 |
Pierwszy rok studiów po "nowej maturze" Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
| Napisano | Autor | Tytuł | | 12-11-2005 14:31 | sabishi (246 punktów) | Pierwszy rok studiów po "nowej maturze" | Zastanawiam się jak wygląda sytuacja studentów, którzy aktualnie znajdują się na pierwszym roku po "nowej" maturze. Wiem, że na mojej uczelni tj. na politechnice, sytuacja przejawia się dramatycznie jeżeli chodzi o wiedzę z zakresu matematyki i fizyki. Wykładowcy są przerażeni i nie wiedzą w jaki sposób najskuteniej wyrównać braki programowe pomiędzy szkołą średnią a pierwszym rokiem studiów. Żeby się przekonać o tej sytuacji wystarczy spojrzeć na listy studentów wysłanych na dodatkowe dokształcające kursy z fizyki i matematyki (np. pierwszy rok matematyki, na kurs dokształcający właśnie z tego przedmiotu, zostało oddelegowanych 108 osób na 150 osób na roku). Ciekawi mnie czy sytuacja taka dotyczy tylko i wyłącznie przedmiotów ścisłych. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| Obywatel | > Wiem, że na mojej uczelni tj. na politechnice, >sytuacja przejawia się dramatycznie jeżeli chodzi o wiedzę >z zakresu matematyki i fizyki.
Trzeba robić egzaminy wstepne o trudności porównywalnej z tudnoscia samego studiowania. To nieuczciwe, gdy szkoła łapie kandydatów a po kilku miesiącach pokazuje im, że się nie nadają. Problem ten jest szczególnie ważny na studiach technicznych bo o ile pilność można jescze wyrobić to zdolności matematyczne są niezmienne (modulo wytrenowanie ale ma to swoje granice).
|
|
 | | sabishi (246 punktów) |
> Trzeba robić egzaminy wstepne o trudności porównywalnej z tudnoscia samego studiowaniatu chyba nie o to chodzi, na fizykę przez ostatnie lata nigdy nie było egzaminów bo było zawsze więcej miejsc niż kandydatów, to zdecydowanie deficytowy kierunek, ale pomimo tego poziom wiedzy ludzi na pierwszym roku był zdecydowanie wyższy niż teraz, nie porównywalnie nawet patrząc po zasobie wiedzy obecnych pierwszoroczniaków wydaje mi się, że jeżeli robili by egzaminy na takim poziomie jaki musi być wymagany dla studentów pierwszego roku, to prawie nikt by ich nie zdał, skoro połowa ludzi po liceum nie wie co jest pochodna 
"Kobiety są najsilniejsze, ale przede wszystkim zwycięża prawda" Ks. Ezdry
|
|
|  | | Obywatel | No to tak przy okazji wymienie grzeszki polskiej szkoły: 1) kulawe języki obce 2) hardcorowe zakuwanie (mitoza, mejoza, kanapowe partie XIX wieku, "Wesele" + opis jak to rozumieć, zapamietywanie miejsc wydobycia miedzi) 3) niedoceniana rola przedmiotow scislych 4) praktyczny brak: wychowania seksulanego, pierwszej pomocy, brak edukacji prawnej 5) brak: kursow szybkiego czytania, bezzwrokowego pisania na klawiaturze. Niedocenianie nauki korzystania ze źródeł. 6) brak szafek. Ciezkie tornistry. Kregosłup. 7) WF -- brak natrysków. 8) brak konsultacji, dodatkowych lekcji. 