Racjonalista - Strona głównaDo treści
Co to jest miłość?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
22-11-2007 18:40anulex (263 punktów)Co to jest miłość?
Ocena 4 na 4
Jedni oddzielają miłość od zakochania, a inni nie; jedni mówią, że żona alkoholika kocha swojego męża, inni, że to niemożliwe; jedni wierzą w miłość przez internet, inni nie; jedni uważają, że miłość jest równoznaczna z wiernością, inni że można zdradzić, mimo że się kocha; dla jednych miłość to szereg reakcji chemicznych zachodzących w mózgu, inni wplątują do tego metafizykę. Ja uważam, że miłość to uczucie i że główny zainteresowany wie najlepiej, co czuje. I na przykład jeśli ktoś czuje, że kocha męża alkoholika albo kobietę poznaną tydzień temu, to znaczy, że rzeczywiście kocha. Ale może nie, bo może on w ogóle nie rozumie, jak to jest czuć miłość? A może miłość to pojęcie zbyt przepastne i niejednoznaczne, żeby określić, co nią jest a co nie jest? Czy w takim razie posługiwanie się nim ma sens?

Jestem ciekawa Waszych opinii

PS Miałam wątpliwości, czy temat definiowania miłości pasuje do tego forum. Jak myślicie - pasuje?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

SzamanGniewko (353 punktów)
Miłość jest niedefiniowalna, ile ludzkich par tyle rodzajów miłości. Mówimy o miłości do drugiego człowieka wtedy, kiedy nasz stosunek do niego jest irracjonalny.

Be yourself,
no matter what they say!
01-01-2008 00:52 
 Ocena 1 na 1
Stanisław G... (6809 punktów)
>Miłość jest niedefiniowalna, ile ludzkich par tyle rodzajów miłości. Mówimy o miłości do drugiego człowieka wtedy, kiedy nasz stosunek do niego jest irracjonalny.

Czy miłość dotyczy tylko par?
Moim zdaniem rodzice mogą darzyć miłością swoje dzieci. Czy to znaczy że wtedy stosunek rodziców do dzieci jest irracjonalny?

Lepiej z mądrym nieść kamień, niż z głupim jeść i pić.
02-01-2008 10:29 
 Ocena 1 na 1
SzamanGniewko (353 punktów)
>>Miłość jest niedefiniowalna, ile ludzkich par tyle rodzajów miłości. Mówimy o miłości do drugiego człowieka wtedy, kiedy nasz stosunek do niego jest irracjonalny.
>Czy miłość dotyczy tylko par?
>Moim zdaniem rodzice mogą darzyć miłością swoje dzieci. Czy to znaczy że wtedy stosunek rodziców do dzieci jest irracjonalny?

Oczywiście, że tak. Każde miłość jest irracjonalna. Ludzie kochają dzieci które mają ich gdzieś, ranią ich, krzywdzą...a miłosc rodzicielska trwa nadal.

Przeprowadzono kiedyś badania na grupie osób które w wyniku wypadku uszkodziły - o ile pamiętam - czołowy czy też skroniowy płat mózgu. Wśród tych osób był ogromny odsetek osób które na zadane pytanie: "Czy dla bezpieczeństwa grupy poświęciłbyś własne dziecko?" odpowiedziało bez wahania - tak. Nakreślono im sytuację w której oni, jako grupa uciekinierów, jest ścigana przez oprawców. Natomiast u normalnych osób na tak postawione pytanie nikt(sic!) nie dał takiej odpowiedzi.

Badanie to miało dać odpowiedź gdzie mieszczą się ludzkie uczucia (jak widać nie w sercu ). O dziwo to jest racjonalne zachowanie. Nieracjonalnym byłoby chronić dziecko które może narazić całą grupę (w tym i rodzica) na śmierć a jednak irracjonalne uczucie brało górę nad zdrowym rozsądkiem (u zdrowych osób poddanych badaniu).

Zresztą, wszystkie uczucia są irracjonalne, nie tylko miłość. Także nienawiść, wstyd, poczucie dumy i inne są powodem wielu, wielu nieszczęść na świecie. Ale to jednak w ostatecznym rozrachunku zaleta niż wada rodzaju ludzkiego. Dlatego też uważam, że nigdy nie będzie czegoś takiego jak "sztuczna inteligencja", nigdy maszyna nie zdominuje itelektualnie człowieka. Istota pozbawiona uczuć będzie tylko zerojedynkowym kalkulatorem o potężnej mocy obliczeniowej.

Be yourself,
no matter what they say!
@ffe?
Zawężasz pojęcie miłości wyłącznie do miłości erotycznej, a przecież jest jeszcze parę jej postaci. Nie wiem więc, o czym chcesz mówić - czy o miłości jako takiej, czy tylko o jednym jej przejawie?
anulex (263 punktów)
Chcę mówić o miłości w ogóle. Przykłady rozbieżności dotyczyły miłości erotycznej, bo to ona wzbudza chyba najwięcej kontrowersji. Podana definicja dotyczy, moim zdaniem, wszystkich rodzajów miłości.
Osobowość
>Chcę mówić o miłości w ogóle. Przykłady rozbieżności dotyczyły miłości erotycznej, bo to ona wzbudza chyba najwięcej kontrowersji. Podana definicja dotyczy, moim zdaniem, wszystkich rodzajów miłości.
Jeśli wszystkich, to jest to dokładne przeciwieństwo zakochania. To decyzja i wierność tej decyzji. To gotowość do rezygnacji z własnych pragnień dla szczęścia drugiej (a także trzeciej, czwartej...)osoby. To lojalność i odpowiedzialność za wszystko co się robi. Jeśli chodzi o wszystkie rodzaje miłości, to jest to raczej przyjaźń niż miłość erotyczna. Ta erotyczna jednak nie do wszystkich ma prawo być dodatkiem, a nigdy nie zasługuje na to miano, gdy jest wyłącznie erotyczna. Nie możesz zapomnieć, że się zakochałeś/aś (w kim innym), a jednak zapominasz. To wierność tej drugiej (trzeciej, czwartej..) osobie, a nie wyłącznie samemu sobie. Oczywiście są ludzie, którym taka miłość do niczego nie wydaje się potrzebna, więc i nikogo nią nie darzą (zwykle wzajemnie), ale w końcu każda miłość i każdy związek (także matki z dzieckiem) to sprawa zawsze indywidualna.
szpilowyhajama (89 punktów)
(zablokowany)
>Jedni oddzielają miłość od zakochania,
>Jestem ciekawa Waszych opinii

W chrześcijaństwie mówią,że bez miłości wszelkie osiągnięcia są bezwartościowe.

Są dwa rodzaje miłości. Pierwsza,to mała miłość jest to miłość pragnienia,miłość przeciwieństwa,miłość przywiązania.
Druga to wielka miłość.To jest miłość absolutna.Jest ona wolnością pragnienia.

Pieronie a jako jest moja? Musza leciec sie spytac moja ślubno.
22-11-2007 20:36 
 Ocena 1 na 1
anulex (263 punktów)
A na czym polega ta wielka miłość? I co to jest wolność pragnienia?

Ja nie mam narzeczonego o co pytać o to, czy nasza miłość jest wielka, czy mała - zaraz zacznie o zjawiskach biochemicznych zachodzących w mózgu, przetrwaniu gatunku, feromonach i takich tam
szpilowyhajama (89 punktów)
(zablokowany)
>A na czym polega ta wielka miłość? I co to jest wolność pragnienia?
>Ja nie mam narzeczonego o co pytać o to, czy nasza miłość jest wielka, czy mała - zaraz zacznie o zjawiskach biochemicznych zachodzących w mózgu, przetrwaniu gatunku, feromonach i takich tam

Czasami matka musi uderzyć swoje dziecko.Jest to działanie miłości.Nie ma tu pragnienia skierowanego ku sobie (Matki),wszystko jest dla dziecka,aby nauczyć się prawdziwej drogo Jest to "Wielka Miłość Matki"

A co do tego narzeczonego? To ci radza kukni przed Barbórkom na Ślonsk.
anulex (263 punktów)
Hm, to ja nie wierzę w wielką miłość, bo nie wierzę w bezinteresowność. Matka czerpie szereg korzyści z posiadania kochającego, szczęśliwego i dobrze wychowanego dziecka. Myślę, że gdyby wychowanie było tylko udręką, to mało która kobieta podejmowałaby się tego zadania.

Chociaż możliwe, że matka pokocha swoje dziecko, kiedy ono będzie dawać jej radość, i nie przestanie go kochać, nawet, jeśli potem ta miłość będzie stanowić już tylko udrękę. Więc może wielka, bezinteresowna miłość jest możliwa, ale tylko jeśli została poprzedzona małą miłością? Kiedy już kochamy, zachowujemy się irracjonalnie i nawet kiedy przestaje nam to przynosić korzyści, nie jest łatwo przestać kochać (chociaż może też nie wszystkim). Czy to wielkie? Może...

