Kończę powoli lekturę książki pt. "Służące do wszystkiego", pióra Joanny Kugiel - Frydryszak. Rzecz traktuje - jak w tytule - o służących kobietach, na terenie trzech zaborów, na przełomie 19 i 20 wieku oraz w II RP. Jest to lektura wstrząsająca, ukazująca fenomen w zasadzie już całkowicie zapomniany, który w wielu swych aspektach wykazywał zadziwiające analogie do...niewolnictwa. Zachęcam do zapoznania się z nią, a tymczasem pozwolę sobie na podzielenie się pewną - wielce paradoksalną prawdą, która jest ukazana na kartach tej książki. Zdarzyło mi się kiedyś zamieścić na forum wątek traktujący o "toksycznych królowych pszczół" - czyli o kobietach, które zajmując kierownicze stanowisko wyjątkowo źle traktują inne kobiety. Czytając o służących jak wyżej - nieustannie przywoływałem ten fenomen - bo za ich godną pożałowania dolę ( w zdecydowanej większości wypadków) odpowiedzialne były głównie ich...przełożone, czyli panie domów. Co więcej niejednokrotnie dochodziło do takich paradoksalnych sytuacji, gdy kobieta postępowa, wyzwolona, socjalistka czy protofeministka - aby móc się realizować w swej misji czy przeznaczeniu - korzystała z usług służącej(czy całej pelety służących) - mając do nich stosunek nie inny niż wynikający z obowiązującego kanonu.
"Dziewczyny siedzą na ławkach pod oknem, wezwane przez ajentkę "do łaskawego wyboru". W chustkach, kierpcach, zawstydzone, bo często mówią tak, że pani nie może ich zrozumieć. Czekają. Może zostaną wybrane przez jakąś dobrą panią. Krakowski jezuita Jan Badeni, gdy przyglądał się kantorom stręczeń ("stręczeń", to nie lapsus - Arminius) służby domowej pod koniec 19 wieku, skojarzenie miał jedno: z afrykańskimi targami niewolników."
|