Mieszczański syndrom Bambiego. Szymonowi Hołowni do sztambucha
Autor tekstu:

Sądziłem, że po tym, jak Minister Środowiska oraz Polski Związek Łowiecki zdementowali jako fake newsa powielaną masowo przez media informację o tym, jakoby w styczniu i lutym nakazano odstrzał 210 tys. dzików, tudzież po głosie samej Komisji Europejskiej chwalącej polskie plany odstrzału dzika, że dzika histeria opadnie, a „obrońcy dzika" przyznają, że dali się ponieść. Nic z tych rzeczy. Uważają oni, że ministerstwo kłamie co do swoich planów, wściekają się także na Komisję Europejską. Ruch ten przyjmuje wszelkie cechy nowego ruchu religijnego i w takich kategoriach powinien być traktowany.

Wbrew temu, co się wielu wydaje, dzika awantura nie jest sztucznie wytworzonym tematem zastępczym. Jest ona ekspansywnym nowym ruchem religijnym, który coraz mocniej wstrząsa życiem społecznym, usiłując paraliżować wiele sfer gospodarczej aktywności człowieka.

Tekst składa się z trzech części: 1) analiza „listu otwartego" akademików w świetle aktualnej wiedzy naukowej zawartej w materiałach głównych ośrodków zajmujących się walką z ASF; 2) analiza argumentów ekologów; 3) ruch obrony dzika w świetle tzw. syndromu Bambi.

1. „List otwarty naukowców w obronie dzika"

Sztandarowym argumentem dzikiej histerii ma być głos kilkuset naukowców. W rzeczy samej na stronie naukadlaprzyrody.pl jest list otwarty naukowców w sprawie dzików. W drugim akapicie owego listu czytamy: „Od 12 stycznia do końca lutego br. myśliwi mają przeprowadzić masowy, skoordynowany odstrzał dzików na zdecydowanej większości terytorium kraju. Odstrzelonych ma zostać nawet 210 tys. tych zwierząt". Jest to fake news, na co wyraźnie wskazało zarówno Ministerstwo Środowiska, jak Polski Związek Łowiecki — nie ma żadnych pism ani ustnych wypowiedzi władz, które by zawierały tego rodzaju informację. Jedyne do czego ów list może być użyty to wyjaśnienie, dlaczego polskie uczelnie są tak nisko w globalnych rankingach: skoro ponad tysiąc (sic!) akademików podpisało się pod ewidentnym fake newsem, to znaczy, że krytycyzm jest na polskich uczelniach towarem nader deficytowym.

Co jednak kluczowe, fake news nie jest główną słabością owego listu. Autorzy opierają swoje tezy o bezcelowości intensyfikacji polowań na wytycznych Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) oraz na puławskich ekspertach. W istocie EFSA wydała w 2014 rekomendacje w których wskazuje, że depopulacja dzika jest nieskuteczna i może nawet zwiększać ryzyko ekspansji ASF. Dane empiryczne z poszczególnych krajów skłoniły EFSA do diametralnej zmiany zdania. Już w 2015 wydano nowe rekomendacje, w których czytamy, że ogromna depopulacja dzika na obszarach występowania wirusa i w strefach buforowych, sięgających nawet 200 km, pozwoli na ograniczenie ekspansji ASF (Zobacz: Bartłomiej Popczyk, Zarządzanie populacją dzika Sus scrofa w Polsce, Zarządzanie populacjami zwierząt, Warszawa 2016.)

Zamiast depopulacji dzika, która ma być „pozorowanym" środkiem walki z ASF, nasi akademicy proponują „najskuteczniejszy według EFSA" sposób walki z ASF: "nadzór bierny", tj. odnajdywanie padłych dzików. Poza tym „prawdziwą przyczyną rozwoju ASF w Polsce" nie są według naszych akademików dziki, lecz „brak bioasekuracji i niewystarczająca kontrola sanitarna w branży trzody chlewnej".

EFSA bardzo gruntownie zajmuje się epidemią ASF i bardzo uważnie śledzi walkę z nią w poszczególnych krajach. Aktualne rekomendacje EFSA zawarte są w publikacji Epidemiological analyses of African swine fever in the European Union zawartej w „EFSA Journal" z 29 listopada 2018. Podane przez naszych akademików czynniki ryzyka oraz sposób walki z ASF są sprzeczne z rekomendacjami EFSA.