A czy taka wielka miłość jest w ogóle możliwa w związku? I czy byłaby zdrowa?

Co znaczy kukni?
szpilowyhajama (89 punktów)
(zablokowany)

>Co znaczy kukni?

Szanowna szwarno Warszawianko KUKNI czyli zobacz pjeć na Śląsk
Tam są ładne wolne chłopaki.
Gdyby ci sie chciało kukni do Poezji Polskiej tam piszą Gwarom Śląską SPOWIYĆ U Kapucynów w Lublinie.
01-01-2008 03:56 
 Ocena 2 na 2
Stanisław G... (6809 punktów)
>nie wierzę w bezinteresowność. Matka czerpie szereg korzyści z posiadania kochającego, szczęśliwego i dobrze wychowanego dziecka. Myślę, że gdyby wychowanie było tylko udręką, to mało która kobieta podejmowałaby się tego zadania.

Podobno kto nie doznał bezinteresownej miłości (będąc dzieckiem od rodzica lub opiekuna, albo później od kogoś), ten nie potrafi kochać bezinteresownie. Rodzic czerpiący korzyści z dziecka, na przykład oczekujący realizacji przez dziecko ambicji rodzica, by było kimś (sportowcem, aktorem, lekarzem, biznesmenem), gdy dziecko kimś innym chce być, nie kocha bezinteresownie. O drastycznym wykorzystywaniu dziecka nie napiszę. Matka powinna otrzymywać miłość od ojca, partnera lub z innego źródła, dziecko nie powinno pełnić roli dawcy miłości dla matki.
Kochający bezinteresownie rodzice cieszą się rozwojem dziecka, gdy siada, raczkuje, stawia pierwsze kroki, gdy gaworzy, powie mama, zadaje pytania, to źródło radości, poczucie satysfakcji ze spełnienia się jako rodzic.
Poczucie szczęścia nie jest nieustanne.
Jeśli kobieta nie pragnie dziecka, boi się roli matki, traktuje to jako zadanie- udrękę, to chyba nie powinna podejmować się tej roli i związek budować z partnerem który też nie pragnie dziecka. (O ile w ogóle ta kobieta chce związku).

>Więc może wielka, bezinteresowna miłość jest możliwa, ale tylko jeśli została poprzedzona małą miłością? Kiedy już kochamy, zachowujemy się irracjonalnie i nawet kiedy przestaje nam to przynosić korzyści, nie jest łatwo przestać kochać (chociaż może też nie wszystkim). Czy to wielkie? Może...
>A czy taka wielka miłość jest w ogóle możliwa w związku? I czy byłaby zdrowa?

Wielka miłość, od pierwszego wejrzenia, trwający do śmierci zachwyt, nieustanne szczęście, to ogłupiające słowa piosenek, romansideł i bajek o rycerzach i królewnach.
Czekając na wielką miłość od pierwszego wejrzenia, można nie wykorzystać szansy na zbudowanie satysfakcjonującego związku. Może spokojniejszego, nie gwałtownej, wielkiej namiętności, ale satysfakcjonującego obie strony.
-----------------------
02-01-2008 17:50 
 Ocena 1 na 1
anulex (263 punktów)
>Rodzic czerpiący korzyści z dziecka, na przykład oczekujący realizacji przez dziecko ambicji rodzica, by było kimś (sportowcem, aktorem, lekarzem, biznesmenem), gdy dziecko kimś innym chce być, nie kocha bezinteresownie. O drastycznym wykorzystywaniu dziecka nie napiszę. Matka powinna otrzymywać miłość od ojca, partnera lub z innego źródła, dziecko nie powinno pełnić roli dawcy miłości dla matki.
>Kochający bezinteresownie rodzice cieszą się rozwojem dziecka, gdy siada, raczkuje, stawia pierwsze kroki, gdy gaworzy, powie mama, zadaje pytania, to źródło radości, poczucie satysfakcji ze spełnienia się jako rodzic.
>Poczucie szczęścia nie jest nieustanne.

Podzieliłeś korzyści, które ludzie mogą chcieć czerpać z posiadania dziecka na irracjonalne i racjonalne. Ale przecież to, że czyjeś potrzeby i oczekiwania są mądre i racjonalne, nie świadczy jeszcze o jego bezinteresowności.

Posiadanie rodziny daje bardzo wiele gratyfikacji. To wszystko o czym napisałeś (obserwowanie rozwoju dziecka, jego pierwsze mama etc.) i jeszcze kilka innych aspektów czyni rodzicielstwo wielkim szczęściem, nawet jeśli nie jest ono nieustanne. Niestety, kiedy gratyfikacji zaczyna brakować lub są one trudniej dostępne (dziecko rodzi się niepełnosprawne, rodzice się rozstają), wielu ludziom miłość mija. Ich miłość zdecydowanie nie jest bezinteresowna. A ludzie, którzy zostają mimo wszystko? Sama nie wiem. Czerpią inne korzyści lub też unikają olbrzymich strat (nie każdy jest w stanie żyć ze świadomością, że porzucił dziecko). Są z dzieckiem i przy okazji dostają gratyfikacje, czy są z dzieckiem, bo je otrzymują? To chyba pytanie z cyklu: Co było pierwsze - jajo, czy kura?
22-11-2007 21:51 
 Ocena 1 na 1
Jacoobs (59 punktów)
>Ja nie mam narzeczonego o co pytać o to, czy nasza miłość jest wielka, czy mała - zaraz zacznie o zjawiskach biochemicznych zachodzących w mózgu, przetrwaniu gatunku, feromonach i takich tam

Można kochać nawet ze świadomością, że to "tylko" te zjawiska biochemiczne, jakieś impulsy, itd... To w niczym nie przeszkadza. Gdyby moja dziewczyna spytała mnie czy nasza miłość jest wielka, powiedziałbym, że tak i dalej to, co Twój narzeczony. Myślę, że większość kochających myśli tak jak romantyczni bohaterowie (np. Werter). Myślą, że to oni kochają najbardziej, że mocniej się nie da.
anulex (263 punktów)
Jasne - świadomość tego, jakie zjawiska biochemiczne zachodzą w naszym mózgu, nie sprawi, że przestaną one zachodzić. Ale jak, przy tak biologicznym podejściu, zmierzyć wielkość miłości? Badając stężenie serotoniny, stopień pobudzenia nerwowego...?

Mimo braku stosownych badań medycznych, narzeczony zadeklarował, że nasza miłość jest wielka. Sądzę, że znaczy to więcej niż wszelkie naukowe teorie i w gruncie rzeczy jest może nawet bardziej racjonalne
01-01-2008 04:18 
 Ocena 1 na 1
Stanisław G... (6809 punktów)
>jak, przy tak biologicznym podejściu, zmierzyć wielkość miłości?

Po co mierzyć? Wystarczy odczuwanie zadowolenia.

Chęć spędzania wspólnie czasu, radość z bycia razem, to wskaźniki lepsze od badań medycznych poziomu określonych substancji chemicznych, czy tętna itp.
....
01-01-2008 01:21 
 Ocena 2 na 2
Stanisław G... (6809 punktów)
>o zjawiskach biochemicznych zachodzących w mózgu, przetrwaniu gatunku, feromonach i takich tam

Powyższe odnosi się do popędu płciowego. Może mu towarzyszyć miłość, a także można odczuwać popęd bez miłości. Gdy nie ma życzliwości, szczerej i niewymuszonej troski o drugiego człowieka, chęci wspierania to nie jest jeszcze miłość tylko pożądanie.

