 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 30-07-2005 11:00 | outsider (2469 punktów) | Racjonalnie... | Racjonalnie rzecz biorąc, lepiej podążać u kresu drogi od entuzjazmu ku zwątpieniu niż odwrotnie - skończy sie ono tak czy tak, niech zatem bedzie u kresu jak najmniej żalu, że to tak i że to już. Niech pozostaną wspomnienia dawnego entuzjazmu, dawnej radości i wiary we własną moc sprawczą - ale niech nadzieję na to że wiele się może zastąpi na czas wiedza, że inni mogą wiele bo młodzi: mniej pewnie niż sami sądzą, ale i tak wiele. Zyskiwać z biegiem lat wiarę, ża najlepsze przed nami, że wciąż się wznosimy ku niebu? Dobre i to - ale tylko z braku innego, lepszego pomysłu.
| Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| Teresa | > Racjonalnie rzecz biorąc, lepiej podążać u kresu drogiWg mnie to nie jest obojętne, jaki kto wyznaje światopogląd. Gdyby ktoś nie miał wiedzy, że jakiś człowiek nic nie jadł przez długie dni, i chciałby go uszczęśliwić serwując mu obfity obiad, to by tego człowieka zabił (C. S. Lewis). Z tego co się orientuję Racjonalista wierzy, że powodem zła jest brak obiektywnej wiedzy. Natomiast w Biblii są takie kluczowe słowa: "Poznanie prawdę, a prawda was wyzwoli". Wydaje mi się, że my nie definiujemy rzeczywistości tylko ją poznajemy. Istnieje taka teoria, że poznanie na najwyższym poziomie polega miłosnym przywieraniu do przedmiotu (zespoleniu z przedmiotem). Takie podejście jest wspólne dla myśli wschodniej i zachodniej, choć różnie jest rozumiane słowo "miłość", ale na razie nie będę tego rozwijać. W kazdym bądź razie można zauważyć, że miłość nie oślepia tylko otwiera duchowe oczy na dodatnie cechy przedmiotu. Tak samo w nienawiści lepiej widać wady przedmiotu  . Co więcej głębsze poznanie przedmiotu może potęgować miłość. Okrycie kolejnych dodatnich cech, potęguje miłość, która z kolei odsłania kolejne dodatnie cechy, itd.. To oczywiście zależy od przedmiotu. Jeżeli tym przedmiotem jest nieskończony Bóg ( wszechmiłość)- to przy założeniu, że On realnie istnieje - to chce się dawać poznawać skończonym  osobom (oświecając je). Podzielam jednak taki pogląd, że rzeczywistość jest tak niezgłębiona, że często daje się uchwycić w sprzecznościach. Być może dobrym rozwiązaniem jest próba połączenia tych "sprzeczności", o których piszesz. A więc podążać racjonalnie do "kresu drogi od entuzjazmu ku zwątpieniu (...) - niech zatem bedzie u kresu jak najmniej żalu, że to tak i że to już" ale jednak z boską wiarą, "że najlepsze przed nami, że wciąż się wznosimy ku niebu" .  Wydaje mi się człowiek wciąż musi zachowywać równowagę między czynnikami boskim i ludzkim, np. dochodzić do swej ludzkiej wielkości uznając swoją nędzę przed Bogiem. Ale nie każdy to rozumie i wielu uważa, że religia degraduje człowieka. A przecież sprzeczność jest nawet motorem postępu nauki  . Pozdrawiam
|
|
 | | placownik | >Wydaje mi się człowiek wciąż musi zachowywać równowagę między czynnikami boskim i ludzkim, np. dochodzić do swej ludzkiej wielkości uznając swoją nędzę przed Bogiem. Ale nie każdy to rozumie i wielu uważa, że religia degraduje człowieka.
Przyznaję, że nie rozumiem. Uznawanie swej nędzy przed Bogiem niewiele ma wspólnego z jakąkolwiek równowagą.
