 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 27-09-2005 01:12 | outsider (2469 punktów) | Nieco optymizmu | Po okresie nudnego powojennego racjonalizmu (nawet ZSRR po śmierci Stalina było państwem na swój sposób racjonalnym i racjonalistycznym) światem znowu wstrząsają coraz silniejsze spazmy myślenia życzeniowego. To ma swoje uzasadnienie i swoje ewolucyjne podłoże: bywaja zawęźlenia sytuacyjne, które racjonalizm potrafi obserwować, ale dobrej rady udzielić już nie jest zdolny. Racjonalizm to bowiem byt abstrakcyjny: występuje w jednym tylko egzemplarzu i trwa mimo burz - to co okaże sie post factum nieracjonalne jest z historii racjonalizmu rugowane. Tymczasem każda inna mysl występuje w dowolnej ilości egzemplarzy, tworzonych ad hoc: powstaje (gdy jest potrzebna) myśl niezawodna i zbawienna - ostatnią taką w historii naszego kontynentu była bodaj Mein Kampf.
Taka niezawodna i zbawienna (a z zasady podszyta szaleństwem) myśl ma jedną ogromną zaletę: jest nią epizodyczność. Gdy przegra - nikt sie do niej nie przyznaje, gdy wygra - okazuje się racjonalna bo pragmatyczna. Łatwo zatem oddzielić w ten sposób myśli dobre od złych: dobre to te, które pokonały trudności - złe zaś zostały przez trudności pokonane: łatwo? No, może niezupełnie - zważywszy, ile taka weryfikacja pochłania zwykle ofiar.
Bądźmy zatem optymistami. Świat szuka dziś znów myśli oryginalnej i dlatego niełatwej do wywiedzenia skądkolwiek przez racjonalistów. Sądzę że znajdzie ją jak zawsze - a potem...
Myslenie racjonalne nie jest własnością tłumów - myślenie byle jakie jest łatwiejsze i to sprzyja jego masowości. Tłumy jednak obserwują - nie z naukową precyzją, ale za to z przywiązaniem do własnej skóry; nie sa zatem złymi obserwatorami. Kolejne wiary (neoliberalne, mocarstwowo-imperialne, nostalgiczne) musza zrobić swoje - a po nich, gdy burza przeminie i nowa bieda znowu skieruje naszą uwage ku sprawom przyziemnym, znowu upowszechni sie szacunek dla myslenia racjonalnego - tego, które nie dało sie uwieść epoce żądającej nowych wodzów i proroków - tak jak powrócił ów szacunek po tamtej wojnie. I w ten sposób, zygzakami, myśl pospolita czyli powszechna uczy się wolno wartościować, uczy się zasady minimaksu.
Po kazdej kolejnej wojnie uczy sie stawiać pytanie "a ile można stracić" przed pytaniem "ile można zyskać - wojny bowiem wybuchają wtedy, gdy myśli sie jedynie o mozliwym zysku, czyli odrzuca jakikolwiek zbilansowany rachunek - zbyt trudny, zatem zbyt racjonalny. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| Drobner | na pewno nie zrozumiałem! Ale się nie zgadzam!
|
|
 | | outsider (2469 punktów) | I słusznie, Drobnerze - świat powinien być racjonalny. Na razie jednak Imperium Dobra głosi prawdy coraz bardziej odlotowe, Polacy głosują zygzakiem - czyli na tych, których poprzednio nie wybrali - literatura, sztuka? Tonie w niezrozumiałych proroctwach, których sie słucha z braku czegoś lepszego.
Obok tego kwitnie rzecz jasna produkcja wszystkiego, kwitnie tworzenie coraz to nowych gadżetów - dośc poobserwować import z Chin; ale wzzrost produkcji tworzy potęgę nie mądrość. Na tę ostatnią brak czasu - zapedzeni między domem-pracą-centrami hadlowymi-centrami rozrywki niespecjalnie mamy czas na myślenie. Dlatego w czas proroków dokładam i swoje proroctwo, bo co innego robić?