Lepiej z mądrym nieść kamień, niż z głupim jeść i pić.
01-01-2008 01:59 
 Ocena 1 na 1
Stanisław G... (6809 punktów)
>A na czym polega ta wielka miłość?
>Ja nie mam narzeczonego o co pytać o to, czy nasza miłość jest wielka, czy mała - zaraz zacznie o zjawiskach biochemicznych zachodzących w mózgu, przetrwaniu gatunku, feromonach

Ależ pytanie narzeczonego, kandydata na narzeczonego lub partnera jest bardzo pożyteczne dla związku. Pytając masz szansę poznać jego wizję- pragnienie miłości i porównać ze swoją wizją- pragnieniem. Jeżeli wyobrażenia wasze bardzo się różnią, lub różnią się w kwestiach ważnych to zły prognostyk dla przyszłości związku.
Jakie jest Twoje podejście do zdrady, a jakie jego? Niektórzy uważają że mąż może zdradzać, a żona nie.
Czy Ty wyobrażasz sobie przyszłość z dzieckiem (ile dzieci, kiedy pierwsze, czy bez dziecka),a partner jakie ma zdanie. Pytaj, porównuj. Wprawdzie odszedłem trochę od tematu miłości do związków, ale tylko trochę.
-------
Jacek Krysztofik (1390 punktów)
Pół serio (film polski):
Miłość to bonus od natury, żeby kopulacja była mniej trywialna.
J.Szulc (5723 punktów)

Znaczenie słowa "miłość" zależy od momentu w życiu, w jakim sie to hasło usłyszy...
Miłość, to słowo wielkie i chyba jednoznacznie niedefiniowalne.
Miłości jest wiele, tak jak wiele jest ludzi. Każdy nazwie ją inaczej, po swojemu. Miłość, to swego rodzaju zauroczenie, chęć bycia ze sobą, to przyjmowanie wartości tej drugiej połowy, to także szacunek, zrozumienie, życzenie pomyślności.
Miłość, to zaślepienie, nawet kosztem własnego "ja".
Jeśli kocha się tak na prawdę, mocno, stać Cię na ból, czasem poniżenie, często rezygnację...
I nie ważne, że świat się wali, że zachowujesz się śmiesznie...
Kochasz, i nic się nie liczy...
Najgorzej, jeśli ta druga osoba poświęci Twoje uczucie dla swoich, często wyimaginowanych wartości.
Wtedy tylko współczuć...
Ale i tak kochasz, bo nie umiesz inaczej.

Pasuje?
Zakochana istoto?

P.S. - a swoją drogą, zazdroszczę...
Pozdrawiam.
szpilowyhajama (89 punktów)
(zablokowany)

>Jeśli kocha się tak na prawdę, mocno, stać Cię na ból,
>P.S. - a swoją drogą, zazdroszczę...
>Pozdrawiam.

Miłość powoduje przywiązanie, co powoduje po tygodniu.roku czy po 20-lat WIELKI BÓL.

Jak to godajom na ślonsku."Kochej a niy zyrkej na inno,co mos tak i tak to niy jest twoje na stałe"
szpilowyhajama (89 punktów)
(zablokowany)
>>Jeśli kocha się tak na prawdę, mocno, stać Cię na ból,
>>P.S. - a swoją drogą, zazdroszczę...
>>Pozdrawiam.
>Miłość powoduje przywiązanie, co powoduje po tygodniu.roku czy po 20-lat WIELKI BÓL.
>Jak to godajom na ślonsku."Kochej a niy zyrkej na inno,co mos tak i tak to niy jest twoje na stałe"

CZYM JEST MIŁOŚĆ

-Warszawianka zapytał Ślązaka
-Czym jest miłość?
-Ślązak powiedział-Ja ciebie pytam:czym jest miłość?
-Warszawianka milczał.
-Ślązak powiedział-To jest miłość.
-Warszawianka nadal milczał.
-Ty mnie pytasz-ja ciebie pytam.TO JEST MIŁOŚĆ
23-11-2007 11:02 
 Ocena 1 na 1
J.Szulc (5723 punktów)

Nic nie może przecież wiecznie trwać
Co zesłał los trzeba będzie stracić
Nic nie może przecież wiecznie trwać
Za miłość też przyjdzie nam zapłacić.

- refren z piosenki A.Jantar
szpilowyhajama (89 punktów)
(zablokowany)
>Nic nie może przecież wiecznie trwać
>Co zesłał los trzeba będzie stracić
>Nic nie może przecież wiecznie trwać
>Za miłość też przyjdzie nam zapłacić.
>- refren z piosenki A.Jantar

MOJA MIŁOŚĆ

Stare Powązki
przyjęły Cię Damo.
"Trójca" w Solcu
oddała Ci hołd.
Kto Cię zastąpi
Hanko Bielicka?
Serca Polski
nie tłumią łez.
Kroczą za głosem
ks.biskup Duś.
Gogolewski,Andrycz
i prezydentowa.
Kapelusz wieńcowy
pachnie Ojczyzną
spoczywa w Madonnie
śląskiego Pszowa.

Warszawa-Zabrze. 16.03.2006 r
23-11-2007 16:43 
 Ocena 1 na 1
anulex (263 punktów)
Można zmarnować życie na unikanie bólu...
23-11-2007 11:18 
 Ocena 3 na 3
Taiken (1148 punktów)
"Miłość, przyjacielu,
To dym, co z parą westchnień się unosi;
To żar, co w oku szczęśliwego płonie;
Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.
Czymże jest więcej? Istnym amalgamem,
Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem."

Może "Romeo i Julia" Szekspira to niezbyt dobry przykład, ale cóż... Ten cytat wiele mówi o tym, jak miłość jest odbierana i czym dla nas jest. Przynajmniej dla niektórych z nas.
Ale niestety, nie zwiera definicji samej miłości. Zresztą definicji miłości jest wiele.
Miłość to chemia, procesy fizjologiczne zachodzące w organizmie, miłość to psychika, emocje i czasami cholerna komplikacja życiowa.
No i wreszcie miłość to często wada wzroku. Oj, jaka dotkliwa to przypadłość.



Za dużo mówimy o zmianie świata, a za mało świat zmieniamy. Za dużo mówimy o miłości, a za mało kochamy.
23-11-2007 11:36 
 Ocena 2 na 2
J.Szulc (5723 punktów)

>No i wreszcie miłość to często wada wzroku. Oj, jaka dotkliwa to przypadłość.
>
Za dużo mówimy o zmianie świata, a za mało świat zmieniamy. Za dużo mówimy o miłości, a za mało kochamy.


Nie inaczej... niestety.
Poproszę o okularki, ale takie konkretne.
A może jakaś podpowiedź na odtrutkę?

Pozdrawiam.
23-11-2007 13:15 
 Ocena 4 na 4
Taiken (1148 punktów)
>Poproszę o okularki, ale takie konkretne.
>A może jakaś podpowiedź na odtrutkę?
>Pozdrawiam.

Okulistą nie jestem, ale nauczyłam się tego i owego.
Może jest mi łatwiej, bo jestem krótkowidzem i nie sięgam tam, gdzie wzrok nie sięga.

Odtrutka? Hm... Albo - niczym z "Lekarstwa na miłość" - klin klinem, czyli inna miłość, choć to strasznie ryzykowne, bo można wpaść niczym śliwka w kompot i zginąć jak Andzia w parku.
Inne wyjście - pozbycie się "obiektu" wątpliwych westchnień. Och, nie twierdzę, że trzeba się pozbyć na zawsze. Jestem pacyfistką i prawie wegetarianką, więc mordowanie kogokolwiek nie leży w mojej naturze, choć przyznam, czasami, ale rzadko, mam mordercze (niemal) myśli. Chodzi mi o pozbycie się problemu, czyli usunięcie obiektu ze swojego życia. Wiem, wiem. Wiśta, wio - łatwo powiedzieć.
Ale mimo wszystko jestem zwolenniczką radykalnych cięć.
Nie ma sensu utrzymywanie związku, który nie niesie ze sobą niczego dobrego. A już pozostawanie razem dla dzieci to dla mnie totalne nieporozumienie. Dzieci, wbrew pozorom, są doskonałymi obserwatorami i w przyszłości mogą powielać schemat związku.

Zdaję sobie jednak sprawę, że trudno jest podejmować rozsądne decyzje, jeśli jakiekolwiek uczucia i emocje (także te negatywne) są silne. Poza tym pozostaje strach przed nieznanym. Nikt przecież nie gwarantuje, że to, co przed nami, będzie lepsze od tego, co znamy. Nie każdy ma duszę ryzykanta i po prostu trzeba zważyć "za" i "przeciw".
Mimo to ja uważam, że lepszy czasami jest krok w przepaść niż tkwienie w złudnie bezpiecznym bajorku.



Za dużo mówimy o zmianie świata, a za mało świat zmieniamy. Za dużo mówimy o miłości, a za mało kochamy.
szpilowyhajama (89 punktów)
(zablokowany)

. Jestem pacyfistką i prawie wegetarianką, więc mordowanie kogokolwiek nie leży w mojej naturze, choć przyznam, czasami, ale rzadko, mam mordercze (niemal) myśli.

Pytanko >Czy pacyfistka nie morduje swojej" miłości do idei miłości "?
Czy wegetarianka nie "morduje" swojego ciała do innej miłości

herbaty by ją wypić musiało zginać setki czujących ISTOT"?
Taiken (1148 punktów)
>. Jestem pacyfistką i prawie wegetarianką, więc mordowanie kogokolwiek nie leży w mojej naturze, choć przyznam, czasami, ale rzadko, mam mordercze (niemal) myśli.
>Pytanko >Czy pacyfistka nie morduje swojej" miłości do idei miłości "?
>Czy wegetarianka nie "morduje" swojego ciała do innej miłości
> herbaty by ją wypić musiało zginać setki czujących ISTOT"?

