co jakiś czas (również tu na forum) potykam się o zwrot "największy absurd". czy absurd może być mały, średni, duży i wreszcie - największy? czy, krótko mówiąc, absurd jest stopniowalny? w sensie logicznym nie ma sensu mówić o "rozmiarach" absurdu. absurd w logice to sprzeczność. czy jedna para zdań sprzecznych jest bardziej sprzeczna od innej? inaczej w filozofii absurdu. jeśli dla camus absurd to nieprzenikalność i obcość świata (mit syzyfa), to można ewentualnie spierać się o stopień owej nieprzenikalności czy obcości. ale czy ma sens pytanie: czy onz to największy absurd? jaki szereg zamyka onz jako największy absurd? instytucji międzynarodowych? a w tym szeregu jaka byłaby najmniejsza, taka tyci-tyci absurdalna? podobnie można by np. powiedzieć państwo to największy absurd (dla jakiegoś anarchisty) lub parafia to największy absurd (dla jakiegoś antyklerykała). czy nie wystarczy jednak powiedzieć: absurdalność tego lub owego? absurdalne podatki np. to chyba lepszy epitet przekreślający coś w naszych oczach. są oczywiście znacznie lepsze, ale niestety - niecenzuralne.
|