"Dignitas connubi" - czyli radość (?) dla polskich katolików To tytuł wydanej w maju instrukcji Benedykta XVI ("Godnośc małżęństwa") - tłumaczenie z łaciny na polski na przykład spodziewane jest w lipcu. Według tego co pisze "Wyborcza" sens jest prosty - stawiamy tamę fali unieważnień małżeństwa przez sądy biskupie; to w Polsce w ubiegłym roku dwa tysiące wnisków, z tego półtora tysiąca załatwiono pozytywnie. Owo hamowanie i powstrzymywanie kościelnego surogatu rozwodu zapoczątkował już Jan Paweł II - Bendedykt XVI kontynuuje już nie w formie pouczeń a instrukcji. Wydaje się potwierdzać to, co po wyborze pisałem w innym miejscu: doceniając intelektualna wyższość Benedykta XVI nad poprzednikiem, obawiam się jego niemieckiego romantyzmu - juz się nie obawiam, juz się z tym liczę jako cechą w rzeczywistości ujawniona. Rozumiejąc przesłanki kościelnej obrony nienaruszalności małżeństwa, należy jednak zauważyć znaczny wzrost podmiotowości jednostki po upadku cesarstw w Europie (mniej wiecej 1918), a następnie totalitaryzmów; Kosciół może owe przemiany akceptować (czego wyrazem był do pewnego stopnia Sobór Watykański II), lub sie im sprzeciwiać: mniej więcej wiadomo już, co bedzie w najbliższej przyszłości, albowiem teolog Ratzinger nie okazuje się być pragmatykiem, nie ruszającym sprawy o pozwalający skromnej roślince koscielnego permisywizmu wzrastać w milczeniu. Zadowolone winny być obydwa skrzydła istniejącego na forum sporu. Superkatolicy - bo Kosciół potwierdza kontynuację idei prymatu własnej woli nad innymi źródłami prawa, etyki i praktyki społecznej, potwierdza odhumanizowany kolektywizm jako myśl przewodnią cywilizacji tak jak ją sam rozumie - a pod wodzą Benedykta XVI osiągnie zapewne sukcesy bardziej spektakularne, niż to się dało za Jana Pawła II. Zwolennicy jak najszybszego upadku Kościoła - bo Kościół coraz wyraźniej podąża drogą konfrontacyjną, zatem konfrontacja bedzie nie do unikniecia. Martwić się moga ewolucjoniści - ci co stawiali na powrót do ducha VS i koscioła ubogiego, parafii zajmujących się łagodzeniem bólu egzystencji i ciężaru życia, dającego nadzieję ale nie sięgającego po władzę - zatem i polityczna odpowiedzialność. Martwić się mogą ci, co stawiali na jakiś marsz Polski ku normalności - tego nie bedzie, będzie szlachetny zryw Kościoła, walczącego znowu o wszystko. Cóz, pomijając to, że walka zawsze powoduje ofiary, Kosciół czytelnie postawił na własna niereformowalność: może wygrać, może jednak być zmuszony znacznie zwinąć swe sztandary - bo na "wyprowadzenie" zdecydowanie za wcześnie. Pech społeczeństw silnie skatolicyzowanych polega na tym, że to na ich terytorium zyciowym przebiegnie konfrontacja; juz nie paktu warszawskiego i NATO, ale zlaicyzowanej Europy i najeżonej otatnio "wartościami" Ameryki. Cóż, co się odwlecze to nie uciecze, God's Playground, jak nas trafnie nazwał Norman Davies. Niedawno wypędzono z Polski zespół bodajże "Teatru Bolszoj" - dziś Liga Polskich Rodzin usiłuje wypędzić amerykańskich chórzystów, bo to geje: sztuka musi ustąpić przed ideologią, jak to powiedział doktor Goebbels? - Gdy słyszę słowo "kultura" - wyciągam rewolwer.
|