 |
Wtórny analfabetyzm... i co dalej? Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Kościół i antyklerykalizm
| Napisano | Autor | Tytuł | | 01-10-2004 01:11 | Żniwiarz (103 punktów) | Wtórny analfabetyzm... i co dalej? | Kościół katolicki dopuszcza i zaleca nauczanie o planowaniu rodziny. Czyni to w naukach o naturalnym zapobieganiu ciąży, głoszonych przez przedstawicieli środowisk katolickich np. na naukach przedmałżeńskich. W myśl popularnego "kalendarzyka" tłumaczy się kobiecie kiedy ma dni płodne, a kiedy nie. Kiedy można współżyć bez ryzyka zajścia w ciążę a kiedy owo ryzyko spada do minimum. Aby to minimum znaczyło wykluczenie podaje się dodatkowe wskazówki i zaleca używanie wskaźników różnej maści i produkcji. Gdy mowa jest o prezerwatywie słyszymy stanowisko KK, które nie akceptuje jej z zasadniczego powodu, oto on: !!" Nie jest dopuszczalne przez KK używanie prezerwatywy, gdyż samo jej użycie świadczy o współżyciu, którego celem nie jest poczęcie, a jedynie osiągnięcie satysfakcji seksualnej, co w razie nieskuteczności jej (prezerwatywy) zastosowania może w dalszym wymiarze prowadzić do aborcji." I w tym momencie pytam o celowość kalendarzyka! Jakim prawem kościół dopuszcza by kobieta była świadoma, że dzień, w którym współżyje jest dniem bezpłodności? JAKIM PRAWEM? Czy młodzi, którzy decydują się na "emocjonalną antykoncepcję" współżyjąc w teoretycznie bezpłodne dni, nie są aby skrajnie narażeni na stanięcie w obliczu aborcji? Czy świadomość współżycia w "bezpłodnym" dniu nie jest równoznaczna z niechęcią do kolejnego potomka? Bo już sześciu na zasiłku zakrawa o kpinę? Może są mechanizmy spychające nas do przeżywania najmroczniejszego snu rodem z rynsztoka Bangladeszu, ale czemu ludzie patrzą na to przez palce? Czemu kobiety ronią po 10-tym tygodniu ciąży, ba! z uśmieszkiem na ustach?
| Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| marko | czesc, nic nie weisz o nauczaniu Kosciola nt. seksu, plodnosci. Do tego kazdy, kto byl na kursie malzenskim moze sie dowiedziec, ze kalendarzyk jest nieskuteczny, ale sa inne naturalne metody. Gowno wiesz a sie wymadrzasz. Poczytaj najpierw, bo Twoj post to jedna wielka niekompetencja.
|
|
 | | Żniwiarz (103 punktów) | >czesc, >nic nie weisz o nauczaniu Kosciola nt. seksu, plodnosci. Do tego kazdy, kto byl na kursie malzenskim moze sie dowiedziec, ze kalendarzyk jest nieskuteczny, ale sa inne naturalne metody. Gowno wiesz a sie wymadrzasz. Poczytaj najpierw, bo Twoj post to jedna wielka niekompetencja.
Szkoda, że tak późno ale Ci odpiszę bo mam chwilę luzu. Nie rozumiesz problemu głównego, który stawiam jako pytanie, upraszczając:
1. Dlaczego kościół nie akceptuje prezerwatywy jako środka wspierającego np.: kalendarzyk. Czemu jedno i drugie nie RAZEM? Co?
Potrafisz odpowiedzieć na to pytanie? A może mój post podważy zasadność stanowiska KK do prezerwatywy? Skoro jego stanowisko do niej jakiego uczą na naukach przedmałżeńskich jest absurdalne? UWAGA: to jest społeczny (!) obszar naszej dyskusji a nie tomy nieczytanych publikacji (!!) , Poza tym jak na naukach można mówić w ogóle o ANTYkoncepcji? Jakie ANTY? To samo w sobie jest niedopuszczalne dla większości kaznodziei- wykładowców.
Jeśli ty lub Tobie podobni mieliście na naukach relatywistę-figuranta zdystansowanego do instytucji, którą reprezentuje to nie znaczy, ze inni nie są nawiedzeni i krzywdzą tych najuboższych i najbardziej godnych troski a więc ludzi, którzy nie mają czasu na książki bo muszą zrobić Ci chleb, albo nakarmić świnie!
|
|
|  | | Grzegorz G. | naturalne metody planowania rodziny a antykoncepcja | Nie wydaje mi się, żeby stawianie na równi kalendarzyka i prezerwatywy było właściwe. Używanie prezerwatywy jest klarownym komunikatem: "1. chcę uprawiać seks, 2. nie chcę począć dziecka". Naturalne planowanie rodziny (którego jakimś tam nośnym symbolem stał się kalendarzyk... duże uproszczenie, ale co tam) wiąże się z postawą: "1. chcę uprawiać seks, 2. jestem świadom tego, jakie jest prawdopodobieństwo poczęcia dziecka, 3. jeśli owocem seksu będzie dziecko, przyjmę je z miłością". To trzecie założenie jest warunkiem koniecznym do tego, żeby naturalne planowanie rodziny nie stało się metodą antykoncepcyjną.
A z metodą wiąże się również szereg innych "odmienności" od prezerwatywy (zakładam, że to słowo 'prezerwatywa' również jest jakimś symbolem ogólnie pojętej antykoncepcji za pomocą innych niż naturalny cykl kobiecy metod): 1. NATURALNE PLANOWANIE - w sytuacji, w której chce się odłożyć decyzję o poczęciu dziecka na później, trzeba zgodzić się na okresy wstrzemięźliwości. Trochę obawiam się reakcji typu: "Jak to? To znaczy, że nie mam prawa do seksu, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota?"... No właśnie - mam wrażenie, że tego typu postawa jest owocem kultury instant, kultu ciała i innych "zdobyczy XX w. Ale niepotrzebnie utyskuję (tym bardziej, że sam do tej kultury jakoś należę). Chciałbym natomiast zaproponować potraktowanie tych dwóch rzeczywistości (współżycia z ukochaną osobą oraz poczęcia dziecka) z należnym im szacunkiem i rangą. Ja odbieram te dwa wydarzenia jako coś, co wykracza poza ramy zwykłości - jako coś bardzo cennego. A na coś cennego można czekać. PREZERWATYWA natomiast wywraca tę hierarchię do góry nogami - to nie druga osoba (ukochana, dziecko) jest najważniejsza, ale ja i moje doznania. W sumie wszystko zaczyna się w głowie, natomiast prezerwatywa jest tylko tego zjawiska etapem końcowym... Jakoś trafne wydaje mi się porównanie seksu z założenia bezpłodnego do obustronnej masturbacji...
2. Żadna z metod (zarówno antykoncepcyjna jak i naturalna) nie ma 100% skuteczności. Z tą różnicą, że o ile w przypadku NATURALNEGO PLANOWANIA odpowiedzialność za to przypisujemy sobie (albo źle obliczyliśmy dzień, albo zdecydowaliśmy się pod wpływem pożądania na współżycie w dni płodne...), o tyle używając PREZERWATYWY całą odpowiedzialność (lub jej większość) przeniesiemy poza swoje działanie (ktoś tę prezerwatywę wadliwie wyprodukował, za długo leżała w sklepie... cokolwiek). W takiej sytuacji dziecko więcej miłości znajdzie w tym pierwszym wypadku niż w drugim (nie mówię tu o regule bezwzględnej, ale o stopniu prawdopodobieństwa).