Strasznie to zagmatwane, co napisałeś.
Wgryzę się (wybacz określenie ) w to później.
Teraz muszę się zrobić na bóstwo, więc wybacz, wybacz... hihihi


Za dużo mówimy o zmianie świata, a za mało świat zmieniamy. Za dużo mówimy o miłości, a za mało kochamy.
J.Szulc (5723 punktów)

I to było to, czego mi trzeba!

Bardzo, bardzo pozdrawiam.
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>główny zainteresowany wie najlepiej, co czuje.

Oczywiście że temat pasuje, byłoby obrazą dla rozumu przyznać się, że nie potrafi się nic sensownego powiedzieć o miłości.

Zacznijmy od podstaw. Przede wszystkim zwięźlej i precyzyjniej jest używać słowa "podmiot" niż "główny zainteresowany". Mamy więc: podmiot miłości, obiekt miłości i obserwatora. Z tych trzech osób najmniej wiarygodne jest to, to co mówi lub pisze podmiot. W ogólności nie da się, jak w przypadku każdego uczucia, odróżnić kłamstwa, od urojenia lub od prawdy lub od tego, w co podmiot chce wierzyć, od tego, jakie mechanizmy obronne stoją za formą ekspresji jego miłości. Człowiek może tak bardzo chcieć uchodzić za wrażliwego i romantycznego, że będzie udawał miłość przed samym sobą. Uwodziciel często naprawdę wierzy, że się zakochał, gdyż taka wiara pomaga mu być wiarygodnym, być lepszym aktorem.

Podsumowując, w racjonalnej dyskusji o miłości nie ma miejsca na analizowanie wypowiedzi podmiotów miłości. Nawet gdy podmiot wie, co czuje, to i tak my nie mamy szans się dowiedzieć, kiedy on wie, a kiedy tylko mu się tak wydaje.

W racjonalnej dyskusji o miłości możemy opierać się tylko na relacjach obiektów miłości i bezstronnych obserwatorów, najlepiej naukowców. Ponieważ relacje obiektów miłości (np. maltretowanych żon) są przedmiotem badań naukowców, ostatecznie dla tej dyskusji wystarczy ograniczyć się do tego, co widzą bezstronni obserwatorzy.

Jest też drugi powód odrzucenie relacji obiektów miłości, a mianowicie, że obiekt miłości często staje się podmiotem miłości na zasadzie wzajemności, a to czyni go dla nas kompletnie nieprzydatnym. Miłość z wzajemności jest jeszcze mniej (jeśli to możliwe) wiarygodna niż miłość spontaniczna - obiekt miłości może odwzajemnić uczucie z litości, z wdzięczności za podniesienie samooceny, ze strachu przed molestowaniem lub w ogóle ze strachu nie potrafiąc urazić odrzuceniem agresywnego adoratora.

Mamy więc warunki wstępne racjonalnej dyskusji o miłości, zarysujmy teraz tło, czyli miłość rozumianą szeroko. Mamy miłość matki do dziecka, miłość męża do żony, miłość bezdzietnych konkubinów, miłość młodych narzeczonych, młodzieńczą miłość "platoniczną", miłość lesbijską i gejowską, miłość między rodzeństwem, miłość jako forma przyjaźni, miłość do autorytetu, do idola, do sacrum, biblijną "miłość" do bliźniego, chrześcijańską "miłość" do wroga, "miłość" Chrystusa do każdego podłego i nikczemnego człowieka... oczywiście nie są to wszystkie rodzaje miłości, ale to tylko tło, nie o tle jest dyskusja, ale o meritum.

Która miłość jest meritum dyskusji? Wiemy, że autor chce dyskutować o zakochaniu; o miłości narzeczonych; o miłości żony do maltretującego ją alkoholika; do zdradzającego ją męża; o miłości męża-rogacza do żony, która rodzi mu cudze dzieci, a on pracoli na nie potulnie z miłości do niej; o miłości w tydzień po zakochaniu się i pewnie też o miłości po 7 ltach od zakochania się, może nawet o miłości po 70 latach.

A więc meritum dyskusji jest ta miłość, której źródłem jest chęć posiadania potomstwa. Cóż bowiem innego może łączyć miłość kochanków i miłość żony do alkoholika, który już nie może? Widzę tylko jedną możliwość - dobro dzieci i wnuków.

Kochana Anulexo, wybrałaś do dyskusji najbanalniejszy, najprostszy rodzaj miłości. Na Twoje pytanie mam prostą odpowiedź. Co to jest miłość? W tym znaczeniu, w jakim użyłaś, miłość to uczucie popychające podmiot do obiektu, z intencją użycia obiektu do zapewnienia rozwoju swojego potomstwa.

Na koniec przypomnę, że nie ma znaczenia, co ma do powiedzenia na temat tej intencji podmiot miłości. Psychologia ewolucyjna wręcz pokazuje, dlaczego podmiot miłości unika ujawniania tej intencji, dlaczego czasem ukrywa tę intencję nawet przed własną świadomością. Czy wiesz np. jaka jest pierwotna funkcja prezerwatywy? Czy wiesz, że prezerwatyw używano od zawsze, że udokumentowano jej użycie już w starożytnym Egipcie? Ale to jest już inny temat, na osobny wątek.

doku
23-11-2007 16:05 
 Ocena 2 na 2
anulex (263 punktów)
>Nawet gdy podmiot wie, co czuje, to i tak my nie mamy szans się dowiedzieć, kiedy on wie, a kiedy tylko mu się tak wydaje.teresowany wie najlepiej, co czuje.

Podmiot może nie umieć poprawnie nazwać swoich uczuć, ale nie sądzę, żeby mógł nie wiedzieć, co czuje. Chociaż - co znaczy "wiedzieć"?

> Ponieważ relacje obiektów miłości (np. maltretowanych żon) są przedmiotem badań naukowców, ostatecznie dla tej dyskusji wystarczy ograniczyć się do tego, co widzą bezstronni obserwatorzy.

Naukowcy nie są bezstronni - szczególnie, kiedy badają miłość. Mają problemy z obiektywizmem przy znacznie mniej dla nich emocjonujących i istotnych problemach a co dopiero tu. Jeśli mamy dyskutować tylko o tym, co widzą bezstronni obserwatorzy, to w ogóle nie mamy o czym dyskutować - bo takich obserwatorów nie ma. Ponadto w nauce panują paradygmaty i w ogóle im więcej o niej wiem, tym mniej wiarygodna mi się wydaje.

Nauka może mówić o miłości, ale nie jest w stanie wyczerpać tematu. Narzędzia badawcze dopuszczalne w nauce są na dziś dzień zbyt prymitywne, żeby móc rzeczywiście dobrze zbadać zjawisko tak trudne i skomplikowane, jak miłość. Tam, gdzie nauka nie sięga, pojawia się miejsce na mniej ograniczoną przez wymogi metodologiczne filozofię.

>Kochana Anulexo, wybrałaś do dyskusji najbanalniejszy, najprostszy rodzaj miłości. Na Twoje pytanie mam prostą odpowiedź. Co to jest miłość? W tym znaczeniu, w jakim użyłaś, miłość to uczucie popychające podmiot do obiektu, z intencją użycia obiektu do zapewnienia rozwoju swojego potomstwa.

Miłość rodziców do dziecka istnieje dlatego, że dzięki niej istnieje większa szansa, że przetrwają ich geny. Miłość dziecka do rodziców to przywiązanie, przyzwyczajenie. Miłość przyjaciół się opłaca - pozwala zawierać sojusze, które w przyszłości pomogą genom przetrwać. Miłość mężczyzny i kobiety, jak powiedziałeś, służy zapewnieniu rozwoju swojego potomstwa (co za tym idzie przetrwania genów). Ten ostatni rodzaj miłości nie jest ani trochę bardziej banalny niż pozostałe. A czy one wszystkie są banalne? Chyba mimo wszystko nie. Należy również zadać pytanie, czy to co tu wypisałam, rzeczywiście wyczerpuje temat? To jest to, co do powiedzenia ma nauka (a w każdym razie biologia), ale wydaje mi się (mam zupełnie nienaukowe przeczucie?), że temat jest znacznie głębszy.

Poza tym wcale nie pisałam, że chcę pisać tylko o miłości pomiędzy mężczyzną i kobietą.
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
> Ten ostatni rodzaj miłości nie jest ani trochę bardziej banalny niż pozostałe. A czy one
>wszystkie są banalne?

