 |
Wrażenia z wizyty w szkole podstawowej Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » O wszystkim i o niczym
| Napisano | Autor | Tytuł | | 25-10-2012 18:41 | Selanos (12869 punktów) | Wrażenia z wizyty w szkole podstawowej
7 na 7 | Kiedy byłem na praktykach obserwacyjnych w mojej starej podstawówce, nie spodziewałem się cudów niewidów, raczej myślałem, że będę się nudzić, bo praktyki obserwacyjne to wybitnie nieinteresująca sprawa. Na pewno nie spodziewałem się tego, jak bardzo zmienili się uczniowie przez te osiem czy dziewięć lat odkąd skończyłem tę szkołę. Byłem raczej negatywnie zaskoczony tym jak dzisiaj sprawy się mają. Pierwsza rzecz która rzuciła mi się w oczy, to makijaż, farbowane włosy, tipsy i inne rzeczy tego typu które niekoniecznie potrafię nazwać. Osiem lat temu za pasemka wzywano rodziców do szkoły, dzisiaj nauczyciele pogodzili się z tym, że tę walkę przegrali. Angielszczyzna. Zaskoczyło mnie to, jak wiele angielskich wyrazów, a nawet całych zwrotów przebiło się do języka jakiego na co dzień używają młodzi Polacy. Zaskoczyło mnie to tym bardziej, że te konkretne kilka setek przypadków, na lekcjach angielskiego nie ma czym zabłysnąć. Wiem bo właśnie te lekcje obserwowałem. Nie mam na co dzień kontaktu z dziećmi, więc ich sposób mówienia był dla mnie sporym szokiem. A jak już jesteśmy przy sposobie mówienia: przekleństwa. W tej konkretnej szkole, te kilka lat temu, jak jakiś uczeń chciał powiedzieć przekleństwo, to najpierw nerwowo rozglądał się wokół siebie, a potem mówił coś z niezbyt "grubego kalibru". Dziś uczniowie nie mają hamulców, a jak przyłapie ich nauczyciel i rozpoczyna wykład o przeklinaniu, to uczeń patrzy takim wzrokiem, jakby zobaczył przed sobą okaz z innej planety. Innymi słowy, k***y lecą z góry na dół. Kompletny brak, z braku lepszego słowa, respektu, wobec nauczycieli. Osiem lat temu, dla mnie i mojej klasy nie było nic gorszego, niż dywanik u dyrektorki. Dziś ta sama dyrektorka kiedy próbuje wytłumaczyć coś uczniowi, spotyka się z takim spojrzeniem albo odpowiedzią, że myślę że za kolejne osiem lat uczeń odpowie "możesz mi naskoczyć". Z tego co widziałem, to jedyną osobą której nie odpyskuje nawet najgorszy przypadek, jest wicedyrektor, który jak zaczyna tyradę, to nie dość że jeszcze nie znaleźli się tacy co by go przegadali, to na dodatek człowiek ma ochotę zapaść się pod ziemię. Ze wstydu  Ech, niektóre rzeczy się nie zmieniają  Może nieco bardziej pozytywne kwestie. Szkoły są dzisiaj lepiej wyposażone i częściej przechodzą remonty. Na pewno są dzisiaj lepsze sale komputerowe, sprzęt do nauki języka, o wszechobecnych dzisiaj laptopach i rzutnikach nie wspominając. Relacje między uczniem a nauczycielem w tej konkretnej szkole, mimo tego "braku respektu" wydają się nieco bardziej ludzkie. Może to kwestia tego, że uczniowie są bardziej otwarci, a może tego, że na emeryturę odeszli nauczyciele którzy wzdychali za czasami kiedy mogli ucznia lać po łapach bez względu na to czy sobie na to zasłużył czy nie. A może to nowi nauczyciele którzy podobno na studiach mają więcej zajęć z psychologii, pedagogiki i metodologii, przynajmniej w porównaniu do poprzednich pokoleń. Mniejsza o powód, atmosfera w klasie, jeśli tylko nie zepsuje jej jakiś niewychowany przypadek, jest dużo bardziej przyjacielska niż ta którą ja zapamiętałem z czasów kiedy byłem tam uczniem. A na podsumowanie: rozmawiałem o tym co widziałem z dyrektorką tej szkoły. Pani dyrektor tylko się uśmiechnęła i powiedział, że te dzieci które są teraz, są całkiem inne niż te z czasów kiedy ja byłem w podstawówce i na pewno za następne osiem lat będą kolejne zmiany. Na koniec dodała, że cieszy się że wtedy już będzie na emeryturze. Z jakiegoś powodu nie napawa mnie to optymizmem. Raczej przerażeniem. Mam wrażenie, że nad tymi dziećmi nikt nie ma żadnej kontroli. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
4 na 4 kulka_na_mole (20109 punktów) (zablokowany) | Poczekaj z narzekaniem aż będziesz miał praktyki w gimnazjum!  > Kompletny brak, z braku lepszego słowa, respektu, wobec nauczycieli. Osiem lat temu, dla mnie i mojej klasy nie było nic gorszego, niż dywanik u dyrektorki. Dziś ta sama dyrektorka kiedy próbuje wytłumaczyć coś uczniowi, spotyka się z takim spojrzeniem albo odpowiedzią, że myślę że za kolejne osiem lat uczeń odpowie "możesz mi naskoczyć". Z tego co widziałem, to jedyną osobą której nie odpyskuje nawet najgorszy przypadek, jest wicedyrektor, który jak zaczyna tyradę, to nie dość że jeszcze nie znaleźli się tacy co by go przegadali, to na dodatek człowiek ma ochotę zapaść się pod ziemię. Ze wstydu Czyli nauczyciele, wraz z panią dyrektor, powinni przejść przeszkolenie u pana wicedyrektora. 
Jak ten świat się zmienia! Kiedyś narzekało się na "tę dzisiejszą młodzież" w wieku podeszłym, dziś zaczyna się narzekać zaledwie po kilku latach! 
Aby popłynąć ku nowym horyzontom trzeba się nie bać spuścić brzeg z oczu. (W. Faulkner)
|
|
 | | Selanos (12869 punktów) | > Poczekaj z narzekaniem aż będziesz miał praktyki w gimnazjum!  Miałem tylko obserwację i muszę przyznać, że nie byli gorsi niż podstawówka. Ale pożyjemy, zobaczymy, praktyki za kilka miesięcy. > Czyli nauczyciele, wraz z panią dyrektor, powinni przejść przeszkolenie u pana wicedyrektora.  Do tego trzeba mieć zdolność mówienia donośnym głosem z prędkością CKM-u bez potrzeby nabierania oddechu. To prawdopodobnie zdolność z którą trzeba się urodzić  > Jak ten świat się zmienia! Kiedyś narzekało się na "tę dzisiejszą młodzież" w wieku podeszłym, dziś zaczyna się narzekać zaledwie po kilku latach!  Jaka młodzież, w podstawówce to jeszcze dzieci. A zachowują się tak, że pasowaliby do gimnazjum. Chyba, że w gimnazjum obowiązują jakieś nowe standardy których ja nie zauważyłem... Oh, horror, horror, horror! This is beyond words and beyond belief!
|
|
Xion (501 punktów) (zablokowany) | >Angielszczyzna. Zaskoczyło mnie to, jak wiele angielskich wyrazów, a nawet całych zwrotów przebiło >się do języka jakiego na co dzień używają młodzi Polacy. Zaskoczyło mnie to tym bardziej, że te >konkretne kilka setek przypadków, na lekcjach angielskiego nie ma czym zabłysnąć. Wiem bo właśnie te >lekcje obserwowałem. Nie mam na co dzień kontaktu z dziećmi, więc ich sposób mówienia był dla mnie >sporym szokiem.