Tylko w Rumunii brak bioasekuracji może być główną przyczyną rozwoju ASF (zanotowano tam 1073 przypadków ASF u trzody chlewnej i 155 u dzików). We wszystkich innych krajach głównym wektorem rozwoju ASF są dziki. W Polsce do końca października 2018 zanotowano 210 przypadków ASF u trzody chlewnej i aż 4821 u dzików. Jeśli idzie o czynniki ryzyka ASF u dzików i trzody, EFSA stwierdza: u dzików głównym czynnikiem ryzyka jest gęstośc populacji, u trzody chlewnej: nie ma wystarczających danych naukowych, by stwierdzić, jakie są czynniki ryzyka ASF u trzody chlewnej.

Walka z ASF musi być wieloaspektowa, ale niedorzecznością jest postulowanie zastąpienia odstrzału nadzorem biernym czy bioasekuracją. O ile w 2015 EFSA rekomendowała masowy odstrzał jedynie na obszarach występowania ASF i w strefach buforowych, o tyle w 2018 masowy odstrzał rekomendują także dla innych obszarów. Według EFSA:

1. Należy poszukiwać najefektywniejszych metod polowania dla zmniejszenia populacji dzików.

2. Należy wydatnie zwiększyć plany łowieckie na obszarach odległych od występowania wirusa, natomiast na obszarach sąsiadujących z terenami zainfekowanymi polowania powinny być prowadzone na maksymalnych możliwych poziomach.

3. Odstrzał powinien obejmować dziki w wieku reprodukcyjnym (lochy i knury), a także młode warchlaki.

4. Ograniczenia łowieckie, takie jak zakaz strzelania do loch, powinny być maksymalnie zliberalizowane, aby zmaksymalizować redukcję populacji dzików.

5. Należy znieść zakazy polowania na obszarach chronionych, takich jak parki narodowe.






Ileż było krzyku, gdy w Polsce w 2017 zezwolono odstrzał dzika w parkach narodowych. Pracownia na rzecz Wszystkich Istot alarmowała: Myśliwi przejmują parki narodowe i rezerwaty. Obnażamy skandal przyrodniczy o randze dewastacji Puszczy Białowieskiej. Zarzucano, że niecny Szyszko poszedł na rękę lobby myśliwych, którzy dybali na atrakcyjne tereny łowieckie. W rzeczywistości Polska jedynie wdrażała zalecenia EFSA dotyczące walki z ASF. Wszystkie środki, jakie podejmowano były realizacją konkretnych zaleceń Unii Europejskiej, opartych na badaniach naukowych.

List otwarty naukowców podaje jakoby odstrzał był nieskuteczny, ponieważ mimo masowego odstrzału w minionych latach, ASF wyraźnie sie rozprzestrzenia. Problem jednak w tym, że intensyfikacja polowań jest za mała i za krótka. Gdzie ten masowy odstrzał, skoro w 2016 mieliśmy tyle samo dzików (229 tys.), co w 2012 roku (232 tys.). W 2014 mieliśmy 258 tys. dzików. Minister Kowalczyk podaje, że wedle obecnych szacunków w marcu 2019 będziemy mieli 250 tys. dzików. Nie ma więc zalecanego przez EFSA wielosezonowego obniżenia populacji dzików. Trudno więc spodziewać się efektów zahamowania ekspansji ASF, skoro nie wdrożono jak dotąd wielosezonowego obniżenia gęstości populacji.

Z ASF nie walczy się na obszarze zakażonym, lecz obok niego potrzeba stworzyć pas buforowy o szerokości 50-200 km, gdzie populacja dzika zostanie maksymalnie zredukowana. Ten projekt jest dopiero wdrażany. Wskutek gwałtownych protestów może natomiast zostać wyhamowany.

Autorzy listu piszą o braku bioasekuracji w Polsce. Tezy te opierają się na raporcie NIK sprzed roku, który faktycznie podnosił ten problem. Tyle że w ciągu ostatniego roku wyciągnięto wnioski z raportu NIK. Główny Lekarz Weterynarii podaje, że tylko w ciągu 10 pierwszych dni 2019 stwierdzono 60 przypadków ASF wśród dzików, natomiast od 4 miesięcy nie stwierdzono ani jednego przypadku ASF u trzody chlewnej — „co świadczy o skuteczności bioasekuracji i wysokim poziomie przestrzegania jej zasad przez rolników", podkreśla komunikat GLW. Brak bioasekuracji to mit medialny.