Czy uważam, że religia degraduje człowieka? Zgadzam się w tej materii z klasykiem:
"Podstawa irreligijnej krytyki jest taka oto: człowiek tworzy religię nie zaś religia - człowieka. Religia jest to mianowicie samowiedza i poczucie samego siebie u człowieka, który bądź siebie jeszcze nie odnalazł, bądź już znów zagubił. Ale człowiek - to nie jest istota oderwana, istniejąca gdzieś poza światem. Człowiek - to świat człowieka, państwo, społeczeństwo. To państwo, to społeczeństwo stwarzają religię, odwróconą na opak świadomość świata, są one bowiem same odwróconym na opak światem. Religia jest ogólną teorią tego świata, jego encyklopedycznym skrótem, jego logiką w popularnej formie, jego spirytualistycznym point de honneur, jego entuzjazmem, jego sankcją moralną, jego uroczystym dopełnieniem, jego ogólną racją bytu i pocieszeniem. Jest urzeczywistnieniem istoty ludzkiej w fantazji, dlatego że istota ludzka nie posiada prawdziwej rzeczywistości. Walka przeciw tej religii jest więc pośrednio walką przeciw owemu światu, którego duchowym aromatem jest religia. Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Prawdziwe szczęście ludu wymaga zniesienia religii jako urojonego szczęścia ludu. Wymagać od kogoś porzucenia złudzeń co do jego sytuacji to znaczy wymagać porzucenia sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może. Krytyka religii jest więc w zarodku krytyką tego padołu płaczu, gdyż religia jest nimbem świętości tego padołu płaczu."
To oczywiście Marks - Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa. Cytat nieco przydługi. Nie potrafiłem się jednak powstrzymać od jego przytoczenia, gdyż napisany jest w podobnej poetyce co Twój post. Duża dawka emocji - mało rzeczowej argumentacji, ale do mnie przemawia. Niewiele wymaga zmiany w tym tekście, mimo iż powstał ponad 160 lat temu.
A wszystko razem niewiele ma wspólnego z głównym wątkiem, ale to Ty zaczęłaś.
Pozdrawiam
|
|
| lipschitz (1674 punktów) | Młodzi ludzie, że tak powiem: zaczynają z górki. Znają śmierć, ale tylko ją znają, wydaje się ona jednak czymś abstrakcyjnym, np. nie czynią na tą okazję specjalnych zabepieczeń jak to jest w przypadku tzw. dorosłych ludzi. Według mnie zaczynają swoje życie w wielkiej pewności (pomijam tu tzw. patologie rodzinne/społeczne) i kończą jak niemal wszyscy - zabepieczając się coraz mocniej na wszelkie okazje, czyli niepewności, strachu, obawach.
Czy tak jest lepiej? A może jednak trzeba zasiewać ziarno wątpliwości kiedy jeszcze człowiek jest młody, gdy dorasta? Przecież zdecydowana większość dorastających ludzi akceptuje rzeczy, których nie rozumie, np. zasady tzw. życia społecznego. Młodym ludziom nie pozwala się wątpić, tzn. nie wolno im tego robić na pewnych obszarach życia, mają być po prostu posłuszni. Według mnie powinni zawsze mieć możliwość nie tylko wyrażania wątpliwości, ale i nie działania kiedy je mają.
Mam zupełnie odmienne zdanie w tej kwestii, myślę, że trzeba zaczynać od niepewności, od wątpliwości, nie akceptować słów, domagać się dowodów i na tym budować swoją pewność na przyszłość, a więc jest to droga od niepewności, do pewności, z nadzieją, że zostanie zrozumiany także sam fakt śmierci. Zresztą nie wydaje mi się, aby człowiek miał inny wybór niż zaczynać od zwątpienia, ale na pewno łatwiej jest zacząć od jakiejś teorii Boga lub czegoś innego, np. jego braku, która wszystko wyjaśni już na wstępie.