Możesz rozwinąć i podać przykłady? Zawsze wydawało mi się, że język polski jest wybitnie oporny na anglicyzmy, pewnie z powodu przynależenia do dość znacząco różnej rodziny języków. Na co dzień mam na przykład porównanie z holenderskim, gdzie w mowie słyszę mnóstwo zapożyczonych fraz właśnie z angielskiego. W polskim w sumie nie spotkałem się z podobną sytuacją poza własną branżą (IT), więc to co mówisz jest bardzo interesujące.
|
|
 | 2 na 2 | Selanos (12869 punktów) | Nie pamiętam już wszystkiego. Dość częste jest używanie angielskich przekleństw, niestety. Poza tym słyszałem pełno słówek typu facepalm, loser, oh my god. No i ciekawe spolszczone słówka typu stajl, imidżm, które nawet się odmienia, to akurat głównie w wykonaniu żeńskiej części szkoły. Słów związanych z internetem i komputerami, w szczególności z grami komputerowymi nie będę wymieniał, bo te wszystkie single player, multi, map, etc. to chyba już normalność. Dowiedziałem się, że chipsy, paluszki, cola itd. to już nie są ani przekąski, ani fast-food. Teraz to są 'snacks'. Popularne zdają się także być tytuły piosenek, których z reguły nie znam, pewnie jakiejś Hanny Montany albo innego Biebera sądząc po nadrukach na plecakach i piórnikach. To mi przypomniało o tym, że plecak to coraz częściej jest 'bag'. Tym razem bez odmiany, mamy np. wrzuć to do mojej bag. Na chwilę obecną więcej sobie nie przypominam  Edit: przypomniało mi się jeszcze jedno, żeńska część szkoły ma w zwyczaju używać wyrazu bitch, np. chodźcie tu bitches, w celu zawołania swoich psiapsiułek. Ciekawe czy wiedzą co to znaczy?
|
|
 | 11 na 11 | Dariusz Jamrozowicz (2363 punktów) | >Na co dzień mam na przykład porównanie z holenderskim, gdzie w mowie słyszę mnóstwo zapożyczonych fraz właśnie z angielskiego.
Ciut obok tematu..., ale język niderlandzki (nie holenderski) i angielski są w tej samej grupie językowej i dość blisko spokrewnione. Na przykład dialekt fryzyjski jest w jednej podgrupie z angielskim, a wręcz mówi się o nich jako o językach siostrzanych. Stąd często w niderlandzkim pewne rzeczy brzmią, jakby pochodziły z angielskiego, a wcale nie muszą być zapożyczeniami. A co do odporności na anglicyzmy, to w przypadku języka polskiego przynależność do innej grupy nie jest aż tak bardzo istotnym czynnikiem. Ważniejsza jest powszechność angielskiego i różnica poziomu cywilizacyjnego. Jako ubodzy krewni nieco później zaczynamy korzystać z wielu dobrodziejstw cywilizacji, zarówno technicznych, jak i kulturowych, i siłą rzeczy dochodzą one do nas już z gotową nazwą. W ten sposób przyswajamy je sobie, dostosowując do zasad naszego języka, a po pewnym czasie nawet nie zauważamy, że słowo lub pojęcie było obce. Nawet tak wydawałoby się oczywiste słowo jako notes nie jest polskie i pochodzi z angielskiego, tyle tylko, że z czasów, kiedy z angielskim mówionym nie mieliśmy kontaktu i wymawialiśmy słowa tak, jak je widzieliśmy. A zatem jeśli na zeszyciku do robienia notatek widzieliśmy angielski napis notes, to tak zaczęliśmy to wymawiać. A skąd mamy tramwaj? Toż to przecież tram way, tyle że wymówiony całkowicie po polsku. Oczywiście, branża komputerowa jest na linii ognia, gdyż tutaj wszystko mamy z gotowymi nazwami i nie mamy nawet czasu na wymyślanie czegoś własnego (sam zresztą użyłeś terminu IT). Ciekawe, że np. Francuzi nie mają komputera, ale ordinateur, a także Czesi niechętnie używają określenia przejętego z angielskiego - kompjútr, które brzmi raczej slangowo (i widać też, że jest bliższe oryginalnej wymowie niż polski komputer), i w powszechnym użyciu jest počítač. _
|
|
 | 6 na 6 | liliac (147340 punktów) | > W polskim w sumie nie spotkałem się z podobną sytuacją poza własną branżą (IT), więc to co mówisz jest bardzo interesujące.W środowiskach biomedycznych bywa to również popularne zjawisko  Tak prawdę rzekłszy, część mojej terminologii zawodowej po polsku albo nie istnieje, albo brzmi kuriozalnie. A porządnych polskojęzycznych podręczników nie ma wcale.
|
|
|  | Bill Kilgore (3086 punktów) (zablokowany) | >Tak prawdę rzekłszy, część mojej terminologii zawodowej po polsku albo nie istnieje, albo brzmi kuriozalnie.
Nie tylko w środowiskach biomedycznych: weźmy słownictwo mechaniczne- "mimośród". No co to za piec złoty drewniane? Niemieckie "Exzenter" brzmi wg. mnie znacznie lepiej a i zawiera w sobie wskazówke, czego dotyczy.
P.S. Przepraszam za brak pewnych polskich znaków, kompjutr płata figle, gadzina sroga...
Fabricati Diem, Pvnc!
|
|
| |  | | Marek Okrągły (2283 punktów) | >Nie tylko w środowiskach biomedycznych: weźmy słownictwo mechaniczne- "mimośród". No co to za piec złoty drewniane? Niemieckie "Exzenter" brzmi wg. mnie znacznie lepiej a i zawiera w sobie wskazówke, czego dotyczy.
W ekonomii, a szczególnie w różnych odmianach "consultingu" angielski praktycznie króluje. Muszę przyznać, że jest to odrobinę odświeżające, że jednak małe miejscowości nie mówią zapożyczeniami tylko polskimi nazwami. Przypuszczam, że jest to jednak wymóg klientów, którzy przestali mieć właśnie syndrom "biednego sąsiada" i zastąpili go "płacę i wymagam", co jest zdrowe.
Ateizm to nie światopogląd to odpowiedź na pytanie "Czy są bogowie? Tak/Nie." I ateizm jest w pełni uzasadniony. Dowodem na nieistnienie bogów jest brak jakiegokolwiek weryfikowalnego dowodu na istnienie bogów (naprawdę bardzo mocny argument).
|
|
8 na 8 | hubin (2274 punktów) | Nie wiem czy może być gorzej, zawsze znajdą się tacy których chory system edukacji nie zdemoralizuje, tylko w tych jednostkach pokładam jakąś nadzieję.
Moje obserwacje z pracy ze studentami: obecnie mają problemy z czytaniem i arytmetyką, zbudowanie zrozumiałej wypowiedzi często przekracza ich możliwości. Zastanawiam się w jaki sposób zdali maturę, bo wydaje mi się to niemożliwe. Kiedyś gdy słyszałem na korytarzu "bluzgi" zwracałem uwagę, obecnie jest to już tak częste w obrębie uczelni, że tylko bym ośmieszał instytucję nauczyciela akademickiego, zresztą nowe pokolenia nauczycieli same nie wiele odbiegają od antywzorca.
Pracowałem w dwóch Politechnikach i uczelni niepublicznej, szczerze mam dość przykładania ręki do tej fuszerki zamierzam z końcem roku akademickiego odejść - wadliwe są wszystkie szczeble edukacji ale najgorsze jest to, że nikt się nie poczuwa do odpowiedzialności nawet za własne działania.