A co powiesz o miłości lesbijskiej? Przyznaj, ze jest mniej banalna

doku
29-11-2007 18:18 
 Ocena 1 na 1
anulex (263 punktów)
Błąd w systemie, jako że bynajmniej nie sprzyja przetrwaniu genów. Oczywiście tylko, jeśli chcemy utrzymać się we wcześniej przyjętej konwencji, bo abstrahując od biologizmu, uważam, że może być bardzo piękna.
03-12-2007 15:25 
 Ocena 1 na 1
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>Błąd w systemie, jako że bynajmniej nie sprzyja przetrwaniu genów

Polecam lekturę "Wojny plemników" - tam wyjaśniono, jak biseksualizm sprzyja sukcesowi reprodukcyjnemu. Jednak nawet ta klasyczna pozycja nie mówi całej prawdy, warto zapoznać się z obyczajami bonobo i szympansów, aby zrozumieć na ile sposobów miłość lesbijska zwiększa sukces reprodukcyjny. O ile Baker podkreśla, że strategia biseksualizmu jest tym skuteczniejsza, im mniej osób o tym wie, o tyle strategią samic bonobo jest wręcz demonstracyjna jawność

doku
anulex (263 punktów)
Biseksualizm być może tak, ale homoseksualizm?
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>Biseksualizm być może tak, ale homoseksualizm?

Wątpię w to, czy prawdziwych chorych zboczeńców, którzy nie mogą mieć dzieci z powodu niemożliwego do opanowania wstrętu, jest więcej niż innych chorych psychicznie - wg mnie nie warto w takiej dyskusji uwzględniać najbardziej skrajnych postaci patologii - istnienie patologii nie jest sprzeczne z teorią ewolucji.

Ja w tej dyskusji myślę tylko o zdrowych biseksualistach, czyli takich, którzy nie muszą korzystać z najnowszych technik, aby począć własne dziecko. A w szczególności myślę o lesbijkach, które zdolne są pozyskać plemniki w naturalny sposób, a które poza tym nigdy nie spotykają sie z mążczyznami w celach erotycznych. Równie dobrze mógłbym myśleć o gejach (ponieważ jestem mężczyzną, myśli takie nie są przyjemne, więc ich unikam), którzy zaprzyjaźnili się z parą lesbijek tylko po to, żeby mieć z nimi dzieci ale mieszkać rzem ze swoimi partnerami.

Tak czy inaczej faktem jest, że jedną z funkcji biologicznych pociągu seksualnego do osób tej samej płci u ludzi jest szybsze nabycie tzw. "kompetencji seksualnej", gdyż daje ona przewagę nad innymi, gdy przychodzi do prawdziwych zalotów, jest więc czynnikiem sprzyjającym sukcesowi reprodukcyjnemu.

doku
krutki (1550 punktów)

   Miłość to taki stan, w którym jesteśmy głęboko przekonani, że za nasz długoterminowy wkład w to, aby komuś/innym działo się lepiej, zostaniemy nagrodzeni tym samym. Taka bezgraniczna, ale często nie bezwarunkowa wiara w altruizm. Co nie oznacza, że nie możemy używać do jej opisu słów, które podkreślałyby wymiar estetyczny takiego uczucia.
   Zaznaczam, że tę definicję ukułem na poczekaniu, więc może to tylko moja życzeniowa projekcja.

Pozdrawiam


Ośrodek trójmiejski
Osnowa (11779 punktów)
(zablokowany)
Miłość to gotowość oddania życia.
04-12-2007 14:48 
 Ocena 1 na 1
radek (767 punktów)
>Miłość to gotowość oddania życia.
Niekoniecznie. Ja kocham pewnego czworonoga, choc zycia bym za niego nie oddal
Osnowa (11779 punktów)
(zablokowany)

>zycia bym za niego nie oddal
Z tego widać, że go nie kochasz.

