dobra. Często trudno jest odróżnić jedno od drugiego. Uważam też, że człowiek ciągle się rozwija, odkrywa nowe horyzonty. Nie wiem czy staje się przez to lepszy, na pewno się zmienia. Wszystkie idee, również te religijne pozostając pod wpływem człowieka ulegają zmianom, doskonaleniu lub po prostu dostosowaniu. Problem KK w dużej mierze polega na tym, że jest skostniały. Niby deklaruje się, że rozum dar boży, z drugiej strony ma bez przerwy jakieś problemy z uwzględnieniem działalności owego daru. Sądzę, że albo KK przejdzie jakąś większą wewnętrzną rewolucję, albo powoli lecz skutecznie upadnie. >Rzecz w tym, że system działa tak, że zachęca ludzi by szli do seminarium dla pieniędzy. Dla mnie jest to poszlaka, by myśleć, że ktoś, kto rządzi systemem, uważa to za normalną rzecz. Czy ja wiem? KK jest i był bardzo dobrze zorganizowaną instytucją. Zawsze dbał o to by istnieć. zachowywał się jak normalny organizm, który posiada instynkt samozachowawczy. W grę wchodzi tak kapitał ludzki jak i materialny, no i oczywiście strefy wpływów. To jest instytucjonalna strona KK. Mieszając się w politykę lub gromadząc majątek, on się po prostu broni i zapewnia sobie dalsze istnienie. Skutecznie - 2000 lat. >Jeśli chodzi o forum, to pierwszym znakiem, że ktoś nie zasługuje by szanowano go jako 'forumowicza', jest, gdy jego odpowiedź na post sugeruje, że nie przeczytał on tekstu, na który odpowiada. Znam to. Uparcie staram się myśleć, że napisałam coś na tyle niejasno, że forumowicz przeczytał, ale nie zrozumiał. Czasami jednak dowody są zbyt ewidentne. >Innym, gdy wypisuje rzeczy absurdalne i broniąc ich brnie coraz głębiej w 'odlotowe światy'. A tego nie znam. Raczej moment zapętlenia, gdy rozmówca nic już nie wnosi, skupia się tylko na ataku, bez własnych argumentów i opinii. Najbardziej jednak mnie denerwuje odpowiedz - na pewno. No nie, na niby, tak sobie piszę. >Czyli doszliśmy w tym punkcie do porozumienia. Gdzieś trzeba. Pozdrawiam
|
|
| | | |  | | less | >Większość, bo to są mądrzy, wykształceni ludzie> A co to jest "mądry ksiądz"? Bo nie łapię. Wykształcony, inteligentny, to rozumiem. Ale mądry? Oksymoron jakiś? Coś jak "zimne Słońce" albo "gumowe żelazo"? Jak może być mądry ktoś, kto całe swoje życie, od początku do końca, podporządkował irracjonalnej ideologii, bzdurnym dogmatom i pseudowartościom i do tego bałamuci tym innych ludzi? No chyba że tak Ci się tylko kliknęło...
|
|
| | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>A co to jest "mądry ksiądz"? Bo nie łapię. Wykształcony, inteligentny, to rozumiem. Ale mądry? Oksymoron jakiś? Coś jak "zimne Słońce" albo "gumowe żelazo"? Jak może być mądry ktoś, kto całe swoje życie, od początku do końca, podporządkował irracjonalnej ideologii, bzdurnym dogmatom i pseudowartościom i do tego bałamuci tym innych ludzi? No chyba że tak Ci się tylko kliknęło...
Szanowny Panie, w moim wieku, to już, tak tylko, się nie "klika". Zastanawiam się nad tym co mówię, a jeszcze bardziej nad tym co piszę. Widzę, że przynajmniej wie Pan co nazywamy oksymoronem, ale np. dla mnie, może nie tyle oksymoronem, co sprzecznością logiczną jest nazywanie racjonalistą, człowieka który przeczy mądrości, niektórych przedstawicieli kleru. Natomiast z dużyn zażenowaniem, czytam tu wypowiedzi niektórych forumowiczy. Tych ostro i na ślepo walczących z klerem oraz wierzącymi, a siebie uważającymi za racjonalnych ateistów. Nie znajduje Pan swoiskiej głupoty na tym wątku i na tym forum? Jeżeli tak, to róbmy najpierw porządek wśród swoich. Jeżeli nie, to nie mamy w ogóle o czym rozmawiać.
Pozdrawiam.
|
|
| | | | | |  | | less | >Widzę, że przynajmniej wie Pan co nazywamy oksymoronem, ale np. dla mnie, może nie tyle oksymoronem, co sprzecznością logiczną jest nazywanie racjonalistą, człowieka który przeczy mądrości, niektórych przedstawicieli kleru. Natomiast z dużyn zażenowaniem, czytam tu wypowiedzi niektórych forumowiczy. Tych ostro i na ślepo walczących z klerem oraz wierzącymi, a siebie uważającymi za racjonalnych ateistów. >Nie znajduje Pan swoiskiej głupoty na tym wątku i na tym forum? Jeżeli tak, to róbmy najpierw porządek wśród swoich. Jeżeli nie, to nie mamy w ogóle o czym rozmawiać. > Pozdrawiam. Nie drogi kolego, nie znajduję swoistej głupoty. To, że się czasami nie zgadzam z niektórymi wypowiedziami, czy wręcz uważam je za błędne, a nawet bezsensowne, nie upoważnia mnie do tego, żeby "robić z kimś takim porządek", bezwzględnie go atakować i wyszydzać, bo zasadniczo z tymi ludźmi się zgadzam i są mi w jakiś sposób bliscy (atakować mogę tych, z którymi nie zgadzam się zasadniczo, od podstaw). Nie wszyscy muszą myśleć dokładnie jak ja i we wszystkim prezentować "mojego racjonalizmu". Mogą się też zwyczajnie mylić, co i dla siebie zastrzegam. I nie zamierzam pretendować do miana racjonalistcznego superwzorca, bo sam termin jest dość niejednoznaczny i traktuję go z dystansem (tak jak i inne terminy, choćby wspomniany przez Ciebie ateizm). Jeżeli zamierzasz "robić tutaj porządek" i gryźć, kiedy tylko nadarzy się okazja, obwieścić się jedynym słusznym racjonalistą, co ostanio jest notoryczne, to może lepiej założyć jakaś własną stronę... np. Antyfideista? Choć szkoda by było, bo piszesz wiele mądrych rzeczy, choć nie zawsze się zgadzam. Mój "racjonalizm" jest czasem nieco inny. Do przemyślenia. Pozdrawiam. P.S. strasznie nie lubię, jak ktoś piszesz do mnie per Pan.
