Żółć nieboszczyka wypływa strumieniem Palonym na ogniu grzech Sodomy Pożerając glebę cichym lamentem Będąc zwieńczeniem czarnej korozji Na oknie gdzie płaczą śniegi straceńca Popiół modlitwy bezradny jak żebrak
Tylko zakrywam kark przed gilotyną Co świszczy co błyszczy i głowy odcina Bez oczu ślepiec widzi niegodziwość Lecz błądzi po drogach ciało rozrywa Pragnie zabijać niewinne istoty Odpina siódmą pieczęć końca epoki
Jak prąd przeszywający zgon mordercy W złotych walizkach plujących jadem Ten Narcyz chodzi po linie rozterki Pyta jakby zapraszał na kolację Lecz nie zna schizofrenii płaczącej krwią Czekając długo na ostateczny sąd
Z lotu ptaka mózg wyglada jak zwłoki Niszczone stare próchno na wodzie Szepty do ucha źródła paranoi Mój statek zatonął jeszcze na lądzie Ubrałem się na czarno na mój pogrzeb Nikt nie raczył przyjść co teraz będzie mój Boże
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
Wielu to ostatnio gościło poetów, ale ani jeden chyba nie czytywał poza własnymi pieśniami nic - nawet słownika języka polskiego z zasadami pisowni i gramatyki...
Możliwe, że masz rację. Nie będę podważał Twojej wypowiedzi, ani się tłumaczył. Po prostu mogę pójśc i popłakać gdzieś w kącie, tak by nikt mnie nie mógł zobaczyć Zraniłes moje uczucia, Ty,Ty...