Dalej nasi akademicy od listu otwartego piszą, że depopulacja dzika może zaburzyć leśny ekosystem, bo dziki „pełnią w lasach rolę sanitarną" i żywią się szkodnikami drzew, „roznosząc nasiona, odgrywają ważną rolę w naturalnym odnowieniu lasu". Bez dzików będziemy mieli plagę kleszczy. Należy zatem zapytać, skoro naraz dzik jest tak kluczowy dla naszych lasów, to jak one sobie radziły przed wojną. W 1929 w naszych lasach żyło 7,6 tys. dzików, w 1972 było ich 39 tys., zaś w roku 1985 — 46 tys. Skoro dzielne dziki chronią nas przed boreliozą, to dlaczego w 2004 mieliśmy w Polsce 4 tys. zachorowań na boreliozę przy populacji dzików wynoszącej 152 tys. Dziesięć lat później populacja dzików urosła do 258 tys., lecz liczba zachorowań na boreliozę zamiast spaść to urosła do 14 tys. Jak to możliwe, że o pladze kleszczy Sanepid alarmuje dopiero w ostatnich latach, gdy mamy potężną populację dzika? Jeśli to dzięki dzikom nasze drzewa są chronione przed szkodnikami, to dlaczego epidemia kornika drukarza ma miejsce właśnie w okresie istnej eksplozji populacji dzików?

W takiej skali jak obecnie, dzik nie jest typowym elementem leśnego ekosystemu, lecz pokłosiem ocieplenia klimatu. Według badań gwałtowny przyrost populacji dzika jest anomalią notowaną od roku 1980: „Ciepłe lata sprawiły, że dęby i buki produkują o wiele więcej nasion, co sprawia, że bogaty energetycznie pokarm jest dostępny w przyrodzie przez całą zimę. Nie ma więc trady­cyjnego przednówka, który regulował liczebność populacji. Równocześnie zmiany w rolnictwie, przede wszystkim rozwój upraw kukurydzy i rzepaku, dołożyły do dziczej diety dodatkowe gigantyczne ilości wysokoenergetycz­nej karmy."

Dzik jest zatem nowinką związaną z globalnym ociepleniem oraz rozwojem rolnictwa. Zdumiewające, że walcząc na co dzień ze skutkami globalnego ocieplenia zielone środowiska naraz przekonują, że jego skutki w zakresie populacji dzika są tak niezbędne dla istnienia naszych lasów.

Tymczasem zahamowanie ekspansji dzika to jedno z istotnych wyzwań niwelowania negatywnych skutków ocieplenia klimatu. Bez nadzwyczajnych środków zaradczych populacja dzika będzie rosnąć wykładniczo, powodując coraz większe szkody gospodarcze i społeczne. Gdyby wprowadzono postulowany przez niektóre środowiska antymyśliwskie zakaz polowań na dziki, po 3 zaledwie latach ich populacja mogłaby urosnąć do 7,6 mln! (Popczyk 2016). Efektem byłaby dewastacja rolnictwa, niemożność wejścia do lasów, lawinowy wzrost wypadków na drogach z udziałem zwierząt, powszechność dzików we wszystkich miastach.

Podsumowując, „list otwarty naukowców" w sprawie dzików jest opinią opartą na fałszywych informacjach oraz nieaktualnych danych EFSA. Szermowanie nim nie ma nic wspólnego z racjonalną argumentacją, jest jedynie próbą forsowania ideologii w oparciu o efekt autorytetu. Choć nie jestem zwolennikiem tego rodzaju argumentacji, możemy wskazać, że głównym polskim specjalistą od ASF jest prof. Grzegorz Woźniakowski, kierownik puławskiego Zakładu Chorób Świń Państwowego Instytutu Weterynaryjnego. Ów zakład jest najważniejszą polską jednostką zajmującą się ASF, dlatego też Woźniakowski jest nr 1, jeśli chodzi o problem ASF w Polsce, m.in. pod jego kierownictwem pracuje się nad szczepionką na ASF. Autorzy „listu otwartego naukowców" uwiarygadniają swój apel powołując się na „Ekspertów z Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach", tyle że próżno szukać podpisów owych ekspertów pod listem.