|
|
| | | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | Niestety nie sposób wywiedzieć się skąd Pan Andrzej zdobył przekonanie o mądrości kleru. Można tylko podziwiać Jego mądrość. Pozdrawiam
|
|
| | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Niestety nie sposób wywiedzieć się skąd Pan Andrzej zdobył przekonanie o mądrości kleru. Można tylko podziwiać Jego mądrość.
Z setek przeczytanych książek, w tym niektórych poważnie przestudiowanych, a także osobistej znajomości kilku wybitnych intelektualistów związanych organizacyjnie z różnymi wyznaniami. Racjonaliści muszą czytać, bardzo dużo czytać, a potem myśleć. O naszej "mądrości" najlepiej świadczą nasze teksty. Niekonieczną jest tu wzajemna komplementacja, ale uprzejmie dziękuję.
***
|
|
| | | | | | | | |  | | sceptyżaba (279 punktów) | A jednak można.  Pozdrawiam
|
|
| | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
>Strasznie nie lubię, jak ktoś piszesz do mnie per Pan. >drogi kolego. Wychowany zostałem w tradycyjnej polskiej rodzinie i ukształtowany w polskiej kulturze. Ważnym elementem były w nim formy szacunku. Dlatego ciężko przychodzi mi na przykład tykanie moich byłych nauczycieli i to nie tylko tych, którzy dziś są kolegami, ale nawet wtedy gdy zostają przyjaciółmi. Nie "tykam" ludzi mi obcych i nie z każdym chcę być na "ty". Czy "starsi panowie", bo panie są tylko młodsze, mają prawo do korzystania z forum, czy jest ono zarezerwowane dla gimnazjalistów, licealistów i tych "poważniejszych wiekowo", studentów.
>Nie, nie znajduję swoistej głupoty. Bo to wcale nie takie łatwe, trzeba wiedzieć sporo więcej. Przy okazji, ja o wiele łatwiej traktuję głupotę "swoistą" np. Moni od "swojskiej" pseudoracjonalistycznej. Od swoich (swojaków) wymagam więcej.
>To, że się czasami nie zgadzam z niektórymi wypowiedziami, czy wręcz uważam je za błędne, a nawet bezsensowne, nie upoważnia mnie do tego, żeby "robić z kimś takim porządek". Nie proponowałem zrobienia porządku z ludźmi tylko z ich głupimi wypowiedziami. O czym świadczy nie zrozumienie mojej intencji?
>bezwzględnie go atakować i wyszydzać, Racjonalista ma prawie obowiązek szydzić z głupoty. Tylko głupiec wytknięcie mu głupiej wypowiedzi traktuje jako atak na siebie. Człowiek mądry wie, że głupota przytrafia się każdemu. No chyba, że jest rzadkim przypadkiem, który, co powie, to będzie jeszcze głupsze.
>bo zasadniczo z tymi ludźmi się zgadzam i są mi w jakiś sposób bliscy (atakować mogę tych, z którymi nie zgadzam się zasadniczo, od podstaw). Nie zgadzam się, najbardziej uwierają mnie najbliżsi ideowo głupcy.
>Nie wszyscy muszą myśleć dokładnie jak ja i we wszystkim prezentować "mojego racjonalizmu". Mogą się też zwyczajnie mylić, co i dla siebie zastrzegam. I nie zamierzam pretendować do miana racjonalistcznego superwzorca, bo sam termin jest dość niejednoznaczny i traktuję go z dystansem (tak jak i inne terminy, choćby wspomniany przez Ciebie ateizm).
Cholera, ale jestem trudny do zrozumienia dla forumowych racjonalistów. Przecież z tym właśnie walczę i o to wiodę spór. Może by tak jeszcze raz moje posty przeczytać zanim się odpisze. Natomiast chcę tu prezentować swoje rozumienie racjonalizmu, a nawet skłaniać do jego przyjęcia. To jest celem moich wypowiedzi. Nie zauważyłem, abym był w tym dziele wyjątkiem.
>Jeżeli zamierzasz "robić tutaj porządek" i gryźć, kiedy tylko nadarzy się okazja, obwieścić się jedynym słusznym racjonalistą, co ostanio jest notoryczne, to może lepiej założyć jakaś własną stronę... np. Antyfideista? Choć szkoda by było, bo piszesz wiele mądrych rzeczy, choć nie zawsze się zgadzam. Mój "racjonalizm" jest czasem nieco inny.
Tak, mam jeszcze zamiar trochę powalczyć o podniesienie poziomu merytorycznego i kultury dyskusji. Jeżeli mi się to nie uda (a największym jest prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie) to wycofam się. Na szczęście mam jeszcze parę innych ciekawych zajęć.