I tylko zachodzę w głowę: skąd Ci się wzięło, że jest przeciwnie?
less
>Miałam wątpliwości, czy temat definiowania miłości
>pasuje do tego forum. Jak myślicie - pasuje?
Temat śliski jak świeża sraczka na oblodzonym chodniku, ale... niespełna miesiąc temu musiałem popisać mojej o szesnaście lat młodszej przyjaciółce o swoim stosunku do tego tematu. Do dziś nie wiem, czy moje "porady" mają ręce i nogi i mam wątpliwości co do tego, czy pomogą jej kiedyś czy wręcz odwrotnie. Coś tam wiem na ten temat, ale doradztwo...mam wątpliwości... Sami poczytajcie. Trochę ciąłem, bo było tego dwa razy tyle.
Miłość. Czy ona istnieje obiektywnie? Nie. Tak jak nie istnieje obiektywna wolność, sprawiedliwość, zło czy dobro. To jeden z TYCH metafizycznych, subiektywnych terminów; subiektywnych nawet wobec tego samego wyznawanego kręgu zasad kulturowych. Jest tylko nazewnictwem dla rozmaitych procesów zachodzących w relacjach społecznych, tak w objęciu większych grup, np. społeczeństw, jak i w ścisłych relacjach interpersonalnych, np. pomiędzy dwoma partnerami życiowymi.
Wskaźnik rozwodów w UE wynosi 50%. Belgia 71, Hiszpania 67, Estonia 66, Czechy 60..... Polska 32.... Włochy 23. To jest masakra instytucji małżeństwa i rodziny, a wszystko wskazuje na to, że proces ten będzie się pogłębiał. Niech no tylko Polacy zaczną więcej zarabiać, to wówczas mało kto będzie chciał trwać w czymś w ogóle lub mało satysfakcjonującym. Co się stało? Czy to ludzie się zdegenerowali? Oczywiście, że nie. Nastąpiły zmiany kulturowe, które generalnie odkłamały rzeczywistość. A rzeczywistość jest i zawsze była taka, choć kiedyś o tym się nie mówiło głośno, że układ małżeńsko-rodzinny jest układem skomplikowanym, wymaga tak pracy jak i określonej mądrości życiowej, a nie tylko entuzjazmu i przestrzegania jakichś tam narzuconych, mocno niedoskonałych zasad. Owe zmiany kulturowe to przede wszystkim ponowoczesność, czyli zniesienie jedynej słusznej narracji życiowej i rozbicie tego na tysiące wątków, gdzie każda z jednostek może się realizować wedle własnych preferencji, potrzeb, zainteresowań, pasji. Z tym przyszła emancypacja kobiet, które widząc coraz atrakcyjniejszy świat na zewnątrz, nie pozwalały już ograniczać swojej przestrzeni życia i osobowości do bycia kurą domową. Dalej, rok 1968 i rewolucja seksualna, czy Sobór Watykański II istotny dla wierzących, które to wprowadziły do przestrzeni społecznej kolejne wolności i swobody kulturowe. Świat się zliberalizował. Sam ze swojego dzieciństwa pamiętam piętnowanie ludzi wolnych, czy to kawalerów, panien, a o rozwodnikach to już nikt nawet nie myślał, bo to było społecznie nieakceptowane. Zwłaszcza na wsi, co jeszcze do dziś gdzieniegdzie zostało. Świat zmienił się diametralnie, no i teraz możemy powoli zobaczyć prawdę. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to w ramach małżeństwa i rodziny, ludzi dotykają największe cierpienia i nieszczęścia w stosunkach społecznych. To najbliżsi ranią się dziś najgłębiej. Nie sąsiedzi, nie obcokrajowi intruzi, nie autorytarna władza, są powodem cierpień, ale najbliżsi. Dlatego efekty są jakie są, a że w ramach postępujących wolności złe stosunki mogą być dziś swobodnie rozwiązywane rozstaniem, co kiedyś było nie do pomyślenia czy wręcz prawnie niemożliwe, to prawda wypłynęła na wierzch. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden istotny czynnik. Kiedyś liczna rodzina zapewniała łatwiejsze przetrwanie. Tym bardziej, że wskaźnik śmiertelności u dzieci był znaczny, to rozrodczość musiała być wysoka. Ludzie żyli głównie z uprawy ziemi i hodowli, do czego potrzebnych było wiele rąk, nawet tych najmniejszych. Dzisiaj sytuacja jest inna. Jeden człowiek w pojedynkę przetrwa o ile pracuje, dodatkowe osoby nie są mu tak potrzebne jak kiedyś, a najczęściej stają się zbędnym, uciążliwym, czasami dramatycznie, balastem. No i czynnik ostatni, który przychodzi mi do głowy, to postępująca laicyzacja, krótko mówiąc, mało kto obawia się już gniewu jakiegokolwiek boga na wskutek wyjścia ze świętego kiedyś związku. Moim zdaniem proces zaniku instytucji rodziny i małżeństwa będzie się pogłębiał ze względu na coraz większy rozdźwięk pomiędzy powiększającym się standardem życia i emancypacją jednostki a wciąż beznadziejnie nieudolnym rozumieniem życia, świata, rzeczywistości, siebie i swoich relacji z innymi ludźmi. Wyobrażenia na ten temat wciąż pochodzą z jakichś mitologii, prawd ludowych i kompletnie nieudolnych, skrajnie powierzchownych, prymitywnych interpretacji. W coraz ciekawszej i wygodniejszej rzeczywistości jest więc coraz trudniej utrzymać aż tak bliską i trwałą relację z drugim człowiekiem. Uda się to jedynie nielicznym. Przypadkiem, szczęśliwym zbiegiem okoliczności i dzięki przystającym do siebie jako tako osobowościom, albo dzięki prawidłowemu rozumieniu zależności pomiędzy światem, życiem, człowiekiem i drugim człowiekiem. Jak to prawidłowo skonstruować?
Już w okresie niemowlęcym geny zaczynają swój zdeterminowany ślepo marsz ku powieleniu. Hormony zaczynają działać przy kształtowaniu się płci w okresie płodowym, a zabawa na całego uruchamia się wraz z okresem dojrzewania, czyli podczas wybuchu bomby hormonalnej. Geny w szaleńczy sposób pchają nas ku powieleniu. Gdybyśmy byli zwierzętami jak inne, rozmnażalibyśmy się już regularnie w wieku kilkunastu lat. Ale nasza inteligencja stworzyła kulturę i jej uwarunkowania, które rodzą wzorce powodujące nieco inne zachowania. Jednakże pod względem biologicznym jesteśmy gotowi do głównego celu naszego istnienia zaprogramowanego przez geny. Do ich zwycięstwa, ich przetrwania, ich powielania. Nośnik, opakowanie, maszyna przetrwania może przystąpić do realizacji zasadniczego zadania. Jednak każdy nośnik żyje w świecie kultury i geny mają konkurenta w postaci drugiego, bardzo mocnego już dzisiaj replikatora. Memy. To one powodują, że nasze zachowania, reakcje, cele wdrukowane w całym okresie socjalizacji prowokują nośnik do omijania głównego celu genetycznego replikatora i wzięcie pod większą, często decydującą uwagę, interesu samego nośnika.
less
Geny o tym niecnym procederze nie wiedzą, chociaż to one wytworzyły inteligentny nośnik, który świetnie sprawdził się jeżeli chodzi o przetrwanie samych genów. Człowiek opanował rzeczywistość i pośród zwierząt stanął najwyżej jeżeli chodzi o walkę o zasoby i przestrzeń. Koszt jedynie jest taki, że nośnik-człowiek kombinuje z płodnością i rozrodczością, czyli z samą intensywnością powielania genów. Coś za coś. Jednak generalnie, dla samych genów inteligencja okazała się bardzo opłacalna.
Mamy więc nośnik stworzony przez geny, świetną maszynę przetrwania, gotową do rozpoczęcia procesu powielania genów. Właściwie do swego jedynego zadania, ku realizacji którego została stworzona i zdeterminowana. Wszystkie inne cele, sensy, poczynania, są jedynie produktem samego nośnika, ściślej inteligencji, która produkuje sobie takie rzeczy wywiedzione z ogromnego wachlarza memów pływających w kulturze, a wszystko po to, żeby łatwiej się dostosować i znieść życie poprzez mniejszą czy większą z nim harmonizację. Świadomość bycia trzeba czymś nakarmić. Zdecydowana większość ludzi lubi czynności związane z powielaniem genów, gdyż sprytne replikatory połączyły to z dość dużą satysfakcją uzyskiwaną poprzez produkcję określonych związków chemicznych produkowanych w gruczołach a stymulujących bezpośrednio i mocno określone ośrodki w mózgu. Tak więc z jednej strony cały ten proceder łączy się z czystą przyjemnością, jednakże kultura ze swoimi memami różnicuje nasze zachowania, aż po te skrajne, które potrafią podpowiedzieć niechęć do podejmowania takich czynności (np. ludzie ostrożni ze względu na dość poważne konsekwencje kulturowe, życiowe po spłodzeniu potomstwa), czy wręcz pogardę do samej przyjemności z tego płynącej (np. skrajni religianci i ich mem "absolutnej czystości"). Niemniej dla większości pozostaje to przyjemnością i to taką do której się przywiązują i chętnie dążą do realizacji.
Gdzie jest tutaj miejsce na miłość? Na ten dość dziwny, nie pasujący za bardzo do tego świata replikatorów, termin? Z całą pewnością taką możliwość dostarczają nam dopiero memy. Geny tworzą jedynie całą chemiczno-hormonalną maszynerię by same siebie powielić poprzez nośnik, który wytworzyły w długim procesie ewolucji. Jakaś miłość im kompletnie wisi. Jednak sam nośnik żyje w świecie kultury, w bezpośredniej interakcji z innymi nośnikami i stwarza sobie warunki do życia poprzez tworzenie rozmaitych wzorców kulturowych, memów, mających na celu lepsze poruszanie się, dostosowanie, funkcjonowanie w świecie. No i tworzy i wymyśla. Jednym z najsilniejszych memów, jest mem miłości. Czyli mówiąc ogólnie - niejednoznacznej, dyskusyjnej, subiektywnej i bardzo relatywnej, różnie pojmowanej relacji z innym nośnikiem-człowiekiem. Najważniejsze są te relacje, które są genetycznie powiązane, oraz te, które mają doprowadzić do powielenia. Nam chodzi o tę ostatnią relację. Co z tym zrobić, żeby to miało ręce i nogi? Bo najczęściej nie ma.