O tym, co naprawdę uważają polscy eksperci od ASF możemy się dowiedzieć na stronach Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, gdzie profesorowie Woźniakowski i Niemczuk wskazują, że odstrzał ogranicza ekspansję ASF: „na Litwie przypadki ASF u dzików zostały ograniczone, poprzez radykalną redukcję populacji tych zwierząt, do regionu występowania choroby w 2016 roku", w Polsce natomiast: „Rosnąca liczba przypadków w kraju może być spowodowana zbyt wolno redukowaną populacją dzików w stosunku do jej przyrostu oraz nie wystarczającą skutecznością w podejmowaniu zwierząt padłych z powodu ASF. (...) w celu ograniczenia dalszego szerzenia się choroby należy podjąć radykalne środki w zakresie depopulacji oraz efektywnej eliminacji i utylizacji szczątków padłych dzików." Prof. Woźniakowski jest jednym ze współautorów rekomendacji EFSA w sprawie skutecznej walki z ASF. Choć autorzy listu manipulująco usiłują przypisać ekspertom z Puław pogląd jakoby należało zastąpić odstrzał dzików skuteczną bioasekuracją, owi eksperci wyraźnie wskazują, że bioasekuracja chroni jedynie trzodę chlewną. Podstawowym natomiast czynnikiem ograniczającym ekspansję ASF jest „radykalna depopulacja" dzików.

Radykalna depopulacja nie oznacza całkowitej eksterminacji, lecz ustabilizowanie populacji dzików na poziomie sprzed anomalii po 1980, czyli na poziomie kilkudziesięciu tys. sztuk w całym kraju.

Ekofejki

Popularny serwis ekologiczny Nasze lasy zarzucił Racjonaliście rozsiewanie „fake-informacji". Według ekologów nie ma w istocie żadnego stanowiska KE, które chwaliłoby polskie władze, a jedynie wypowiedź anonimowego urzędnika, którą podał RMF, tudzież „mętna i ogólnikowa wypowiedź rzeczniczki KE, w której nie padły słowa poparcia dla depopulacji dzików, a jedynie opinia, że Polska wywiązuje się wytycznych KE o odstrzale. Rzeczniczka nie odniosła się do ujawnionych ostatnio planów MŚ i PZŁ". Anonimowy urzędnik powiedział RMF, że Polska "wzorowo" realizuje nowe zalecenia EFSA. Treścią tych zaleceń jest maksymalny odstrzał dzików. Kolejnego dnia anonimową wypowiedź urzędnika potwierdziła nieanonimowa rzeczniczka Komisji Europejskiej. Wiadomość tę potwierdziły wszystkie ważne serwisy zagraniczne, np. serwis naukowy phys.org podaje, iż Komisja Europejska poparła polskie plany odstrzału dzików, gdyż są one skutecznym sposobem hamowania ASF: EU OKs Poland's wild boar slaughter to fight swine disease. Trudno o bardziej wyraźne poparcie przez Komisję odstrzału dzików.

Komisja Europejska nie musi expressis verbis popierać projektów depopulacji, gdyż takie są zalecenia podstawowych czynników autorytatywnych: EFSA w skali europejskiej oraz ekspertów puławskiego Zakładu Chorób Świń, który dla instytucji państwowych jest jedyną właściwą jednostką w zakresie naukowej opinii na temat ASF.

„Nasze lasy" uparcie forsują tezę, że zarządzony odstrzał dzików prowadzony ma być na skalę znacznie większą niż przewiduje na ten rok plan łowiecki: 185 tys., że ma być prowadzony jakiś nadzwyczajny „odstrzał sanitarny" poza planem, „więc planowane liczby odstrzału z tabelek PZŁ nie mają tu zastosowania", że zmasowany odstrzał ma być także prowadzony poza obszarami objętymi ASF. „Rekomendacja Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego zakłada redukcję populacji dzików do 0,1 osobnika/km2, czyli praktycznie do zera na znacznych obszarach kraju." — grzmią ekolodzy.