Oceniam na podstawie moich grup studenckich, że śmiało można by wywalić 95% studentów uczelni publicznych i 98% uczelni niepublicznych - wydaje mi się, że i tak miałem do czynienia z elitą pośród braci studenckiej. Pracowałem często przy projektach do których zgłaszali się ochotnicy, czyli ci którym się coś jeszcze chciało, poza zaliczeniem zajęć.
Na oszustwach łapię nagminnie, często spotykam się z zasadą jak cię złapią za rękę to twierdź, że to nie twoja ręka...
Parafrazując: Ideologia śmierdzi!
|
|
 | 5 na 5 | Selanos (12869 punktów) | >Moje obserwacje z pracy ze studentami: obecnie mają problemy z czytaniem i arytmetyką, zbudowanie zrozumiałej wypowiedzi często przekracza ich możliwości. Zastanawiam się w jaki sposób zdali maturę, bo wydaje mi się to niemożliwe.
Na pewno nie ma nic prostszego niż matura ustna z Języka polskiego. Jako jedyny z mojej klasy, sam napisałem swoją prezentacje maturalną. Reszta miała prezentacje od starszych znajomych albo od rodzeństwa. Wystarczy, że przeczytali streszczenia lektur i nauczyli się bodajże trzech stron A4 prezentacji. Wtedy po raz pierwszy w życiu byłem wściekły na czyjeś wyniki. Nie mogłem ścierpieć tego, że reszta nie dostała dużo gorszych.
Matura z matematyki też nie powalała poziomem, chociaż większość powie co innego. Z jakiegoś powodu, w naszym kraju ludzie myślą, że matura jest nie po to żeby sprawdzać wiedzę, tylko po tom żeby ludzie ją zdali.
>Kiedyś gdy słyszałem na korytarzu "bluzgi" zwracałem uwagę, obecnie jest to już tak częste w obrębie uczelni, że tylko bym ośmieszał instytucję nauczyciela akademickiego, zresztą nowe pokolenia nauczycieli same nie wiele odbiegają od antywzorca.
To trochę wygląda jak wstęp do filmu "Idiokracja".
Ja mam bardzo ciekawych wykładowców. To są ludzie którzy naprawdę interesują się swoją dziedziną, mają niesamowitą wiedzę i chęć do tego, żeby ją przekazać.
>Oceniam na podstawie moich grup studenckich, że śmiało można by wywalić 95% studentów uczelni publicznych i 98% uczelni niepublicznych - wydaje mi się, że i tak miałem do czynienia z elitą pośród braci studenckiej. Pracowałem często przy projektach do których zgłaszali się ochotnicy, czyli ci którym się coś jeszcze chciało, poza zaliczeniem zajęć.
No bo po co się starać? Dostanie się na studia jest teraz tak proste, że mało kto boi się nie zdania. Przecież zawsze można zacząć inny kierunek, albo ten sam w innym miejscu. Są oczywiście ludzie na takich kierunkach, na których jest po trzydzieści osób na miejsce i ogromne wymagania, albo ludzie zwyczajnie ambitnie, ale mam dziwne wrażenie, że to mniejszość.
>Na oszustwach łapię nagminnie, często spotykam się z zasadą jak cię złapią za rękę to twierdź, że to nie twoja ręka...
Mało kto uważa ściąganie za coś złego, bo po pierwsze w podstawówkach, liceach i gimnazjach nie ma za to dotkliwych kar, a po drugie, dużo osób uważa, że ten kto ściąga jest fajny, zaradny, a ci co nie potrafią, albo co gorsza nie dadzą od siebie ściągnąć, to chamstwo i tępota.
|
|
|  | 2 na 2 Bill Kilgore (3086 punktów) (zablokowany) | Zaczne od przeprosin: za brak co poniektórych polskich znaków (szczególnie "e" z ogonkiem i "c" z kreseczką), ale poddaje sie, tyci-miekki (microsoft) system operacyjny rozłożył mnie na łopatki.
>No bo po co się starać? Dostanie się na studia jest teraz tak proste, że mało kto boi się nie zdania. Przecież zawsze można zacząć inny kierunek, albo ten sam w innym miejscu. Są oczywiście ludzie na takich kierunkach, na których jest po trzydzieści osób na miejsce i ogromne wymagania, albo ludzie zwyczajnie ambitnie, ale mam dziwne wrażenie, że to mniejszość.
W takim wypadku zapraszam do mnie na studia, do Niemiec, na wydział mechaniczny. Na kierunku zaczeło na moim roczniku 38 osób, zostało nas po czterech latach czterech. Były osoby wyrzucone z powodu niezdanych egzaminów, były załamania nerwowe, były i świadome decyzje.
Teoretycznie robie "jedynie" studia na poziomie Bachelor of Science, co odpowiadałoby studiom stopnia inżynierskiego. "Powinienem" sie uwinąc w 3 lata, studiuje już 4 i rok-półtora bedą jeszcze konieczne, mimo sumiennego, regularnego i wielogodzinnego tyrania. Jesteś słaby? Poddajesz sie? -Odpadasz. Mieczaki lecą w przedbiegach.
>Mało kto uważa ściąganie za coś złego, bo po pierwsze w podstawówkach, liceach i gimnazjach nie ma za to dotkliwych kar, a po drugie, dużo osób uważa, że ten kto ściąga jest fajny, zaradny, a ci co nie potrafią, albo co gorsza nie dadzą od siebie ściągnąć, to chamstwo i tępota.
Za oszustwa (łącznie ze ściąganiem): wydalenie z uczelni z zakazem studiowania w Niemczech. Tak ma byc!
Zapraszam.
Fabricati Diem, Pvnc!
