Darwinowska teoria ewolucji, którą zapoczątkowało dzieło "O pochodzeniu gatunków", głęboko przeorała zleżały od wieków step bujnie rozkrzewionych burzanów oraz rozplenionego zielska najrozmaitszych religii. Metoda zorganizowanych przez kreacjonistów akcji, opartych o metodologię deprecjacji wspieranej całą gamą szykanerskich kontrpublikacji zawiodła na całej linii i spaliła na panewce. Wszystkie namacalne, przemawiające za prawdziwością tez stawianych w nauce o ewolucji dowody powolnych zmian i rekombinacji w ramach wciąż bogatszej o nowe kombinacje puli genetycznej z mocy kazalnicy miały być niczym innym jak... martwą teorią szalonego naukowca, zaślepionego nienawiścią do Boga i prawdziwej religii, jak wszem i wobec wiadomo będącej jedynym wiarygodnym rzecznikiem historii dziejów... Procesy dziedziczenia, na których Darwin oparł wówczas swoją teorię, wprost idealnie opisują mechanizmy "doboru naturalnego", polegających na czerpaniu ze spuścizny coraz bogatszej "oferty genetycznej", pochodzącej z dorobku odchodzących w niebyt wcześniejszych, wypalonych i "złomowanych" wiar i obrządków. Prawo indukcji, rządzące mechanizmami selekcji, anszlusu, aneksji i ochrony status quo zdobytego już "dorobku genetycznego", prowadzące do nieuchronnego synkretyzmu religii, na przestrzeni dziejów pączkujących dziesiątkami tysięcy pododmian luźnego konglomeratu współcześnie znanych obrządków wchodzących w skład mozaiki Światowej Religii w istocie swych założeń i schematach działania dowodzi poprawności wzajemnej wymiany "genetycznej" chromosomów, wywodzących się z tego samego pratygla pierwotnych wierzeń i szamańskich sztuczek. Na co dzień, choćby obserwując powstawanie nowych nurtów religijnych(na samym początku ich larwalnego istnienia pogardliwie zwanych sektami) wciąż doświadczamy mocy nieśmiertelnych, pod doraźne potrzeby doskonalonych sztuczek i kreatorskich zabiegów dawno temu wylęgniętych w "praoceanie" fikcji literackiej gatunku Homo Sapiens, której tworzeniu i kultywowaniu od zarania dziejów z pasją godną lepszej sprawy oddawali się praojcowie ludzkości. Z jednej strony mocno przestraszeni posiadaniem nagle stwierdzonego u siebie rozumu, z drugiej- przerażeni tysiącami egzystencjalnych pytań, pozostających bez odpowiedzi choćby z powodu braku bazy danych wyjściowych uciekli do bezpiecznej niszy własnych, prymitywnych wyobrażeń o istocie otaczającego ich, dynamicznego świata pełnego niezrozumiałych zdarzeń, procesów naturalnych, zjawisk atmosferycznych i katastrof geologicznych... Aparat poznawczy: zmysły i zdolność rozumowania- mieli rozwinięte nad wyraz dobrze- gorzej było z oprogramowaniem i tą denerwującą pustką w banku podstawowych danych, potrzebnych do rozwiązania pojawiających się kolejno po sobie stosów równań z wieloma niewiadomymi, jakimi wypełnione było ich niełatwe przecież życie. Takie okoliczności oraz surowe, jałowe, pionierskie warunki początkowe, w jakich znaleźli się praprzodkowie Homo Sapiens determinowały ich spontaniczne, pełne infantylizmu, ślepe, zbiorowe zachowania, które- choć nie dawały odpowiedzi na najbardziej palące pytania- poprzez chwilowe zaprotezowanie "wiedzą" miejscowego szamana miały z założenia stanowić skuteczny sposób neutralizacji zagrożeń. Pożądany stan łaski uzyskiwano poprzez najrozmaitsze prymitywne, nierzadko okrutne akty przebłagania, okiełznywania, udobruchania oraz jednania sobie nieznanych a strasznych sił, wywiedzione z analogicznych zachowań przebłagalnych, do jakich ludzie sami byli zdolni...Było to tym łatwiejsze i podbudowujące wiarę w słuszność odprawianych w ciemno obrządków, że po upale i suszy zawsze kiedyś- niezależnie od ilości i różnorodności złożonych ofiar oraz odtańczonych tańców- przychodził(by) deszcz, po deszczu upragnione słońce, po zimie inne pory roku, a chorzy, jak to w przypadku chorych bywa- albo zdrowieli(by) albo umierali- co i tak kładziono(by) na karb widocznej woli bogów raz zagniewanych, innym razem udobruchanych, niemniej zawsze, jak tego dowodzą nasze tańce i hekatomby- zależnych od ofiar, obrządków i innych, widać potrzebnych bo skutecznych zabiegów...Stosując tego typu "logikę" śmiało można wysnuć tezę, że gdyby nie kręcące się koła młyńskie- nieuchronnie stanęłyby wszystkie rzeki...absurdalność tej tezy zapewne byłaby szybko odkryta i wyśmiana-wszak nie na wszystkich rzekach pobudowano młyny- ale od czego jest "tajemnica wiary" i szereg innych, śmiercionośnych, raz na zawsze zabraniających myślenia religijnych tabu, niezawodnie spychających rozum i logikę na rafy kuriozalnego dogmatu? Nauka broni się przede wszystkim żelazną logiką stosowanej metodologii oraz doskonałością narzędzi badawczych, pozwalających dziś coraz śmielej ingerować w procesy, które ewolucji zajęły setki milionów lat. Genetyka, biotechnologia, klonowanie- abstrahując od realnych korzyści i potencjalnych zagrożeń, jakie ze sobą niosą- są jednym wielkim, krzyczącym dowodem na prawdziwość niegdysiejszej, postponowanej "teorii", która międzyczasie powoli ewoluowała w solidną naukę mocno podbudowaną praktyką każdego mijającego dnia powszedniego. Nowe odmiany roślin, klonowanie zwierząt, transgeniczne techniki międzygatunkowej wymiany genów nawet między roślinami i zwierzętami (jeszcze w latach osiemdziesiątych jednemu z peruwiańskich uczonych udało się skrzyżować ludzką komórkę z komórką...marchwi, i zmuszenie jej w ten sposób do syntezy hemoglobiny) to niepodważalne dowody nie tylko na wspólne pochodzenie gatunków od jednego, ewoluującego praprzodka roślin i zwierząt, ale przede wszystkim na poprawność pierwotnych, rzeczywiście teoretycznych założeń, jakie legły u podstaw toku myślenia Karola Darwina. Wspólnota biologiczna puli znanych genów została ponad wszelką wątpliwość dowiedziona i niezaprzeczalna. W swym krótkim, burzliwym rozwoju ewoluujące religie korzystały zaledwie z czterech podstawowych działań, typowych i powszechnych wśród mechanizmów ewolucji organicznej. Dodając do zaanektowanych zapożyczeń własne, lokalne, plemienne, lu |