9) brak nadzoru i dyscypliny. AD 1) Padnie 90% szkol jezykow obcych to uwierze, ze szkola publiczna dziala. AD 2) pare lat i sladu nie ma po tej "wiedzy". AD 3) ...ktore nalezy traktowac jak trening umyslu a nie kolejna porcje faktow do zapamietania. AD 4)niezwykla niechec do uczenia niezwykle waznych spraw. Przekonanie, ze szkola to uniwersytet, tylko taki mniejszy. AD 5) Czyli ogólna niechęć do wyrabiania umiejętności. Kilkanaście lat nauki i...czlowiek nic nie umie! AD 6) Na Amerykańskich filmach (np. "Cudowne lata") norma  AD 7) Czyli higiena w praktyce. AD 8) Dla bogatszych to nie problem. Kwitnie czarny rynek. AD 9) Zostawianie dzieci samych sobie (słynny bubkier "pokój nauczycielski" do ktorego uciekaja "pedagodzy", przyzwalanie na "falę". Przyzwalanie na chodzenie z odsłonietym pępkiem. Wildstein (ten od teczek) powiedzial, ze becikowe jest OK bo to raptem 400mln w skali roku. Jakoś tak wychodzi, że każdy sposób wypindrzenia w kosmos sporej kasy jest dobry (górnicy, Irak, kancelaria prezydenta, senat) ale na walkę z 1)--9) pieniazkow nie ma. Nie ma się zatem czemu dziwić. Nie musimy sprowadzać troglodytów z bliskiego wschodu. Sami sobie ich wyhodujemy. PS. Po kiego grzyba uczyć w szkole fizyki jeżeli kolejkne rządy konsekwentnie torpedują zalążki zawansowanego przemysłu (potrafią np. przyglądać sie ze stoickim spokojem agonii Mielca). Choć prawdą jest, że do obslugi pilota od koreańskiego telewizora nie trzeba rozróżniać amperów od metrów.
|
|
| |  | | Przemek K. | >No to tak przy okazji wymienie grzeszki polskiej szkoły: >1) kulawe języki obce
Należałoby robić bardziej intensywne kursy językowe, z wyjazdami za granicę. Inaczej tego nie widzę -- więcej godzin i lepsi nauczyciele, to pomaga, ale nie rozwiązuje problemu. Zresztą mówiło się w Polsce nie tak dawno, że wyższe studia językowe, nie dają podstaw do płynnego mówienia w językach obcych.
>2) hardcorowe zakuwanie (mitoza, mejoza, kanapowe partie XIX wieku, "Wesele" + opis jak to rozumieć, zapamietywanie miejsc wydobycia miedzi)
Akurat "wkuwania" o co chodzi w "Weselu" źle nie wspominam. Myślę, że to dobrze, że szkoła próbuje przekazać szeroki zakres. Byłoby lepiej, gdyby jednak zamiast wykuwania informacji encyklopedycznej, którą każdy może wyklikać w Wikipedii, uczono metodologii nauk. A przypadku języka polskiego i przedmiotów artystycznych -- estetyki. To wielki problem polskiej szkoły, że zastępuje obycie z kulturą jakimiś, zwykle niezbyt udanymi, próbami edukacji patriotycznej. (Jak się można domyślać, zupełnie nie zgadzam się z min. Ujazdowskim. Nawet jeśli chodzi o nauczanie dobrego obywatela i patrioty, przeróżne czczenie rocznic i sztandarów, nie ma najmniejszego sensu. Zresztą brak edukacji obywatelskiej, to kolejny błąd.)
>3) niedoceniana rola przedmiotow scislych
Chodziłem do mat-fizu. I problemem nie byli nauczyciele, ale uczniowie, którzy doceniwszy dobre opanowanie matematyki uważali, że w ich zawodowym życiu fizyka nie odegra żadnej rolii. Podobnie jak i chemia.
>4) praktyczny brak: wychowania seksulanego, pierwszej pomocy, brak edukacji prawnej
Dodaję: edukacja obywatelska i pomysły na uczniowską samorządność.
>5) brak: kursow szybkiego czytania, bezzwrokowego pisania na klawiaturze. Niedocenianie nauki korzystania ze źródeł.
Nie wiem, czy to takie istotne. Brak nauki bezwzrokowego pisania na klawiaturze nadrobiłem bardzo szybko. Natomiast pisząc na komputerze trzeba wyrobić sobie pewne wzorce, które są obce obecnej nauce języka polskiego. Na przykład, stawianie przecinka przed spacją, czy rozróżnianie myślnika i łącznika. Taki półroczny kurs, wraz z zasadami tworzenia estetycznych tekstów, oraz formułowania pism oficjalnych, bardzo by się przydał.
