Pojechalismy do Czestochowy. Ot, przyjemne z pozytecznym - sprawy zalatwiac kawalek swiata zobaczyc. Opole, zamek ze szlaku Orlich Gniazd, fajne miejsce na piknik, tylko na rozbite szkla trzeba uwazac. Jeszcze troche czasu zostalo, muzeum archeologiczne juz zamkniete, zostaje przeslawna Jasna Gora - podobno atrakcja turystyczna.
Podjezdzamy na parking, nie jest zle, nawet nie drogi bo "co laska", parking duzy przejrzysty z wyznaczonym dla palaczy miejscem. Obowiazkowo lody dla wszystkich, wloskie podobno w firmie parkingowej Claramonte, przeczekujac wycieczke szwedzkich nastolatkow, spozywajac lody idziemy zwiedzac. Zaczyna sie calkiem znosnie, jakas brama opisy w jezyku angielkim. Rozgladajac sie na prawo i lewo szukamy jakichs wskazowek dotyczacych kierunku zwiedznia. Nie ma. Idac na czuja po bardziej uczeszczanym szlaku po chwili znajdujemy sie w innej bramie poza atrakcja turystyczna. Nie zrazeni wracamy. Pstrykam zdjecia wygladajac jakiegos historycznego kamienia, na ktorym usiadla ktos wazny. Na darmo. Nagle zza rogu "wyskakuje" na mnie jakas wielka czarna postac. Spokojnie, to tylko figura Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Ot stoi sobie za rogiem nie wadzac nikomu, zlaszcza, ze przywiazany linka holownicza do sciany, tak pod pachami. Za linke ktos wlozyl sliczna platikowa roze zlota z napisem Czestochowa 2011. Pod nogami Jezusa, walaja sie karteczki z zyczeniami, wiekszosc z nich wpadla pod palete na ktorej Pan Nasz sie chybocze. Nawet gdyby upadl, to wiekszej krzywdy by nie zrobil, bo zrobiony chyba z jakiegos czarnego lastryko.
Rozgladam sie i wyglada na to, ze ksieza upychaja gdzie moga wszelkiego rodzaju dary.
Nie bardzo wiedzac, gdzie isc wchodzimy do samego kosciola, kierowani zawodzacym glosem ksiedza. Niedziela to byla, lawirowanie miedzy tlumeczkiem modlacych sie nie byl latwy, zwlaszcza, ze towarzystwo ciagle robilo cwiczenia typu padnij-powstan. Na szczescie ofiar "turystyki" bylo wiecej, wiec sobie tak lawirowalismy w harmoni...
Sam kosciol w jakis remontach, wiec musialam sie nacieszyc widokiem sufitu, tak ozloconego, ze w glowie sie kreci i mdlic zaczyna. Wtedy zobaczylam obiecujacy napis "sala rycerska", dawaj za strzalka. Strzalka doprowdzila nas do drzwi opatrzonych elektonicznym zamkiem na kod, ktorego niestety nie znalam. Wracamy. Prawie wywalilam sie z dzieckiem na reku, gdy pan kolo ktorego przechodzilam, wsadzil mi noge miedzy moje, wlasnie wykonujac cwiczenia klekajace. Maz zaczyna tracic cierpliwosc. Ja niczym nie zrazona uparlam sie, ze na pewno cos jest do zobaczenia. Wychodzimy na zewnatrz innymi drzwiami, a tu wielkosci naturalnej zdjecie Kaczynskiego usmiechnietego z malzonka. Jedynym odkryciem, na placu nizszym obok plastikowego namiotu sluzacego za kaplice, byly wielkie metalowe drzwi, za ktorymi staly pietra krzesel plastikowych, a obok rzeczywiscie mozna bylo zobaczyc kawalek wspanialego muru z kamienia.
Udalo nam sie wreszcie opuscic obowiazkowy punkt prawdziwego turysty. Jedyne pocieszenie, ze parking tani. A potem naszly mnie refleksje. Daleko Jasnej Gorze do Santiago de Compstella. Walajace sie polamane palety, smietki. Brak sensownej organizacji. Brak szacunku nawet dla wlasnych wyznawcow, nie wspominajac o zwyklych turystach. Fajnie bylo tez uslyszec z ambony nawolywania ksiedza, ze malo ludzi przychodzi, zeby wierni zapraszali na msze, nie zeby sie pomodlic, ale chocby posluchac... |