Napad putinowskiej Rosji na Ukrainę i jego następstwa całkowicie moim zdaniem ujawniły zakłamanie dwóch mitów założycielskich obecnej UE - polityki energetycznej i feminizmu.
Twierdzenie, że krytyka Unii Europejskiej jest działaniem prorosyjskim stała się po 24 lutego jedną z największych bzdur jaką można wygłosić. Od wielu lat wszakże, Unia Europejska prowadziła propetrorublową politykę, czego skutkiem stały się możliwości finansowania zbrodniczego napadu na Ukrainę.
Druga kwestia to feminizm - jak wiadomo, cywilizacja zachodnia nakazuje mężczyznom idealizację kobiet, zabieganie o ich względy. Dlatego, kiedy mężczyzna krzywdzi kobietę (na przykład bije) jest potępiany bardziej, niż kobieta, która krzywdzi mężczyznę. Zinstytucjonalizowana przez UE manipulacja feministyczna polega (ła) na przedstawieniu zjawiska, na które jesteśmy bardziej wrażliwi, czyli bardziej widocznego (krzywda kobiet) jako powszechniejszego. Wojna w Ukrainie przypomniała, że bycie zmuszonym do wystawienia się na odstrzał jest chyba jednak czymś gorszym niż donoszenie niechcianej ciąży; tak więc w obliczu kultu Zełenskiego, teoria, jakoby UE walczyła o równość płci, nie ma już szans na obronę.
I tu się pojawia kolejne pytanie, mianowicie co mógł mieć na celu Boris Johnson, mówiąc, że wojny by nie było, gdyby Putin był kobietą - a warto mieć na uwadze, że tezę taką wygłosił przywódca państwa, które: A) ostatnią wojnę rozpętało będąc pod władzą kobiet B) ostentacyjnie opuściło Unię Europejską
Czy wypowiedź BoJo mogła mieć na celu dobicie wiarygodności unijnego feminizmu i być jednym z elementów przejmowania anglosaskiej dominacji nad Europą? Czy zakłamanie unijnego feminizmu, szczególnie widoczne podczas wojny w UA stanie się drugim - po gazowych konszachtach z Putinem -czynnikiem rujnującym wiarygodność Unii Europejskiej? |