Szybkie czytanie? Myślę, że to niepotrzebna moda. Co innego wypełnianie deklaracji PIT, czy podstawy działalności firm.
>[...] >9) brak nadzoru i dyscypliny.
Ostatnio czytałem piękne zdanie, że dyscyplina wynika z profesjonalnej dumy. Chodziło o wojsko, ale myślę że i w edukacji to może mieć zastosowanie.
> [...] ale na walkę z 1)--9) pieniazkow nie ma.
Myślę, że nie ma przede wszystkim pomysłów, co wynika z braku pomysłów na Polskę w przyszłości.
|
|
| |  | | waldmarc | Świetnie zdiagnozowane bolączki polskiej edukacji. Z większością się zgadzam, dodał bym jeszcze do tego nachalną propagandę religijną niemal od żłobka. A wiadomo, że propaganda religijna będzie kształtować umysły zamknięte, dogmatyczne, nietolerancyjne i konserwatywne. Najzabawaniejsze wydaje się to, że na korzystne zmiany nie trzeba by wcale jakichś gigantycznych środków. Można by je zresztą pozyskać wywalając ze szkół naukę religii. Chodziło by jednak głównie o zmianę programów i nastawienia do edukacji. Np. przesunięcie akcentów w nauce języków obcych z gramatyki i nieustannych testów na konwersację. Przy obecnym systemie uczeń lepiej zna gramatykę angielską od samych Anglików, a nie potrafi się porozumieć w prostych sytuacjach. Obawiam się jednak, że najbliższe lata nie przyniosą w tej kwestii poprawy, wręcz przeciwnie. Zamiast edukacji obywatelskiej czy wychowania seksualnego szykuje się wprowadzenie do szkół praktyk bogoojczyźnianych, kler zapewne też umocni swój wpływ na szkołę.
|
|
| |  | | sabishi (246 punktów) | wydaję mi się, że wszystko też zależy od szkoły i nie można wszystkiego zrzucać na brak pieniędzy bo wiem, że da się wszystko załatwić jeżeli są chęci ze strony władz szkoły, poprzez załatwienie sponsoringu (u mnie w LO np. każdy uczeń miał szafkę, więc myślę, że w innych szkołach przy odrobinie chęci dałoby się to załatwić, chociaż nie uważam to za jakikolwiek priorytet tak samo jak prysznice w szatniach od WFu) dla mnie przerażające jest głównie to, że nawet uczniowie po klasach profilowanych nie są przygotowani go studiów, bo rozumiem, że ktoś kto jest na profilu humanistycznym i chce studiować dajmy na to historię, nie musi wiedzieć co to jest twierdzenie cosinusów, ale ktoś kto ma zamiar w przyszłości zostać matematykiem, architektem albo innym inżynierem i jest w klasie mat-fiz i też tego nie wie to jakaś koszmarna pomyłka
"Kobiety są najsilniejsze, ale przede wszystkim zwycięża prawda" Ks. Ezdry
|
|
|  | | Obywatel |
> wydaje mi się, że jeżeli robili by egzaminy na takim poziomie jaki musi być wymagany dla studentów pierwszego roku, to prawie nikt by ich nie zdał, skoro połowa ludzi po liceum nie wie co jest pochodna  A ci co wiedzą tak na prawde nie wiedza. Przy tej liczbie godzin matmy co teraz jest zrozumienie definicji granicy ciagu, sensu pochodnej i zrobienie paru zadan mniej trywialnych niz f(x)=5*x^3+x, f'(x)=? wymaga ponadprzecietnej inteligencji. Ja bym ta pochodna darował. Z resztą, ci ktorym potrzebna ona na studiach musza sie przemęczyć a przecietny człowiek nawet nie skuma do czego to sluzy. System edukacji wychodzi z mylnego zalozenia, ze szkola ma przygotowac do studiow wyzszych bez wzgledu na ich profil: od medycyny po informatyke. Tymczasem, wydajniejsza metoda polega na profilowaniu ucznia na 2-3 lata przed koncem szkoly. Tzw klasy "humanistytczne", "matematyczne" itp. to taki maly kroczek w dobrym kierunku (za maly).