Są to informacje wyssane z palca. Odstrzał sanitarny realizowany jest w ramach corocznych planów łowieckich. Ministerstwo faktycznie chciałoby nieco podwyższyć wykonanie planu, ale nie o 200 tys., lecz do 200 tys. Główny Konserwator Przyrody, Małgorzata Golińska, która jest zarazem wiceministrem środowiska mówi:

„Rekomendacje są z 2017 roku i od tamtego czasu nic nowego się nie pojawiło, jestem więc zaskoczona tą wrzawą, tym bardziej, że pozyskanie dzika w tym roku jest niższe niż w latach ubiegłych, rekomendacje są te same, jakie były w roku 2017, w roku 2018, a tu nagle w 2019 wzbudzają emocje. Być może jest to niezrozumienie tematu. Wiele osób nie wierzy, że mówimy o planie łowieckim na lata 2018/2019, w którym zapisano tę minimalną liczbę dzików do pozyskania na poziomie 185 tys. do którego jakoby minister kazał dostrzelać dodatkowe 200 tys. dzików. Niczego takiego minister nie kazał i stąd może ta wrzawa nazywana 'rzezią'. To co się ma dziać naprawdę w styczniu to jest koordynacja wcześniej zaplanowanych polowań w tym celu, by polowania nie dosprowadziły do rozprzestrzeniania się wirusa".

A zatem zmyślona przez akademików i ekologów „rzeź styczniowa" nie ma na celu zwiększenia planowanego odstrzału, lecz ...taką koordynację polowań, by wzmocnić zasady bioasekuracji wśród myśliwych (sic!). Nie chodzi o radykalne podwyższenie planu polowania, lecz takie polowania, by realizacja zakładanego planu odbyła się bez niepotrzebnej ekspansji ASF. Stąd zbiorowe polowania.

O co natomiast chodzi z planem depopulacji do 0,1 os./km2 „czyli praktycznie do zera"? Otóż, jak wskazała Golińska, nie jest to aktualne zarządzenie, lecz dokument sprzed dwóch lat. Dostępny online tutaj. Nie wprowadza on depopulacji do 0,1 os./km2, lecz jedynie na wschód od Wisły, na zachód od Wisły oraz w parkach narodowych — 0,5 os./km2. Wielkość 0,1 wzięła się stąd, że w państwach bałtyckich udawało się ograniczać ekspansję ASF przy takim właśnie zagęszczeniu. Trzeba podkreślić, że populacja dzików na zachodzie kraju jest znacznie wyższa niż na wschodzie kraju (jest to pokłosiem związania jej dynamiki z klimatem). Nie chodzi zatem o depopulację „praktycznie do zera", jak kłamią ekolodzy, lecz jak wskazuje Michał Miazga — do 100 tys., czyli do poziomu z początku lat 90. Jak podaje GUS w roczniku Leśnictwo 2018, populacja dzików na dzień 10 marca 2018 wynosiła 87,9 tys. Zatem rekomendacje rządowe zostały wykonane już przed początkiem obecnego sezonu, i dlatego właśnie w aktualnym sezonie znacząco zmniejszono planowany odstrzał.

Podkreślmy: w ubiegłym roku łowieckim odłowiono 308 tys. dzików, w tym roku odłowionych ma zostać łącznie ok. 200 tys. dzików. Oznacza to, że w tym roku nie zwiększono odstrzału, jak grzmią ekodziałacze, lecz bardzo wydatnie go zmniejszono: o 110 tys.!

Poza tym nie byłoby niczym strasznym, gdyby na potrzeby walki z ASF faktycznie zredukowano populację dzika do 0,1 sz./km2. Po ustąpieniu zagrożenia szybko wróciłaby ona do obecnego stanu.

Ekologów oburza także intensyfikacja odstrzału poza obszarem z ASF, co jest zupełnym niezrozumieniem epidemiologii ASF. Na samym obszarze występowania ASF można wprowadzić nawet czasowe ograniczenie polowań, by zwiększyć bioasekurację. Depopulacja dzika jest natomiast szczególnie istotna poza obszarem występowania ASF, by tworzyć pas buforowy oraz minimalizować ekspansję. O tym mówią rekomendację EFSA.

Kiedy okazało się, że 200 tys. dzików do odstrzału w ciągu dwóch miesięcy to fake news, a skala odstrzału na ten rok jest znacznie mniejsza niż w latach ubiegłych, by ratować twarz obecnych masowych protestów w „obronie dzika" ekolodzy zmienili taktykę i zaczęli głosić, że nie chodziło im wcale o skalę odstrzału, lecz o to, że zły PiS wprowadził nakaz strzelania do prośnych loch (czy jak antropomorfizująco ujmują to ekolodzy: „ciężarnych"). Jest to kolejna bzdura. To nie PiS wprowadził zgodę na odstrzał prośnych loch, lecz rząd Kopacz w roku 2014. Obecny minister środowiska pod wpływem protestów wydał rekomendację, by do owych loch nie strzelać. Decyzja ta doprowadzi o dalszego wzrostu populacji dzika oraz ASF. Konieczność odstrzału loch opiera się na rekomendacjach EFSA. To nie PiS chce odstrzału prośnych loch, lecz wyraźnie domaga się tego Komisja Europejska, której przedstawiciel mówi, że jest to bezwzględnie potrzebne, gdyż „Pozostawienie jej [prośnej lochy] przy życiu oznacza jeszcze większe ryzyko, gdyż choroba poprzez warchlaki rozprzestrzeni się kilka albo kilkanaście razy szybciej".