3. METODA NATURALNEGO PLANOWANIA RODZINY jest wymagająca - no bo chodzi przecież o planowanie RODZINY (czyli - zobowiązujemy się do czegoś), bo przecież trzeba coś ZAPLANOWAĆ (żeby metoda bya skuteczna należy prowadzić regularną obserwację swojego ciała, trzeba być swojego ciała świadomym - to "luksus" odpowiedzialności nie dla wszystkich dostępny). Ale - tu się powtarzam - jest to bardziej logiczne rozwiązanie, jeśli chce się być dorosłym (bo chyba nie muszę przekonywać o tym, że seks jest raczej domeną dorosłych niż nie-dorosłych).
Niewykluczone, że to dopiero początek szerszej dyskusji...
...a tymczasem pozdrawiam!
|
|
| |  | | Żniwiarz (103 punktów) | Odp: naturalne metody planowania rodziny a antykoncepcja |
1. Planowanie rodziny. 2. Decyzja o poczęciu dziecka. 3. Miłość i odpowiedzialność za potomstwo.
W tych trzech punktach zawarłbym dorosłość. Dojrzałością określiłbym umiejętność określenia tego szczęścia jako priorytetu nadrzędnego do współżycia i uciech seksualnych. Seks moim zdaniem stracił na znaczeniu w określaniu miłości i zgodności partnerskiej. Seks w ogóle przestaje być na tle społecznych obserwacji czymś nadprzyrodzonym. Ludzie światli dostrzegający wartości duchowe i piękno relacji uczuciowych wyrzucają seks do materialnego nośnika konsumpcji jakim jest nasze ciało. Ciało - bedące fizycznym nośnikiem duszy, o które trzeba dbać pośrednio, niemalże medycznie.
W punkcie drugim tkwi filar dojrzałego i odpowiedzialnego związku dwojga ludzi. Podstawa jego trwałości i szczerość jego autentyczności.
Gdy ksiądz zapytał mnie kiedyś dlaczego tyle małżeństw się teraz rozpada, dlaczego jest tyle rozwodów, przemilczałem odpowiedź. Jak rozważać z duchownym sakrament małżeństwa zawarty w wyniku przysłowiowej "WPADKI"?
Dziecko nieplanowane to trzy dramaty w jednym: 1. Dramat ojca - którego samoświadomość uchroni przed samozakłamaniem i przeistoczeniem się bez urazu w kochającego męża i ojca. 2. Dramat matki - która będzie nosić w sobie brzemię goryczy adekwatnej do własnych życiowych ambicji, świadomości ambicji męża, świadomość jakichkolwiek zachwiań w subiektywnym planowaniu własnego szczęścia, będącego gwarantem dawania szczęścia innym (podobnie u ojca) 3. Hipotetyczne zaburzenia we właściwym wychowaniu dziecka będące prostą drogą do patologii w jego dojrzałym życiu i funkcjonowaniu społecznym.
Straaaaszna jest odpowiedzialność za poczęcie. Im bardziej jesteśmy świadomi tych zależności i idących z tym wyzwań tym mniejsza jest u nas ochota do prokreacji. Równoległym czynnikiem ważniejszym od poprzedniego jest rosnąca ranga dróg samorealizacji wraz z rozwojem umysłu i zorganizowania społeczeństwa w świetle którego prokreacja traci na znaczeniu. Coraz bardziej suwerenni stajemy przed dylematem czym właściwie jest moje dziecko?
1. Nie jest już moją mrzonką o kontynuacji mojego "ego - bytu". 2. Nie jest "na sucho bez emocji" potrzebne ludziom do przetrwania gatunku. 3. Nie jest potrzebne mi do opieki na starość jeśli sam potrafię się TANIEJ! zabezpieczyć.
Może mi być potrzebne emocjonalnie i z racji przekonań naturalnych człowiekowi, które muszą się uaktywnić w jego świadomości!
Jeżeli jedno z partnerów nie jest świadome czy przekonane o potrzebie posiadania potomka lub co gorsza jest przeciw (nic nowego już w naszych realiach!) to wtedy mamy do czynienia ze znamionami życiowego uciemiężenia lub zniewolenia losowego lub i tak bywa zniewolenia jednostronnego ze strony nieodpowiedzialnej kobiety. W każdym razie oprócz narodzin dziecka w tych warunkach rodzi się pośrednio przestepstwo o charakterze społecznym, bo źle wychowane dziecko jest przestępstwem wobec stabilności społecznej. Można by to rozwijać jeszcze długo i na konkretnych przykładach.
W powyższych zdaniach opisywałem teoretyczne przemyślenia ludzi światłych a więc mniejszości. Inny problem zachodzi ze zjawiskiem prokreacji u bezideowej większości a jeszcze inny w strefie biedy i marginesu społecznego od wschodnioeuropejskiej rodziny alkoholicznej począwszy a skończywszy na samoregulacji wirusowej swobodnej prokreacji (wirus HIV) w Afryce czy mniej dotniętych nędzą państwach wyznaniowych z dziećmi podle prokreowanymi w celach dominacji starszyzno-plemiennej oczywiście skrzętnie skrywanej w dogmatach religijnych.
Już nieraz snuto domysły, że kontrola urodzeń będzie kolejnym szczeblem w rozwoju cywilizacji. Skutki promowania prokreacji dziś mogą prowadzić do przykrych konsekwencji odbierania do niej prawa w przyszłości (to jest niestety mniej lub bardziej odległe zagrożenie, którego ludzie nieodpowiedzialni zdają się niedostrzegać, bo miraż kolonizacji kosmosu wypacza ekologię globalną) i jest to odrębny temat zbyt mglisty na dziś.
Co do prezerwatywy i kalendarzyka po takim wstępie myslę i poddtrzymuję zdanie, że na dzień dzisiejszy gdy antykoncepcja jest na takim a nie innym poziomie a ludzie bajdurzą z braku wiedzy i własnej wązkotorowości nie patrząc na postęp i to, że sąsiad to fragment społeczności o którą też trzeba się troszczyć porzucając czasem egoizm - odpowiadam:
Jeżeli rozważamy współżycie i seks i jesteśmy nieprzygotowani na przyjęcie potomstwa i jednocześnie robimy to z obopólnej chęci przeżywania doznań erotycznych, to grzesząc czy dogadzając nawet i własnemu sumieniu jako ludzie wyzwoleni spod obciążeń doktrynalnych a świadomi ryzyka musimy wykluczyć poczęcie poprzez skuteczną antykoncepcję.
Mimo, że ktoś teraz pomyśli o seksie "na boku" niechaj natychmiast skupi się na jednodzietnym małżeństwie, w którym powstrzymywanie się przed obiektem pożądania jest utrudnione.
I - w tym momencie - ona wie, że śledząc kalendarzyk przyszły wreszcie dni szczęścia i wtedy on odpowiedzialny mąż by wesprzeć własne przekonanie do jej nieomylności zakłada dodatkowo prezerwatywę, która w żaden sposób nie utrudnia mu współżycia ponieważ światli i dobrzy ludzie zadbali o to by była dopasowana i pachnąca. A więc? Dni bezpłodne kalendarzowo PLUS! prezerwatywa = większe zabezpieczenie przed niechcianym poczęciem.