|
|
| |  | | Volrath (3440 punktów) | Nie narzekaj - pochodne, jak się już je zrozumie, są bardzo łatwe. Trudność moim zdaniem w większości wypadków porównywalna z trygonometrią. A pozwalają rozwijać umiejętność myślenia (w przeciwieństwie do wkuwania na pamięć ogromu informacji, bo to w najlepszym wypadku poprawia pamięć, a w gorszym prowadzi do zniechęcenia nauką i tego, co obserwujemy wśród młodzierzy [brak zainteresowań czymkolwiek poza muzą, imprezami itp., brak czytelnictwa, brak umiejętności samodzielnego i logicznego myślenia]), a także przydaje się na praktycznie każdym kierunku ścisłym. Zresztą na studiach ścisłych bywają rzeczy gorsze niż zwykłe pochodne (chociaż te są powtarzane, ale ich znajomość na wstępie się przydaje). Np. Analiza 1. Moim zdaniem w szkole powinno być mniej wykuwania na pamięć i nudnych lektur (których nota bene w większości nie czytałem i jakoś żyję, mam się dobrze i wiedzy o nich jakoś mi od czasów liceum nie brakuje do niczego, bo do niczego mi nie była ani nie jest ona potrzebna [poza zdaniem matury/zaliczaniem przedmiotu "j.polski" w LO]), a więcej zajęć wymagających logicznego i samodzielnego myślenia, refleksji, umiejętności poszukiwania informacji (a nie ich wkuwania) a więc np. czytania ze zrozumieniem i raczej znajdowania informacji z historii, biologii, chemii itd., niż ich zapamiętywania (to tylko jak chodzi o najważniejsze rzeczy, te mniej ważne i szczegółowe tylko dla chcących pisać maturę z danego przedmiotu w wersji trudniejszej oraz dla przedmiotów "kierunkowych" - np. informatyka w klasie informatycznej czy biologia w biologicznej). Więcej też powinno być wiedzy praktycznej. Po co komu wiedza z PO o jakimś tam traktacie, jeśli nawet nie będzie umiał udzielić pierwszej pomocy i nie będzie wiedział co robić w sytuacji zagrożenia? No i na koniec - więcej lektur, które zachęcają do myślenia, refleksji, a za razem nie są niebywale nudne i nieciekawe. Historia literatury powinna stanowić nie więcej niż połowę materiału (w najgorszym wypadku) i nie powinna być szczegółowo omawiana. Praktycznie nikomu, kto nie idzie na filologię lub historię lub studia z literaturą związane, to się nie przyda. A więc można to realizować w klasach o profilu polonistycznym/historycznym. Powinno być natomiast sporo lektur ciekawych, interesujących, zachęcających do czytania (a nie zniechęcających jak "Chłopi", przez których mimo szczerych wtedy chęci, nie przebrnęłem) a także wspólne dyskusje na ich temat na lekcjach. Ja sam z siebie wolałem poczytać książki Terrego Pratcheta (bo są za razem zabawne i jednocześnie coś przedstawiają, skłaniają do zastanowienia) lub popularnonaukowe (bo mnie interesowały) tudzież jakieś inne ciekawe, niż czytać lektury. I tak dobrze, że coś czytałem (bo czytelnictwo zaszczepiła u mnie w młodym wieku babcia), a nie jak większość w ogóle nic - ani lektur ani nic zamiast (większość czytała streszczenia).
|
|
| | |  | | sabishi (246 punktów) |
> Zresztą na studiach ścisłych bywają rzeczy gorsze niż zwykłe pochodne (chociaż te są powtarzane, ale ich znajomość na wstępie się przydaje). Np. Analiza 1.myślę, że nie tyle znajomość pochodnych na analizie się przydaje co jest praktycznie niezbędna, bo zarach po różniczkach pojawiają się całki i to bardzo szybko....
