Bastion Wolności Czystego Morderstwa
Błąd narodzin co krzyczy głuchym tonem Stosy nagich ciał palonych goryczą Ludzie pragnący spotkania z Bogiem Przez kłamców idących krwawą doliną
Białe płomienie co krzyża symbolem Czarnego ścierwa ukrytym najeźdźcą Swych oponentów biorąc w niewolę Nowo czyszczonym nie czystym mordercą
Nie zrozumiałych motywów polany Bez skruchy gwałcących prawa ludzkości Nie ludzi potworów źródła cierpienia
Zabitych udręka tworzy moczary Bo ich duma to hańba niewinności Nadzieją ostatni bunt pokolenia
Mrok Elizejskich Pól
Na martwych polach gdzie radość kwitnie Polewana gorącą wodą z dziewiątego kręgu Toną wśród fałszu tak gorzkich odmętów Zdany na ślepca niczym pinata na linie
Zbłąkany w labiryncie gdzie zgubiłem życie Już słyszę tępy odgłos jadowitych bębnów Szelest zła który wyznacza swych giermków Również mnie chce powołać na przegnicie
Przerwać granicę kłamstwa zionącego ogniem Dar ostatnich dni może nigdy nie nadejdzie Oślepiani srebrnym młotem nawrócenie i zła
Dlaczego skarbiec Świata staje się ich domem Gdy chcę krzyczeć hamują ołowianym kneblem Lecz sami po złocie podróżują jak po wyspach
Gwoździki św. Tomaszka
Chodzę po ciemnych korytarzach bez zakrętów Zatruta wola ugina się pod ciężarem mroku Jestem już nie uchwytnym pokarmem dla sępów Nie czuje bólu nie czuję pragnienia nie czuję głodu
Gdzieś głęboko wśród innych takich jak ja leże Miejsce gdzie żywy człowiek traci swą odwagę Wiję swój kokon przecież ja już w nic nie wierzę Nie wiem nic co jest prawdą a co mirażem
Ile słów wypowiem zanim wtrącą mnie do klatki A czerń przykryje znów złudzenia życia postępu Chciałbym dać te myśli dla mojej kochanej matki
Nie będę czuł nigdy więcej samoistnego wstrętu Na plastikowych mostach chcę budować barykady Gdy żelazne gwoździe przybiją wieko mojego grzechu |