Pozdrawiam.
|
|
| | |  | | Grzegorz G. | >Seks moim zdaniem stracił na znaczeniu w określaniu miłości i zgodności partnerskiej. Seks w ogóle przestaje być na tle społecznych obserwacji czymś nadprzyrodzonym. Ludzie światli dostrzegający wartości duchowe i piękno relacji uczuciowych wyrzucają seks do materialnego nośnika konsumpcji jakim jest nasze ciało. Ciało - bedące fizycznym nośnikiem duszy, o które trzeba dbać pośrednio, niemalże medycznie.
W tej wypowiedzi widzę echo moich słów o społeczeństwie konsumpcyjnym i o kulcie ciała. Można tutaj, oczywiście, przyjąć postawę bierną ("Taka jest tendencja, więc ja też tak będę robił"), ale według mnie dużo bardziej racjonalną (racjonalny = szukający prawdy, a nie - racjonalny = konformista) postawą jest uzmysłowienie sobie jak być powinno zamiast prostej konstatacji - jak jest. Tym bardziej, że nie zawsze i nie w przypadku każdego tak jest.
>Gdy ksiądz zapytał mnie kiedyś dlaczego tyle małżeństw się teraz rozpada, dlaczego jest tyle rozwodów, przemilczałem odpowiedź. Jak rozważać z duchownym sakrament małżeństwa zawarty w wyniku przysłowiowej "WPADKI"?
Być może właśnie m.in. dlatego Kościół apeluje o wstrzymanie się ze współżyciem aż do ślubu...? Żeby uniknąć sytuacji zawierania małżeństwa pod przymusem?
>Dziecko nieplanowane to trzy dramaty w jednym: [...]
Wziąłbym małą poprawkę i pisał raczej o sytuacji poczęcia dziecka nieplanowanego i NIECHCIANEGO (wbrew pozorom są to dwie odrębne rzeczywistości). I zgadzam się w większości z przytoczonymi argumentami, że niechciane dziecko to problem zarówno rodziców, jak i samego dziecka - począwszy od problemów mentalnych, psychicznych, aż po dolegliwości społeczne. Natomiast NIEPLANOWANE a poczęte dziecko, o ile jest chciane (a więc przyjmowane z miłością nawet wtedy, kiedy naszym zamiarem jest odłożenie w czasie momentu jego narodzin) nie będzie aż tak wielkim obciążeniem (o ile będzie jakimkolwiek obciążeniem). Innymi słowy: jeżeli kocham swoje dziecko nawet wtedy, kiedy go jeszcze nie ma na świecie, nawet kiedy jeszcze nie jest poczęte, to nie ma obawy, że jego NIEPLANOWANE pojawienie się będzie dla mnie koszmarem.
>Inny problem zachodzi ze zjawiskiem prokreacji u bezideowej większości a jeszcze inny w strefie biedy i marginesu społecznego od wschodnioeuropejskiej rodziny alkoholicznej począwszy a skończywszy na samoregulacji wirusowej swobodnej prokreacji (wirus HIV) w Afryce czy mniej dotniętych nędzą państwach wyznaniowych z dziećmi podle prokreowanymi w celach dominacji starszyzno-plemiennej oczywiście skrzętnie skrywanej w dogmatach religijnych.
Zaistniała tu (lub prawie zaistniała) pewna pułapka retoryczna: jeżeli dane rozwiązanie jest skuteczne w przypadku skrajnej patologii społecznej (sytuacja w Afryce), to dlaczego nie ma mieć zastosowania wobec wszystkich? Naprawdę nie wiem, czy mieszkańcom Afryki konieczna jest zakrojona na szeroką skalę kampania promująca prezerwatywę, czy też raczej solidna edukacja seksualna... Boję się, że ograniczenie działania w tej sferze do reklamowania prezerwatyw nie jest niczym innym, jak tylko założeniem, że Afrykańczycy są na tyle głupi, że nie pojmą tego, co mówimy im o życiu seksualnym, więc niech chociaż stosują środki antykoncepcyjne. Boję się, że bardziej nam chodzi w tym wypadku o to, żeby się nie rozmnażali, niż żeby żyli w spokoju i z poczuciem bezpieczeństwa.
>Mimo, że ktoś teraz pomyśli o seksie "na boku" niechaj natychmiast skupi się na jednodzietnym małżeństwie, w którym powstrzymywanie się przed obiektem pożądania jest utrudnione.
Znowu mamy do czynienia z argumentem typu: "Większość się nie powstrzymuje, więc ja też nie muszę." Zaręczam jednak, że są pary, które traktują wstrzemięźliwość jako czas próby miłości (i tutaj "dowodem miłości" nie staje się zgoda na seks, ale raczej zgoda na poczekanie z nim).
>I - w tym momencie - ona wie, że śledząc kalendarzyk przyszły wreszcie dni szczęścia i wtedy on odpowiedzialny mąż by wesprzeć własne przekonanie do jej nieomylności zakłada dodatkowo prezerwatywę, która w żaden sposób nie utrudnia mu współżycia ponieważ światli i dobrzy ludzie zadbali o to by była dopasowana i pachnąca.
Tutaj z kolei pojawia się bardzo ciekawe rozróżnienie: "ONA ma ten swój cały kalendarzyk, a JA założę prezerwatywę". Naturalna metoda planowania rodziny jest metodą par, metodą małżeństw: to nie powinno być tak, że kobieta pilnuje, czy może w danym dniu uprawiać seks, czy też nie może (a następnie informować o tym męża). Takie przerzucenie odpowiedzialności na kobietę jest bardzo, bardzo dziwna (żeby nazwać to możliwie eufemistycznie).
Osobiście bardzo się cieszę, że Kościół nie poszedł w swoim nauczaniu o seksualności drogą proponowaną przez św. Augustyna (jednocześnie cieszę się, że w innych sferach korzystał z jego nauczania bardzo owocnie). Cieszę się, że grzeszność nie jest utożsamiana z płciowością. Cieszę się, że nawet seksem można się modlić. Dlatego też z wielkim dystansem patrzę na wszystkie próby sprowadzenia człowieka do zwierzęcia, którego jedynym celem jest zaspokojenie swoich potrzeb. A w niektórych momentach dyskusja na temat "chwalebnej roli prezerwatywy w naszym życiu" prowadzi właśnie tą ścieżką.
Pozdrawiam.
|
|
| | | |  | | Żniwiarz (103 punktów) | >> Ciało - będące fizycznym nośnikiem duszy, o które trzeba dbać pośrednio, niemalże medycznie. >W tej wypowiedzi widzę echo moich słów o społeczeństwie konsumpcyjnym i o kulcie ciała.