"Kobiety są najsilniejsze, ale przede wszystkim zwycięża prawda" Ks. Ezdry
|
|
| | |  | | Sukulent | Z tym językiem polskim to nie takie proste. To, która lektura jest nudna jest równie względne, jak to, która niesie ze sobą przydatne w kształtowaniu opinii i postaw treści. Dyskusja jest bezprzedmiotowa, jak każde roztrząsanie gustów.
Mnie się "Chłopi" bardzo podobali, czytanie zajęło mi jakieś dwa dni. Moje "podbanie" oczywiście nie przesądza o warości tego dzieła, podobnie jak Twoje znudzenie. Nagroda Nobla także, oczywiście, niczego nie przesądza (zważywszy, jak bardzo względne są kryteria jej przyznawania), ale jednak może, przez wzgląd na Królewską Akademię, ułaskawisz tych "Chłopów"?
W spisie lektur pełno jest pozycji kontrowersyjnych, dlatego jest on co rusz zmieniany.
"Za moich czasów" brakowało w spisie lektur literatury współczesnej. Kończyliśmy "Kolumbami" Bratnego i "Popiołem i diamentem", "Kartoteką", przemykał jakiś Gombrowicz i Mrożek; dalej była tylko antologia poezji współczesnej, nie było tego dużo.
Co do PO, to w drugiej połowie lat 80-tych uczono nas pierwszej pomocy w pełnym zakresie. Czyżby nastąpiło uwstecznienie ?
Pochodną zrozumiałam, ale do tego czasu zapomniałam, podobnie jak trygonometrię. Za to pamiętam, w którym roku była bitwa pod Issos, kto kogo prał i za co, oraz bez wahania odróżniam mitozę od mejozy. Widać więcej rzeczy jest względnych, nie tylko lista lektur obowiązkowych.
Z doświadzcenia jedno już wiem - nigdy nie wiadomo, co z tego, czego się człowiek nauczy, przyda mu się w życiu i do czego.
Pozdrawiam
|
|
| | | |  | | sabishi (246 punktów) |
>Co do PO, to w drugiej połowie lat 80-tych uczono nas pierwszej pomocy w pełnym zakresie. Czyżby nastąpiło uwstecznienie ?
ja miałam też na PO pierwszą pomoc, co prawda tylko podstawy, i oprócz tego też uczyliśmy się co robić na wypadek ataku jądrowego i jak założyć OP1 lub maskę gazową, ale tak czy inaczej podstaw nas nauczyl
"Kobiety są najsilniejsze, ale przede wszystkim zwycięża prawda" Ks. Ezdry
|
|
| | | |  | | Obywatel |
>Co do PO, to w drugiej połowie lat 80-tych uczono nas pierwszej pomocy w pełnym zakresie. Czyżby nastąpiło uwstecznienie ?
Mnie uczono ale tak..."średnio". Wiecej bylo smiechu niz nauki. Poza tym na PO byla masa innych pożytecznych rzeczy. Na przykład zakładanie maski gazowej, rozróżnianie skali ekplozji atomowej, rzut granatem...
WOS, PO, plastyka, WF, muzyka, technika -- to sa tzw. przedmioty śmieszne, drugorzędne. Rzadki powód do repety. Minimum wysiłku. Chcesz, zamarkować naukę pierwszej pomocy? Wsadź ją do PO.
Poza tym najlepszą miarą jakości nauczania są nie osobiste wspomnienia tylko przyjrzenie się statystykom. A te mówią wyrażnie, że podczas typowego wypadku drogowego czlowiek wykrwawia się wśród tłumu gapiów.
|
|
| | | |  | | Volrath (3440 punktów) | Ja na PO pierwszej pomocy nie miałem niestety.