Strzelanie do loch jest obecnie jedynym skutecznym sposobem na ograniczenie populacji dzika. Bez tego nie można zrealizować zakładanych dla potrzeb walki z ASF celów ograniczenia populacji czy tworzenia stref buforowych. Samo zwiększenie odstrzału nie prowadzi do ograniczenia populacji dzików. Np. w sezonie 2007/2008 radykalnie zwiększono odstrzał ze 130 tys. do 200 tys., lecz w żaden sposób nie ograniczyło to ekspansji populacji dzika, która wzrosła ze 158 tys. do 187 tys. Populację dzika udawało się ograniczać jedynie od sezonu 2015/2016 czyli od pierwszego sezonu w którym zaczęto strzelać do prośnych loch. Jeśli zatem myśliwi odmówią realizacji zaleceń unijnego urzędu od bezpieczeństwa żywności oraz kategorycznych żądań Komisji Europejskiej, bez względu na skalę odstrzału, populacja dzika będzie najpewniej rosła i tym samym rosła będzie ekspansja ASF.

Syndrom Bambi

Frontmenem „obrońców dzików" jest Szymon Hołownia, dziennikarz TVNu, autor książki „Boskie zwierzęta", w której połączył katolicyzm z ekoreligią, pisząc o zbawieniu zwierząt oraz o grzechu jedzenia mięsa. W swoich popularnych wpisach mających tysiące poleceń, Hołownia wzywa do blokowania polowań i zwraca się do dzików: „W przeddzień jego egzekucji chciałbym więc powiedzieć: dziku, jestem z tobą, strasznie mi wstyd za mój gatunek."

Skąd wziął się fenomen popularności tak skrajnej infantylizacji i idealizacji świata zwierzęcego. Człowiek od tysięcy lat sakralizował zwierzęta. Wyobrażenie boga na podobieństwo człowieka jest względnie nowym wynalazkiem dojrzewającej ludzkości. Przed wiekami bogów widziano pod postaciami różnych zwierząt. Boom cywilizacyjny został wytworzony właśnie w kulturach deifikujących człowieka. Większość dawnych kultur deifikowała jednak zwierzęta i naturę.

Kryzys wizerunku człowieka jest znamieniem pomodernistycznego kryzysu zachodniej kultury. Stąd powrót do archaicznej sakralizacji natury i zwierząt, która była główną cechą wszelkich wierzeń animistycznych, totemistycznych i większości politeistycznych. Głównym czynnikiem popularyzacji ekoreligii jest dynamiczna urbanizacja Zachodu oraz wirtualizacja życia społecznego. Im bardziej człowiek wyrywany jest z natury, z życia blisko przyrody, tym bardziej zaczyna ją idealizować, tym mniej realnie zaczyna ją postrzegać. Wszystko co naturalne staje się tym, co dobre, zdrowe i cnotliwe, choć jest to obraz kompletnie fałszywy, zupełnie oderwany od rzeczywistości.

Ekoreligia nie tyle dowartościowuje przyrodę i zwierzęta, lecz nade wszystko dewaluuje człowieka.

W dobie kryzysu kultury zachodniej wielką popularnością cieszy się maksyma mówiąca, że miarą wielkości i moralności człowieka jest jego stosunek do zwierząt. Słowa te kursują jako złota mądrość. Jakie jest jej źródło i podstawa? Jest to cytat z Mahatmy Gandhiego. Jak jednak ustalił Philip Johnson, Gandhi nigdy nie wypowiedział tego rodzaju słów. Zostały one zmyślone, tak samo jak inny popularny cytat o zagładzie ludzkości przez zagładę pszczół, który miał wypowiedzieć Einstein, choć nigdy się on o pszczołach nie wypowiadał.