Pozdrawiam.
|
|
| | | | | | | |  | | less | > Tak, mam jeszcze zamiar trochę powalczyć o podniesienie poziomu merytorycznego i kultury dyskusji. Jeżeli mi się to nie uda (a największym jest prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie) to wycofam się. Na szczęście mam jeszcze parę innych ciekawych zajęć.O.K. Ale może trochę wyluzuj, bo kilka wartościowych osób juz stąd zniknęło, zniechęconych traktowaniem "z buta". Monia nie zasłużyła na taką nagonkę, bo napisała tu wiele sensownych rzeczy, a nie każdy na wszystkim musi się znać, czy być klonem Andrzeja Bogusławskiego. Twoja poprzeczka nie musi być jedyną wykładnią tego forum, różni ludzie mają różne zalety, nie każdy musi byc tak oczytany i światły. Szacunku domagasz się wobec ludzi o odmiennych poglądach, ale brakuje Ci go w stosunku do ludzi o poglądach podobnych, tylko dlatego, że coś słabiej rozumieją, mniej wiedzą, czy przeczytali. To ich naucz, wytłumacz, a nie kop. Bo znikną i zostanie ze trzech bufonów i narcyzów. Czy przyszlo Ci do głowy, że niektórzy zaczynają tutaj swoją wędrówkę? Mlodzi ludzie, którzy chcą czegoś się dowiedzieć, poznać, zrozumieć. Ale jak zobaczą, jak tu się niektórych traktuje, to odejdą i nie wrócą. Może masz dobre intencje, ale możesz też odwalić krecią robotę. A może jesteś jakimś "Opusdeiowym" agentem?  Pozdrawiam.
|
|
| | | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@ > >Tak, mam jeszcze zamiar trochę powalczyć o podniesienie poziomu merytorycznego i kultury dyskusji.Dlaczego mam taki zamiar, bo spotkałem tu mądrych, wysoce wykształconych polemistów oraz sporo /zaczynającej tutaj swoją wędrówkę/ inteligentnej młodzieży, która zgodnie z ich wiekiem, na razie jeszcze /coś słabiej rozumie, trochę mniej wie, czy czegoś jeszcze nie doczytała/. Najwięszą satysfakcję daje mi właśnie rozmowa z /modymi ludźmi, którzy chcą się czegoś więcej dowiedzieć, poznać, zrozumieć/. Rozmowa z nimi daje mi pogromną satysfakcję i także mogę, sporo się jeszcze od nich nauczyć. Przeszkadza w tym, sądzę że, nie tylko mnie, mała, choć bardzo agresywna, grupka niewiele wiedzących acz bardzo pewnych siebie /bufonów i narcyzów/. Próbują innym narzucić swój prymitywny ton, tak myślenia, jak i kutury. Gdy spotykam po raz pierwszy jakiś nowy pseudonim przy nienajmądrzejszym poście, to czasem jeszcze mam złudzenia (każdy ma słabszy dzień lub gorzej mu coś wychodzi), ale po kilku postach już widzę, że ich głupota (nie niewiedza, bo my wszyscy, więcej niewiemy niźli wiemy, ale dokładnie głupota, połączona z dużą pewnością siebie) jest nieuleczalną. Nie walczę z ludźmi, zupełnie mnie to nie pociąga, ale walczę właśnie: o ton, o kulturę, no i o poziom merytoryczny naszych rozmów. Trudne jest to, dla niektórych do zrozumienia, ale na znacznie wyższym poziomie intelektualnym można niewiedzieć i pytać, niż autoratywnie coś twierdzić. > A może jesteś jakimś "Opusdeiowym" agentem?  Zdecydowanie jestem, gdyż zawsze niżej intelektualnie oceniałem "osobistych wrogów Pana Boga" od kobieciny w "moherowym berecie". Proponuję poczytać moje posty. Wiem że, miejscami będzie to może trudne, ale można je zrozumieć i zapoznać się w nich z moim światopoglądem.
Jak wszyscy młodzi ludzie zaczynałem w całym zakresie swojej wiedzy od "niewiedzenia" i trochę później niezgody na zastany świat, ale zawsze starałem się go zrozumieć. A najbardziej starałem się zrozumieć innych ludzi dlatego zostałem racjonalistą. Pozdrawiam.
|
|
| | | | | | | | | |  | | less | >Nie walczę z ludźmi, zupełnie mnie to nie pociąga, ale walczę właśnie: o ton, o kulturę Ale wychodzi, jak wychodzi. Co, jak widzę, wielu zauważyło. Może najwyższa pora ich posłuchać, a nie wsłuchiwać się tylko w siebie i bezgranicznie ufać swemu punktowi widzenia. To ładna cecha. Pozdrawiam również.
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | +
/Rozmowa @ z @ widziana przez @/
>Ale wychodzi, jak wychodzi. Co, jak widzę, wielu zauważyło. Może najwyższa pora ich posłuchać, a nie wsłuchiwać się tylko w siebie i bezgranicznie ufać swemu punktowi widzenia. To ładna cecha.
Ulegając humanistycznej argumentacji Pana Marka, podjąłem tu rozmowę z Panem Lessem, próbując w niej pewne rzeczy wyjaśnić, a pewne uporządkować. No i co? Zupełnie nic! Dokładnie, nie brał pod uwagę niczego z tego co napisałem, w żaden sposób nie odnosił się też do przedstawianych mu wywodów. Starałem się wykazać maksymalną cierpliwość wierząc, że pomyśli choć trochę, a może jakoś to napisałem rozważy, czy też weźmie to pod uwagę, ale On odpisywał cały czas podobnie, tyle że stopniował i zmieniał epitety. Wszelkie racjonalne dowodzenie spływało po nim jak woda po kaczkach. Dla mnie, właśnie jest ewidentnym przykładem jednego z wyżej opisanych przypadków nieuleczalnych, które dla dobra własnego i dobra ogółu należy omijać z daleka. Rozmowa z Nim jest całkowicie bezproduktywna. Chyba, że ktoś lubi takie irracjonalne bicie piany.
Wielce Szanowny Panie Less, powiedzieliśmy sobie już wszystko, mamy o sobie właściwe zdanie i wiem, że niezależnie od użytych przez Pana, teraz oraz w przyszłości, epitetów pod moim adresem, nie mamy sobie już nic do powiedzenia. Mam zamiar zupełnie Pana nie zauważać i proszę w tym o pełną wzajemność. Na szczęście to forum nie należy tylko do Pana i pańskich intelektualnych przyjaciół, ale także do mnie i moich przyjaciół.