Luźne cytaty, wiem. Ale gdyby rozważyć znaczenie pierwszego zdania dopatrzyłbym się jakiejś idei np. odrzucenia ciała jako nadrzędnej wartości człowieka na rzecz "duszy" czyniąc ją właśnie czymś nadrzędnym. Świadomość i dojście do takiego wniosku i sposobu wartościowania nazwałbym uduchowieniem. Co wynikałoby z takiego uduchowienia? Dystans do ciała. Ale czy pogarda? No nie ponieważ jest ono nośnikiem mojego bezcennego ducha i doświadczeń wynikających z jego egzystencji w postaci humanoida np. na Ziemii, które to mają na celu ugruntowanie w duszy doświadczenia odczuwania materii mogącego być akurat pierwszym doswiadczeniem na jej drodze ku wieczności. Nadzieja jakaś jest i tli się dość mocno w człowieku. Samo jej istnienie jest nadzieją dla nadziei. A poligon, o którym piszę, to właśnie może być początek naszych rozważań o człowieku. Jeżeli coś człowiek stwierdzi w kwestii fundamentalnej może to rzutować na całokształt jego rozumowania. Jeżeli nigdy nie dojdzie do źródeł interpretacji - jego wypowiedzi będą osadzone w niepełnej, cząstkowej i nie bójmy się tego powiedzieć zakłamanej rzeczywistości. W brzydkim listopadowym dniu dysponujemy kilkoma chyba błędnie wygenerowanymi "rzeczywistościami" myśli ludzkiej. Są one obarczone fundamentalnym błędem i za każdym razem innym dlatego ludzie nie są w stanie się do końca porozumieć i bezpiecznie określić. Taki, rzeczywisty stan rzeczy jest generatorem konfliktów, który mogą chcieć podtrzymywać jedynie Ci, którzy wypowiadają zdanie: "E tam, nawet gdyby można by było ujednolicić sposób myślenia, to po co? świat byłby nudny gdyby wszyscy się zgadzali." "Panie redaktorze! Uszanujmy jego indywidualizm!" "Wynocha! To jest dzieło sztuki!" "Jestem osobą tolerancyjną" Dwa dni potem: "-Weszli?- powiedział holender do kolegi holendra trzymającego zapalnik elektryczny. -Tak weszli, jest szansa, że oprócz meczetu spłonie ich kilku w środku pod warunkiem, że Otto dobrze zarzuci rygiel.
Czy my jesteśmy areną dla bogów? Czy w nas _pierwiastek boży_ żądny jest igrzysk?
Kiedyś gdy ktoś zapanuje nad tym intelektualnie, rozważania nad prezerwatywą będą natury takiej jak dziś wprowadza się HACCP w zakładach przemysłu spożywczego.
Podtrzymując jednak wątek zapytam: Od którego momentu budowania założeń do twierdzeń warto byłoby zacząć poszukiwanie kompromisu? Czy jest kult ciała? Czy może kult ducha wymaga zmiany sposobu postrzegania ciała? Czy owa marginalizacja ciała na rzecz ducha nie służy obojgu pozytywnie?
>>Gdy ksiądz zapytał mnie kiedyś dlaczego tyle małżeństw się teraz rozpada, dlaczego jest tyle rozwodów, przemilczałem odpowiedź. Jak rozważać z duchownym sakrament małżeństwa zawarty w wyniku przysłowiowej "WPADKI"? >Być może właśnie m.in. dlatego Kościół apeluje o wstrzymanie się ze współżyciem aż do ślubu...? Żeby uniknąć sytuacji zawierania małżeństwa pod przymusem?
Tak, między innymi dlatego. Od wczoraj? Bo jeżeli głosi to od wczoraj to znaczy, że jest szansa na zmiany! Może przyłączyć się do apelu kościoła katolickiego? Może wesprzeć jego autorytet skoro głosi tak mądry apel? Proszę natychmiast przestać myśleć o erotyzmie!
>>Mimo, że ktoś teraz pomyśli o seksie "na boku" niechaj natychmiast skupi się na jednodzietnym małżeństwie, w którym powstrzymywanie się przed obiektem pożądania jest utrudnione. >Znowu mamy do czynienia z argumentem typu: "Większość się nie powstrzymuje, więc ja też nie muszę." Zaręczam jednak, że są pary, które traktują wstrzemięźliwość jako czas próby miłości (i tutaj "dowodem miłości" nie staje się zgoda na seks, ale raczej zgoda na poczekanie z nim).
Jedno dziecko i dosyć! Wpadkowe czy nie na jedno mnie stać. Co mam robić dalej? Jeżeli jest to wpadka z pierwszego stosunku? Jeżeli mnie nie stać ekonomicznie a co za tym idzie nie mogę odpowiedzialnie wychować następnego! Na to jedno, żeby je odpowiedzialnie wychować nie mam czasu gdyż dla głupich 600 PLN pracuję 12 godzin bo rynek pracy jest jaki jest. Wnioskuję, że mam przestać współżyć? No dobrze jestem katolikiem, przynajmniej się staram ale może jak zgrzeszę współżyjąc z moją napaloną małżonką z wykorzystaniem pełnej antykoncepcji to zdążę się wyspowiadać? Już teraz jest mi przykro, że muszę grzeszyć i będę żałował szczerze przed spowiedzią, ale może modląc się do Boga by odebrał mi popęd seksualny jako niemalże namacalne źródło mojego grzechu lub przynajmniej sprawił, by odpadło mi prącie, może tę modlitwą plus pokuta zdołam jakoś wybrnąć na sądzie bożym. Grunt to żebym nie miał wypadku przed spowiedzią i komunią! Bo gdybym na przykład szedł do spowiedzi i potrącił mnie samochód, to nie uzyskawszy rozgrzeszenia wystawiłbym się na krytykę na sądzie bożym, bez argumentów łagodzących. Co mam począć jako katolik? Nie jestem pewien co do grzechu masturbacji, czy to też jest grzech? Czy można unieważniić małżeństwo z powodu np. oskarżenia mnie przez żonę, że zgodnie z doktryną nie jestem już nastawiony na dalsze rozmnażanie i nasz związek stracił sens to może powinienem być ojcem dochodzącym czyli uczestniczącym w wychowaniu dziecka? Zaczynam się gubić.
>Tutaj z kolei pojawia się bardzo ciekawe rozróżnienie: "ONA ma ten swój cały kalendarzyk, a JA założę prezerwatywę". Naturalna metoda planowania rodziny jest metodą par, metodą małżeństw: to nie powinno być tak, że kobieta pilnuje, czy może w danym dniu uprawiać seks, czy też nie może (a następnie informować o tym męża). Takie przerzucenie odpowiedzialności na kobietę jest bardzo, bardzo dziwna (żeby nazwać to możliwie eufemistycznie).
Może i słusznie? Można by nawet rozważyć udział męża w badaniu śluzu jako pewien rodzaj tworzenia psychologicznej bariery do uprawiania seksu w ogóle. Pewien rodzaj narzędzia wspierającego naturalną tendencję do nie-współżycia. Równolegle może pojawić się kwestia wzajemnej masturbacji jako kompromisu. Arg
|
|
| | | | |  | | Żniwiarz (103 punktów) | Argumenty za poparciem np. seksu oralnego. W przypadku mężczyzny rozważymy poparcie za przeniesieniem nadrzędnego sposobu uzyskania satysfakcji seksualnej od pochwowego doustnego sposobu na osiągnięcie orgazmu (wysokie prawdopodobieństwo sukcesu), a w przypadku kobiety rozważymy oralne pobudzenie i konieczność masażu stref erogennych i doprowadzenie do orgazmu z użyciem np.: wibratora. (potwierdzenie lub rozszerzenie wątku określenia prawdopodobieństwa sukcesu powinno być wsparte opinią seksuologa lub innego znawcy opinii kobiet).
>Osobiście bardzo się cieszę, że Kościół nie poszedł w swoim nauczaniu o seksualności drogą proponowaną przez św. Augustyna (jednocześnie cieszę się, że w innych sferach korzystał z jego nauczania bardzo owocnie).
Większość kościoła nie ma o tym pojęcia co proponował św. Augustyn. Dlaczego?