Maszyny "Titanica" łomocza na pełnych obrotach, racjonalnie śpiąca załoga pokłada wiarę w tych co na bocianim gnieździe... a tam nie ma nikogo.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nieboska komedia}
|
|
| Przemek K. | Czytałem wczoraj w wywiadzie coś takiego:
"Myślenie to najbardziej dewastująca funkcja organizmu, ponieważ szare komórki zjadają więcej tlenu, niż zużywamy przy trawieniu. Naprawdę, trzeba ważnych powodów, żeby uruchomić w ludzkich umysłach myślenie. Jeśli można odbierać świat zmysłowo, to większość idzie na tę łatwiznę." (Prof. Janusz Czapiński, komentujący dla lewicowego Przeglądu kampanię wyborczą.)
Nie uważam, by "racjonalizm" był jeden. Nawet "racjonaliści" są nadzwyczaj nieracjonalni w swoich decyzjach i wyborach, często opierają się wyłącznie na wyborach emocjonalnych. Natomiast to czego szukam i czego oczekuję od innych, to pewnego poszukiwania racji rozumowych, analizy otaczającego nas świata i poglądów. Niejako wierzę, że rozum może być wspólnym językiem ludzi, pozwalającym łagodzić konflikty i szukać rozwiązania dla trapiących nas problemów. Racjonalizm byłby więc bardziej jak przyprawa, która pozwala ulepszać to co jest, niż samoistny ruch intelektualny.
Nie, nie jestem optymistą, choć warto pamiętać, że i racjonalizm jest czymś głębiej tkwiącym w nas, niż często by się wydawało. Może więc przetrwa w myśli europejskiej, czy szerzej -- zachodniej? Ciężkie jednak dla niego nastają czasy, skoro solidność i wymogi dotyczące poziomu intelektualnego, nie są dzisiaj popularne...
|
|
 | | outsider (2469 punktów) | Nikt z nas nie jest zawsze i w pełni racjonalistą - to jedynie metodologia, choć szersza niż np. fizyki (nb. kiedyś racjonalizm stał w opozycji do empiryzmu i nie był ani trochę myśleniem porządnym, zbyt wierzył w realność słowa). Nasze wybory nie zawze beda miały racjonalne podstawy, racjonalista chciałby co najwyżej wiedzieć - które są racjonalne a które nie.
Myśl europejska bardzo się już odeuropeizowała: z jednej strony spospolitowała się stając własnością świata, z drugiej - w samej Europie jest już postrzegana jako trywialna i dlatego bronić się jej nam nie chce, zobacz obok dyskusję o buddyzmie. To w sumie świat pozorów - Europa ma jeszcze światu (a samej sobie w pierwszym rzędzie) sporo do zaoferowania - niemniej kto wie: może to już będzie tylko niespełniony potencjał?
Pamiętajmy w każdym razie drogę, którą Europie zdarzyło się już przejść w przeszłości: od Greków do Rzymian - a potem... Pierwszym symptomem był jak dziś uwiąd sztuki - myślenie racjonalne miało sie dobrze dłużej, czym bowiem innym była rzymska sztuka budowy imperium?
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nieboska komedia}
|
|
|  | | Przemek K. | > Pamiętajmy w każdym razie drogę, którą Europie zdarzyło się już przejść w przeszłości: od Greków do Rzymian - a potem... Pierwszym symptomem był jak dziś uwiąd sztuki - myślenie racjonalne miało sie dobrze dłużej, czym bowiem innym była rzymska sztuka budowy imperium?Rzeczywiście, czasem patrząc na świat współczesny wydaje mi się, że mamy jakąś powtórkę z późnego okresu Rzymu, takiego gdzie Konstantyn stoi u bram. Chociażby ze względu na fascynację myślą wschodu i rosnącym wyrafinowaniem (a zarazem trudnością odbioru) kultury. W tym porównaniu tkwi jednak ziarno nadziei -- myśl starożytna i ówczesny racjonalizm nie umarły, gdyż wciąż i wciąż się odradzały. Przykładów jest wiele -- twórczość Dantego, renesans, ale także cała średniowieczna scholastyka, która była próbą racjonalizacji religii. Dlatego pisałem, że racjonalizm jest jak przyprawa, zaprawiająca myślenie i sposób życia (w tym sposób uprawiania sztuki). Możemy się jeszcze doczekać europejskiego, racjonalizującego buddzyzmu
|
|
| |  | | outsider (2469 punktów) | Rozpaczliwe daleko w czasie od Konstantyna do Renesansu - niby dziś wszystko idzie szybciej, ale... Wyrafinowanie sztuki - tak, ale sztuka wyrafinowana nie jest nauczycielką pokoleń, jest zbiorowym monologiem znudzonych; masom pozostaje rap. Wyrafinowanie myślenia - tak, ale ze strachu przed myśleniem prostszym i weryfikowalnym. W końcu - to jasne - życie upomina się o swoje, długo kiszone umysły tak czy owak jakiś owoc wydadzą; strach jednak myśleć o tym, co po drodze.