|
|
5 na 5 | Olek Mularski (3178 punktów) | > Na pewno nie spodziewałem się tego, jak bardzo zmienili się uczniowie przez te osiem czy dziewięć> lat odkąd skończyłem tę szkołę. Byłem raczej negatywnie zaskoczony tym jak dzisiaj sprawy się mają.> Pierwsza rzecz która rzuciła mi się w oczy, to makijaż, farbowane włosy, tipsy i inne rzeczy tego> typu które niekoniecznie potrafię nazwać. Osiem lat temu za pasemka wzywano rodziców do szkołyJa mieszkam blisko gimnazjum, więc jakoś ten szok jest mniejszy, ale degenerację obserwuję z każdym rokiem. Choć biorąc pod uwagę, że jeszcze w połowie lat 90-tych szczytem degeneracji ucznia były papierosy, piwo i długie włosy u chłopaków/pasemka u dziewczyn to rzeczywiście można przeżyć wstrząs. Obecnie grubo ponad połowa chłopaków w gimnazjum to element patologiczny (dziewczyn nie wiele mniej), który można określić jednym wyświechtanym już troszkę słowem "dresiarze". Narkotyki z marihuaną i dopalaczami na czele są już niestety szkolną normą. Marihuana wchodziła powoli mniej więcej w czasach początków istnienia gimnazjów. Pamiętam (należałem do rocznika otwierającego gimnazja), jak koledzy próbowali ów nowy sposób na odlot (ja nigdy nie próbowałem) i jak nauczyciela od niemieckiego złapali na rozprowadzaniu trawy wśród uczniów (Temida na szczęście była bezlitosna i przysoliła 15 lat odsiadki  ) Dopalacze to niestety zabójcza nowość (nadal jest z tym problem, trochę przycichł po delegalizacji, ale na czarnym rynku są nadal i kilka hospitalizacji miesięcznie to norma). Zresztą oprócz malejącej kultury i wzrastającej logarytmicznie głupoty narastają też problemy medyczne dzieciaków spowodowane przesiadywaniem przed komputerem w celach "rozrywkowych", zamiast aktywności na świeżym powietrzu i tym samym komputerem dla nauki zamiast książki. Prowadzi to do skoliozy, otyłości, krótkowzroczności. W połączeniu ze śmieciową dietą, używkami i bzdurami wysłuchiwanymi na religii głoszonej przez coraz bardziej radykalnych klechów uzyskujemy iście szatański chorobotwórczy koktajl. Cóż nie na darmo coraz więcej dzieci ląduje w szpitalach. Zgadzam się z Tobą, że to hołota nie uczniowie i to w dodatku chora! > Angielszczyzna. Zaskoczyło mnie to, jak wiele angielskich wyrazów, a nawet całych zwrotów przebiło> się do języka jakiego na co dzień używają młodzi Polacy. Zaskoczyło mnie to tym bardziej, że te> konkretne kilka setek przypadków, na lekcjach angielskiego nie ma czym zabłysnąć. Wiem bo właśnie te> lekcje obserwowałem. Nie mam na co dzień kontaktu z dziećmi, więc ich sposób mówienia był dla mnie> sporym szokiem.Mnie też to boli, że szpecimy własny język przerzutami nowotworu zwanego język angielski. Inaczej niestety tego nie potrafię nazwać, a terminologia medyczna jest mi najbliższa. Bardzo to przykre, bo język jest niezbędną częścią naszej tożsamości narodowej, historii i kultury. Zresztą to niestety widać wszędzie- wystarczy przejść się po mieście i widać co krok: shop, sale, club, restaurant, cinema itp. itd. (co gorsza wpisując shop i club nie mam czerwonego podkreślenia, czyli coś rzeczywiście jest nie tak!).  > A jak już jesteśmy przy sposobie mówienia: przekleństwa. W tej konkretnej szkole, te kilka lat temu,> jak jakiś uczeń chciał powiedzieć przekleństwo, to najpierw nerwowo rozglądał się wokół siebie, a> potem mówił coś z niezbyt "grubego kalibru". Dziś uczniowie nie mają hamulców, a jak przyłapie ich> nauczyciel i rozpoczyna wykład o przeklinaniu, to uczeń patrzy takim wzrokiem, jakby zobaczył przed> sobą okaz z innej planety. Innymi słowy, k***y lecą z góry na dół.> Kompletny brak, z braku lepszego słowa, respektu, wobec nauczycieli. Osiem lat temu, dla mnie i> mojej klasy nie było nic gorszego, niż dywanik u dyrektorki. Dziś ta sama dyrektorka kiedy próbuje> wytłumaczyć coś uczniowi, spotyka się z takim spojrzeniem albo odpowiedzią, że myślę że za kolejne> osiem lat uczeń odpowie "możesz mi naskoczyć". Z tego co widziałem, to jedyną osobą której nie> odpyskuje nawet najgorszy przypadek, jest wicedyrektor, który jak zaczyna tyradę, to nie dość że> jeszcze nie znaleźli się tacy co by go przegadali, to na dodatek człowiek ma ochotę zapaść się pod> ziemię. Ze wstydu Ech, niektóre rzeczy się nie zmieniają  Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych miałem nauczyciela od geografii, który za gadanie na lekcji (sam raz za to zasłużyłem) i niewyparzony język walił dziennikiem przez łeb. Dyrektor nawet go popierał w tych działaniach. Z samego geografa zaś pedagog był rewelacyjny. Jak mówił na lekcji to aż chciało się słuchać, potrafił wytłumaczyć prawie każdemu nawet najbardziej zawiłe kwestie ze swojej dziedziny (prawie, bo paru głąbów, które nie wiedziały, gdzie jest Ocean Indyjski, a zapytane pokazywały na Atlantyk w każdej klasie się o zgrozo znalazło, ale to już są jednostki niereformowalne  ). Cisza na zajęciach była taka jak makiem zasiał (co chyba wydaje się być logiczne). Potrafił zainteresować uczniów przedmiotem, nie to co teraz. > Może nieco bardziej pozytywne kwestie.> Szkoły są dzisiaj lepiej wyposażone i częściej przechodzą remonty. Na pewno są dzisiaj lepsze sale> komputerowe, sprzęt do nauki języka, o wszechobecnych dzisiaj laptopach i rzutnikach nie> wspominając.> Relacje między uczniem a nauczycielem w tej konkretnej szkole, mimo tego "braku respektu" wydają się> nieco bardziej ludzkie.Ja niestety pozytywów widzę bardzo mało. Może dlatego, że nie jestem nauczycielem, a ostatnim uczniem w rodzinnym domu była moja siostra (obecnie jest na II roku medycyny). Zresztą już ona mówiła, że w szkole lawinowo rósł poziom głupoty. Co się tyczy pomocy dydaktycznych, to jeszcze 15 lat temu były kredowe tablice i książki, a komputer był dostępny raczej tylko w szkole i miał pamięć obecnej komórki (i to pewnie też nie tej najlepszej), a dzieci osiągały lepsze wyniki w nauce niż dziś. Na poziomie gimnazjum wystarczyło (żeby nie było, nie jestem przeciwny rozwojowi szkolnictwa)! Stare podejście do ucznia
|
|
6 na 6 | dstr (1474 punktów) | > A na podsumowanie: rozmawiałem o tym co widziałem z dyrektorką tej szkoły. Pani dyrektor tylko się> uśmiechnęła i powiedział, że te dzieci które są teraz, są całkiem inne niż te z czasów kiedy ja> byłem w podstawówce i na pewno za następne osiem lat będą kolejne zmiany.Może na temat, a może nie... Za każdym razem, kiedy sam w myślach narzekam na "dzisiejszą młodzież", przypominam sobie ten dowcip (i zastanawiam, na ile sam przypominam jego bohaterki): Dwie starsze panie narzekają: - Ach ta dzisiejsza młodzież... - Właśnie, chodzą prawie takie półnagie... - Palą papierosy... - Piją... - Narkotyzują się... - Szkło jedzą? - Szkło? - No, sama słyszałam u sąsiadów: "wykręć żarówkę, to wezmę do buzi". Świat się zmienia - może po prostu przestajemy go rozumieć?
|
|
2 na 2 | Marszalik (733 punktów) | Osiem lat temu byłem gdzieś na początku technikum. Nie było znacząco inaczej od tego co opisałeś. Być może moja klasa była pionierska.
Będzie krótko, bo przeglądarka "zjadła" mi sporych już pokazów "wypociny" jakie tu chciałem opublikować.
Nie sądzę, że to jest jakaś apokalipsa. Uważam, że młodzież sama kieruje się w strony, które je interesują. To, że u nas w Polsce łapiemy się za głowę jak ktoś "gwałci" zasady pisowni i gramatyki ojczystego języka, nie znaczy od razu, że jest to odpowiednie podejście.
Tak na prawdę świat zaczyna się poza granicami Polski. Jesteśmy zaściankiem technologicznym, filozoficznym i kulturowym. Wszystko co się nam teraz w szkołach podaje to archaiczne pamiątki z dawnych czasów. Niby jak to ma motywować? Taki anglik, czy ktokolwiek uczony od dziecka angielskiego, ma dostęp do wszystkiego, podczas kiedy polak z "tradycją" musi zadowalać się ochłapami.
Ja sam jechałem na "dopach" (dopuszczających), a większości przydatnych rzeczy nauczyłem się sam, nie raz, sięgając po anglojęzyczne pozycje. Musiałem się tego jednak nauczyć sam, szkoła jedynie mi w tym przeszkadzała, karmiąc potopami, krzyżakami i lalkami. W ciągu mojej całej edukacji zdążyłem trzy razy nauczyć się części składowych komputera, składni HTML, obsługi Worda, natomiast umiejętność programowania musiałem posiąść sam. Trzy razy również miałem przyjemność nauki podstaw angielskiego, podczas kiedy sam, poprzez styczność z internetem, doszedłem do poziomu średnio-zaawansowanego dużo wcześniej. Miałem także rok nauki francuskiego, rosyjskiego i niemieckiego, co nie ma prawa przynieść żadnych rezultatów w tak krótkim czasie. To nie na biologii dowiedziałem się, czym tak na prawdę jest ewolucja, tylko z książek. To nie fizyka pozwoliła mi zrozumieć czym tak na prawdę jest grawitacja i na czym opiera się teoria kwantowa.