> Cieszę się, że nawet seksem można się modlić. Nie skomentuję mimo pokusy. Może zrobi to ktoś inny.
>Dlatego też z wielkim dystansem patrzę na wszystkie próby sprowadzenia człowieka do zwierzęcia, którego jedynym celem jest zaspokojenie swoich potrzeb. A w niektórych momentach dyskusja na temat "chwalebnej roli prezerwatywy w naszym życiu" prowadzi właśnie tą ścieżką.
W kręgu moich ambicji leży raczej wykazanie, że pomimo zwierzęcego charakteru nośnika naszej duszy, którym jest ciało zwierzęcego pochodzenia, istota człowieczeństwa ukryta jest właśnie w "duszy". Z tego pułapu rozumowania naturalnym wydaje się być dystans do spraw cielesnych i wynika też niemożność sprowadzenia człowieka do ciała zwierzęcego pozbawionego "duszy". Może również z tego wynikać odczucie, że dwoje ludzi uduchowionych w przedstawionym sensie (drogą, której jeszcze nie przedstawiłem ale może na już wystarczy intuicja) będzie miało szansę na udane współżycie i lepsze warunki na pielęgnację miłości w rodzinie i da otoczeniu lepszy przykład niż dotychczasowe?
|
|
| | | | | |  | | Grzegorz G. | naturalne metody planowania rodziny a antykoncepcja | Powyższy komentarz uderzył mnie pewną niekonsekwencją argumentacji. Z jednej strony widnieje postulat o odrzuceniu "balastu" ciała, o zdystansowaniu się do niego. Z drugiej zaś strony mamy nieustanną walkę o kompromisy, tylne furtki (np. masturbacja)
Całkiem niedawno także i ja zastanawiałem się nad dwoistością natury ludzkiej i na warunkach, w jakich ciało i duch powinny ze sobą koegzystować. I usłyszałem bardzo ciekawą rzecz - traktowanie ciała i ducha jako dwóch odrębnych bytów nieuchronnie doprowadzi nas do wniosku, że jedno z nich musi być górą, że jedno z nich musi przejąć kontrolę. W ten sposób będziemy albo katowali swoje ciała po to, żeby dusza mogła doświadczać uciech, albo popuścimy wodze cielesne - zakładając, że w zasadzie istnienia duszy nikt jeszcze nie udowodnił. A gdyby tak potraktować ciało i duszę jako dwie odrębne właściwości tego samego bytu? Przykład pierwszy z brzegu - kubek. Jest zrobiony z pewnej materii, a jednocześnie posiada pewien kształt. Czy jedno wyklucza drugie? Nie. Tak samo działa człowiek - na zasadzie komplementarności ciała i duszy. Mówiąc więc o uduchowieniu nie powinniśmy pójść prostą ścieżką odrzucenia ciała.
Zastanawia mnie: skąd tak gwałtowna reakcja na "niemożność" współżycia w dni płodne? Tym bardziej, że w ciągu jednego cyklu najczęściej nie trwa to dłużej niż 1 tydzień. Podejrzewam, że tutaj motywem nadrzędnym jest raczej myśl, że coś mi jest "zabraniane". Wydaje mi się, że o wiele korzystniejszym byłoby zastanowienie się, jaki jest cel i ile dobra może wyniknąć z naturalnego planowania rodziny.
I jeszcze tylko skomentuję propozycję - "grzesz, tylko pamiętaj, żeby zdążyć się wyspowiadać przed śmiercią". Po cichu liczę na to, że nawet sam autor nie wierzy w to, co piszę, i że te kilka zdań miało być tylko prowokacją, skandalizującym posmaczkiem. Otóż Pan Bóg nie jest biurokratą, dla którego najważniejsze jest wypełnienie wszystkich formalności (żeby w papierach się zgadzało). Spowiedź nie jest magiczną sztuczką, która wyzerowuje mój licznik w niebie. Nasze życie jest jakąś ciągłością,jakimś dążeniem, którego celem jest Bóg. Dlatego ten świat został tak skonstruowany - żebyśmy mieli szansę zbliżyć się do Boga. Dlatego zostało dane nam Prawo, dlatego powstał Kościół, dlatego sam Jezus pozostaje obecny wśród nas, w sakramentach - po to, żeby nas w tej drodze wspierać.
|
|
| | | | | | |  | | Żniwiarz (103 punktów) | Odp: naturalne metody planowania rodziny a antykoncepcja | >Powyższy komentarz uderzył mnie pewną niekonsekwencją argumentacji. Z jednej strony widnieje postulat o odrzuceniu "balastu" ciała, o zdystansowaniu się do niego. Z drugiej zaś strony mamy nieustanną walkę o kompromisy, tylne furtki (np. masturbacja)
"balast" ciała? Przecież ciało jako materialny nośnik ducha i podstawa jego pełnej świadomości o materii poprzez jej doświadczanie nie powinno być traktowane jako balast. Może warto by nawet rozważyć zagadnienie narodzin ciała jako inkubatora dla powstania nowej indywidualności duchowej. Gdyby rozważyć teraz to zagadnienie z punktu widzenia świata duchowego czy metafizycznego świat ludzi byłby polem pojawiania się nowych jednostek duchowych, które poprzez egzystencję zwaną życiem materialnym od narodzin aż do śmierci fizycznej zasilały by społeczność duchową mogącą mieć wymiar ponadczasowy. Tak więc tworzą się byty cząstkowe w puli świadomego bytu w grupie człowiekopochodne. Można teraz (cały czas intuicyjnie) założyć, że posiadają one jakiś status i relację względem ogółu bytów, można też już czysto hipotetycznie założyć istnienie hierarchii na czele której stoi byt absolutny czyli nie mający początku ani końca. Można by nazwać go Bogiem. Byt absolutny można łatwo przyrównać do sensu wszechświata najpierw metafizycznego nadrzędnego a dalej fizycznego podrzędnego, będącego jednak w sprzężeniu warunkującym czy też wymuszającym konieczność jego istnienia.
Co z tego fragmentu rozważań wynika? Tak wiele, że zbiór wniosków i konsekwencji ich wdrażania byłby przeogromny, ale skupiając się tylko na nośniku duszy czyli np. ludzkim ciele:
1. Jest ono z jednej strony podrzędne dla ducha ale i niezbędne w jego rozwoju.
Czyli o nośnik należy dbać by w pełni i w jak najdłuższym wymiarze czasu wykorzystać możliwości indywidualnego doświadczania materii. W sferze dbania o długość i jakość doświadczania potrzebny jest przyrost wiedzy i rodzi się niejako potrzeba jej gromadzenia i wykorzystywania.
Czyli batalia o przedłużanie fizycznego życia nośnika jest jak najbardziej uzasadniona. Batalia o rozszerzenie sfer doświadczeń fizycznych również. Rodzi się pytanie jakich granic nie wolno przekraczać w doświadczaniu materii by nie wystawić się na ryzyko unicestwienia. Są to granice wpływu na nośniki niezależnych jednostek duchowych (inni ludzie). Inaczej mówiąc naturalna "egoistyczna" tendencja chłonna nośnika jest kontrolowana przez świadomość priorytetów. Proszę zauważyć, że brak świadomości priorytetów i odrzucenie wszystkiego co napisałem powyżej rodzi szereg chorych duchowo zjawisk jak choćby tolerancję względem postaw niedorzecznych i ślepych w swoim fundamencie, gdyż nie rozumiejących tego czym jest ów fundament na codzień tworzony na bazie uproszczeń i mieszania pojęć, a także co jest uważam złem wyjątkowym:
Nadawaniu cech ludzkich podmiotom metafizycznym! Czemu tak się dzieje? Ponieważ posiadając duszę bez zrozumienia przyczyn jej posiadania dysponujemy jej atrybutami i mieszamy je z atrybutami nośnika.
