>
Należał do grona ironicznych prześmiewców, obdarzonych niewątpliwym urokiem osobistym.>
Na Wybrzeżu publikowano Jego teksty niechętnie, obawiając się wyrafinowanej zjadliwości i owej szczególnej (tak bulwersującej w czasach ancienne regime)niezależności. Spotykaliśmy sie niekiedy w klubie dziennikarza (Dom Prasy w Gdańsku, usytuowany na wprost pomnika Jana III Sobieskiego)komentując zaściankowe (wybrzeżowe) skandaliki, ploteczki, skandale.>
On sam był niewątpliwie skandalistą wielkiego formatu, którego towarzystwo w tamtych ponurych czasach raczej nie przysparzało splendoru. Istniała nawet pewna prawidłowość: kto chciał utracić z trudem wypracowaną pozycję w redakcji "jedynie słusznej", partyjnej gazety - powinien był zadawać się z Jackiem permanentnie,uporczywie i metodycznie, z godnym maniaka uporem.>
O śmierci tych znanych i nieznanych wypowiadał sie lakonicznie, zdawkowo:"Kto inny odmierza czas..." Życie pojmował zapewne na prawach męczącego biegu z przeszkodami, biegu na jednym oddechu, z sercem w gardle, ku bramom lunatycznych ogrodów, gdzie ktoś ze stoperem w dłoni (jeżeli dane Mu posiadać tę zwykłą, ludzką dłoń)już czeka.>
W końcu "Bóg to jest fajny facet" jak głosił niedbale chlapnięty napis na sopockim murze którejś z secesyjnych, "przyzwoitych" kamienic.>
A zatem? Do zobaczenia Jacku. Postaraj sie nie wprawiać w zakłopotanie i tak już sfrustrowanego Boga. Kto będzie odmierzać czas? I kto uczyni to lepiej, lub może bardziej pragmatycznie? M. Jacek zawsze byl postacia polaryzujaca opinie; jego sarkastyczne poczucie humoru wskazywalo
na duza potrzebe odreagowania agresji, aczkolwiek nie byla to agresja przeciw ludziom, raczej
zmianom jakie w nich zachodzily pod wplywem roznych historycznych przekretow. Paradoksanie, Jacek
funckjonowal lepie w czasach "ancien regime'u"; w rzeczywistosci Polski niepodleglej musial stawic czola
bezwzglednosci samotnej walki o byt, walki straszliwie wyczerpujacej. Gardzac jakakolwiek praca etatowa, pozostawal wolnym strzelcem bez ubezpieczen, swiadczen, jakiegokolwiek zabezpieczenia emerytalnego.
Byl bezbronny w nierownej walce o honoraria (glownie u wydawcow, ktorzy jak poznanski "Zysk" placili
Mu i to z oporami marne grosze). Tlumaczyl swietnie i szybko, ale tez pracowal ponad sily, bez wzgledu na
wiek. Coraz czesciej zapadal na zdrowiu, choc leczyl sie tylko wtedy, kiedy juz musial, w naglych wypadkach, poniewaz nie bylo Go stac na skuteczne terapie.
Byl moim przyjacielem od przeszlo 40 lat, nieraz okrutnym w swej szczerosci ocen, ale na ogol byly one trafne, poniewaz byl takze znakomitym znawca ludzi. Erudyta i duch niezalezny, ogromnie wymagajacy od ludzi,
czasami bolesnie nadkrytyczny, czym zrazal sobie niektorych i utrudnial tym samym dostrzezenie swych walorow piora i umyslu. Bano sie Go i to m.in. sprawia, iz jego swiatle sady i przemyslenia tak trudno przebijaly sie przez
sita mass mediow. Byl autorem niewykorzystanym blokowany uprzedzeniami i zwykla zawiscia. Wiele Jego
essay'ow i felietonow pozostalo w szufladzie, byloby dobrze, gdyby znalazl sie ktos, kto moglby je zebrac i wydac posmiertnie? Utkwila mi szczegolnie w pamieci Jego obrona naszego kolegi-psychologa, Andrzeja Samsona, ktory
padl ofiara srodowiskowej vendetty. Uczyniono z Niego, jak pisal Jacek - "dyzurnego potwora" na ksztalt filmowego
Hannibala Lectera. Obrony tej oczywiscie nigdy nie wydrukowano.