Nie wiem, jak to dzisiaj jest, ale podejrzewam, że kierunek edukacji nie za bardzo się zmienił. Szczerze współczuję tym dzieciakom i mam nadzieję, że nie braknie im samozaparcia, żeby samemu wyręczyć nasz polski system edukacji.
Kończąc, chciałbym powiedzieć, że według mnie jest duży związek między tym, co tak na prawdę naucza się w szkole a brakiem szacunku i motywacji u uczniów. Oni dobrze widzą, jak to wygląda za granicami naszego kraju. W Anglii czy USA dzieci mają szanse startować z pierwszej ligi, u nas produkuje się "uczonych" na ławkę rezerwowych.
|
|
 | 3 na 3 | hubin (2274 punktów) | Tak się składa, że między innymi prowadzę zajęcia z programowania, tyle że programowania nie nauczysz w teorii, a praktyka wymaga samozaparcia i wykonywania zadań. >trzy razy nauczyć się części składowych komputera, składni HTML, obsługi Worda, natomiast umiejętność programowania musiałem posiąść sam. Jesteś ewenementem studenci których poznałem nie potrafią się posługiwać WORDem, html to już dla nich czarna magia, w tej sytuacji zajęcia z SQL'a czy PHP musieliśmy sobie kilka lat temu darować. O części składowe i ich znaczenie wole nawet nie pytać, pamiętam że gdy kolega zrobił wstęp teoretyczny do swoich zajęć dotyczący kilobajtów i kilobitów to w szkole prywatnej studenci poszli na skargę.
Gdy z innym kolegą robiliśmy zajęcia z C w prywatnej uczelni, wszyscy inni pracownicy się pukali w głowę. Z przykrością muszę stwierdzić, że mieli rację na 120 studentów wartościowy projekt oddał 1, reszta usiłowała w pierwszym podejściu oddać gotowce z internetu które nie pasowały w żaden sposób do tematu pracy, część nawet nie była we właściwym języku... Odpytywani z rzekomo stworzonego kodu nie byli w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Za to na zajęciach ci spragnieni wiedzy studenci czytali portale typu pudelek i kwejk, zamiast przynajmniej przepisywać programy pisane przez nauczyciela, o zadawaniu pytań, czy próbie zrozumienia nie wspominając...
Zatem jeżeli nie miałeś zajęć z programowania, to pewnie dlatego, że zdemoralizowany nauczyciel nie chciał się zarzynać za psie pieniądze dla ludzi którzy mają to w nosie. Po sześciu latach rezygnuję, bo nie chce być właśnie takim nauczycielem, nie chcę nabrać dystansu.
Prowadziłem szkolenia komercyjne z programowania, mogę ocenić że różnica jest kolosalna i nie dotyczy jedynie stawki za godzinę.
Parafrazując: Ideologia śmierdzi!
|
|
 | 3 na 3 | Olek Mularski (3178 punktów) | > Nie sądzę, że to jest jakaś apokalipsa. Uważam, że młodzież sama kieruje się w strony, które je interesują. To, że u nas w Polsce łapiemy się za głowę jak ktoś "gwałci" zasady pisowni i gramatyki ojczystego języka, nie znaczy od razu, że jest to odpowiednie podejście.Zdecydowanie jest odpowiednie. Zauważ jakie podejście do swojego narodowego języka mają inne rozwinięte kraje np. Francja czy Włochy. Język to kultura, z kultura to marka, czyli coś z czym kraj się kojarzy. Widząc setki firm nazwanych po angielsku nawet nie wiesz z jakiego kraju one pochodzą, uważasz pewnie, że są zagraniczne. Tymczasem znaczna część z nich jest krajowa. Podobnie jest, gdy produkt trafia za granicę. Nawet jak jest on polski, to nie kojarzy się z Polską, a raczej z Anglią czy Stanami Zjednoczonymi czy innym krajem anglojęzycznym, bo ma angielską nazwę. Angielski w obecnych czasach jest anonimowy. Polska przez to naprawdę dużo traci, gdyż kojarzenie marki z krajem pochodzenia jest bardzo ważne. Co z tego, że nasz język jest trudny (z pewnością nie dla wszystkich, dla innych krajów słowiańskich pewnie łatwiejszy od angielskiego, a Chińczykom, Ormianom czy Arabom to pewnie wszystko jedno, bo alfabet inny i gramatyka zupełnie inna zarówno od angielskiego jak i polskiego). Z reszta nie trzeba w ogóle mówić w danym języku, żeby zapamiętać jak się pisze nazwę produktu i skojarzyć go z krajem! > Tak na prawdę świat zaczyna się poza granicami Polski. Jesteśmy zaściankiem technologicznym, filozoficznym i kulturowym.Z tym się nie można zgodzić! Co do technologii to może rzeczywiście mamy trochę do nadrobienia, ale kulturowo, czy jak to nazwałeś filozoficznie to raczej Anglicy powinni nas gonić. Jeśli chodzi o literaturę, sztukę, książkę, muzykę (z wyjątkiem rozrywkowej) to nie mamy sobie nic do zarzucenia. Gdy zaś chodzi o kulturę bycia, uprzejmość, zachowanie się gościnność, to niestety nie dorastają Polakom do pięt! > Wszystko co się nam teraz w szkołach podaje to archaiczne pamiątki z dawnych czasów. Niby jak to ma motywować? Taki anglik, czy ktokolwiek uczony od dziecka angielskiego, ma dostęp do wszystkiego, podczas kiedy polak z "tradycją" musi zadowalać się ochłapami.Po prostu mają szczęście, że w XVIII wieku podbili ładny kawałek świata gnębiąc i wyniszczając przy tym miejscową ludność, tworząc kolonie, w których Murzyni, Hindusi, Indianie i inni miejscowi niewolniczo pracowali na ich kraj. My w tym samym czasie w skutek oligarchii, wojen i późniejszych rządów Sasów zniszczyliśmy naszą potęgę. Zamiast pospołu z nimi dokonywać podziału świata zniknęliśmy z mapy na 123 lata. W związku z tym prawie co piąty obywatel tego świata mówi po angielsku, a po polsku tylko 40 mln i tylko w jednym kraju. Ot mała dziejowa niesprawiedliwość.  > Ja sam jechałem na "dopach" (dopuszczających), a większości przydatnych rzeczy nauczyłem się sam, nie raz, sięgając po anglojęzyczne pozycje. Musiałem się tego jednak nauczyć sam, szkoła jedynie mi w tym przeszkadzała, karmiąc potopami, krzyżakami i lalkami.Cóż język polski znać trzeba, młodych Anglików też pewnie karmią Szekspirem i na pewno też nie są z tego powodu szczęśliwi. Na poziomie licealnym jest wiele dobrych książek po polsku, lub tłumaczonych praktycznie w każdej dziedzinie i wierz mi, jak się dobrze szuka to nie potrzeba korzystać z obcojęzycznych dzieł. Ja przez całe studia nie korzystałem, a i po studiach na razie nie potrzebowałem (nie jestem informatykiem, więc nie wiem jak jest z dostępnością dobrych polskich źródeł w tej dziedzinie). W ciągu mojej całej edukacji zdążyłem trzy razy nauczyć się części składowych komputera, składni HTML, obsługi Worda, natomiast umiejętność programowania musiałem posiąść sam. Trzy razy również miałem przyjemność nauki podstaw angielskiego, podczas kiedy sam, poprzez styczność z internetem, doszedłem do poziomu średnio-zaawansowanego dużo wcześniej. Miałem także rok nauki francuskiego, rosyjskiego i niemieckiego, co nie ma prawa przynieść żadnych rezultatów w tak krótkim czasie. To nie na biologii dowiedziałem się, czym tak na prawdę jest ewolucja, tylko z książek. To nie fizyka pozwoliła mi zrozumieć czym tak na prawdę jest grawitacja i na czym opiera się teoria kwantowa. To są niestety błędy we współczesnych programach nauczania. Programy są okrojone, prymitywne, ułożone pod rozwiązywanie egzaminów testowych i wyszukiwanie informacji/"czytanie ze zrozumieniem". Nie zmuszają ucznia do myślenia, tylko dają gotową odpowiedź jak na talerzu! Krótko mówiąc uwsteczniają zamiast rozwijać. > Kończąc, chciałbym powiedzieć, że według mnie jest duży związek między tym, co tak na prawdę naucza się w szkole a brakiem szacunku i motywacji u uczniów. Oni dobrze widzą, jak to wygląda za granicami naszego kraju. W Anglii czy USA dzieci mają szanse startować z pierwszej ligi, u nas produkuje się "uczonych" na ławkę rezerwowych.W Anglii i Stanach Zjednoczonych programy w podstawówkach są jeszcze gorsze od naszych i każdy nawet najgorszy głąb jest w stanie skończyć tę szkołę. Tak na prawdę oni uczą się myśleć dopiero na studiach, a klapki na oczach skierowane na jedną dziedzinę zostają im na całe życie (u nich informatyk nie ma zielonego pojęcia o ewolucji, a biolog o budowie komputera, żeby wymienić żarówkę przeciętny Amerykanin wzywa elektryka)  Także proszę Cię nie idealizuj zachodu, bo tam wcale nie jest idealnie.