Ograniczając się teraz do sytuacji, w której dwoje świadomych ludzi podejmuje decyzję o prokreacji możemy mieć do czynienia ze zjawiskiem decyzji duchowej. Jeżeli stwierdzamy gotowość na stworzenie potomka świadomi odpowiedzialności jaką musimy wziąć za opiekę nad właściwym rozwojem jego uduchowionego nośnika płodzimy nową istotę. Jeżeli nie potrafimy zapewnić warunków właściwego rozwoju nowej istocie z przyczyn choćby czysto materialnych nie podejmiemy odpowiedzialnie decyzji o prokreacji. Czy więc możemy realizować potrzeby fizjologiczne naszego nośnika w sferze seksualnej, tak aby nie naruszyć duchowej równowagi? Tak! Przy założeniu, że w trakcie ich realizacji nie dopuścimy do fizycznej prokreacji nie popartej duchową decyzją kobiety i mężczyzny. Czy jest to możliwe? Tak, przy opracowaniu metod skutecznej antykoncepcji lub ograniczeniu do erotyki pozapochwowej. Po co? Rozumiemy przecież potrzeby nośników, popęd seksualny i budujący charakter osiągania satysfakcji seksualnej. Psychologia i nauka, a więc wiedza tłumaczą nam jaki wpływ na jakie sfery stabiności nośnika ma uprawianie seksu czy też jeśli ktoś woli doświadczanie pozytywnych doznań w wyniku partnerskiej masturbacji. (samotna często wiąże się z imitacją partnerskiej a o jej jakości decydować może wyobraźnia erotyczna wsparta używkami). Czy dusza na tym cierpi? W zasadzie nie gdyż do jej stabilności potrzebna jest tylko świadomość o nienaruszaniu dobra tak istniejących jak i potencjalnie mogących zaistnieć istot podobnych. Czy nośnik (ciało fizyczne) na tym cierpi? Nie mamy chyba wątpliwosci, że nie, a wręcz przeciwnie. Mało tego dostarcza duszy pozytywnych doznań, które ta "zabierze ze sobą" w doświadczeniu z najpiękniejszym wytworem materii jakim jest pokrewny nośnik. Czy mamy tu do czynienia z jednostronnym "egoistycznym" wykorzystaniem cudzego nośnika? Nie jeśli świadomie został on udostępniony w celu realizacji jego własnych potrzeb. Okiełznanie pozytywnej symbiozy? Czy może wstęp do czegoś większego?
P.S. Jeżeli ktoś niechcący dopatrzy się teraz poparcia dla rozwiązłości seksualnej to znaczy, że nie zrozumiał priorytetu.
|
|
| Michau | Odp: Wtórny analfabetyzm... i co dalej? | Witam Warto jeszcze dodać, że z używanie prezerwatywy wynika z braku akceptacji małżonki. Albo akceptuję moją żonę ze wszystkim - również z jej płciowością (czyli tym, że są dni płodne i niepłodne), albo nie akceptuję i wtedy zaczynam używać prezerwatywy. Wygląda to tak, jakbym powiedział: "Kochanie jesteś fajna, super dziewucha, wspaniała kobieta, ale wiesz, nie podoba mi się to, że nie możemy zawsze uprawiać seksu, bo się może zrobić z tego bachor". I tu zaczyna się poprawianie natury danej przez Boga i zakładanie gumki "bo ja mam chcicę, a nie chcę bachora". Bóg dał możliwość seksu, którego wynikiem nie jest poczęcie dziecka i z tego możemy korzystać. I już. Pozdrawiam wszystkich tzw. racjonalistów
|
|
 | | Żniwiarz (103 punktów) | Wiesz Michale nie chcę zgadywać czemu tak napisałeś bo mimo dosadnego języka staram się nikogo nie obrażać w postach, ale: Nie jesteś studentem, który mieszkając w akademiku wpadł do koleżanki po ksero z wykładów a ta na jego widok wyciągnęła butelkę dobrego wina albo na dobry początek zapytała co robi wieczorem. Myślę, Michale, że jest spora ilość facetów, którym ta sama kobieta odpowie, że boli ją głowa tylko dlatego, że nie są oni na tyle atrakcyjni seksualnie by poświęcać im swój czas.
|
|
|  | | Michau | Witaj Żniwiarzu, przykro mi jeśli poczułeś się urażony moim postem. Nie wiem dlaczego. Być może chodzi o "tzw. racjonalistów". Tak, tak myślę - kiedyś czytałem na waszym poratlu hisorię o Jezusie i Marii Magdalenie, o ich dalszym życiu i wydało mi się to bardzo bzdurne i nieprawdopodobne i na pewno nieracjnonalne. Niemniej przykro mi jeśli poczuleś się urażony. Co do Twojej odpowiedzi, to chyba jej za bardzo nie zrozumialem. Tzn. zrozumiałem ale nie potrafię połączyć tego z moim postem - proszę jaśniej. Otóż jestem studentem i mieszkam z dwiema dziewczynami i nieraz zdarzało mi się spotykać z atrakcyjnymi koleżankami sam na sam nie w akademiku, ale w ich mieszkaniach w ich 1-osobowych pokojach. I co z tego? Hmmmm, no ja myślę, że chyba nic. Co do mojego argumentu - ja tylko piszę, w jaki sposób Kościół argumentuje odrzucenie antykoncepcji. Natomiast nie rozwodzę się nad ich słusznością, bo dla mnie są słuszne, a jeśli Ty odrzucasz Kościół to i tak one Cię nie przekonają. A jeśli CIę nie przekonają, to nie będziesz NPRodziny stosował. A jeśli nie stosujesz (ani nawet nie próbowaleś), to uważam, że nie powinieneś jej krytykować i biadolić jaka to jest zła, nieskuteczna i trudna. Uważam zatem, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Pozdrawiam serdecznie wszystich - a Ciebie Żniwiarzu przede wszystkim
|
|
| |  | | krzysiu | Widzę, że spór toczy się na gruncie wiary chrześcijańskiej. Powiedzcie mi więc, gdzie w słowie Bożym jest zabronione stosowanie prezerwatyw? To, że ksiądz, czy papież tak powiedział, to mnie nie przekonuje. Słowo Boże jest najważniejsze i jego mądrość przewyższa wymysły ludzkie. A oto dwa cytaty z biblii, które (tak na szybko) znalazłem: Przysłów. 5:18-19 18. Niech będzie błogosławiony twój zdrój, a raduj się z żony twojej młodości! 19. Miłej jak łania, powabnej jak gazela! Niech jej piersi ZAWSZE ci sprawiają rozkosz, upajaj się ustawicznie jej miłością! (BW) Kazn. 9:9 9. Używaj życia ze swoją ukochaną żoną po WSZYSTKIE DNI twojego marnego bytowania, jakie ci dał pod słońcem, bo to jest twój udział w życiu i trudzie, jaki znosisz pod słońcem. (BW) Widzicie tu jakieś zakazy? Bo ja wręcz przeciwnie - zachętę do seksu, jako przywileju nam danego na zawsze i po WSZYSTKIE dni naszego życia. Jeśli zna ktoś jakieś inne teksty BIBLIJNE, niech ich zacytuje. Moim zdaniem Bóg dozwala na wszelkie formy antykoncepji, ale niestety nie dozwala na wielu partnerów. Tak więc co tylko chcecie i kiedy chcecie, to możecie robić, ale tylko z małżonkiem.