Co gorsza, racjonalizm też nie jest receptą - słusznie zauważyłeś, że scholastyka racjonalizowała religię: czyli podporządowywała jej de facto świat pojęć prostszych, takich jak logika - do dziś może nie logika jako taka, ale na przykład przyjęte reguły dyskutowania noszą piętno tamtego okresu. Reguły racjonalizmu intelektualnego nie są zbyt precyzyjnie zdefiniowane - dlatego i on bywa dziwką, dlatego i on - osamotniony - idzie pod latarnię. Naszemu europejskiemu racjonalizmowi zagraża jego własna historia, bywał apologetą wszystkiego już; jakimś ratunkiem może byc otwarcie na inne kultury, inaczej marnie to widzę. Bo inaczej i wśród racjonalistów pojawi sie podział taki jak wśród komunistów: na starych przedwojennych, pamiętających jeszcze o co w tym wszystkim chodziło na poziomie emocjonalnym - i nowych, wielce usłużnych wobec epoki; jeszcze nie dziś, ale...
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nieboska komedia}
|
|
| | |  | | Przemek K. | > [...] Wyrafinowanie sztuki - tak, ale sztuka wyrafinowana nie jest nauczycielką pokoleń, jest zbiorowym monologiem znudzonych; masom pozostaje rap.Arnold Schoenberg, kompozytor przez wielu uważany za tego, który sprawił, że muzyka współczesna jest niestrawna (niezbyt słusznie, ale to inna sprawa), miał twierdzić, że muzykę zniszczyło radio. Gdy myślimy o takich głębokich przemianach, jak dzisiejsze zamykanie kultury wyższej w niewielkich enklawach i marazm kultury popularnej, albo narodziny renesansu -- za każdym razem przemianom intelektualnym towarzyszą przemiany dotyczące technologii komunikacji. Dzisiaj źróło problemu w znacznej mierze widziałbym właśnie w telewizji i radio, i ich triumfie nad słowem pisanym. > Wyrafinowanie myślenia - tak, ale ze strachu przed myśleniem prostszym i weryfikowalnym.To nie takie proste. Nie wszystko jest weryfikowalne. Trudno też zakazać dostrzegania związków, których wpływ na pewno istnieje (jest weryfikowalny), ale którego waga jest nieweryfikowalna... > Co gorsza, racjonalizm też nie jest receptą - słusznie zauważyłeś, że scholastyka racjonalizowała religię: czyli podporządowywała jej de facto świat pojęć prostszych, takich jak logika - do dziś może nie logika jako taka, ale na przykład przyjęte reguły dyskutowania noszą piętno tamtego okresu. Reguły racjonalizmu intelektualnego nie są zbyt precyzyjnie zdefiniowane - dlatego i on bywa dziwką, dlatego i on - osamotniony - idzie pod latarnię. Naszemu europejskiemu racjonalizmowi zagraża jego własna historia, bywał apologetą wszystkiego już; jakimś ratunkiem może byc otwarcie na inne kultury, inaczej marnie to widzę. Bo inaczej i wśród racjonalistów pojawi sie podział taki jak wśród komunistów: na starych przedwojennych, pamiętających jeszcze o co w tym wszystkim chodziło na poziomie emocjonalnym - i nowych, wielce usłużnych wobec epoki; jeszcze nie dziś, ale...Na to mogę jedynie odpowiedzieć: racjonalizmu trzeba wciąż się uczyć. To jak z miłością, czy patriotyzmem  Ciągłe działanie, a nie jednokrotna deklaracja. Staranie, a nie stan. Pozdrawiam!