|
|
|  | 1 na 1 | Marszalik (733 punktów) |
> Zdecydowanie jest odpowiednie. Zauważ jakie podejście do swojego narodowego języka mają inne rozwinięte kraje np. Francja czy Włochy. Język to kultura, z kultura to marka, czyli coś z czym kraj się kojarzy. Widząc setki firm nazwanych po angielsku nawet nie wiesz z jakiego kraju one pochodzą, uważasz pewnie, że są zagraniczne. Tymczasem znaczna część z nich jest krajowa. Podobnie jest, gdy produkt trafia za granicę. Nawet jak jest on polski, to nie kojarzy się z Polską, a raczej z Anglią czy Stanami Zjednoczonymi czy innym krajem anglojęzycznym, bo ma angielską nazwę. Angielski w obecnych czasach jest anonimowy. Polska przez to naprawdę dużo traci, gdyż kojarzenie marki z krajem pochodzenia jest bardzo ważne. Co z tego, że nasz język jest trudny (z pewnością nie dla wszystkich, dla innych krajów słowiańskich pewnie łatwiejszy od angielskiego, a Chińczykom, Ormianom czy Arabom to pewnie wszystko jedno, bo alfabet inny i gramatyka zupełnie inna zarówno od angielskiego jak i polskiego). Z reszta nie trzeba w ogóle mówić w danym języku, żeby zapamiętać jak się pisze nazwę produktu i skojarzyć go z krajem!Moim zdaniem uniwersalność jest bardziej efektywna. W dzisiejszych czasach pomaga w tym używanie języka angielskiego, kiedyś łaciny, a kto wie, może za jakiś czas np. chińskiego. To, co tą uniwersalność sabotuje, to kurczowe trzymanie się narodowych ideałów. To oczywiście moja opinia, ale ja nie mam sentymentów do języka polskiego. Gdybyśmy uczyli się mówić, czytać i pisać angielskiego w takim samym stopniu, jestem pewien, że nasza konkurencyjność na rynku światowym skoczyłaby o kilka poziomów w górę. > Z tym się nie można zgodzić! Co do technologii to może rzeczywiście mamy trochę do nadrobienia, ale kulturowo, czy jak to nazwałeś filozoficznie to raczej Anglicy powinni nas gonić. Jeśli chodzi o literaturę, sztukę, książkę, muzykę (z wyjątkiem rozrywkowej) to nie mamy sobie nic do zarzucenia. Gdy zaś chodzi o kulturę bycia, uprzejmość, zachowanie się gościnność, to niestety nie dorastają Polakom do pięt!Te nasze zalety wydają mi się jedynie mitami. Trudno to oczywiście pokazać tu na forum. Nie jest jednak tak, że jesteśmy bardziej uprzejmi i gościnni od innych nacji. Być może starsze pokolenie takie było, te co pamięta jeszcze czasy okupacji... > Po prostu mają szczęście, że w XVIII wieku podbili ładny kawałek świata gnębiąc i wyniszczając przy tym miejscową ludność, tworząc kolonie, w których Murzyni, Hindusi, Indianie i inni miejscowi niewolniczo pracowali na ich kraj. My w tym samym czasie w skutek oligarchii, wojen i późniejszych rządów Sasów zniszczyliśmy naszą potęgę. Zamiast pospołu z nimi dokonywać podziału świata zniknęliśmy z mapy na 123 lata.> W związku z tym prawie co piąty obywatel tego świata mówi po angielsku, a po polsku tylko 40 mln i tylko w jednym kraju. Ot mała dziejowa niesprawiedliwość.  No i właśnie to jest hasło przewodnie w szkołach. Biedni Polacy, tacy zdolni, ale cały czas mają pecha. Ale w średniowieczu byliśmy od morza, do morza. Jestem za tym, by spojrzeć prawdzie w oczy, i zaakceptować nasze położenie na świecie. Może się to kiedyś zmieni, ale teraz jesteśmy państwem prawie nie znaczącym na arenie światowej. > W Anglii i Stanach Zjednoczonych programy w podstawówkach są jeszcze gorsze od naszych i każdy nawet najgorszy głąb jest w stanie skończyć tę szkołę. Tak na prawdę oni uczą się myśleć dopiero na studiach, a klapki na oczach skierowane na jedną dziedzinę zostają im na całe życie (u nich informatyk nie ma zielonego pojęcia o ewolucji, a biolog o budowie komputera, żeby wymienić żarówkę przeciętny Amerykanin wzywa elektryka) Także proszę Cię nie idealizuj zachodu, bo tam wcale nie jest idealnie.> Tu rzeczywiście się zapędziłem. Nie znam bezpośrednio systemów edukacji tych krajów. Co jednak widzę nagminnie, to pokazywanie, jak dużo materiału przerabia się w Polsce, a jak mało w tamtych. Przy czym zapomina się zupełnie o ilości ściąg i nauki na zasadzie: wklepać na pamięć - zaliczyć - zapomnieć, co przecież jest nagminne w naszym kraju.
|
|
4 na 4 | Scarabaeus (2198 punktów) | >Na pewno nie spodziewałem się tego, jak bardzo zmienili się uczniowie przez te osiem czy dziewięć >lat odkąd skończyłem tę szkołę. Byłem raczej negatywnie zaskoczony tym jak dzisiaj sprawy się mają.
Spójrz na to inaczej.
Uczniowie się zmienili, dzisiejsza młodzież (dzieci) jest dużo inteligentniejsza, więcej rozumie.