|
|
| | |  | | Michau | Witam. A powiedz, gdzie w Piśmie Świętym jest napisane, że prasuje się spodnie. Nigdzie. A jednak nawet katolicy je prasują. Co - bzdurny ten mój argument? Pewnie że tak! Tak samo jak Twój. Co do Twoich cytatów. Tiaaa.Tylko, że moim zdaniem to one czego innego dotyczą. Nie mówią o antykoncepcji ani "koncepcji", tylko o tym, że nie ma żadnych przeciwwskazań jeśli chodzi o seks w małżeństwie. Jak najbardziej możesz uprawiać seks z żoną przez cały czas, ale musisz mieć świadomość, że z tego być może zostanie poczęte dziecko. Jeśli na razie nie planujecie dziecka to powinniście się wstrzymać w niektóre dni. I tyle. A na podstawie Pisma można wiele rzeczy udowodnić - np. to, że Boga nie ma. Jest w Piśmie fragment w psalmie: "Boga nie ma". Tylko, że to fragment, bo całość brzmi: "Boga nie ma - rzekł głupiec w sercu swoim". Chwytasz o co mi chodzi? Nie strzelaj cytatami, jak świadkowie Jehowy, tylko bierz pod uwagę cały kontekst, całą naukę Chrystusa - całe Pismo Święte, a nie jedno zdanie. Pozdrawiam na razie i życzę owocnego i dobrego czytania Pisma Świętego.
|
|
| | | |  | | inhet | To jak to w końcu jest z tym prasowaniem i antykoncepcją? Czy w chrześcijaństwie dozwolone jest wszystko, co nie zabronione, czy dozwolone jest tylko, co nakazane? Bo w pierwszym przypadku tak prasowanie portek, jak i antykoncepcja grzechem nie będą, zaś w drugim obie te czynności...
|
|
| | | |  | | Krzysiu | ...A po co się wstrzymywać w niektóre dni, skoro można sobie z tym poradzić w sposób dozwolony. Moje cytaty nie mówią o antykoncepcji, ani o jej sposobach. Wskazują tylko, że zawsze można, jeśli się chce i żadnego grzechu w tym nie ma. Jednak aby dzieci nie mieć, trzeba ją stosować, aby to "być może" zminimalizować. A czy to jest dobre, czy złe, to już zależy od sumienia danego człowieka. Ktoś inny może uważać zupełnie inaczej i też nie robi żadnego przestępstwa. Rzym. 14:5 5. Jeden robi różnicę między dniem a dniem, drugi zaś każdy dzień ocenia jednakowo; niechaj każdy pozostanie przy swoim zdaniu. (BW)
Rzym. 14:14 14. Wiem i jestem przekonany w Panu Jezusie, że nie ma niczego, co by samo w sobie było nieczyste; nieczyste jest jedynie dla tego, kto je za nieczyste uważa. (BW)
Rzym. 14:22 22. Przekonanie, jakie masz, zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto nie osądza samego siebie za to, co uważa za dobre. (BW) Powyższe cytaty nic też nie mówią o antykoncepcji, ale o pewnej zasadzie traktowania spraw, które nie są sprawami podstawowymi dla osoby wierzącej. A co do wspomnianych przez ciebie spodni, to dobrze robi zarówno ten co prasuje i ten co nie prasuje, ponieważ wszystko co nie jes wyraźnie zabronione, jest dozwolone. W związku z tym taka rzecz nie ma żadnego znaczenia dla naszego zbawienia. Jeśli zaś chodzi o wyrywanie z kontekstu wersetów, to niesposób jest cytować całych myśli. Posty musiałyby mieć wielkie rozmiary. A wiem, że takich mało kto czyta. Pojedyńczy werset jest tylko wskazówką dla zainteresowanych, gdzie sobie resztę można doczytać. Przy okazji można się nauczyć sprawniejszego posługiwania biblią.
|
|
| | | | |  | | Michau | Krzysiu - czy Ty przypadkiem nie należysz do tych, co się zowią Świadkami Jehowy? Bo takie cytowanie i czytanie Pisma, jakie proponujesz to jest w ichnim klimacie. Ja uważam, że czytanie Pisma powinno wyglądać tak, że 1. czytam Pismo 2. myślę nad nim i staram się zrozumieć 3. rozumiem Ty natomiast jak widzę proponujesz coś innego - 1. wymyślam teorię 2. szukam w Piśmie zdań żeby moje wymysły poprzeć 3. zarzucam ludzi cytatami, które rzekomo popierają moją teorię. Drugi sposób jest łatwiejszy bo nie wymaga myślenia Nie zaimponujesz tym, że wyszukasz n cytatów i wszystkie je wrzucisz na posta. Nie zamierzam też walczyć z Tobą na cytaty z Biblii bo z formy Twoich postó wywnioskowałem ze to nie ma sensu. Najmniejszego. Jeśli chcesz zrozumieć dlaczego Kościół jest przeciw antykoncepcji to przeczytaj encyklikę "Humanae vitae", a nie atakuj stanowiska Kościoła, którego to stanowiska zupełnie nie znasz i nie rozumiesz. Możesz to zrobić w ramach poznawania wroga.  Pozdrawiam i wracam do oglądania filmu
|
|
| | | | | |  | | Krzysiu |
No dobrze, zdemaskuję wam swoje zamiary. Najmocniej przepraszam, jeśli kogoś uraziłem. Podstawową zasadą w każdej dyskusji jest, aby się wzajemnie miłować i szanować. Jednak każdy ma chyba wolność słowa? Nie jestem żadnym świadkiem J..., Nie jestem niczyim wrogiem, Nie chcę też nikomu imponować w żaden sposób. Mało tego. To WY wszyscy mi imponujecie wiedzą, oraz tym, że wogóle w obecnych złych czasach interesują was tematy związana z religią i wierzeniami. (nie chodzi mi tutaj o tą nieszczęsną antykoncepcję, jest to tylko jeden z tysiąca wątków, moim zdaniem nie najistotniejszy). Celowo zacząłem rzucać nadmiar różnych wersetów, (niektóre rzeczywiście na wyrost), ale to tylko po to, aby zwrócić uwagę na jedno zjawisko, dotyczące całego forum. Niestety ludzie starają się swoją wiarę chrześcijańską opierać na wszelkiej dostępnej literaturze, z wyjątkiem Biblii. Naukę z niej płynąca zastępuje się tradycją, często zagląda się do wielu dzieł i opracowań będących wymysłem grzesznego z natury człowieka, a Biblia - Słowo Boże schodzi na plan dalszy.