|
|
| | | |  | | outsider (2469 punktów) | > Arnold Schoenberg, kompozytor przez wielu uważany za tego, który sprawił, że muzyka współczesna jest niestrawna (niezbyt słusznie, ale to inna sprawa), miał twierdzić, że muzykę zniszczyło radio.Bon mot... Ale to za proste. Zwróciłbym Ci uwagę na jedno: otóż nierzadko po piątym czy dziesiątym wysłuchaniu dzieła odkrywa się jego początkowo ukryte piękno i istotność: w epoce radia i płyty (oczywiście - czarnej) łatwiej jest wysłuchać czegoś dziesięciokrotnie, łatwiej też wysłuchać bez nabożnej koncentracji, inaczej niż na koncercie: zbytnia analitycznośc nie musi ułatwiać dotarcia do istoty utworu. > Gdy myślimy o takich głębokich przemianach, jak dzisiejsze zamykanie kultury wyższej w niewielkich enklawach i marazm kultury popularnej, albo narodziny renesansu -- za każdym razem przemianom intelektualnym towarzyszą przemiany dotyczące technologii komunikacji. Dzisiaj źróło problemu w znacznej mierze widziałbym właśnie w telewizji i radio, i ich triumfie nad słowem pisanym.No cóż, Marx i nienadążanie nadbudowy za bazą... Czy to radio uśmierciło jazz? Wszystko mija, następcy pragną stworzyć coś włąsnego - a nieraz jest to pragnienie na wyrost. Jednak Zeppelini osiągnęli niebotyczne wyżyny - więc po nich "czymś innym" był grany na triadzie (albo i nie) punk, a potem rap. Swoją drogą co do radia. Urzeka mnie w starych płytach (nie z lat trzydziestych, ale z epoki porządnych jednośladowych magnetofonów 76 cm/s) jakość obrazu dźwiękowego: nie było dogrywania ścieżek, nie było cyfrowych zabawek - wszystko trzeba było zagrac i zaśpiewać samemu: porządnie i na gotowo. Dziś topi się mizerne ale modne głosiki w całkiem już nieprawdopodobnych fakturach - a smyczki i tak idą z keyboardu. > > Wyrafinowanie myślenia - tak, ale ze strachu przed myśleniem prostszym i weryfikowalnym.> To nie takie proste. Nie wszystko jest weryfikowalne. Trudno też zakazać dostrzegania związków, których wpływ na pewno istnieje (jest weryfikowalny), ale którego waga jest nieweryfikowalna...Wiesz, dawni pisarze potrafili jakoś godzić potrzebę skupienia uwagi czytelnika z własną potrzebą wypowiedzi - potem status artysty stał sie zbyt wysoki, odtąd raczej walczą między sobą. Absolutna wolność tworzenia i atrakcyjność bycia twórcą (patrz: A. Bursa - " Ja chciałbym być poetą") sprzyja produkcji szumu bez znaczenia. Zmieniło się drukarstwo, zmienił się sposób upowszechniania twórczości innego rodzaju - to wszystko jest zbyt łatwe i zbyt tanie. > Na to mogę jedynie odpowiedzieć: racjonalizmu trzeba wciąż się uczyć. To jak z miłością, czy patriotyzmem Ciągłe działanie, a nie jednokrotna deklaracja. Staranie, a nie stan.Tak, nieracjonalnie jest myśleć: jestem racjonalistą... > Pozdrawiam!Nawzajem, Przemku.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
| | | | |  | | Przemek K. | > >Arnold Schoenberg, kompozytor przez wielu uważany za tego, który sprawił, że muzyka współczesna jest niestrawna (niezbyt słusznie, ale to inna sprawa), miał twierdzić, że muzykę zniszczyło radio.