Prawdziwym negatywnym zaskoczeniem powinno być dla Ciebie (i dla nas wszystkich)to, że przez ten czas nie zmieniła się szkoła. Mamy internet, komputery, miasta zakorkowane nowoczesnymi samochodami a na wsiach kombajny z klimatyzacją. Zmieniło się dosłownie wszystko po za szkołą.
Kiedyś (dawno dawno temu) dziecko mogło nauczyć się w szkole rzeczy niesamowitych, takich jak czytanie czy dodawanie, mogło poznać inny świat. Może nawet po raz pierwszy wziąć do ręki prawdziwą książkę. Nie tak całkiem dawno w szkole można było przynajmniej spotkać się z kolegami, zagrać w piłkę, pooglądać przyniesione przez kogoś niemieckojęzyczne Bravo. Dziś, szkoła przypomina posiadłości Amiszów.
Przez Europę przetoczyła się I i II wojna światowa, powstał i upadł komunizm, upadły monarchie. O osiągnięciach techniki, podboju kosmosu czy samolotach szkoda nawet wspominać a szkoła trwa niezmiennie taka sama. Najczęstsza dyskusja na temat szkoły: "czy zezwolić uczniom na używanie telefonów na terenie szkoły?" pokazuje chyba najwyraźniej stosunek oświaty do osiągnięć współczesnej nauki.
Największymi wrogami dzisiejszej szkoły to telefony komórkowe, komputery, internet i właściwie cała dzisiejsza cywilizacja i jej postęp.
>Pani dyrektor tylko się uśmiechnęła i powiedział, że te dzieci które są teraz, są całkiem inne niż te z czasów kiedy ja byłem w podstawówce i na pewno za następne osiem lat będą kolejne zmiany. Na koniec dodała, że cieszy się że wtedy już będzie na emeryturze.
Nie dziwię się. Przez osiem lat świat się sporo zmieni i rozdźwięk między szkołą a rzeczywistością będzie jeszcze większy. Obawiam się jednak, że Pani dyrektor nie to miała na myśli.
|
|
 | | Selanos (12869 punktów) | >Najczęstsza dyskusja na temat szkoły: "czy zezwolić uczniom na używanie telefonów na terenie szkoły?" pokazuje chyba najwyraźniej stosunek oświaty do osiągnięć współczesnej nauki. >Największymi wrogami dzisiejszej szkoły to telefony komórkowe, komputery, internet i właściwie cała dzisiejsza cywilizacja i jej postęp.
Myślę, że to wygląda nieco inaczej. Szkoły zaczynają powolutku przyswajać technologię, coraz częściej widzę dobrze wyposażone sale komputerowe, chociaż często problem jest z nauczycielem informatyki. Najbardziej cieszą mnie pracownie językowe w których są te "boksy" z słuchawkami i przyciskami dzięki którym w dużo prostszy sposób można rozwiązywać zadania i robić sprawdziany.
Za to telefony to jest poważny problem, bo po pierwsze, uczniowie mają brzydki zwyczaj pisania SMSów w czasie lekcji, a po drugie, teraz każdy telefon jest wyposażony w aparat który w rękach uczniów może wyrządzić bardzo dużą krzywdę drugiej osobie. Nie ma roku bez jakiejś afery typu zdjęcia przebierających się w szatni dziewczyn, nagrywanie nauczyciela, robienie wszelkich innych zdjęć i filmów których ktoś sobie nie życzy, a potem wrzucanie tego do internetu etc. Niestety, tak samo jak w przypadku ściągania, uczniowie są święcie przekonani, że to nie jest nic złego.
|
|
|  | 3 na 3 | maciejo (3492 punktów) | >>Najczęstsza dyskusja na temat szkoły: "czy zezwolić uczniom na używanie telefonów na terenie szkoły?" pokazuje chyba najwyraźniej stosunek oświaty do osiągnięć współczesnej nauki. >>Największymi wrogami dzisiejszej szkoły to telefony komórkowe, komputery, internet i właściwie cała dzisiejsza cywilizacja i jej postęp. >Myślę, że to wygląda nieco inaczej. Szkoły zaczynają powolutku przyswajać technologię, coraz częściej widzę dobrze wyposażone sale komputerowe, chociaż często problem jest z nauczycielem informatyki. Najbardziej cieszą mnie pracownie językowe w których są te "boksy" z słuchawkami i przyciskami dzięki którym w dużo prostszy sposób można rozwiązywać zadania i robić sprawdziany.
Moim zdaniem największym problemem jest brak wyobraźni i słabe wykształcenie nauczycieli i brak laboratoriów, możliwości robienia lekcji pokazowych, a co za tym idzie brak możliwości skupienia uwagi ucznia. Obecnie człowiek co raz szybciej się nudzi, przerzuca co chwile kanały, słyszy dyskusje w radio i TV trwające po 5 min., nie chce mu się czytać długich artykułów. Nie ma się więc czemu dziwić, że uczniowie sięgają po telefony i inne rzeczy.Przydałoby się by uczniowie mieli większy udział w lekcji, więcej samodzielnej pracy, eksperymentów, a mniej wykładów.
>Za to telefony to jest poważny problem, bo po pierwsze, uczniowie mają brzydki zwyczaj pisania SMSów w czasie lekcji, a po drugie, teraz każdy telefon jest wyposażony w aparat który w rękach uczniów może wyrządzić bardzo dużą krzywdę drugiej osobie. Nie ma roku bez jakiejś afery typu zdjęcia przebierających się w szatni dziewczyn, nagrywanie nauczyciela, robienie wszelkich innych zdjęć i filmów których ktoś sobie nie życzy, a potem wrzucanie tego do internetu etc. Niestety, tak samo jak w przypadku ściągania, uczniowie są święcie przekonani, że to nie jest nic złego. >
Sam miałem praktyki w szkole, nigdy mi nie przeszkadzało jak ktoś mnie nagrywał - zawsze to 5min przed kamerami, wielki świat;p Mówiłem merytorycznie, na temat, więc luz. Poza tym uczniowie często chcą nauczyciela sprowokować, a dać się temu to najgorsze co można zrobić. Co do nagrywania w szatniach wydaje mi się, że odpowiednie pedagogiczne podejście na lekcjach wychowawczych załatwiłoby sprawę. Pladze ściągania zaś winni są sami nauczyciele. Gdy zrobiłem klasówkę złapałem na ściąganiu jednego typa. Wstawiłem mu 1, zabrałem kartkę, a ściągę załączyłem jako dowód "przestępstwa". Poinformowałem, że jak ktoś się nie nauczy to może poprawiać do skutku, że dostanie złej oceny nie jest wstydem, za to ściąganie będzie karane i o poprawie można zapomnieć. Sami chcecie być szanowani - szanujcie też mnie. Następnego dnia zostałem wezwany do dyrektorki. Poinformowała mnie, że ocena się liczyć nie będzie, a uczeń napisze sprawdzian raz jeszcze, że nie można tak traktować ludzi, że to okrutne... Dzieciaki wcale nie są gorsze, mają tylko trudniej.
|
|
|  | 4 na 4 | Scarabaeus (2198 punktów) | >>Największymi wrogami dzisiejszej szkoły to telefony komórkowe, komputery, internet i właściwie cała dzisiejsza cywilizacja i jej postęp.
>Myślę, że to wygląda nieco inaczej. Szkoły zaczynają powolutku przyswajać technologię, coraz częściej widzę dobrze wyposażone sale komputerowe...
...oraz parkingi dla samochodów
>... chociaż często problem jest z nauczycielem informatyki.
To tak jak by napisać, że szkoła posiada wspaniałą bibliotekę, tylko nie wszyscy nauczyciele potrafią czytać. I nie chcę tu krytykować nauczycieli, bo nie oni są temu winni.
