Do jednego z warszawskich punktów pomocowych dla uchodźczyń zgłosiła się wolontariuszka spod Kijowa z pytaniem, czy udałoby się zorganizować pomoc dla grupy 380 kobiet z Buczy, chcących znaleźć bezpieczne schronienie poza granicami objętej wojną Ukrainy. Oksana, od trzeciego dnia wojny koordynatorka jednej z linii wsparcia, natychmiast zgodziła się pomóc. Na co dzień zajmuje się szukaniem miejsc, w którym uchodźczynie będą mogły zamieszkać, organizuje transport, jedzenie czy wsparcie psychologiczne. Ale po bliższych rozmowach lokalnej wolontariuszki z kobietami z Buczy okazało się, że w tej grupie, aż 120 z nich zostało zgwałconych przez rosyjską armię. Połowa podejrzewa, że mogą być w ciąży.
- Na wieść, że w Polsce aborcja jest nielegalna, a zrobienie jej w jednym dopuszczalnym przypadku - po gwałcie - wcale nie takie łatwe, poprosiły o dzień na zastanowienie się, czy przyjazd do Warszawy ma sens.
Dzień po pytaniu, czy punkt pomocowy zorganizuje ich przyjazd, Oksana odebrała telefon, że kobiety z Buczy jednak nie ruszą do Warszawy. Wolałyby udać się do kraju, w którym nie będą musiały udowadniać, co im zrobiono.
- Nie chcą czekać tu miesiąc na to, czy dostaną okres, czy nie. Musiałyby wtedy znów wyjeżdżać na Słowację, do Czech czy Szwecji, a dla nich to podwójna trauma. Ja się nie dziwię, że nie chcą za chwilę znowu zmieniać kraju.
Tym bardziej że pomoc psychologiczną, którą dysponuje punkt, powstał dzięki kontaktom poczty pantoflowej. - Od rządu nie dostaliśmy żadnego wsparcia. Ja wyczułam po tych kobietach, że one do Polski nie przyjadą. Część z mieszkających pod Kijowem Ukrainek dostaje pomoc psychologiczną, część zdecydowała się też pójść do ginekologa. Ale są takie, które boją się pozwolić choćby dotknąć, nie chcą mówić ani się badać. To nadal dla nich zbyt wielka trauma.
- Niektóre gwałciło kilku żołnierzy, niektóre mają na to ekspertyzy. Ale przypadki tych kobiet są inne od przypadków gwałtów w pokojowym kraju, w którym wykorzystana wie, że przysługują jej określone prawa, w którym mogłaby czuć się zaopiekowana. W Ukrainie to zupełnie inna sytuacja. Zbyt stresująca. Dlatego część kobiet milczy, bo się boi, gdzie i na kogo trafi. Wolą przeczekać. Gdyby wiedziały, że mogą ruszyć do miejsca, w którym będą miały pewność zrobienia aborcji, oswoiłyby się z myślą pójścia do lekarza. A tak to zbyt świeża rana. Niektóre z kobiet z Buczy zostały zgwałcone jeszcze przed kilkunastoma dniami. Test nie wykazałby tak szybko, czy zaszły w ciążę. Ale prawdopodobieństwo jest duże, większość z nich bowiem nie stosowała przed wojną żadnej antykoncepcji. - Dostępność środków antykoncepcyjnych w miasteczkach takich jak Bucza nie jest taka oczywista, a wiedza na temat planowania ciąży niewielka, nie tak rozpowszechniona jak w Polsce, czy w ogóle w Europie. Oksana będzie namawiać kobiety z Buczy, by przyjechały do Polski. Jest w kontakcie z prawnikami, którzy chcą pomóc w procedurze zrobienia aborcji zgodnie z prawem, kiedy ciąża jest wynikiem gwałtu.
- Przecież sama rozmowa z nimi powinna być dowodem, że na temat ciąży nie kłamią. Ich stan powinien być dostatecznym dowodem na to, co przeszły - mówi wolontariuszka.
Sama jest w Polsce od 22 lat. Przyjechała, bo jej dziadek był Polakiem, studiowała w Warszawie teologię. Ma obywatelstwo polskie i wie, że "niewygodnie być Polką przy takich przepisach".
- Trochę tu u nas takie średniowiecze jest. Ciekawe, czy jakby ci, którzy ustalali prawo, mieli zgwałconą żonę czy córkę przez pijanego żołnierza, też chcieliby utrudnić jej dostęp do aborcji. Myślę, że szybko by wtedy prawo aborcyjne zmienili.
www.wysoki(*)nela-pod-kijowem-boja-sie.html