Gandhi wypowiadał się o zwierzętach. W piśmie „Młode Indie" zaapelował, by hindusi wyzwolili się z fałszywego współczucia i fałszywej miłości wobec zwierząt motywowanej religijnymi zasadami hinduizmu i dżinizmu, powinno się spojrzeć na ahinsę bardziej w duchu nauki zachodniej. W ten właśnie sposób Gandhi uzasadniał odstrzał bezpańskich psów, które zagrażają człowiekowi, gdyż mogą roznosić wściekliznę. Zob. Gandhi's Hoax Quote oraz to, co naprawdę o zwierzętach Gandhi pisał.

Można zatem powiedzieć, że jest to fałszywy cytat i fałszywa mądrość.

Dlaczego bowiem o wielkości i moralności człowieka przesądzać ma jego stosunek wobec zwierząt? Dlaczego ma to być miernikiem moralności, skoro jest to takie proste i banalne? Nie jest sztuką kochać psa, dla którego człowiek jest kimś w rodzaju boga, jest sztuką kochać innego człowieka, który jest znacznie bardziej kapryśny i „trudny w obsłudze". Miłość wobec istot słabszych i mniej inteligentnych przychodzi nam łatwo, w przeciwieństwie do miłości wobec równych nam. Zostawiając na boku miłość powodowaną biologicznym popędem prokreacyjnym, znacznie trudniej przychodzi nam kochać innego człowieka aniżeli zwierzęta. Wobec alienacji i wirtualizacji życia społecznego związanej z rozwojem technologicznym, ludzie coraz częściej zastępują trudne i pracochłonne przyjaźnie z innym człowiekiem na rzecz znacznie prostszych przyjaźni ze zwierzętami domowymi. I chętnie ulegają racjonalizacjom dowartościowującym relacje ze zwierzętami.

Prawdziwą miarą wielkości i moralność jest to jak traktujemy innych ludzi. Dlatego, że dobro wobec innych ludzi kosztuje nas znacznie więcej wysiłku niż dobro wobec zwierząt. Największymi Himalajami moralności jest natomiast to, jak traktujemy ludzi, którzy nie są nam przychylni. Stąd właśnie chrześcijańska miłość bliźniego oraz kochanie także nieprzyjaciół to najwyższy miernik wielkości moralnej i cywilizacyjnej społeczeństw. Dlatego, że jest to rzecz najtrudniejsza.

Teza o wielkości i moralności społeczeństw mierzonej ich stosunkiem wobec zwierząt jest także fałszywa empirycznie. Wyjątkowy stosunek wobec zwierząt panował w III Rzeszy. Naturalnie podnosi się tutaj krzyk, że jest to argumentum ad Hitlerum, lecz dlaczego polityka nazistowska ma być tabu w dzisiejszych dyskusjach? Rzecz bowiem nie w tym, że naziści chronili zwierzęta, lecz że byli oni prawdziwymi pionierami najbardziej kompleksowej ochrony praw zwierząt w Europie. Szczegóły w tekście Kiedy zwierzęta hajlowały. Nie chodzi o to, by mówić, że ochrona zwierząt jest zła, bo przecież nie wszystkie prawa nazistów były złe, rzecz natomiast w tym, że z praw zwierząt nie można robić jakiegoś miernika moralności społeczeństw, gdyż jest to historycznie i empirycznie teza fałszywa.

Przypominam o tym także dlatego, ten przypadek łączący humanitaryzm wobec zwierząt ze antyhumanitaryzmem wobec człowieka przybrał wprawdzie wymiary skrajne, lecz bynajmniej nie był ewenementem. Dziś można często zauważyć, że szczególny nacisk na miłość wobec idealizowanych zwierząt bardzo często idzie w parze z nienawiścią wobec demonizowanego człowieka, który przedstawiany jest jako plaga biednej umęczonej Ziemi. Miłość wobec zwierząt staje się dziś formą maskującą antyhumanizm, staje się wygodną formą eskapizmu od trudnych relacji społecznych. Nie szokuje dziś nikogo stwierdzenie, że powinno się strzelać do myśliwych, którzy „mordują zwierzęta", choć historycznie rzecz biorąc, bez myślistwa nie byłoby naszej cywilizacji. Nie dalibyśmy rady „zejść z drzew", gdyby nie myślistwo i hodowla zwierząt.