Trudno sobie wyobrazić szkołę, w której nauczyciele są gorzej oczytani niż przeciętny uczeń, słabiej orientują się w historii czy nie rozumieją żartów odwołujących się do klasyki literatury. Natomiast w sprawach internetu i najnowszych technologii często nawet informatycy pozostają w tyle i akceptujemy to jako smutną konieczność. Ilu nauczycieli języka polskiego prezentuje swoim uczniom najnowszy czytnik Kindle zachwalając jego właściwości, ucząc gdzie i jak nabyć e-booki? Ilu przeprowadza wideo konferencję z autorem właśnie omawianej książki? Ilu nauczycieli nie musi prosić o pomoc uczniów gdy komputer odmawia posłuszeństwa?
Za podręczniki do gimnazjum zapłaciłem ponad czterysta złotych, córek w szkole średniej wole nie podliczać. Na przydatność tych podręczników nie chce mi się już nawet narzekać. Czy naprawdę nie da się inaczej?
>Za to telefony to jest poważny problem
Znam zagrożenia. Robią tak nie tylko w szkole. Tylko czy to znaczy, że należy zamieść problem pod dywan? Ograniczyć używanie telefonów w szkole do minimum. To gdzie się mają uczyć jak z nich korzystać? Czy nie właśnie w szkole? Czy prawidłowe wykorzystanie telefonu jest mniej ważne od umiejętności napisania tradycyjnego listu?
Niestety nie wystarczą tu dobre chęci i zmiany programowe. Szkolnictwo jako całość trzeba przemyśleć od nowa. Jego obecna formuła już się przestarzała. Trzeba się z tym jak najszybciej pogodzić i zacząć od początku.
Całość moich pretensji nie kieruję do Ciebie, bo ani nie Ty za to odpowiadasz i pewnie też z wieloma rzeczami się nie zgadzasz, ale czasem gdzieś trzeba wylać swoją bezsilność. Na szczęście moje dzieci coraz bliżej mają do zakończenia edukacji w gimnazjum i szkole średniej więc za niedługo pewnie będę rozpaczał z powodu poziomu wyższych uczelni. Mam nadzieje że się mile rozczaruję.
|
|
5 na 5 | hubin (2274 punktów) | Zapewne ciebie to nie dotyczy gdyż zajęcia z pedagogiki siłą rzeczy masz.
Obserwuję nowych nauczycieli akademickich, słucham o tym jak starać się będą zachęcić młodzież do zdobywania wiedzy, jak będą starali się uatrakcyjnić przekazywaną wiedzę, gotowi niemal przysiąc, że kochają ten zawód... Gdyby mogli zamienili by się w małpę żonglującą piłeczkami ku uciesze gawiedzi.
Oczywiście o Johnie Dewey'u nie słyszeli, Johannie Friedrichu Herbart'cie też nie... To co mamy obecnie w sferze edukacji jest wypadkową procesów które zapoczątkowane zostały jeszcze w XIX wieku (w zasadzie nawet wcześniej), różne podejścia pedagogiczne w drodze zmian kulturowych i społecznych doprowadziły do jak to ładnie określiłeś "idiokracji", przeciętny człowiek wie dziś więcej niźli przeciętny żyjący w wieku XIX, nie przekłada się to jednak na umiejętność stosowania owej wiedzy, dodatkowo elity intelektualne nam skarlały...
Może to efekt odrzucenia autorytetów?
Parafrazując: Ideologia śmierdzi!
|
|
 | 1 na 1 | Scarabaeus (2198 punktów) | >Obserwuję nowych nauczycieli akademickich, słucham o tym jak starać się będą zachęcić młodzież do zdobywania wiedzy, jak będą starali się uatrakcyjnić przekazywaną wiedzę, gotowi niemal przysiąc, że kochają ten zawód... Gdyby mogli zamienili by się w małpę żonglującą piłeczkami ku uciesze gawiedzi.
I niestety niewiele będą potrafili osiągnąć. W systemie, w którym zdobywanie wiedzy nagradza się i premiuje przyznając punkty w skali 1-6 nie da się dziś nic osiągnąć. Wyjątki potwierdzają tylko regułę. Gdyby ktoś pracując nad współczesną grą komputerową zaproponował taki sam system nagradzania gracza to pracę straciłby natychmiast.
|
|
|  | 2 na 2 | hubin (2274 punktów) |
>W systemie, w którym zdobywanie wiedzy nagradza się i premiuje przyznając punkty w skali 1-6 nie da się dziś nic osiągnąć. Wyjątki potwierdzają tylko regułę. >Gdyby ktoś pracując nad współczesną grą komputerową zaproponował taki sam system nagradzania gracza to pracę straciłby natychmiast. > Pytanie czy wszystkich musimy nagradzać? Wydaje mi się że nowoczesną pedagogikę można w dużej mierze odrzucić, jest nie tylko niewychowawcza ale wydaje się szkodliwa. Nie warto inwestować tak wielkich pieniędzy w edukację wyższą wszystkich, bo zwrócą zainwestowane pieniądze społeczeństwu nieliczni. Ci w których wiedzę warto inwestować niestety przez umasowienie edukacji wyższej tracą najwięcej. Problemem jest raczej odsianie ludzi wartościowych z tłumu i nad tym należałoby się zastanowić.
System 1-6 zamiast 2-5 był wprowadzany za moich czasów, nigdy specjalnie na niego nie zważałem, liczyła się wiedza to ona jest nagrodą, jeżeli jest ktoś tak głupi by przywiązywać wagę do abstrakcyjnych cyferek to nie ma sensu rzucać mu dodatkowych bodźców, widocznie spełnienie jego życia nie poprzez akwizycję wiedzy jest mu przeznaczone. Znam wielu ludzi pracujących fizycznie w europie którzy są zadowoleni z życia, studia były tak naprawdę w ich wypadku niezrozumiałą stratą czasu, wykonują dobrą robotę dzień po dniu a dyplom mgr psychologii, zarządzania, politologii, stosunków międzynarodowych w niczym nie czyni ich życia lepszym, zmarnowali jedynie pięć lat niektórzy nawet więcej.
Parafrazując: Ideologia śmierdzi!
|
|
3 na 3 | oportunista (1711 punktów) | Tak już w życiu jest, wszystko co dobre i lepsze, już było. Mądrzejsi ludzie, lepsza pogoda, ambitniejszy program w telewizji ... Myślenie wpasowane w podobny szablon jest powszechne, głównie przypisane starszym pokoleniom, niby z racji doświadczenia życiowego, jednak niektórzy starzeją się bardzo szybko. Tak na prawdę to niewiele się zmienia, jednak nic nie jest takie same jak kiedyś. Nauki pobierałem w latach 70 ubiegłego wieku, mieliśmy swój slang, modę, bunt... Byli nauczyciele z charyzmą, wymagający i bezkompromisowi. Tych nijakich i bez jaj była zdecydowana większość. Paliliśmy fajki po kontach, balowaliśmy jak tylko się dało, robiliśmy bardzo brzydkie kawały tym nauczycielskim nieudacznikom i sobie nawzajem. Szkoła nie była naszym ulubionym sposobem na spędzanie czasu. Przypomnę tylko, że nauczyciel wtedy to jeszcze był kimś, studia były dla wybrańców, jeden na tysiąc- trochę przesadziłem. Dziś magistrów ci u nas dostatek, wszyscy super wyuczeni i genialnie inteligentni, tylko dobry belfer to nadal rarytas. Szkoła dziś i ta kiedyś nie uczy kreatywności, wręcz z nią walczy. Pierwszą rzeczą jakiej uczymy się w szkole to jak być grzecznym i nie zadawać kłopotliwych pytań. Mojemu pokoleniu było łatwiej, komuna i brak internetu wiele spraw ułatwiało - prostowało.
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|