Te niezrozumiane rzeczy warunkują nas i nasze przyszłe życie, nasze działania. Kieruje nami coś wielce niejasnego i staje się to bardzo ważne, nie sądzę, aby można było gdziekolwiek zajść z takim bagażem.
|
|
| Apofi (117 punktów) | Chciałabym zatrzymać entuzjazm Bycia do samego końca - nie tracąc "ani jednej" cennej chwili na autodestrukcję w zwątpieniu. Mogłabym umrzeć nawet z lekkim żalem, bo świadomość wypełniona satysfakcją dobrze wykorzystanego czasu byłaby chyba jak energia atomowa do zabijania natrętnych much.  Chciałabym umrzeć z uśmiechem na twarzy.
|
|
 | | Patuszkin (2279 punktów) | > Chciałabym zatrzymać entuzjazm Bycia do samego końcaBycio to fajny koleś, wyluzowany. Ciągle zmienia ksywki, bo go mierzi, że jest nawozem dla poetów i filozofów.  > nie tracąc "ani jednej" cennej chwili na autodestrukcję w zwątpieniu. Mogłabym umrzeć nawet z lekkim żalem, bo świadomość wypełniona satysfakcją dobrze wykorzystanego czasu byłaby chyba jak energia atomowa do zabijania natrętnych much.Wiara i nadzieja także bywa destrukcyjna, może nawet bardziej niż zdrowy sceptycyzm. Słyszałaś moze o Sextusie Empiryku? On uważał, że sceptycyzm jest lekarstwem dla duszy, która błąka się w świecie własnych urojeń. Nie dziwiło Cię nigdy, że filozofowanie to tak naprawdę popadanie w błędy i wydobywanie się z tych błędów. Jako historyk z zamiłowania, doszedłem do następujuących konkluzji: Wiedza filozoficzna jest w większości wiedzą negatywną. Jest wiedzą o pomyłkach i błędach poznawczych. Ale to wcale nie jest dziwne i straszne. Czyż mądrość zyciowa wypływająca z doświadczenia jest li tylko wyłącznie pozytywna? Podejrzewam, że każdy uczy się na własnych i cudzych błędach, a w o stateczym rozrachunku więcej wiemy na temat tego co jest złe, niż tego co dobre. Jak ktoś wyżej powiedział: człowiek dorosły zabezpiecza się przed nieszczęściem: biedą, chorobą, śmiercią. Więcej czasu w jego myślach zajmuje przewidywanie i wymyślanie sposobów jak unikąć zagrożenia. Czy to jest wiedza pozytywna? Wręcz przeciwnie, to jest wiedza negatywna. Bo jest to wiedza budowana wokół tego co nam zagraża, co jest złe.  > Chciałabym umrzeć z uśmiechem na twarzy.  Czy to ważne jak umieramy? Dla mnie to nie ma znaczenia. Tales umarł wpadajac do studni, Sokrates musiał napić się cykuty, wielu ludzi umiera w osamotnieniu w przemoczonych pampersach, dzieci Afryki umierają z głodu, Europejczycy od raka, nafaszerowani morfiną, łysi i bladzi, irakijskie kobiety giną w czasie wojny z rąk amerykańskich żołnierzy. Nie planowali tego. Już lepiej myśleć o życiu. Piotrek Patucha
|
|
|  | | Apofi (117 punktów) | > >Chciałabym zatrzymać entuzjazm Bycia do samego końca> Bycio to fajny koleś, wyluzowany. Ciągle zmienia ksywki, bo go mierzi, że jest nawozem dla poetów i filozofów.  co nie zmienia jego jestestwa > Wiara i nadzieja także bywa destrukcyjna, może nawet bardziej niż zdrowy sceptycyzm.[i tutaj utne] Kazda wiedza jest wygrzebywaniem sie z bledow interpretacji, deliberacji. Tym sie rozni od wiary. Mowiac "zwiatpienie" nie mialam na mysli sceptycyzmu - lecz, w analogii do tematu, rezygnacje, brak woli zycia, etc. Byc moze powinnam byla uscislic, zatem zle mnie zrozumieles i w dalszej czesci tego co mowisz generalnie moge sie z Toba zgodzic. Chociaz co do tej "wiedzy negatywnej" i "wiedzy pozytywnej" - nie sadze, aby mozna bylo w ten sposob generalizowac. Osobiste straty i korzysci sa zbyt relatywne. > >Chciałabym umrzeć z uśmiechem na twarzy.  > Czy to ważne jak zdychamy? Dla mnie to nie ma znaczenia.Dla mnie ma (chociaz nie na tyle, aby nie miec ciekawszych zajec) i nie podlega to zadnym dyskusjom. > Heraklit ponoć umarł w kupie gnoju, Tales wpadajac do studni, Sokrates musiał napić się cykuty, wielu ludzi zdycha w osamotnieniu w przemoczonych pampersach, pod kołami pociągu, z głodu, lub od raka, nafaszerowani morfiną, łysi i bladzi.hm.. i jakie chcesz MI dac przez to przeslanie?  > Feeee. Lepiej myśleć o życiu.i nie zapominac, ze zdychamy. Natomiast nie stwierdzilam "lepiej" ani "gorzej" - nie rozumiem skad w ogole powstalo u Ciebie to emocjonalne nacechowanie w wypowiedzi.  Pozdrawiam.