Czym jest miłość? Memem. Atrakcyjnym replikatorem kulturowym, który w praktyce życia najczęściej przestaje być tak atrakcyjny jak był wcześniej - czyli w okresie zakochania, zachłyśnięcia sobą i całą tą hormonalną maszynerią. Dlaczego przestaje? Dlatego, że ludzie nie posiadają odpowiedniej wiedzy o sobie, człowieku, życiu i świecie. Żyją generalnie pośród uproszczonych wzorców myślenia o rzeczywistości, utopijnych, najczęściej życzeniowych, bajkowych, nieprawdziwych. Praktyka życia ujawnia głupotę tych wzorców i człowiek staje wobec świata, życia i relacji z partnerem w nieporozumieniu, które tym jaśniej się uwypukla im mniejsza jest skuteczność działania hormonów, do których mózg każdego z nas z czasem się przyzwyczaja i już tak nie odurza jak na początku każdego związku. Trzeźwość myślenia ściąga maski z naszego baśniowego patrzenia w rzeczywistość. Dziś tym trudniej jest utrzymać związek, gdyż łatwość wychodzenia z niego jest banalnie prosta. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, może ludzie dziś zbyt łatwo się poddają, czasami nie walczą nawet z prostymi konfliktami czy przeciwnościami losu, ale z drugiej strony taka sytuacja ściąga zasłonę z wszelkich patologii w związkach, których był i jest ogrom, a o czym kiedyś się milczało. Jeszcze raz powtórzę. Największym źródłem nieszczęścia współczesnego człowieka jest źle uformowana, ścisła, najbliższa relacja z drugim człowiekiem. Bardzo rzadko staje się ona piękną treścią życia, bo to jest po prostu trudne do realizacji i mądrego ułożenia. Jak to zrobić?
Nie ma jakiejś jednej recepty na dobry związek. Każda relacja jest specyficzna, gdyż każdy człowiek jest przynajmniej nieco inny. Ale można zarysować pewne ogólne ramy, które mogą pomóc w jakimś sensownym ułożeniu wzajemnych relacji. Problem jednak w tym, że zmieniający się świat, ciągle plastyczna i dynamiczna rzeczywistość, dzisiaj ogromnie wielowątkowa i niezwykle zmienna, generuje coraz większą potrzebę naszej wrażliwości na te zmiany i modyfikację tak siebie, jak i relacji z innymi ludźmi. Dzisiaj nie da się już utrzymać określonego wzorca przez kilkadziesiąt lat. Musimy być już elastyczni, czujni i otwarci na modyfikacje w bardzo płynnej rzeczywistości. Nasi przodkowie przez pokolenia żyli w bardzo podobnym świecie, a jeżeli chodzi o modyfikacje zachowań kulturowych, to one postępowały w iście żółwim tempie. Dziś wszystko jest już inaczej, co najlepiej widać na podstawie zaniku autorytetów. Kiedyś starzy ludzie po prostu wiedzieli więcej i byli takimi autorytetami. Dzisiaj sytuacja jest diametralnie inna, gdyż te starsze pokolenia zwyczajnie nie nadążają za dynamicznie zmieniającą się kulturą i bardzo rzadko ich wiedza przekuwa się na autorytet.
Jakby nie patrzeć, związek dwojga ludzi jest wymianą, wzajemnym świadczeniem sobie bodźców i usług, mającym na celu zaspokojenie własnych, egoistycznych potrzeb. A to na płaszczyźnie czysto technicznej, czyli dajmy na to, w kwestii wspólnego prowadzenia domu, a to w sferze uczuciowo-emocjonalnej i seksualnej, może jeszcze jakiejś...
less
Wszystko, co dzieje się pomiędzy ludźmi jest wymianą świadczeń i bodźców. Drugi człowiek jest narzędziem do robienia dobrze, przede wszystkim sobie. Jest obiektem, którym przy odpowiednim posłużeniu się, możemy wyzwalać w sobie satysfakcjonujące nas odczucia. Bezpośrednio "kochamy" tutaj nie samego partnera, ale nasze hormonalne reakcje, które rodzą się w nas i upajają za pomocą ukształtowanego w nas wizerunku drugiej osoby. Nie myślimy o tym w ten sposób, bo lubimy patrzeć na siebie jako na istoty nakierowane wyłącznie na partnera, a co za tym idzie altruistyczne, bezinteresowne, szlachetne i wyidealizowane. Niepotrzebnie, bo ten mechanizm nie jest jakiś zły, tylko problem leży w proporcjach, indywidualnych predyspozycjach i możliwościach, a także w sferze wzajemnego zrozumienia. W warunkach prawdy o nas i o naszych zachowaniach znacznie łatwiej o mądre postępowanie. Zaczarowane i wyidealizowane obrazy pchają nas z czasem w coraz większą fikcję, w głupsze i coraz bardziej frustrujące relacje. My nie rozumiemy najczęściej samych siebie, tego kim jesteśmy i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej. Brak nam podstawowej wiedzy. Altruizm jest również formą egoizmu, nastawioną na własną korzyść poprzez działanie korzystne dla drugiego człowieka. Ale tym, co napędza taką postawę jest egoistyczna korzyść, tyle że nie wprost, ale poprzez działania pośrednie, często pożyteczne, chociaż odcieni taka postawa może mieć wiele. Najważniejsze w tym wszystkim są proporcje, wrażliwość na uczucia partnera, umiejętność posługiwania się empatią, bo altruizm może stać się czymś znacznie bardziej nieznośnym i krzywdzącym niż normalny, przewidywalny egoizm. Egoizm nie wyklucza dawania, świetnego i pięknego współdziałania. Wystrzegać należy się egocentryków.
Czasami ludziom udaje się stworzyć coś fajnego, ot tak, po prostu, ale to rzadkość, niestety. Częściej trzeba wykonać jakąś pracę, zwłaszcza kiedy szaleństwo okresu zakochania zacznie zmieniać się w nieco bardziej racjonalną relację. Dla mnie, miłość to rodzaj szczególnej więzi opartej na wielu elementach. Nie jest to zapewne stan zakochania z początku każdego związku, ale właśnie racjonalne, rozsądne i przemyślane pokochanie. Już zdystansowane od tego nieco dziwnego, zamroczonego hormonami stanu z początku relacji i budowane na bazie zrozumienia choćby takiej podstawowej kwestii jak biologiczne (np. hormony czy kwestia rozrodczości) i psychologiczne różnice pomiędzy mężczyzną i kobietą, co w konsekwencji powoduje wyraźnie odmienne funkcjonowanie i zachowanie obu płci. Wiedza o tych różnicach jest czymś absolutnie niezbędnym, by wzajemnie siebie rozumieć i w dalszej perspektywie mieć szansę na zbudowanie silnej, pięknej więzi. Takie podstawowe kwestie, jak znacznie większa emocjonalność kobiety, jej potrzeba bliskości, uczuć, ciepła, odpowiednich słów. Kobieta na tym buduje swą więź z partnerem. Mężczyzna to przede wszystkim płeć działająca. Jego więź obrazuje się głównie w czynach, nieco mniej w emocjach i dyskusjach na ich temat, choć jednostkowo jest tutaj rozmaicie rozłożone nasilenie. Inne różnice, jak sfera seksu, czy problem zachowania dla siebie przestrzeni. Kobieta chce przede wszystkim seksu z ukochanym mężczyzną, a mężczyzna po prostu potrzebuje seksu. Kobieta potrzebuje większej bliskości, mężczyzna większej niezależności. I tak można ciągnąć dalej. Różnic jest dużo, a u ich podstawy leży nieco inna budowa i funkcjonowanie mózgu kobiety i mężczyzny. Jesteśmy odmienni pod tym względem i przez to mamy często odmienne cele i oczekiwania. A ludzie często nie rozumieją tych podstawowych rzeczy i konflikty powstają już przy tak banalnych tematach, jak chwiejność emocjonalna kobiety zależna od jej cyklu miesiączkowego, czy potężny popęd seksualny mężczyzny pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia i to jeszcze na nieszczęście dla kobiety, mocno niezależny od emocji i uczuć. Konflikt zbrojny puka do drzwi takiego niedoinformowanego związku.
Im więcej się wie, rozumie naturalne różnice, tym łatwiej o zbudowanie szczególnej więzi. Ale to oczywiście nie wszystko. Oprócz zrozumienia biologii i jej konsekwencji, pozostaje cała sfera praktyczna. Płaszczyzny, powiedzmy, funkcjonalne. Podstawowa kwestia, to przemyślenie i zrozumienie tego, czego tak naprawdę się chce. Zrozumienie tak siebie, jak i również tej drugiej osoby. Należy nieustannie i otwarcie dyskutować, stworzyć jakąś wspólną, sensowną wizję. Poznać dobrze swoje zachowania, nawyki, zalety, wady. Poznać wszelkiego rodzaju zainteresowania, pasje, połączyć te wspólne, nauczyć się akceptować czy szczerze tolerować te odmienne, a działania życiowe, w tym na przykład sprawiedliwy, równy bądź chociaż uzgodniony i akceptowany obopólnie podział obowiązków omówić i w miarę sensownie przestrzegać jego realizacji. Im więcej kwestii wspólnych, im większe poszanowanie, zrozumienie i elastyczność wobec kwestii odmiennych, tym oczywiście lepiej. O to trzeba cały czas dbać, podlewać, pielęgnować. Nigdy nie zapominać o pracy nad tym. Świadczenie wzajemnych usług na wszystkich płaszczyznach musi odbywać się w akceptowanych obopólnie proporcjach i takiejże formie. Dlatego budowanie związku na bezmyślnym, ślepym, narkotyczno-chemicznym zakochaniu jest stąpaniem po ruchomych piaskach. To nie jest miłość. Miłość jest odpowiedzialnością, rzetelnym zrozumieniem siebie i partnera tak na płaszczyźnie biologicznej, jak i praktycznej. Zrozumieniem i obiektywną oceną możliwości stworzenia głębokiej, perspektywicznej, odpowiedzialnej więzi. Niestety, różnice są często zbyt duże i warto umieć to sobie powiedzieć zanim zabrnie się za daleko. Problem jednak w tym, że hormony czynią nas często ślepymi.
A co jeżeli kiedyś, powiedzmy już w małżeństwie, uleci chemia? Co zrobić bez takich bodźców?
Zrozumienie tego, że uleci, musi należeć do podstawowej wiedzy o relacjach między dwojgiem zakochanych w sobie ludzi. Nie da się utrzymać relacji w permanentnym stanie odurzenia hormonalnego, jak to jest na początku związku.