***
|
|
| | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >A co to jest "mądry ksiądz"? Bo nie łapię. Wykształcony, inteligentny, to rozumiem. Ale mądry? Oksymoron jakiś? Coś jak "zimne Słońce" albo "gumowe żelazo"? Skoro o oksymoronach mowa i ludowej mądrości: Człowieka mądrym nie czyni ilość doświadczeń, tylko wnioski jakie z nich wyciąga. Tak, znam bardzo wielu mądrych księży i zakonników. Więcej inteligentnych, ale to chyba normalna proporcja w ludzkim świecie. >Jak może być mądry ktoś, kto całe swoje życie, od początku do końca, podporządkował irracjonalnej ideologii, A kto dowiedzie mi, że ratio jest prawdziwsze lub ważniejsze od veritas? Nauka? Bo powie mi ile gatunków motyla występuje na mojej łące? Religia? Bo święty Franciszek uczył jak owe motyle kochać? >bzdurnym dogmatom Dogmat nie jest ani bzdurny, ani mądry. Jest tylko niepodważalny dla tych którzy go uznają. >i pseudowartościom Wartości chrześcijańskie są podstawą naszej kultury i dlatego mądry człowiek, który chce rozumieć własne środowisko, powinien przynajmniej zapoznać się z tymi źródłami. Jak jesteś świadkiem upadku człowieka na ulicy, co robisz? Pomagasz mu wstać? Konfucjonista, albo człowiek wychowany w kulturze tworzonej przez konfucjonizm tego nie zrobi. >i do tego bałamuci tym innych ludzi? A może, to ty się mylisz i bałamucisz? >No chyba że tak Ci się tylko kliknęło... Mnie się nie kwiknęło. Ja mam alergię na uogólanianie świata i sprowadzanie jego wartości do własnych poglądów. Pozdrawiam
|
|
| | | | | |  | | Andrzej Bogusławski (52265 punktów) | @@@
Beatusie Wspaniały, może tu tak trzeba, ale zawsze starałem się nie pozwolić na spolaryzowanie swojego stanowiska, gdyż wtedy najłatwiej zapędzić nas w przysłowiowy "kozi róg". >A kto dowiedzie mi, że ratio jest prawdziwsze lub ważniejsze od veritas? Tak, zdecydowanie zależy to od postawy światopoglądowej, ale tomizm uważa się i jest uważany racjonalizm, gdyż uznaje rozum obok wiary, jako konieczny instrument poznawczy. Na to Pan Bóg dał człowiekowi rozum, aby wierzył". Inni zaś uważają, że będąc racjonalistami nie mogą wierzyć. Ale nie bardzo rozumiem postawionego wyżej pytania. Kto dowiedzie, że rozum jest prawdziwszy od prawdy? A kto by chciał dowodzić takiego stwierdzenia?
>Nauka? Bo powie mi ile gatunków motyla występuje na mojej łące? Nauka, jest zjawiskiem bardzo złożonym i odpowiada nam na wiele ważniejszych pytań, choć motyli też bym sobie nie lekceważył.
>Religia? Bo święty Franciszek uczył jak owe motyle kochać? Postawa św. Franciszka jest piękna, ale kochać zwierzęta najbardziej nauczyli mnie współcześni uczeni. W znakomitej większości racjonaliści.
>>bzdurnym dogmatom >Dogmat nie jest ani bzdurny, ani mądry. Jest tylko niepodważalny dla tych którzy go uznają. Znowu, to zależy od postawy. Dla mnie, każdy dogmat "niepodważalny dla tych, którzy go uznają" jest bzdurą. Najbardziej śmieszą mnie dogmaty racjonalistyczne i ateistyczne, a znam takowe. Wystarczy poczytać nasze posty. Ale nie zapominajmy, że dla niektórych ludzi dogmat jest świętością, a dla racjonalisty człowiek jest przedmiotem szacunku.
>Wartości chrześcijańskie są podstawą naszej kultury i dlatego mądry człowiek, który chce rozumieć własne środowisko, powinien przynajmniej zapoznać się z tymi źródłami. Kultura chrześcijańska jest ważnym elementem europejskiej cywilizacji, ale wcale nie jedynym, humaniści powinni być świadomi tej całej złożoności.
>Jak jesteś świadkiem upadku człowieka na ulicy, co robisz? Pomagasz mu wstać? Konfucjonista, albo człowiek wychowany w kulturze tworzonej przez konfucjonizm tego nie zrobi? Wiemy dobrze, że trudno ludzi oceniać ze względu na przynależność do jakiejś kultury. Natomiast, zaraz widać, czy ten człowiek jakąś kuturę się posiada.
>Mam alergię na uogólnianie świata i sprowadzanie jego wartości do własnych poglądów. Zdecydowanie ja też. Podpisuję się pod ostatnim zdaniem, a nawet uważam go ważną cechę racjonalistów.