|
|
| |  | | Patuszkin (2279 punktów) | > >Wiara i nadzieja także bywa destrukcyjna, może nawet bardziej niż zdrowy sceptycyzm.> Kazda wiedza jest wygrzebywaniem sie z bledow interpretacji, deliberacji. Tym sie rozni od wiary.> Mowiac "zwiatpienie" nie mialam na mysli sceptycyzmu - lecz, w analogii do tematu, rezygnacje, brak woli zycia, etc. Byc moze powinnam byla uscislic, zatem zle mnie zrozumieles i w dalszej czesci tego co mowisz generalnie moge sie z Toba zgodzic. Chociaz co do tej "wiedzy negatywnej" i "wiedzy pozytywnej" - nie sadze, aby mozna bylo w ten sposob generalizowac. Osobiste straty i korzysci sa zbyt relatywne.Witaj Apofi. Jeśli chodzi o rezygnację i brak woli życia, to ja akurat nie narzekam. W sumie temat Outsidera był dosyć dwzuznacznie sformułowany i ja odczytałem ten wątek właśnie w tym sensie o jakim napisałem. Słowo entuzjazm etymologicznie oznacza "bycie w bogu" lub "bycie ubóstwionym"(en theos ousia). Zatem kiedy ktoś wypowiada to słowo, to ja je rozumiem w tym mniej-więcej sensie przy zastrzeżeniu, że w nieco bardziej laickiej wersji. Dopiero ty zwróciłaś mi uwagę, że można ten wątek rozumieć bardziej realistycznie. Jeśli miałbym teraz odpowiedzieć na twojego posta, powiedziałbym, że również życzyłbym sobie zdrowia, energii i dobrego humoru. Czego życzę również tobie. Dziękuję za sympatyczną odpowiedź.  Piotrek Patucha
|
|
| |  | | outsider (2469 punktów) | Na początku nasza wiara w samych siebie przewyższa zdecydowanie naszą rzeczywistą kondycję - do pewnego stopnia ów stan utrzymuje sie przez całe życie i dotyczy to zarówno samotnej jednostki jak życia w grupie. Jest taka myśl carpe diem - chwytaj dzień, żyj jakbyś jutro miał już nie istnieć - brzmi to dobrze ale nie jest łatwe w realizacji, bo zbyt dosłowne traktowanie tej zasady uniemożliwia jakiekolwiek dalsze planowanie. Popadamy więc w sprzeczność: znając mniej więcej górna granicę swego czasu żyjemy tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie.
Niektórzy godzą się ze sprzecznościami, inni potrzebuja protezy, co wydaje się je skutecznie eliminować. Jedni i drudzy żyją, jakby mieli zyć wiecznie, ale ci "drudzy" racjonalizują ów mit codzienny i użyteczny, wspierając go mitem społecznym o życiu nieprzemijającym, choćby miało trwać w formie nam nieznanej. Wydaje się, że ceną owego społecznego mitu jest uczynienie życia samego w sobie czymś niepojętym - tymczasem pojąć je nietrudno, jedynie wnioski z tego pojęcia bywaja niełatwe do akceptacji. Obie drogi wykluczają sie wzajemnie.