Co do lektur i tego, czego należy uczyć - po części się zgodzę, wiele zależy od osoby. Na pewno "Chłopi" mogą być dla niektórych ciekawą książką (dla mnie nie są), o czym świadczy Twój przykład. Jeśli jednak wszystkie lektury są z wąskiego zakresu tego, co możliwe, to wiele osób (jak ja) nie znajdzie prawie żadnej, która mogłaby zainteresować. I patrząc na młodzież to u większości obecne lektury nie za bardzo budzą zainteresowanie czytelnictwem. A więc moim zdaniem trzeba coś zmienić.
Co do innych przedmiotów - to racja, że nigdy nie wiadomo, co może się przydać, ale wychodząc z tego założenia i nakazując opanować pamięciowo ogrom wiedzy na każdą ewentualność jest moim zdaniem bez sensu. W informatyce też nigdy nie wiadomo co może się później przydać, ale mimo to nikt nie stworzył programu, który robiłby wszystko (np. był przeglądarką, edytorem grafiki, tekstów, arkuszem kalkulacyjnym, pozwalał na tworzenie prezentacji i rozwiązywał problemy decyzyjne). To by było nieekonomiczne i bez sensu, nie mówiąc o stracie miejsca. Podobnie z edukacją - nauczenie się wszystkiego jest stratą miejsca (pamięci) i czasu. Lepiej nauczyć się myśleć, wyciągać wnioski i wyszukiwać potrzebne informacje (mi udało się tego nauczyć - mogę pisać referaty z psychologii nie mając na ten temat wiedzy, bo potrafię znaleźć informacje i je przetworzyć oraz zrozumieć). Oraz nauczyć się tego, co będzie potrzebne (czyli w jakimś kierunku już wcześnie się specjalizować).
|
|
| | | | |  | | Sukulent | Co do nauki myślenia i umiejętności poszukiwania potrzebnych informacji - w pełni się zgadzam. Oczywiście nie "działa" to we wszystkich dziedzinach - z tą nieszczęsną literaturą na czele. Tutaj niestety trzeba przeczytać, żeby "poczuć".
Co do PO - to krewa. Fakt, że jak mówi Obywatel, nie należy patrzeć przez pryzmat własnych doświadczeń, ale o tyle te doświadczenia są przydatne jako wskaźnik, że "za moich czasów" nauka pierwszej pomocy musiała w programie być, bo "bez instrukcji" nas PO-wiec nie instruował. Zapewne nadal są w programie, pytanie, jak realizowanym.
Pozdrawiam
|
|
| | |  | | Obywatel | >Nie narzekaj - pochodne, jak się już je zrozumie, są bardzo łatwe. Trudność moim zdaniem w większości wypadków porównywalna z trygonometrią. >A pozwalają rozwijać umiejętność myślenia (...)
OK. Tylko, że nauka pochodnych w większości szkół sprowadza się na zapamiętaniu wzorów + póżniejsze szukanie max i min funkcji. Jest to tresura a nie nauka myślenia.
|
|
| | |  | | Obywatel |
> Zresztą na studiach ścisłych bywają rzeczy gorsze niż zwykłe pochodneTak, na przykład "słabe pochodne"  .
|
|
| |  | | sabishi (246 punktów) |
> Ja bym ta pochodna darował
najpierw pochodną, a potem funkcje trygonometryczne, może potem funkcje liniowe, a na koniec dodawanie bo przecież mamy kalkulatory, a właściwie to wszystko i tak bez sensu bo może to za nas policzyć komputer... :/
"Kobiety są najsilniejsze, ale przede wszystkim zwycięża prawda" Ks. Ezdry
|
|
| | |  | | Obywatel | >> Ja bym ta pochodna darował >najpierw pochodną, a potem funkcje trygonometryczne, może potem funkcje liniowe, a na koniec dodawanie bo przecież mamy kalkulatory, a właściwie to wszystko i tak bez sensu bo może to za nas policzyć komputer... :/
Z tą pochodną jest trochę jak z wiarą polskich katolików. już pisałem, że uczniowie trzepią pochodne bez rozumienia.Nie lubię utrzymywania fikcji, udwania, że w szkole są elementy wyższej matematyki.