Pozdrawiam
|
|
| | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | >Beatusie Wspaniały, może tu tak trzeba, ale zawsze starałem się nie pozwolić na spolaryzowanie swojego stanowiska, gdyż wtedy najłatwiej zapędzić nas w przysłowiowy "kozi róg". Bez względu na to czy na forum, czy w innych okolicznościach, o ile prowadzimy wiele rozmów z różnymi ludźmi na tematy światopoglądowe, dochodzimy do wniosku, że nie warto popadać w skrajności. Ja w tym widzę dobry znak. Mniejsze szanse na jakiś -izm, który stanie się przyczyną zagłady populacji lub choćby choroby nerwowej sąsiada. >>A kto dowiedzie mi, że ratio jest prawdziwsze lub ważniejsze od veritas? >Ale nie bardzo rozumiem postawionego wyżej pytania. Kto dowiedzie, że rozum jest prawdziwszy od prawdy? A kto by chciał dowodzić takiego stwierdzenia? Tak mnie zakręciłeś z tym swoim fideizmem, no i masz babo jedyną prawdę. Fides a nie veritas. Przepraszam. >>Nauka? Bo powie mi ile gatunków motyla występuje na mojej łące? >Nauka, jest zjawiskiem bardzo złożonym i odpowiada nam na wiele ważniejszych pytań, choć motyli też bym sobie nie lekceważył. Zestawione ze sobą skrajne przykłady dają lepszy efekt wyrażenia intencji. Co miałam napisać? Nauka? Bo medycyna uratuje mi życie? Religia? Bo lubię muzykę organową? >Postawa św. Franciszka jest piękna, ale kochać zwierzęta najbardziej nauczyli mnie współcześni uczeni. W znakomitej większości racjonaliści. A mnie obserwacja przyrody, ale jeśli postawa Franciszka wpływa na ludzi, to jestem za. >Znowu, to zależy od postawy. Dla mnie, każdy dogmat "niepodważalny dla tych, którzy go uznają" jest bzdurą. Najbardziej śmieszą mnie dogmaty racjonalistyczne i ateistyczne, a znam takowe. Wystarczy poczytać nasze posty. Ale nie zapominajmy, że dla niektórych ludzi dogmat jest świętością, a dla racjonalisty człowiek jest przedmiotem szacunku. Owszem. Jest jednak różnica w głoszeniu prawdy własnej i głoszeniu prawdy obowiązującej ludzkość, czy jak niektórzy lubią tutaj robić - obowiązującej ludzi mądrych. W domyśle jeśli się nie zgadzasz jesteś pacanem. >Kultura chrześcijańska jest ważnym elementem europejskiej cywilizacji, ale wcale nie jedynym, humaniści powinni być świadomi tej całej złożoności. Ja nie twierdzę, że jedynym. Twierdzę za to, że bez jej znajomości nie można w pełni zrozumieć fenomenu Europy. Pozdrawiam
|
|
| | | | | |  | | less | >Człowieka mądrym nie czyni ilość doświadczeń, tylko wnioski jakie z nich wyciąga. To się zgadza w sensie ogólnym. Problem jednak w tym, jaką miarę przyłożymy do oceny tych wyciąganych wniosków. Dla mnie bycie księdzem, czy zakonnikiem wyklucza mądrość, nie wyklucza inteligencji, wiedzy, oczytania, często większych niż moja. Mądrość dla mnie leży jednak w tak podstawowych kwestiach jak stosunek do życia, świata, człowieka, sposób tychże rozumienia, przeżywania, doświadczania. Mój, w dużej mierze, nietzscheański stosunek do chrześcijaństwa, wyklucza mądrość chrześcijaństwa, a co za tym idzie, mądrość jej oddanych bez reszty wielbicieli i propagatorów (podporządkowywujących mu swe życie do tego stopnia co zakonnicy i księża). >Tak, znam bardzo wielu mądrych księży i zakonników. Więcej inteligentnych, ale to chyba normalna proporcja w ludzkim świecie. Jak wyżej. Znam inteligentnych. Czasami bardzo. >A kto dowiedzie mi, że ratio jest prawdziwsze lub ważniejsze od veritas? >Nauka? Bo powie mi ile gatunków motyla występuje na mojej łące? >Religia? Bo święty Franciszek uczył jak owe motyle kochać? Nie wiem kto Ci dowiedzie. Ja nie mam ochoty się z tym zmagać. W każdym razie nie chciałbym, żeby infantylny i absurdalny Franciszek uczył mnie "miłości". To już wolę przeczytać, nie wiem, choćby "Miłość i odpowiedzialność" Wojtyły, pomimo tego, że uważam, że chrześcijaństwo miłości nie uczy, tylko o niej na okrągło i bezproduktywnie nawija. Ale Wojtyła napisał w swej książce kilka sensownych zdań, choć inni napisali to przed nim i nie byli kapłanami. Są ciekawsze pozycje do nauki miłości od Biblii, wytworów teologów, czy wizerunków cokolwiek dziwacznych świętoszków. Pozycje zdecydowanie bardziej racjonalne i jak sądzę bardziej skuteczne. >>bzdurnym dogmatom >Dogmat nie jest ani bzdurny, ani mądry. Jest tylko niepodważalny dla tych którzy go uznają. Hmmm.... >Wartości chrześcijańskie są podstawą naszej kultury i dlatego mądry człowiek, który chce rozumieć własne środowisko, powinien przynajmniej zapoznać się z tymi źródłami. Zgadzam się, że wiedza popłaca. To, że chrześcijaństwo jest jedną z podstaw naszej kultury, nie oznacza, że moja ocena musi być tutaj pozytywna. Jest negatywna. >Jak jesteś świadkiem upadku człowieka na ulicy, co robisz? Pomagasz mu wstać? Konfucjonista, albo człowiek wychowany w kulturze tworzonej przez konfucjonizm tego nie zrobi. Zależy kto pada, gdzie i dlaczego. Jeżeli padnie ktoś, bo mu serce nawaliło, to raczej go nie ruszę, żeby nie zaszkodzić, bo się nie znam i nie umiem udzielać pomocy w takiej sytuacji. Jeżeli padnie jakiś obrzygany pijak, to go oleję, chyba że wpadnie na ulicę. Jak ktoś się potknie i będzie miał problem ze wstaniem, to mu pomogę. Czy już jestem chrześcijaninem na szóstkę? >>i do tego bałamuci tym innych ludzi? >A może, to ty się mylisz i bałamucisz? A może Ty? >>No chyba że tak Ci się tylko kliknęło... >Mnie się nie kwiknęło. Ja mam alergię na uogólanianie świata i sprowadzanie jego wartości do własnych poglądów. Przykro mi, ale właśnie to robisz. Wszyscy to tutaj robimy, ale niekoniecznie wszyscy to zauważają. >Pozdrawiam >Ja również.
|
|
| | | | | | |  | | Beatus (2528 punktów) | Drogi Less, przyznam miałam zamiar cię tu podstępnie pognębić, poszafować nadmiarem wiedzy (no bo ja też nie należę do młodzieży) itp. Przeczytałam jednak twoją rozmowę z Andrzejem i widzę, że tak naprawdę deklarujesz w kilku miejscach rozsądną postawę. Andrzej też mi zresztą zasugerował, że może za ostro. Dlatego zmieniłam zamiar i nie będę cię atakować, ale postaram się wytłumaczyć co wzburzyło mnie w twojej wiadomości i dlaczego. Moim zdaniem problem nie polega na tym, że jesteś niewierzący a idee chrześcijaństwa postrzegasz negatywnie. To są twoje poglądy i masz do nich prawo. Problem w tym, że swoich przeciwników, tutaj chrześcijan, traktujesz pejoratywne z całym bagażem negatywnych emocji. Obrażasz człowieka w osobie księdza. Warto o tym pamiętać, że ksiądz, czy ktokolwiek inny przede wszystkim jest człowiekiem i tak go trzeba traktować. Abyś mnie lepiej zrozumiał sparafrazuję twoją wcześniejszą wypowiedz:
A co to jest "mądry uczony"? Bo nie łapię. Wykształcony, inteligentny, to rozumiem. Ale mądry? Oksymoron jakiś? Coś jak "zimne Słońce" albo "gumowe żelazo"? Jak może być mądry ktoś, kto całe swoje życie, od początku do końca, gapi się w mikroskop, nie ma życia prywatnego a nawet towarzyskiego, tylko ten nieszczęsny mikroskop, w tym bzdurnym zajęciu upatruje sensu życia i uprawia pseudowartościowe przeliczanie gatunków motyli i do tego bałamuci tym innych ludzi?