Wspomniałem na początku o owym wstępnym rozziewie między naszą wizją samych siebie a naszą faktyczną kondycją - korzystanie z rozumu nieuchronnie ów rozziew z czasem zmniejsza, czyli zmniejsza nadwyżkę pozornych sił witalnych nad faktycznymi - a i te drugie od pewnego punktu maleją już coraz szybciej. Sa zatem dwie drogi - albo sztucznie podtrzymywać w sobie zapał do życia, albo też dostrzegać istotna wartość w zrozumieniu; to drugie jest osiągalne tylko kosztem wystarczająco długiego życia, zatem stanowi pewna wartośc pozytywną mogącą skompensować utratę witalności. Co lepsze?
Cóż, każdy wybiera tak, jak mu lepiej pasuje.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
| | |  | | Apofi (117 punktów) | Wydaje mi się, iż ten postępujący nieuchronnie regres entuzjazmu życia - jak go rozumiem w Twoim opisie - mocno uzależniony jest po pierwsze od tego w co ów entuzjazm inwestujemy. Jeśli jesteś amatorem sportów ekstremalnych z pewnością starość doświadczy Cię jakimś bolesnym sentymentem. Natomiast jeśli pasjonujesz się pracą umysłową i nie dotknie Cię na tym tle choroba - czas będzie Twym sprzymierzeńcem, walutą bogactwa bagażu Twoich doświadczeń. Zgodzę się z Tobą w tym, iż często żyjemy zapominając jakby o swojej przemijalności, nieświadomie, w efekcie marnując tu i teraz, które tyka, i tyka, i nigdzy nie wróci.. zaklejamy te niewygodne dziury wizją życia wiecznego. Jednak myślę, że na ten postępujący marazm remedium jest to, o czym mówiłam: dobre wykorzystanie czasu, carpe diem lecz nie strać głowy. Absolutnie żadnych skrajności.  Niczego w życiu nie żałuję i jeśli miałabym umrzeć teraz nie będą dręczyć mnie żadne demony. Pozdrawiam.
|
|
| | | |  | | outsider (2469 punktów) | Jest osobiste zniechęcenie, gdy - jak piszesz - krótkoterminowo zainwestowaliśmy swój początkowy kapitał entuzjazmu; ale jest coś więcej. Jest coraz wieksza wiedza o tym, czemu tak wolno zmienia się świat.
O tym, że każda myśl wydaje sie odkrywcza wąskiej w gruncie rzeczy grupie - że tzw. wiekszość żyje myślą na poziomie podstawowym pragmatyczną i dostosowana do realiów, na wyższym jednak, tam gdzie dochodzi do uogólnień - tylko fantazją; nie własną nawet ale zaraźliwą.
O tym, że mysl jest niczym, dopóki nie przejdzie przez próbę krwi - a rozmach takich prób nie maleje z postepem wieków, raczej rosnie zastraszająco. I że właściwie nie jakość mysli jest istotna a to, aby mysli - może równie głupie, może nie - stawały naprzeciw siebie, i aby niczego nie dało się uzgodnić: wtedy wkracza walka o byt, którą owe myśli przeciwne ze sobą toczą nad głowami ludzi - i miażdżą ich życie.
O tym, że wieki ciemne trwaja - nie wiemy, jak długo jeszcze. O świecie bez Boga, skazanym na mroczny marsz, odkrywanie konieczności wyboru zwasze u rozstaju dróg - jesli w ogóle da się odczytać jakąkolwiek drogę. O tym, że tak naprawdę zawsze zwyciężąją barbarzyńcy - jedynie na marginesie ich hucznych zwycięstw powoli toruje sobie drogę myśl, która w istocie swej barbarzyńską nie jest, zatem nie może być popularna.
