Przeczytałem w archiwum Polityki interesujący artykuł: www.polity(*)-wycenic-polski-krajobraz.readna temat metod wyceny krajobrazu i walorów przyrodniczych różnych okolic. To mi przypomniało sprawę sprzed kilku lat, kiedy to gazety odnotowały nieco barejowski w klimacie fakt otrzymania przez dyrektorów parków narodowych w Polsce pisma polecającego im przeprowadzenie wyceny przez rzeczoznawców wartości zarządzanych przez nich dóbr przyrodniczych. Absurd? Nie aż taki, jak by to się mogło wydawać tym spośród nas, którzy są intoksykowani propagandą socjalistyczną, która mówiła , że pewnych rzeczy się po prostu nie przelicza na pieniądze (podobno kiedyś coś podobnego mawiali jacyś chrześcijanie), a na pewno nie dla ludzi wyrosłych od maleńkości w kulturze sprzedaj-kup. W związku z powyższym otwiera się jednak, moim zdaniem, cały ogromny i niezmiernie z ekonomicznego punktu widzenia fascynujący obszar wyceny zasobów metafizycznych społeczeństwa. W szczególności zaś wiary (z podziałem na religie, zaufanie do poszczególnych formacji politycznych, UFO oraz chiromancję/tarota/horoskopy), ale nie tylko - również "po drugiej stronie barykady", że się tak wyrażę, dobry ekonomista będzie miał co obliczać - jakie koszty ponosi państwo w związku z obecnością na jego obszarze niezagospodarowanych zasobów wierzeń i guseł. Czy ktoś to bada i potrafi szacunkowo wycenić, ile można z tych złóż "wypompować" na powierzchnię? Ha, ha, to było pytanie retoryczne. Ale już zupełnie poważne jest takie - czy takie zjawiska ja wiara, moda, zabobon nie powinny przypadkiem być bardziej poważnie traktowane jako temat dla geografii ekonomicznej i - czy te zasoby są odnawialne? A jeśli tak, to jak należy nimi zarządzać, żeby nigdy nie wyschły?  |