W tym momencie nasuwa się ci na myśl wiele ripost z zakresu: nie każdy naukowiec poświęca życie tylko swoim badaniom, badania te jeśli nie dziś to może jutro staną się krokiem milowym na drodze rozwiązania ważnych problemów, a w ogóle co komu do organizacji życia przez drugiego człowieka. Otóż i to. Dokładnie te same zarzuty można postawić twojej wypowiedzi. Moim zdaniem powinieneś napisać to tak:
Stać się człowiekiem mądrym nie jest prosto. Wymaga to, jak sądzę, przede wszystkim dużego doświadczenia życiowego. Ksiądz z powodu specyficznej profesji bierze w tym życiu tylko ograniczony udział. Zastanawia mnie, czy to ograniczenie nie jest przypadkiem powodem, dla którego księdzu znacznie trudniej niż innemu człowiekowi zdobyć ową mądrość. Należy też zwrócić uwagę na to, że jego życie (księdza) jest w dużym stopniu zamknięte na poznawanie idei odmiennych niż ta, którą prezentuje jego kościół. Kontakty z ludźmi też są ograniczone, szczególnie jeśli idzie o zakonników. W obliczu tych wątpliwości, zastanawiam się, czy nie jest czymś negatywnym, namawianie innych do prowadzenia życia duchownego.
W tej formie 1. nikogo nie obrażasz, nawet księży, 2. podajesz pod refleksję problem, a nie głosisz jedyną prawdę, 3. jesteś komunikatywny dla chętnych do refleksji, 4. mówisz w dużej mierze to samo, ale masz inną postawę, postawę zachęcającą do dialogu, 5. jesteś w stanie przekonać oponentów a nie tylko ich obrazić.
>Dla mnie bycie księdzem, czy zakonnikiem wyklucza mądrość, Świetnie, piszesz dla mnie. a nie że tak jest koniecznie i dla wszystkich. Napisz jeszcze dlaczego. >Mój, w dużej mierze, nietzscheański stosunek do chrześcijaństwa, wyklucza mądrość chrześcijaństwa, a co za tym idzie, mądrość jej oddanych bez reszty wielbicieli i propagatorów (podporządkowywujących mu swe życie do tego stopnia co zakonnicy i księża). No właśnie. Masz zastrzeżenia do chrześcijaństwa. Ja też mam ich wiele, pisałam o tym wcześniej do Sceptyżaby. Podoba ci się zaś myśl Nietzschego. Chciałabym ci zwrócić uwagę na to, że sama myśl rzadko bywa doskonała czy też zła. Dopiero jej praktyczne zastosowanie rodzi wypaczenia. Koncepcja nadczłowieka i woli mocy może być rozumiana jako pochwała człowieka, ludzkich możliwości, zachęta do przekraczania siebie. Była też niestety wykorzystana przez faszystów. Chrześcijaństwo, stało się kanwą dla uwypuklenia wartości takich jak miłosierdzie i współczucie. Nigdy nie dowiemy się ilu niezwykłych i wartościowych ludzi przeżyło i rozwinęło się dzięki temu, że ktoś okazał wobec nich właśnie chrześcijańską postawę. Było też chrześcijaństwo wykorzystywane do innych celów - błogosławienie czołgów niemieckich to tylko niewielkie wypaczenie. Ludzkość stworzyła bardzo wiele idei. Jak dotychczas nie ma takiej, która nie miałaby wad. Większość ma również zalety. >Zgadzam się, że wiedza popłaca. To, że chrześcijaństwo jest jedną z podstaw naszej kultury, nie oznacza, że moja ocena musi być tutaj pozytywna. Jest negatywna. Od A do Z? Nie znajdujesz zupełnie nic pozytywnego? >Zależy kto pada, gdzie i dlaczego. Jeżeli padnie ktoś, bo mu serce nawaliło, to raczej go nie ruszę, żeby nie zaszkodzić, bo się nie znam i nie umiem udzielać pomocy w takiej sytuacji. Jeżeli padnie jakiś obrzygany pijak, to go oleję, chyba że wpadnie na ulicę. Jak ktoś się potknie i będzie miał problem ze wstaniem, to mu pomogę. Czy już jestem chrześcijaninem na szóstkę? Nie. Oznacza to, że zostałeś wychowany w kulturze chrześcijańskiej. Chrześcijaństwo opiera się na oczekiwaniu kary, myśl dalekowschodnia na poczuciu winy. Wynika z tego bardzo wiele, często niezrozumiałych dla nas, różnic. Na dalekim wschodzie, człowiek którzy upadł, ponieważ się potknął nie zostanie podniesiony. Nas to oburza. Wołamy nawet, nie chodzi o wyznanie, ale o zwykłe dobre wychowanie. Otóż nie. Chodzi o chrześcijańskie korzenie kultury. Dla nas jeśli ktoś się potknął miał pecha, dla nich zasłużył na to w tym lub poprzednim życiu. Jeśli pomoże się mu wstać, oddali się koniec jego wcieleń. >>>i do tego bałamuci tym innych ludzi? >>A może, to ty się mylisz i bałamucisz? >A może Ty? Daj spokój. Wacek się zaczął. Nie, bo Zosia. Nie prawda, to Wacek. Ona kłamie, Zosia zaczęła. Tak mi się kojarzy odpowiadanie w tym stylu. >Przykro mi, ale właśnie to robisz. Wszyscy to tutaj robimy, ale niekoniecznie wszyscy to zauważają. A to już znacznie ciekawsza myśl.