Ale fikcje sie ceni, co owocuje np. masowym tłuczeniem magistrów.
|
|
| | | |  | | sabishi (246 punktów) | wszystko kwestia podejścia, jakbyś mnie w tej chwili spytał o definicje całki to pewnie bym się zacięła albo powiedziała jakiś banał, co nie zmienia faktu, że na codzień liczę różnego rodzaju całki, pochodne, granice, macierze etc. matematyka ma dla mnie charakter utylitarny, a te wszystkie przekształcenia są mi po prostu niezbędne, tak samo jak wszystkim zajmującym się przedmiotami ścisłymi o to mi głównie chodzi, że ludzie po nowym programie nauczania w liceum nie mają niezbędnego aparatu matematycznego
"Kobiety są najsilniejsze, ale przede wszystkim zwycięża prawda" Ks. Ezdry
|
|
| JATO (2644 punktów) | Jakkolwiek maturę dawno mam za sobą, przerabiałem rok temu maturę mojej córki. Wszystko się potwierdza. W kalsie mat-fiz uczniowie nie wiedzą czym jest pochodna, że o całce nie wspomnę. Dla większosci absolwentów rozmaitych liceów różniczka jest "wyniczkiem odejmowanka". Jaki cudem mają wchłaniać wiedzę na studiach, skoro wykładowcy mówią jakims niezrozumiałym językiem. Tragedią jest gdy tyczy się to studiów technicznych. "Jak pomyśle sobie jakim jestem inżynierem to boję się iść do lekarza". Dumne niegdyś określenie inżynier staje się tytułem wąsko wykształconego technika po wyzszej uczelni. Mało tego. Czasem technik (wykształcenie średnie) wie i potrafi zdziałać więcej od inżyniera (wykształcenie wyższe). Ręce opadają. Zaczęło sie od reformy niejakiego ministra Handke (tego co miał problemy z liczeniem na poziomie szkoły podstawowej - dopiero siostra poprawila mu wyliczenia). Reforma za reformą, pieniedzy realnie co i rusz mniej. Nie jest to problemem nowej matury lecz systemu oświaty jako całości. Nie wiedzieć czemu zamiast rowijać i porawiać własne dobre, musimy brać od innych ich dziwne wynalazki. Wytrych "wymogi UE" ciągle jest w użyciu. No to mamy unijne metody w rodzimym wydaniu. Wprowadzenie ponownie studiów I stopnia (teraz to się nazywa licencjat), wprowadzenie gimnazjów (czyli primary, secondary i high) rozwodnienie przedmiotów w podstawówce - wszytko razem produkuje armie matołków zdolnych tylko do waskich zastosowań, przeczytania sumy na czeku, ewentualnie salda na koncie (odsetki policzy doradca finansowy). A co najważniejsze osobnik ów nie będzie sie buntował - wszak wszelka władza pochodzi od Boga, zatem skoro tak jest , znaczy sie Bóg tak chciał. Z czasem bezrobocie jakoś tam spadnie. Kraj w końcu sie wzbogaci. Jednak nie dzięki własnym zasobom intelektualnym. Będzie zatem społeczeństwo na kształt mięsa gospodarczego (tak jak bywa jako mięso armatnie), zadowolone, że ma pełny żołądek, mecz w telewizji i piwo do popicia kolejnego gola. Zanim to jednak nastąpi będzie rosła sfrustrowana rzesza bezrobotnych licencjatów z np. matrketingu i paru jeszcze innch równie przydatnych masowo specjalności. Na politechnike i tak mało jest chętnych. jest zatem szansa, że nawet ci bylejacy inżynierowie jakoś sobie poradzą. Systemowi oświaty w RP nie jest potzrebna żadna reformacja, potzrebna jest kontrreformacja!!!
Prawo Wylera: Nie ma rzeczy niemożliwych dla kogoś, kto nie musi ich zrobić sam.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|