USA są wstrząsane skandalem korupcyjnym, który zatacza coraz szersze kręgi. W wielkim skrócie rzecz sprowadza się do tego, iż aby zostać przyjętym do amerykańskiej szkoły wyższej, trzeba wykazać się określonym minimum wiedzy (weryfikowanej egzaminem) - pomimo tego, iż później za ową edukację płaci się jak za wołoskie woły. Ale gdy się zapłaci określoną kwotę - można ów próg ominąć i zainstalować swoją skretyniałą pociechę na uczelni z Ivy League. Okazuje się, iż praktyki jak wyżej były/są powszechne w USA i korzystają z nich nagminnie bogaci rodzice. Pikanterii patologii jak wyżej dodaje fakt, iż za ogromne łapówki, uzyskać można zakwalifikowanie skretyniałej pociechy do kategorii "sportowca" niezbędnego dla osiągania przez uczelnię sukcesów na niwie sportu - w którym to wypadku progi jak wyżej nie obowiązują. Finalny efekt był taki, iż na renomowane uczelnie trafiali w jednej osobie nie tylko idioci - ale także ludzie będący antyteza sportowca.
Konkluzja płynąca ze skali patologii jak wyżej jest - między innymi - taka, że renomowane uczelnie amerykańskie wcale nie muszą dawać wielkiej wiedzy. dają natomiast dyplomy z nazwami tych uczelni oraz potwierdzają przynależność do elitarnych środowisk - co później dla kariery ma znacznie znacznie większe niż wiedza.
Zainteresowanych detalami odsyłam do podlinkowanego materiału.
"In his book “The Case Against Education,” George Mason economics professor Bryan Caplan makes a compelling case that most of the value in diplomas from elite colleges isn’t in the education they allegedly represent but in the cultural or social “signaling” they convey.
Imagine you’re deposited on a desert island, forced to fend for yourself. Would you rather have the knowledge that comes with taking a survival training course, or just the piece of paper that says you took the course? Obviously, you’d rather know how to identify poisonous plants and sources of water than have a diploma that says you know how to do things you can’t do. Now, ask yourself: Would you rather have the Yale education without the diploma, or the diploma without the education?
From an economic perspective, the piece of paper is vastly more valuable than the education, particularly in the humanities (and Caplan runs through the numbers to demonstrate this). The paper opens doors and gets you callbacks from employers and entrée into elite social circles where whom you know matters more than what you know. The education might make you a better person, but the parchment is the ticket to opportunity. It’s no guarantee of success, but it’s a profound hedge against failure.
Parents know this, and parents without special advantages (wealth, fame, connections) resent it."
nypost.com(*)-should-make-everyone-furious/