|
|
| | | | | | | |  | | less | No to wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy. Przede wszystkim, generalnie wszedłem w temat nie dlatego, by dyskutować o księżach, ale, by sprowokować Andrzeja Bogusławskiego. Wnioski pominę milczeniem, temat zamknięty. Teraz, co do mojej pierwszej wypowiedzi. Prawdę mówiąc, nie widzę w niej niczego obraźliwego. Nie lubię nadużywania określenia "mądry", co akurat tutaj nie miało większego znaczenia, bo generalnie z Andrzejem się zgadzałem co do treści, ale absolutnie nie, co do formy. Znalazłem jednak tę jedną zbitkę. "Mądry ksiądz". Nie lubię nadużywania tego określenia (mądrość) z prostego powodu: Kto i na jakich zasadach ma to ostatecznie oceniać? Owszem, można przyjąć jakieś podstawy ku drodze do mądrości, fundamenty, coś wyjściowego, ale kto zdecyduje, kiedy dana mądrość jest już mądrością, czy jest madrością cząstkową, połowiczną, większościową, ostateczną i niepodważalną? Niestety... Poza tym, nasz rozwój cywilizacyjny i intelektualny, jest wciąż na nędznym poziomie, chociaż coraz szybciej postępuje. Niemniej wiemy bardzo mało. Nie jesteśmy mądrzy, jesteśmy, co najwyżej, mniej lub bardziej ograniczeni. Uczeni też, to tak a propos. Natomiast. Zbitka "mądry ksiądz", jest w moim przekonaniu wyjątkowo nieodpowiednia, zwłasza na racjonalistycznym forum. Dlaczego? Otóż... Europa jest generalnie świecką demokracją liberalną, w której religie mają swoje miejsce, funkcjonują swobodnie, nie ma problemu. Polska jest krajem specyficznym. Kościół ma tutaj zapędy autorytarne, masę przywilejów, instrumenty pozwalające na szeroką i masową indoktrynację itd., wszyscy wiemy. W ramach UE jest to sytuacja nieracjonalna. Kreowanie ludzi kościoła na mądrych jest błędem dlatego, że są to ludzie, którzy w sposób absolutny podporządkowali swe życie ideologii zupełnie nieracjonalnej. Skrajnie negatywnie postrzegającej TO życie, czyli w roli podrzędnej wobec zmyślonych zaświatów. Ideologii zbudowanej na resentymencie, pojęciu grzechu pierworodnego, nieczystym sumieniu, fałszywie bezinteresownym altruizmie i bezsensownie konstruowanej (bo przykazanej) miłości. "Miłości" raczej. Mądrość? Jeżeli te argumenty, to za mało.... ksiądz jest z zasady osobą, która powinna twierdzić, że to życie jest za karę, że to tylko dość nędzna kwalifikacja do życia zasadnicznego, baaa... prawdziwego. Że istnieje wszędobylski i wszechobecny stwórca, nieustannie podglądający wszystkich i sumujący plusy i minusy po to, by ogłosić kiedyś wyrok zbawienia, bądź wiecznego potępienia. Wiecznego. Bez końca. Nieskończona miłość. Ci ludzie w znakomitej większości twierdzą i nachalnie głoszą, że taka jest prawda. Twierdzą też, że istnieją anioły, duch święty, łaska boża, piekło, niebo, czyściec, zmartwychwstanie duszy, krolestwo niebieskie, grzech pierworodny, niepokalane poczęcie. Rozumiem, że jest to przejaw mądrości na racjonalistycznym forum? Dalej. Owi księża, to agitatorzy jedynej słusznej ideologii, którą wpajają w ludzi od dziecka za pomoca bezwzględnej indoktrynacji, żeby nie powiedzieć, prania mózgu. Wpajają w człowieka poniżenie życia doczesnego kosztem zaświatowego abstraktu, szalenie destrukcyjne pojęcie absurdalnej winy, często strach. Podważanie czegokolwiek, grozi zemstą i surową karą. Generalnie - negacja, poniżenie tego życia i świata zamiast tegoż afirmacji. Wszystko dla zaświatów. Kapłani twierdzę też, że zgwałcona kobieta winna rodzić dziecko nawet kiedy tego nie chce, ma rodzić zdeformowany płód, który jest bez szansy na przeżycie, ma umrzeć a nie dokonać aborcji, kiedy ciąża jej zagraża. Mądrość na racjonalistycznym forum? Być może dla niektórych... Przykładów może być znacznie więcej, ale szkoda miejsca i pora późna. Użyłem tutaj drobnej części nietzscheańskich wycieczek w stronę chrześcijaństwa i zaznaczam, że pisałem tylko o tej krytyce, na temat nadczłowieka, woli mocy czy wiecznych powrotów nawet sie nie zająknąłem, więc Twoje kwestie na ten temat pominę. Podsumowując. Moim zdaniem zbitka "mądry ksiądz" jest bezsensowna i razi zwłaszcza tutaj. Inteligentny, jak najbardziej. A przecież nie jestem w stanie napisać wszystkich argumentów przeciwko religii, które sensownie sformułowano. W świetle powyższych i niewyartykułowanych, bez znaczenia jest ewentualna ilosć pozytywów, które znajduję w chrześcijaństwie, ścislej, żeby się nikt nie przyczepił, katolicyzmie. Calość odrzucam, nie skierowując projektu do komisji, nie oczekuję poprawek. Szukam innych rozwiazań. Od Oświecenia do ponowoczesności, mając na uwadze, co było wcześniej, ale nie szukając w tym szczególnych inspiracji. Tak więc uważałbym z określeniem "mądrość" i to w stosunku do kogokolwiek. I tyle. Inteligencja jest lepsza. I czy jest się o co obrażać? To tylko poglądy. Surowe, ale w końcu mamy liberalna demokrację. W Europie. Pozdrawiam.
