Autor Marcin Matczak - ur. w 1976 r., specjalista od teorii i filozofii prawa, profesor na UWKiedy w roku 1994 James Bovard pisał książkę "Utracone prawa. Destrukcja amerykańskiej wolności", nie mógł wiedzieć o intymnym spotkaniu, które miało się odbyć 28 lat później w smutnej, styczniowej Warszawie. My także o tym spotkaniu nie wiedzielibyśmy, gdyby nie ostatni wyciek ze skrzynki Michała Dworczyka. Nie zmienia to faktu, że czytelnikiem wstrząsa przenikliwość Bovarda, gdy czyta: "Na demokrację musi składać się coś więcej niż dwa wilki i owca głosujące nad tym, co zjeść na obiad".
Jak każda przepowiednia i ta żywi się ogólnością słów, które można przypisać różnym zdarzeniom. Trochę niejasne jest, kto tu jest wilkiem: czy Morawiecki, który spotkanie Dworczyka z Julią P. kwituje krótkim "ok" (ta mrukliwość ma w sobie coś zwierzęcego), czy sam Kaczyński, który takie sytuacje obserwuje zazwyczaj z oddali (do niego bardziej pasuje szarża nadwilka). Dworczyk raczej nie - on tu pełni funkcję zająca. Nie jest także do końca jasne, kto jest owcą. Za to oczywiste jest proroctwo, że w czasie tego spotkania, jak i wielu innych, decydowano o tym, co będzie na obiad. Sprawy państwowe sprawami państwowymi, ale towarzyskie odkrycia podtrzymywać przecież trzeba.
Można zinterpretować słowa Bovarda bardziej metaforycznie i wtedy też pasują. Sąd konstytucyjny, którego prezesem usiłuje być Przyłębska, to owo "coś więcej", co składa się na demokrację. Wilki to rządząca większość, owca to aktualna mniejszość - jeśli nie ma tamy dla woli większości, to mniejszość nie ma żadnych szans: wilk będzie syty, ale owca w kawałkach. Właśnie po to, aby silna większość nie zniszczyła słabej mniejszości wymyślono sąd konstytucyjny - niewybieralne powszechnie ciało, które ma moce równe ciałom wybieralnym. Tak jak parlament, reprezentujący aktualną większość może uchwalić ustawę, tak sąd konstytucyjny, jeśli stwierdzi, że ustawa ta narusza prawa aktualnej mniejszości, może ją uchylić. No chyba, że ta sama większość, która kontroluje parlament, kontroluje ten sąd. Wtedy słabsi nie mają szans w starciu z silniejszymi.
Rendez-vous Przyłębskiej z Dworczykiem - To jest najbardziej w tej sprawie oburzające. Potężny rząd, utworzony przez kontrolującą wszystkie agendy państwa większość, wyrządza szkodę słabym - emerytom, opiekunom osób z niepełnosprawnością, zwyczajnym ludziom, przez których ziemię biegną instalacje energetycznych gigantów. Słabi idą do sądu konstytucyjnego z prośbą o ochronę, z wiarą, że on ich sprawę rozstrzygnie uczciwie. Nie mogą wiedzieć, że ten, kto ma ich obronić, kontaktuje się potajemnie z wysłannikiem tego potężnego rządu, a z e-maila wynika, że rozmowa dotyczy tego, jak zrobić, aby potężnemu nie stało się zło, nawet jeśli słaby na tym straci.
Rendez-vous Przyłębskiej z Dworczykiem jest jak potajemne spotkanie sędziego sądu karnego z oskarżonym, na który dyskutuje się, jak zrobić, aby kara nie była zbyt dotkliwa, a zadość uczynienie niezbyt wysokie.
Nieprawdą jest, że była to rozmowa o "terminach" czy o "skutkach finansowych" wyroków. Dworczyk pisze wyraźnie, że rozmawiali o "tematach" - o sprawie emerytów, świadczeń pielęgnacyjnych, służebności przesyłu. A jeśli TK jest zatroskany o wpływ swoich wyroków na budżet, może z pytaniami do rządu w tej sprawie wystąpić oficjalną drogą - po to właśnie umieszczono w konstytucji art. 190 ust. 3 (zdanie ostatnie).
To spotkanie ma także potencjał kryminalny. Jak napisał dawno temu "Dziennik Gazeta Prawna", w jednej ze spraw, której dotyczyło, "Trybunał analizował sprawę za długo i w efekcie minął czas na występowanie do ZUS z wnioskami o zmianę decyzji". Oznacza to, że rząd miał interes w przedłużaniu tej sprawy - jak i w innych, stąd Dworczyk skrupulatnie podaje Morawieckiemu w e-mailu kwoty "oszczędności". Nie twierdzę, że doszło tu do przestępstwa, ale chciałbym być pewien, że nie. Bo okoliczności są bardzo niesprzyjające
Otóż prezes TK może wpływać na przedłużenie postępowania w danej sprawie. Może na przykład zmienić skład orzekający, a nowy sędzia musi się wdrożyć. Wiemy z listów oburzonych sędziów TK, że Przyłębska nadużywa tej kompetencji do tego stopnia, że może to wpływać na treść orzeczeń. Bo czymże jest powołanie sędziego do składu, poznanie jego wstępnej opinii co do rozstrzygnięcia i zastąpienie go innym sędzią?
Nawet twardy elektorat PiS, który spisek widzi wszędzie, tylko nie w swojej partii, musi zauważyć tu problem. Co najważniejsze, z nieznanych (albo teraz już znanych) powodów TK strzeże jak źrenicy oka informacji publicznej na temat spraw, w których taką zmianę składu zarządzono.
Całą sprawę można by skomentować tak, jak komentuje się zazwyczaj mecze polskiej reprezentacji: niby człowiek wiedział, ale jednak trochę się łudził. Że ta władza nie jest tak arogancka, że może nie oszukuje nas aż tak bezczelnie.
Lecz wszystko wskazuje, że z biegiem czasu będzie tylko gorzej - coraz trudniej spinający się budżet będzie wymagał coraz większej troski, żeby wyroki sądów nie szkodziły rządowi.
Jednocześnie potencjalni inwestorzy, widzący, że w Polsce rząd może negocjować z sądami skutki ich wyroków, będą omijać Polskę z inwestycjami jeszcze bardziej niż dotąd. Kto zaryzykuje spór z władzą, której nie można skutecznie pozwać do sądu, bo sąd jest jej?
Tym samym kryzys będzie głębszy i coraz większa stanie się pokusa, żeby wilki głosowały przeciwko owcom. A menu na kolejne obiadki będzie pełne coraz chudszej jagnięciny.
Marcin Matczak: - Przepowiednia Bovarda nie przestaje mnie zadziwiać. I choć nie jest do końca jasne, kto w niej jest wilkiem, kto owcą i co będzie na obiad, dość łatwo domyślić się, że baranem jesteśmy my, Naród polski.
wyborcza.p(*)t-jak-potajemne-spotkanie.html