Najwyraźniej nie znasz chrześcijańskiej wizji Boga. To, o czym piszesz jest odległe od Boga, w którego wierzą chrześcijanie. Zostawie z Twojej wypowiedzi jeden cytat:
>Bogowie grali ludźmi w swoje gry - ale tym się w gruncie >rzeczy do człowieka zbliżali - Jehowa zaś zwłaszcza w >ujęciu chrzescijan jest doskonałością nieosiągalną, >człowiek nie ma już żadnych praw a wielbić musi... >Kończy się okrucieństwem, niczym więcej. (i dalszy ciąg)
Zrozumiałe jest, że takie postawienie sprawy może budzić sprzeciw. Można oczywiście potępić tych, którzy się przeciw temu buntują twierdząc, że jest to ścieżka szatana i należy ją odrzucić (chociaż wtedy chcąc być uczciwym, a nie tylko szukając własnego zbawienia należałoby przyznać, że w takiej ścieżce istniałoby pewne piękno). O ile się nie mylę, takie stanowisko prezentuje islam - chociaż nie znam islamu na tyle, żeby być tego pewnym. Jednakże wbrew temu, co piszesz, nie jest to twierdzenie chrześcijańskie, ani tym bardziej katolickie (i nie chodzi mi tu o "Jehowa", a nie "Jahwe"). Chrześcijanie wierzą w Boga, objawionego przez Jezusa Chrystusa, uznawanego przez chrześcijan za Syna Bożego. Wiara chrześcijańska opiera się na nauce Chrystusa. Chrystus uczył o Bogu, który nie jest tyranem, jakimś doskonałym pyszałkiem siedzącym gdzieś daleko i tylko patrzącym, czy wszyscy mu równo klaszczą i z odpowiednim namaszczeniem biją czołami w ziemię, ale o Bogu, który dla ludzi jest kochającym ojcem. To, że Bóg jest filozoficznym bytem koniecznym, że jest we wszystkim doskonały, czy inne cechy Boga - to sprawy drugorzędne. Twoje zdanie "człowiek nie ma już żadnych praw, a wielbić musi" jest postawieniem sprawy na głowie. Wynikałoby z niego, że nieważne, co ten człowiek przeżywa, czego doświadcza, w jakim jest stanie, Bóg nakłada na niego obowiązek, by ten ciągle powtarzał, jaki ten Bóg jest piękny, mądry, dobry i ogólnie cacy. To nie jest wizja Boga, w którego wierzą chrześcijanie (a przynajmniej katolicy, nie znam wszystkich grup wyznaniowych określających się jako chrześcijanie). Bóg u katolików jest osobową Miłością. On nie wymaga od człowieka nic - a wszystko daje temuż człowiekowi. Obrazem Boga Ojca jest Chrystus - który przyszedł na ziemię nie aby mu służono, ale aby służyć. Chrystus, który daje siebie nie jako złoty posąg do podziwiania, ale jako chleb do jedzenia. U chrześcijan Bóg jest dla człowieka ojcem. A to znaczy, że człowiek ma być dzieckiem Boga. Takim samym, jak dzieckiem Boga był Chrystus. Czyli u chrześcijan człowiek też ma się stawać jakby chlebem dla innych. Ma nie liczyć się z własnym interesem, ale wszystkie siły ma poświęcać dla służby innym. Człowiek jest zaproszony do udziału we wspólnocie Boga, aniołów i świętych. Istotą tej wspólnoty jest służba. Im kto ma więcej danego dobra, tym bardziej ma tym dobrem służyć innym. Pierwszym służącym jest Bóg, w którym jest pełnia wszelkiego dobra. W tym świetle inaczej wygląda bunt szatana, który odmówił służenia innym. Żądał dla siebie, a nie chciał dzielić się z innymi. Oczywiste jest, że ktoś taki nie może istnieć we wspólnocie opartej na wzajemnej miłości, na ofiarowaniu innym członkom wspólnoty tego, co ma się najlepszego. Istnienie w tej wspólnocie szatana zmieniłoby ją w tyranię. Dobrze się stało, że szatan w końcu przegrał i musiał odejść. A odnośnie wielbienia Boga: Owszem, jest coś takiego znanego w katolicyźmie. Nie jest to rzecz bez znaczenia. Jednakże wygląda to inaczej, niż Ty sobie wyobrażasz. Może czytałeś opisy z Apokalipsy św. Jana - tam np. pisze: "Cztery Zwierzęta - (...) nie mają spoczynku, mówiąc dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący" czy "upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddaje pokłon Żyjącemu na wieki wieków". Takie teksty rzeczywiście mogą sugerować jakąś tyranię - że ten Bóg po prostu chce mieć bandę klakierów i postara się o to, żeby wszystkim, którzy nie będą mu klaskać zrobić wielkie kuku. Jednakże na to też trzeba z chrześcijańskiego punktu widzenia spojrzeć inaczej. Otóż Bóg jest najwyższym dobrem. Jeżeli ujrzy się coś dobrego, można się tym zachwycić. Wtedy jest naturalne, że człowiek reaguje emocjonalnie, że wykonuje różne gesty, wznosi jakieś okrzyki. Zależnie od sytuacji, chce jakoś uzewnętrznić swój zachwyt. Można to porównać np. do wizyty w teatrze. Na scenie grają aktorzy, widzowie siedzą na widowni. Co jakiś czas widzowie biją brawo. Jeżeli jest grana komedia, często reagują śmiechem. I teraz jeżeli ktoś przyjdzie do teatru i nie widzi, co się dzieje na scenie - nie zrozumie zachowań publiczności. Może się oburzyć, buntować, że ktoś ich do takich zbiorowych zachowań zmusza. Dopóki nie dotrze do niego, co się dzieje na scenie - reakcje publiczności będą dla niego niezrozumiałe. Ale gdy się zorientuje, o co w tym wszystkim chodzi - wtedy zrozumie, że te reakcje są uzewnętrznieniem ich doznań, i może również do nich się przyłączyć. Przestanie to być dla niego dziwne, przestanie się buntować. Podobnie jest z uwielbieniem Boga. Dopóki patrzeć tylko na człowieka, który wielbi Boga - jest to niezrozumiałe. Staje się jasne dopiero wtedy, gdy my sami będziemy mogli wejść w jego położenie i przekonać się, czego ten człowiek doświadcza. Wtedy i my sami przyłączymy się do tego uwielbienia, i nie będzie to dla nas nic niezrozumiałego. Przeciwnie, będzie to wielkie szczęście, że możemy coś takiego przeżyć i wyrazić swój zachwyt.
|