less
Nasz mózg zwyczajnie się do tego przyzwyczaja, jak do jakiejś ekstra potrawy, którą zaczynamy zbyt często spożywać, czy do nowego samochodu albo ciucha. Z czasem nasz mózg przestaje na to intensywnie reagować, ale oczywiście możemy mu pomagać jakimiś stymulacjami, choćby kreowaniem miłej atmosfery, która kiedyś po prostu była za darmo poprzez siły natury czyli geny, a teraz trzeba nad nią troszkę popracować. Jeżeli jakiś człowiek ucieka od związku do nowego partnera, bo chemia nie działa jak kiedyś, to jest to po prostu efekt niewiedzy, żeby nie powiedzieć, głupoty. Prawdziwa miłość zaczyna się wtedy, kiedy hormony kończą na nas spadać gwałtowną lawiną. Miłość zaczyna się wtedy, kiedy kończy się permanentne zakochanie. Ten przyjemny stan można przywoływać przez całe życie, ale trzeba się tego nauczyć w ramach czegoś większego niż zauroczenie z początku związku, no i nie będzie to coś stałego w naszym życiu. Ja myślę, że to jest nawet piękniejsze od tego na pewno sympatycznego, ale nieco sztucznego napędzania nas przez geny i chemię. Bo już stworzone przez nas, siłą naszego współdziałania i wysiłku, wieloletniej pracy, racjonalnego postępowania, zrozumienia siebie, partnera, świata, życia i okoliczności w jakich przyszło nam współistnieć. W tym widzę porywającą i nieustanną pasję tworzenia wspólnego dzieła, w którym wzajemnie będziemy się ubogacać. Nie zawsze się uda, może nawet dość rzadko, ale osobiście uważam, że taka wyjściowa postawa jest sensowna i zwiększa szanse na coś, jeśli nie porywającego, nie cudownego, to przynajmniej sympatycznego. No i oczywiście człowiek zmienia się przez całe życie, więc nie da się tutaj niczego zagwarantować aż do grobowej deski.
Najpierw więc przyjrzeć się sobie wzajemnie i ewentualnie później uruchomić te uczucia i działania, które tworzą najgłębszą więź i daleko idącą, ale wolną od zniewolenia współzależność, chociaż to się tylko tak dobrze mi gada, bo moc hormonów jest niebywała. Może nie brzmi to wszystko romantycznie jak w lukrowanych filmach i powieściach, ale to właśnie takie przeidealizowane gwałtownymi namiętnościami wzorce budują w ludziach fałszywe i fatalnie szkodliwe wyobrażenia udanego związku. A stan zakochania wywołany poprzez siły biologii, natury jest stanem krótkotrwałym i przemijającym zaskakująco szybko. Tak więc rozsądne i nieco chłodniejsze pokochanie, jest znacznie większą szansą na trwałą i mądrą konstrukcję niż słodkie, upajające i tryskające gorącą chemią, zakochanie. No i życie to nie wesołe miasteczko, gdzie co chwila mamy nową karuzelę, kolejną atrakcję. Jeżeli ktoś oczekuje od bycia we dwoje nieustannego karnawału, to chyba lepiej, żeby pozostawał w luźnych związkach.
Umiejętność kochania, to coś innego niż zakochanie. Myślę, że każdy człowiek winien w swym życiu nieustannie dążyć do coraz pełniejszego i bogatszego piękna (kolejny "udany", intuicyjny termin) w sobie. Miłość do drugiej osoby odczuwam dziś, po czterdziestu latach życia, jako pomoc w stawaniu się tego piękna. Jest wsparciem, troską, oddaniem, działaniem. To nie tylko latarenki w oczach, świece przy kolacji, szampan w wannie, wzdychanie, hormony i seryjne orgazmy. To wszystko jest raczej tylko namiastką miłości, dopiero szukaniem jej bądź już sympatycznym uwieńczeniem, kiedy ona już jest. Mamy problem, kiedy nie docieramy do współpracy i ewentualnie wzajemnej inspiracji (nie subiektywnej, narzuconej przeze mnie kreacji bo to jest autorytaryzm, dominacja, narzucanie swojej wizji a nie realizacja prawdziwych pragnień, marzeń i potrzeb partnera/ki) w stawaniu się piękna u partnera. Wszystko pozostaje na poziomie powierzchowności i każdy idzie w swoim kierunku mniej lub bardziej niezależnie, a szczególna więź nie powstaje nigdy, bądź jest po prostu cienka.
Kiedy dostrzeżemy ten ogólny kierunek kształtowania więzi, to dalej chyba niezbędne jest to, o czym już wspomniałem. Możliwie jak najlepszy dobór partnera. Bo często różnice są zbyt duże, pomimo nawet najlepszych, najszlachetniejszych intencji obu stron i ich fajnych charakterów. No i cała masa ludzi po prostu w ogóle nie nadaje się do tych klocków. Miłość to działanie. Słowem i czynem. Miłość to służba wsparcia i to nie tylko wtedy, gdy jest dobrze, a zwłaszcza kiedy jest gorzej, źle. Mądre wsparcie i współpraca są wtedy niezbędne, a my najczęściej reagujemy złością, zarzutami, mniejszym lub większym atakiem, co nie buduje zdrowej relacji.
Miłość to własna siła dla stawania się drugiej osoby zgodnie z JEJ predyspozycjami, pragnieniami, marzeniami, potrzebami. Nie naszymi egoistycznymi, naturalnie w nas wrodzonymi wyobrażeniami. Te musimy zminimalizować i zweryfikować u zarania wspólnych relacji, a to dość trudne przedsięwzięcie, zwłaszcza w młodym wieku. Relacje pomiędzy dwiema osobami, by były do zniesienia, muszą być jednoczesnym pogłębianiem wzajemnej więzi, pielęgnowaniem jej oraz pełnym poszanowaniem wolności drugiej osoby, porzuceniem naturalnej tendencji do zniewalania i dopasowywania partnera do jakiejś własnej wizji. Partner musi być dla nas podmiotem, a nie przedmiotem. Bytem samoistnym i pięknym w swej indywidualności, a nie narzędziem do realizacji jakiegoś naszego wzorca, widzi mi się, czy nieustannego pobudzania emocjonalno-hormonalno-uczuciowego wedle naszych, jedynie słusznych wizji. Umiar i dystans w ingerowaniu w partnera to dziś już niezbędny element dla zdrowego kształtowania i utrzymania związku. Tutaj czeka oboje najcięższa praca. Wypracowanie jak najlepszej, niekoniecznie doskonałej, ale chociaż satysfakcjonującej harmonii pomiędzy tymi sprzecznymi względem siebie żywiołami, jest czymś absolutnie niezbędnym. W związku trzeba dbać o to, by obie strony mogły oddychać w miarę pełnymi płucami. By nikt się nie dusił, żył w warunkach możliwie największej wolności. Trzeba powściągnąć egoizm, który tkwi w każdym z nas, a charakteryzuje się skłonnościami do zdominowania partnera czy zachwiania proporcji w kwestii świadczenia wzajemnych usług.
less
Specyfika bycia we dwoje, czy z czasem w większym gronie, naturalnie ogranicza pole swobody, ale z drugiej strony oferuje coś niezwykłego, wzajemne wypotężnienie względem otaczającej rzeczywistości na wielu płaszczyznach doświadczania bycia. I tę ofertę winniśmy skutecznie, w miarę optymalnie wykorzystać, co niestety, chyba nie często się udaje. Powodem, jak mi się wydaje, jest słaba świadomość tego, czego w ogóle chcemy od związku z drugą osobą i brak harmonii pomiędzy naszymi wyobrażeniami i dążeniami a predyspozycjami i wolnością partnera oraz samym charakterem bycia w tak bliskim związku z drugim człowiekiem. A trzeba tu bardzo uważać, bo to właśnie w takich bliskich relacjach współczesny człowiek cierpi najbardziej. To nie obcy człowiek jest dziś naszym największym zagrożeniem, który może wkroczyć w nasze życie i je zniszczyć, bo przed tym jesteśmy już dość dobrze zabezpieczeni, ale to osoby z którymi jesteśmy w niemądrej, bezmyślnej, bliskiej relacji doprowadzają nasze życie do ruiny. A życie we dwoje w bliskiej relacji jest z dnia na dzień coraz trudniejsze, bardziej skomplikowane ze względu na coraz większą złożoność życia w którym uczestniczymy. Szereg bliskich osób był kiedyś korzystny dla naszego przetrwania w świecie, ale dziś, coraz bardziej okazuje się być męczącym i silnie ograniczającym zobowiązaniem. Miłość w bezpośredniej bliskości, to coraz trudniejsze zadanie i naprawdę ciężka praca.
Miłość winna być świadomie wspomagającą pracą we wzrastaniu i rozwoju piękna u partnera, ale w warunkach wolności, a nie przywłaszczenia sobie drugiej osoby, co często jest zastraszającym w swym wymiarze imperatywem. Miłość to również wysiłek, pokonywanie przeszkód, pot, a nie tylko szukanie, lub jeszcze gorzej, oczekiwanie miłego nastroju i urozmaiconych rozrywek. To jest już tylko przystrojeniem dla miłości. Sympatyczną ozdobą, przybraniem. W tym lepszym przypadku. W tym gorszym, poszukiwaniem szybko zużywających się hedonistycznych bodźców. Nie miłości. Tak to sobie mniej więcej widzę. Ale to tylko teoria, a ta jest znacznie łatwiejsza od praktyki.
radek (767 punktów)
Milosc to skomplikowane zachowanie altruistyczne, ktore wywewoluwalo jako zachowanie sprzyajace wychowaniu przodka (ang. kin selection), a wiec statystycznie zwiekszajace ilosc osobnikow z "genem milosci" w populacjach w kolejnych pokoleniach. Bylo i jest tak korzystne, ze zdominowalo populacje i obecnie prawie wszystkie osobniki gatunkow w ktorych wystepuje posiadaja taka ceche.
Oczywiscie okreslenie "gen milosci" jest skrotem myslowym, bo zachowanie takie moze byc warunkowane kombinacja wielu genow. Jednazke wszystkie one siedza w DNA naszej populacji i byc moze populacji innych gatunkow.

Fakt, ze mozemy kochac osobniki nie wlasnego gatunku, a nawet rzeczy materialne to tzw efekt ang. misfiring, czyli uboczny efekt tego typu cechy.

Nie od dzis wiadomo, ze organizm produkuje hormony wywolujacy odczuwanie milosci.
To takie nie romantyczne

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365