Odpowiadając dalej na zarzuty: 1. Czy ja gdziś powiedziałem, że zło nie istnieje? Musiałbym być chyba głupcem.(choć i tak za takiego mnie uważacie). Obecnie mamy na świecie więcej zła, niż kiedykolwiek. Mało tego! Nie będę już rzucał cytatu, ale w Biblii pisze, że w obecnych czasach szatan przyjmuje postać anioła światłości. Co to znaczy? ano to, że ukrywa się pod pozorem dobra, jest niezwykle trudny do rozpoznania. Jedynym pewnym źródłem prawdy jest Biblia, ale po co anlizować jej teksty, skoro dużo prostszym językiem opisał to grzeszny z natury i zawsze omylny człowiek w tysiącach tomów różnych dzieł? 2. Dostrzegłem zarzut, że najpierw wymyślam problem, a potem szukam rzekomego poparcia go w Biblii. Proponujecie mi, aby najpierw czytać, a potem wymyślać teorie? Wszystko fajnie, ale większość ludzi sięga do Biblii wtedy, gdy już ma problem, z którym musi się zmierzyć. Nie zawsze kolejność da się odwrócić, choć proponowana przez Michaua kolejność wydaje się być rozsądna. Po zajrzeniu do Biblii, nie zawsze, a śmiem twierdzić że rzadko trafia się od razu na odpowiedź podaną jak na tacy. Jednak źródło poszukiwań jest jak najbardziej dobre. A jeśli znajdzie się ktoś kto rozumie pewne sprawy lepiej, niech wyprowadzi bliźniego z błędu, ale opierając się też na Piśmie Świętym, a nie na "bojkach starego Bacy". A jeśli nawet nie znajdą wspólnego rozwiązania, to niech nadal pozostaną wobec siebie przyjaźnie nastawieni.
No i to było na tyle. Szczerze mówiąc interesuje mnie obecnie inny temat, więc jeśli możecie, to mi odpowiedzcie. (nadużywam tutaj cierpliwości kolegi żniwiarza): Ile lat trwał okres Sędziów izraelskich? (oczywiście pokrótce, bo wątek obecny dotyczy innego problemu).
|
|
| | | | | | |  | | Żniwiarz (103 punktów) | Krzysiu zaproponuj płaszczyznę porozumienia z kimś, kto uważa, że Biblia to wspaniały wyraz miłości człowieka do człowieka z wykorzystaniem pojęcia Boga będący jednym z filarów do powstania współczesnego humanizmu, a przez to godny najwyższego szacunku. Jednakże idąc w tym toku interpretacji czy przytaczanie cytatów z biblii nie wydaje Ci się anachronizmem?
|
|
| | | | |  | | Grzegorz G. | manipulacja Słowem Bożym | >Powyższe cytaty nic też nie mówią o antykoncepcji, ale o pewnej zasadzie traktowania spraw, które nie są sprawami podstawowymi dla osoby wierzącej. [...] >Jeśli zaś chodzi o wyrywanie z kontekstu wersetów, to niesposób jest cytować całych myśli. Posty musiałyby mieć wielkie rozmiary. A wiem, że takich mało kto czyta. Pojedyńczy werset jest tylko wskazówką dla zainteresowanych, gdzie sobie resztę można doczytać. Przy okazji można się nauczyć sprawniejszego posługiwania biblią.
Chcąc wzbogacić swoją sprawność posługiwania się Biblią, zajrzałem pod wskazany adres (14. rozdział Listu do Rzymian) i po jego przeczytaniu przekonałem się, jak bardzo można manipulować Słowem Bożym. Oto całość 14. rozdziału (fragment jest długi, przyznaję, ale cytuję to w tym miejscu, żeby uwidocznić pewne zjawisko):
Wzajemna wyrozumiałość dla odmiennych poglądów 1 A tego, który jest słaby w wierze*, przygarniajcie życzliwie, bez spierania się o poglądy. 2 Jeden jest zdania, że można jeść wszystko, drugi, słaby, jada tylko jarzyny. 3 Ten, kto jada [wszystko], niech nie pogardza tym, który nie [wszystko] jada, a ten, który nie jada, niech nie potępia tego, który jada; bo Bóg go łaskawie przygarnął. 4 Kim jesteś ty, co się odważasz sądzić cudzego sługę? To, czy on stoi, czy upada, jest rzeczą jego Pana. Ostoi się zresztą, bo jego Pan ma moc utrzymać go na nogach. 5 Jeden czyni różnicę między poszczególnymi dniami, drugi zaś uważa wszystkie za równe: niech się każdy trzyma swego przekonania! 6 Kto przestrzega pewnych dni, przestrzega ich dla Pana, a kto jada wszystko - jada dla Pana. Bogu przecież składa dzięki. A kto nie jada wszystkiego - nie jada ze względu na Pana, i on również dzięki składa Bogu. 7 Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: 8 jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana. 9 Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi*. 10 Dlaczego więc ty potępiasz swego brata? Albo dlaczego gardzisz swoim bratem? Wszyscy przecież staniemy przed trybunałem Boga. 11 Napisane jest bowiem: Na moje życie - mówi Pan - przede Mną klęknie wszelkie kolano. a każdy język wielbić będzie Boga*. 12 Tak więc każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu. Unikanie zgorszenia 13 Przestańmy więc wyrokować jedni o drugich. A raczej to zawyrokujcie, by nie dawać bratu sposobności do upadku lub zgorszenia. 14 Wiem i przekonany jestem w Panu Jezusie, że nie ma niczego, co by samo przez się było nieczyste, a jest nieczyste tylko dla tego, kto je uważa za nieczyste. 15 Gdy więc stanowiskiem w sprawie pokarmów zasmucasz swego brata, nie postępujesz już zgodnie z miłością. Tym swoim [stanowiskiem w sprawie] pokarmów nie narażaj na zgubę tego, za którego umarł Chrystus. 16 Niech więc posiadane przez was dobro nie stanie się sposobnością do bluźnierstwa! 17 Bo królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym. 18 A kto w taki sposób służy Chrystusowi, ten podoba się Bogu i ma uznanie u ludzi. 19 Starajmy się więc o to, co służy sprawie pokoju i wzajemnemu zbudowaniu. 20 Nie burz dzieła Bożego ze względu na pokarmy! Wprawdzie każda rzecz jest czysta, stałaby się jednak zła, jeśliby człowiek spożywając ją, dawał przez to zgorszenie. 21 Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata razi . 22 * A swoje własne przekonanie zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto w postanowieniach siebie samego nie potępia. 23 Kto bowiem spożywa pokarmy, mając przy tym wątpliwości, ten potępia samego siebie, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem. Wszystko bowiem, co się czyni niezgodnie z przekonaniem, jest grzechem.
Cytowałem za Biblią Tysiąclecia. Pod pierwszą gwiazdką kryje się taka adnotacja: Tak określony tu jest chrześcijanin, który w dobrej wierze mylnie uważał, że w chrześcijaństwie powinien zachowywać uprzednio przez siebie przestrzegane praktyki (pochodzenia żydowskiego czy pogańskiego) co do świętowania niektórych dni i wstrzymywania się od pewnych pokarmów. Św. Paweł nie określa bliżej charakteru tych praktyk ani ich źródła. Przekonany, że one z biegiem czasu znikną, zaleca szlachetny liberalizm wobec chrześcijan, zachowujących w dobrej wierze te praktyki.
Uważam, że sporym nadużyciem jest powoływanie się na słowa z 14. rozdziału w kontekście osądu moralnego popełnianych czynów. Nie jest wcale tak, że Paweł mówi, że zło nie istnieje, że jest wymysłem skorumpowanego sumienia. I dlatego uważam, że tego typu praktyka - strzelanie cytatmi - jest okrutną manipulacją. Słowo Boże to nie puzzle, które można przestawiać i dokrawać w taki sposób, żeby ułożony z nich obrazek był ładny i niezobowiązujący.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|