Tak naprawdę nigdy nie wiemy kiedy marnujemy swój czas, kiedy życie przecieka nam między palcami. Lepiej sie nam realizuje cele krótkoterminowe niz odległe - krócej trwa bowiem wątpliwość, czy realizujemy dobrze; ale owe cele krótkoterminowe bardziej się wpisują w przemijalność życia - jest zatem pytanie: czy warto? Odpowiedź zależy w gruncie rzeczy od tego, jak dalece sprzyjają realizacji celów bardziej odległych. Zawsze trzeba mieć przed sobą jakiś cel daleki - gdzie odległości nie wyznacza obiektywny upływ czasu a upływ czasu jednostkowego, liczonego od narodzin do śmierci.
Nasza wiedza jest bowiem cząstkowa, niepewna i nieobiektywna. Ale dzięki temu właśnie nie zagraża nam boska nuda, zawsze jest czego poszukiwać. Gdyjuż nie ma czego - cóż, koniec subiektywnego czasu winien przyjść na czas.
Pozdrawiam i ja, Apofi.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
| | | | |  | | Apofi (117 punktów) | Myślę, iż mogę w zasadniczej kwestii się zgodzić z Tobą. Ale Twoją wypowiedź odebrałam jak kielich pełen goryczy.  Tak jakbyś chciał przepłynąć wpław od ujścia do źródła rzeki. Taki los indywiduum..  Tak, wiedzą mozna sie mocno odezoteryzowac, zaskoczyć, rozczarować, przerazić.. to wszystko są jakieś ksozty. Owszem, nie wiemy kiedy tracimy swój czas tak "naprawde" (bo coz to znaczy? obiektywnie?) - dlatego uwazam, ze miara jest tutaj stricte subiektywne samozadowolenie. Zgadzam się z Tobą, acz osobiście zataczam emocjonalne kręgi o wiele bliżej siebie niż czynisz to Ty. Pozdrawiam.
|
|
 | | Patuszkin (2279 punktów) | Do outsidera.
Niedawno dajmonion zarzucił mi, że jestem zbyt sceptyczny i przez to byłbym kiepskim nauczycielem filozofii. Pomijając fakt, że zapomniał o tym, iż jesteśmy na forum, a nie w szkole, i nikogo tu nie uczę, ale sam się uczę od innych, to chciałbym powiedzieć: Nawet sceptyk i krytyk moze być dobrym nauczycielem i bardzo dobrze wspominam ze studiów tych właśnie ludzi, którzy nie odprawiali dogmatycznych szopek, ale byli w stanie przyznać szczerze do epoche.
|
|
|  | | outsider (2469 punktów) | Filozofia może być wszystkim - od doskonałego złudzenia po kalekie poznanie; i wszystkim bywa.
Jest sama w sobie głęboko indywidualistyczna - myśl czyjakolwiek nie osiąga waloru uniwerslaności teorii matematycznych czy fizycznych - a przecież bardziej odbija się na życiu społeczeństw niż jednostek teorii ufających. O ile bowiem jednostki zachowują wobec filozoficznych teorii sceptycyzm (zachwyt teorią nie jest do końca aktem wiary) - o tyle teorie społeczne buduje się na ich podstawie, niekiedy z nadmierną dosłownością.
Dlatego i ja jestem wobec filozofii nieufny - jest bowiem ona często racjonalizmem w starym, niedobrym znaczeniu tego słowa, jako przeciwstawienie mocy czystego rozumu mocy empirii. Tak naprawdę, niewiele więcej można powiedzieć o filozoficznych teoriach wszystkiego, niz czyniąc rachunek krwi pod ich wpływem przelanej; wpływają niewątpliwie na rozwój myśli i praktyki - ale ó rozwój procentuje dopiero potomkom tych, co mieli niesczęście we wdrażaniu kolejnych teorii w praktykę uczestniczyć. Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
| |  | | krest | > Filozofia może być wszystkim - od doskonałego złudzenia po kalekie poznanie; i wszystkim bywa.Zdaje się, że naszła Cię refleksja, że długo jeszcze nie będzie odpowiedzi na kilka prostych pytań, albo akceptacji dla tych odpowiedzi. Właściwie zgadzam się z Tobą- człowiek sporą część życia poświęca by zobaczyć, co ma przed oczami i jakie są jego możliwości. Byłoby wielce podejrzane, gdyby już od razu wiedzieć, na czym się stoi. Właściwie chciałem napisać, że choć wydaje mi się, że doszedłem do podobnego punktu, to moja reakcja jest troszkę inna. Gdzieś tam w środku owo zwątpienie uruchomiło pozytywne połączenia synaptyczne i jakoś lżej mi żyć  . Nie mam nic do wygrania, ani do przegrania, ale do zrobienia pozostało jeszcze trochę. Podobno taki stan nazywa się 'ciepłą melancholią' i jest całkiem przyjemny. Szacunek.