|
|
| | | | | | | |  | | less | >No właśnie. Masz zastrzeżenia do chrześcijaństwa. Ja też mam ich wiele, pisałam o tym wcześniej do Sceptyżaby. Podoba ci się zaś myśl Nietzschego. Chciałabym ci zwrócić uwagę na to, że sama myśl rzadko bywa doskonała czy też zła. Dopiero jej praktyczne zastosowanie rodzi wypaczenia. Koncepcja nadczłowieka i woli mocy może być rozumiana jako pochwała człowieka, ludzkich możliwości, zachęta do przekraczania siebie. Była też niestety wykorzystana przez faszystów. Chrześcijaństwo, stało się kanwą dla uwypuklenia wartości takich jak miłosierdzie i współczucie. Nigdy nie dowiemy się ilu niezwykłych i wartościowych ludzi przeżyło i rozwinęło się dzięki temu, że ktoś okazał wobec nich właśnie chrześcijańską postawę. Było też chrześcijaństwo wykorzystywane do innych celów - błogosławienie czołgów niemieckich to tylko niewielkie wypaczenie. >Ludzkość stworzyła bardzo wiele idei. Jak dotychczas nie ma takiej, która nie miałaby wad. Większość ma również zalety. Odniosę się jeszcze do tego fragmentu. Koncepcja woli mocy i nadczłowieka, nie była wykorzystana przez faszytów. Wykorzystane były jedynie owe terminy i to w formie małoistotnej, w formie prestiżowych gadżetów, świecidełek. Faszyzm miał inne podstawy, inne przyczyny, inne aksjomaty, wszystko inne, a Nietzsche gdyby żył tak długo jak siostra, to skończyłby w komorze gazowej za skrajną krytykę niemieckiego nacjonalizmu i antysemityzmu. I pewnie jeszcze za kilka rzeczy. Może za wszystko, oprócz suchych terminów nadczłowieka i woli mocy. Poza tym, swoją konstrukcję filozoficzną Nietzsche jedynie zarysował, miał z tym mnóstwo problemów i niestety zabrakło mu czasu, żeby to jakoś poukładać, zracjonalizować. Ale robią to poźniej za niego inni. Jak zadziałałaby w pełni, prawdziwa i skończona filozofia nietzscheańska, tego powiedzieć nie możemy, zostają dywagacje. Ja mam zdanie takie, że Nietzsche, tak jak większość ludzi wczesnego modernizmu - czasu radykalnej, korzennej transformacji społeczeństw i tworzenia nowych koncepcji - nie docenił stabilizującej i dającej ochronę, roli demokracji i liberalizmu jako podstawy. Choć sam przebąkiwał, że coś może pójść nie tak i czuł, że tworzenie, nowych koncepcji, nowych wielkich narracji może wiązać się z niebezpieczeństwem. I tak się podziało. Wielkie, silne narody, które miały skrajne problemy z przestawieniem się na drogę szybkiego postępu, transformacji, nie umiały stać się narodem nowoczesnym doprowadziły w końcu do barbarzyństwa. Niemcy i Rosja, nie okazały się tak zdolne, elastyczne i podatne na zmiany, jak chociażby Wielka Brytania. Habermas stwierdził, że nazizm jest konsekwencją niemieckiej niezdolności do zachowania równowagi między pierwiastkami uniwersalistycznymi i partykularnymi w tworzeniu narodowej tożsamości. Ów partykularzym jest immanentną cechą niemieckiego nacjonalizmu (którego tak nienawidził Nietzsche), streszczającego się w idei kulturalnej i etnicznej wyjątkowości. Te cechy nie pozwalały stworzyć Niemcom nowoczesnego państwa, czyniły Niemcy państwem i narodem "zdefektowanym", co w końcu doprowadziło do makabry. Zresztą podobny mechanizm mamy dzisiaj z wojującym islamem. Najczęściej autorytarna władza w tych państwach ma problem kultorowy, ekonomiczny, społeczny. Przepaść w tym względzie pomiędzy większością państw islamskich, a cywilizacją zachodu jest coraz większa, co jest niebezpieczne dla tamtej władzy i samej kultury islamu. Te państwa nie poszły drogą oświecenia, modernizmu, bo to w sumie zrozumiałe, ale w dobie tak skrajnej globalizacji jak dziś, zrodził się problem. Kraje kultury islamskiej są właśnie "zdefektowane", fatalnie zapóźnione, poddane autorytaryzmowi i niezdolne do zmiany. A nowoczesne "zewnętrze" jest coraz bliżej i coraz groźniejsze dla zastygłego, zapóznionego systemu. I mamy wszyscy problem. Natomiast z chrześcijaństwem problem jest inny, niż z jakimiś fragmentami niedorobionej koncepcji niemieckiego filozofa. Chrześcijaństwo rozwijało się swobodnie i w pełni. Całą swą koncepcją oddziaływało na świat i człowieka. Nie przyniosło przez kilkanaście wieków spodziewanych efektów. Nawet, jeżeli ratowalo czasami jakieś życie, to zdecydowanie częściej przyczyniało się do jego odbierania, co chyba pierwszy jasno i precyzyjnie dostrzegł Hobbes. Chrześcijaństwo zawsze utrzymywało świat i człowieka w grozie codziennego życia, niepewności dnia następnego, strachu, bólu i morzu krwi. Wszystko przez kompletnie utopijną ideę, abstrakcyjne, nierzeczywiste cele, takież wartości, opis świata, życia czlowieka. I to w końcu ludzkość postanowiła zmienić. Radykalnie. I niech już tak zostanie. Demokracja liberalna daje nam za podstawę bezpieczeństwo i zadowalający poziom życia, czego chrześcijaństwo nigdy nie byłoby w stanie zapewnić w roli kreatora rzeczywistości. Na szczęście, dziś nie jest w tej roli, przynajmniej w tej normalnej Europie, nie kreuje świata jedynie musi się dostosowywać do niego, żeby jeszcze w ogole zipieć. Ale my tu w Polsce mamy problem wynikający z kulturowego zapóźnienia , z którym kiedyś będziemy musieli się jakoś zmierzyć. Na szczęście mamy inne czasy, niz te, w których musiały działać Niemcy, czy Rosja i zupełnie inny kontekst w którym umiejscowione są kraje islamu. Pozdrawiam.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|