Można by powiedzieć, że myślistwo jest dziś zupełnym anachronizmem, czystą rozrywką, bo przecież mięso bierze się z fabryk i hipermarketów. Przed wojną można było tak myśleć. Dziś już nie. W związku z ociepleniem klimatu nasze lasy znów zaczynają pęcznieć od dzikiej zwierzyny i ten proces będzie narastający. Tylko w przypadku dzików, gdyby nie ich rosnący intensywny odstrzał, po kilku latach dziki zaczęłyby paraliżować normalne życie społeczne.

Ruch antyłowiecki począł kwitnąć na fali popularności bajki Walta Disneya o przygodach jelonka Bambi, któremu myśliwy zastrzelił mamę. Myśliwy, który zabił mamę Bambiego został sklasyfikowany na 20 pozycji najgorszych filmowych czarnych charakterów. Paul McCartney wyznał, że bajka Bambi spowodowała u niego zainteresowanie prawami zwierząt (BBC: Former Beatle 'inspired by Bambi'). Beatlesi spopularyzowali idealizację natury wśród pokolenia dzieci kwiatów.

W oparciu o fenomen bajki Bambi opisano tzw. efekt Bambi, czyli skłonność do ochrony i antropomorfizowania miłych i ładnych zwierząt.

Znacznie ważniejszy jest syndrom Bambi, który w 1993 naukowo opisał dr Rainer Braemer z Uniwersytetu Marburgskiego. Syndrom ten cechuje emocjonalny stosunek wobec przyrody, polegający na jej umoralnieniu oraz infantylizacji. Ludzie cierpiący na syndrom Bambi mają światopogląd spolaryzowany między „dobrą naturą" oraz „złym człowiekiem". Przyroda jawi im się jako coś czystego, pięknego, harmonijnego, perfekcyjnego i bezbronnego, co musi być bezwzględnie chronione przed złym człowiekiem. Wytwory i działalność człowieka jawią się takim ludziom jako źródło nieszczęść Matki Natury.

Głównym obszarem występowania syndromu Bambi są wielkie miasta. To wielkomiejski kocioł, gdzie relacje międzyludzkie są najbardziej trudne i uciążliwe, stał się powodem idealizacji przyrody, zwierząt i natury, którą mieszkańcy takich skupisk znają znacznie słabiej niż mieszkańcy wsi, gdzie idealizacja i infantylizacja natury jest stosunkowo najrzadsza. Ludzie wielkich miast, którzy zwierzęta znają najczęściej z bajek oraz zoo, uważają, że zwierzęta są „lepsze" od człowieka, choć człowiek jest jedynym gatunkiem, który obok zabijania rozwinął także systemy ochrony słabych istot. W prawdziwym świecie naturalnym wszystkie słabe jednostki są zadziobywane, zabijane i pożerane — dlatego, że natura jako taka promuje propagację dobrych zestawów genetycznych, odrzucając te bardziej nieporadne. Zwierzęta są brutalne, przebiegłe i bezlitosne, bo taka jest właśnie natura. Kanapowe koty i psy takie nie są, bo są wytworem czysto kulturowym wyizolowanym od natury. Mieszkańcy wsi wiedzą, że nasze malutkie kotki to bezlitośni mordercy, którzy robią prawdziwy pogrom wśród ptaków i czerpią częstą przyjemność z zabawy zabijaną myszą.

Natura nie jest taką jaką jawi się typowemu mieszczuchowi. Zwierzęta raczej nie pójdą do nieba, jak tego chciałby Szymon Hołownia.

Nie znaczy to oczywiście, że zasługują na piekło na ziemi.

Między niebem a piekłem jest jednak nasz ziemski czyściec, gdzie jest trochę brutalnie a trochę humanitarnie. Schroniska dla zwierząt mówią nam, że jesteśmy wyjątkowym gatunkiem, który wytworzył kulturę. Myśliwi przypominają nam, że jesteśmy jednak także częścią natury.


Mariusz Agnosiewicz
Redaktor naczelny Racjonalisty, założyciel PSR, prezes Fundacji Wolnej Myśli. Autor książek Kościół a faszyzm (2009), Heretyckie dziedzictwo Europy (2011), trylogii Kryminalne dzieje papiestwa: Tom I (2011), Tom II (2012), Zapomniane dzieje Polski (2014).
 Strona www autora

 Liczba tekstów na portalu: 941  Pokaż inne teksty autora
 Liczba tłumaczeń: 3  Pokaż tłumaczenia autora

 Oryginał.. (http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,10241)
 (Ostatnia zmiana: 14-01-2019)