|
|
| | |  | | outsider (2469 punktów) | Myśl filozoficzna - czy humanistyczna - pełznie zygzakiem jak wąż: inna sytuacja niż wtedy, gdy badamy świat dający się wymierzyć w liczbach, szersze te zygzaki.
Zawsze jest odniesienie nie do nieznanej rzeczywistości (trudno uznać rzeczywistość społecznego bytu za obiektywna względem niego samego, choć warunki brzegowe są obiektywne i nie dają się przekroczyć). Nie ma tu wymierności, zatem nie ma wspólnej miary - wszystko co da sie uczynić, to wychwycić słabości myśli poprzedników a o sile zapomnieć, bo ona oddziałuje na nas samych i tak. Dlatego zygzakujemy - odrzucając myśl niepewną, sami popadamy w niepewność o przeciwnym znaku; żadne dzieło życia filozofa nie może być traktowane jako prawda oderwana, trzebaby analizować całość rozwoju myśli a tego jest zbyt wiele.
Pozostaje pobłażanie: szacunek dla drogi, nie dla celu. I ostrzeżenia - jakieś cząstkowe nauki wyciągnięte z przeszłości, świadomość, że jest tylko droga a mgła nie pozwala spoglądać zbyt daleko. To nie pesymizm - raczej świadomość, że myśl porusza sie wśród ograniczeń i poznawanie tychże. I z jednej strony patrząc na groby mysli niegdyś sformułowanych odzyskujemy spokój - żadna mysl nie jest niepewna sama w sobie, każda zbliża się do pewności na tyle na ile może, a może niewiele - z drugiej jednak potrzeba jakiejś pasji, aby myśleć dalej choć samemu tylko można uzasadnić potrzebę myslenia.
Chyba ostatniego niezłomnego uzasadnienia dostarcza nam wstyd mysli niedoskonałej - nawet gdy sie wie, że i tak nie da sie go pokonać. Ci co uwierzyli w jakąkolwiek doskonałość już nie maja motywacji...
Chyba że wierzą zarazem w nagrodę tym większą, im lepiej wykuje się na pamięć zadana lekcję.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
| | | |  | | krest | Zdaje mi się, a nie jestem kimś, na kogo zdaniu w tym temacie bym polegał, że potrzeba takiego myślenia bierze się z próby ogarnięcia świata. Ma człowiek taką potrzebę, która często po pewnym czasie ginie w walce z wygodą modeli uproszczonych i cudzych. Z doświadczenia pokoleń wynika, że jednostka nie jest zdolna ogarnąć całości, a tylko stawia nowe kreski, cieniuje i poprawia mozolnie rysowany obraz. A jednak myślenie humanistyczne musi coraz bardziej uwzględniać myśl nauk ścisłych, które przenicowują dawne pojęcia dorzucając nowych informacji do i tak wielkiego bagażu doświadczenia, z którym próbujemy sobie poradzić. Czy to źle? Nie wiem. Wiem tylko, że ci, którzy myślą mają (nie)wątpliwą przewagę nad tymi, którzy przestali- świadomość, że trzcina może dać opór wiatrowi i wybrać stronę, w którą się przechyli.
|
|
 | | Patuszkin (2279 punktów) | Do Teresy Fajne masz teorie. Niedawno czytałem tekst pewnej pani dr filozofii, którzy szczerze wyznała popierajac w tym Kołakowskiego: filozofowanie to tylko próba zrozumienia tego co przeżywa każdy człowiek: sprzątaczka, kucharz, fryzjerka i elektryk. Widocznei odczywała jakis wewnętrzny dysonans: prości ludzie wiedzą tyle samo co filozofowie. Przy czym o ile tamci pozostają skromni, filozofowie przydaja sobie charyzmy przekonaniem, że wiedzą lepiej. Podobnie jak ksiądz i różnego rodzaju szarlatanii. A tak naprawdę wiedzą tyle samo. Metafizyka to przeżycie, nie nauka. Kto tego doświadcza ten wie. A właściwie, wie, że nic nie wie.  Choć wolę tych, którzy przynajmniej próbują, a nie siedzą z założonymi rękami. Filozofia to przygoda, fascynująca, żeby jeszcze tak mieć dużo forsy i oddać się temu w pełni.
|
|
| Juna (95 punktów) | Czy sztuką zycia nie polega jednak na zyciu "tu i teraz"? Bez wzgledu na przeszlosc i przyszlosc? Ta pierwsza istnieje wylacznie we wspomnieniach, jest zafalszowana do granic mozliwosci. ta druga? Zbyt niepewna aby mozna bylo sie jej kurczowo trzymac - nazbyt czesto jutro przynosi rozcarowania gdy staje sie "dzis". Poza tym, co jesli "jutro" nie nadejdzie i "dzis" jedynym co zostalo nam dane? Wydaje sie ze czlowiek jest tak skonstruowany ze wieksza satysfakcje przynosi mu zmierzanie do celu niz osiagniecie go. Wszak, w zyciu happyend czesto jest krotki i ulotny, a nastepuje po nim proza zycia. W tanich filmach czy ksiazkach ten dylemat jest rozwiazany przez napis "THE END". Majac zatem do wyboru entuzjazm chwili, entuzjazm jutra badz entuzjazm wczoraj, ten pierwszy wydaje mi sie najlepsza opcja.
|
|
 | | outsider (2469 punktów) | Zawsze przecież budujemy wokół siebie jakiś świat iluzji, jak ślimaczą muszlę. Teraźniejszosć jest tworzywem zbyt ulotnym, przyszłość? Z niej budują nieliczni - przeszłość? Łatwo dostępna, całkowicie niemal poddana naszym chytrym planom.
Jedynie widma przeszłości moga zagrozić tak budowanemu domowi, co chroni nas przed prawda nieuchronną, nie da się bowiem na pytanie o sens życia udzielić odpowiedzi pod każdym względem niewątpliwej - ale nie da się jej i nie udzielić; trzeba z kolei byc buddystą, by po wyrzeczeniu sie owej jednostkowej odpowiedzi dostapić konsekwencji uczynionej odmowy w formie dobrze literacko przez Buddę dopracowanej, czyli nirwany. W naszej cywilizacji grozi to po prostu myslowym chaosem.
Wspomniałem o widmach przeszłości - te czyhają jak duch Banka, bo przeszłośc jest rashomonem. Zatem pozaczłowiecze scalanie przeszłości jest bezowocne - zamykamy sie w przeszłościach odrębnych i ostro od siebie oddzielonych, czosnek na progu wieszając... Jeśli boimy się bardzo - rodzi sie myśl o lustracji widm, o przebiciu ich osinowym kołem ustawy, z pomieszania porządków jednak powstaje tylko śmieszność.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
|  | | Juna (95 punktów) | Widma przeszłości...To od nas zależy co z nimi zrobimy. Bowiem, albo one władają nami, albo my nimi. Każde przeszłe doświadczenie niesie za soba jakąś lekcję. Z każdego coś się wynosi. i może rzecz w tym, aby w każdej bajce odnaleźć właściwy morał, ten który uczy czegoś wartościwego na przyszłość odrzucając to co destruktywne. Człowiek ma to do siebie, że nie do końca potrafi uczyć się na własnych błędach - nazbyt często je powtarza. Zastanawia mnie, jak wyglądałby świat w którym ludzkość potrafi zmierzyć się z widmami przeszłości. Jak wielki postęp byłby odnotowany?
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|