> Bon mot... Ale to za proste. Zwróciłbym Ci uwagę na jedno: otóż nierzadko po piątym czy dziesiątym wysłuchaniu dzieła odkrywa się jego początkowo ukryte piękno i istotność: w epoce radia i płyty (oczywiście - czarnej) łatwiej jest wysłuchać czegoś dziesięciokrotnie, łatwiej też wysłuchać bez nabożnej koncentracji, inaczej niż na koncercie: zbytnia analitycznośc nie musi ułatwiać dotarcia do istoty utworu.Analityczność może nie zawsze ułatwia "dotarcie do istoty utworu". Ale koncentracja jest konieczna. Nie uważam, by wysoka kultura mogła istnieć bez koncentracji odbiorców, a zarówno telewizja jak i radio, jest właśnie koncentracji przeciwieństwem. > No cóż, Marx i nienadążanie nadbudowy za bazą... Czy to radio uśmierciło jazz? Wszystko mija, następcy pragną stworzyć coś włąsnego - a nieraz jest to pragnienie na wyrost. Jednak Zeppelini osiągnęli niebotyczne wyżyny - więc po nich "czymś innym" był grany na triadzie (albo i nie) punk, a potem rap.Widzę, że mówimy o innych rzeczach. Ja po prostu kocham klasykę, z możliwością sięgania także po współczesność (w tym niektóre dzieła Pendereckiego). Ale ilekroć widzę je w telewizji, czy słyszę w radiu, w najlepszym przypadku skłania mnie to do ziewania. Jakby to powiedzieć -- radio, czy telewizja zwykle wyrywają i eksponują jakiś fragment dzieła, zupełnie gubiąc większe struktury. A najgorsze jest to, że ich odbiorcy nie zdają sobie sprawy z tych ograniczeń. Podobnie trudno mi sobie wyobrazić artystyczny program w telewizji, jeśli miałby zostać przerwany reklamami. Albo poważną dyskusję polityczną, czy światopoglądową, utrzymaną w ramach telewizyjnego programu, z wydzielonym czasem dla rozmówców, z brakiem możliwości przygotowania i rozwinięcia wypowiedzi. (O nieszczęsnym audiotele w tle, nie warto nawet wspominać.) Współczesne media wymuszają koncentrację na hasłach i pogoni za oglądalnością, przez co gubi się istotna treść. Dla mnie racjonalizm wymaga gruntowności myślenia, czyli tego, co wciąż pozostaje ostoją słowa pisanego... > Dziś topi się mizerne ale modne głosiki w całkiem już nieprawdopodobnych fakturach - a smyczki i tak idą z keyboardu.I jeszcze raz widać tę różnicę -- jednak w filharmoniach gra się zwykle na żywo (także nagrywanie płyt na żywo jest coraz modniejsze), choć faktury potrafią być zupełnie nieprawdopodobne. Dodatkowo z fakturami miewam problemy przy płytach (o radiu nie wspominając), ale bardzo wszystko się rozjaśnia przy koncercie na żywo. Sądzę, że to głównie kwestia akustyki, ale trudno dzisiaj nakłonić Mozarta, czy Beethovena, by przerobili swój utwór, biorąc pod uwagę jakość dzwięku w TV, radiu, czy na płycie  A! Moja teza, o wadze środka przekazu, to raczej MacLuhan -- "środek przekazu jest przekazem". > Wiesz, dawni pisarze potrafili jakoś godzić potrzebę skupienia uwagi czytelnika z własną potrzebą wypowiedzi - potem status artysty stał sie zbyt wysoki, odtąd raczej walczą między sobą. Absolutna wolność tworzenia i atrakcyjność bycia twórcą (patrz: A. Bursa - "Ja chciałbym być poetą") sprzyja produkcji szumu bez znaczenia. Zmieniło się drukarstwo, zmienił się sposób upowszechniania twórczości innego rodzaju - to wszystko jest zbyt łatwe i zbyt tanie.Status artysty wcale nie wydaje mi się obecnie wysoki, zwłaszcza że niewielu żyje dzisiaj z "tworzenia". Status artysty był wysoki, jakieś 100 lat temu. Dzisiaj, choćbyśmy mieli nowego Sienkiewicza, naród nikomu nie ufunduje dworku... Jakiś czas temu zerkałem do zbioru odpowiedzi Szymborskiej na listy młodych poetów i pisarzy ("Poczta literacka"). Szymborska nieustannie walczyła o lepszą znajomość literatury u młodocianych "twórców". Myślę, że miała rację, ale stąd się bierze też pewna trudność -- twórcy (zwłaszcza wybitni) dobrze znają współczesne trendy, mody i style. Tymczasem są one nieznane odbiorcom. To nie jest (moim zdaniem) kwestia statusu, czy atrakcyjność bycia twórcą. To kwestia daleko posuniętej specjalizacji przy, powiedzmy sobie szczerze, dość miernej kulturze społeczeństwa. I częściej spotykam dzieła wychodzące na przeciw "szerokim masom", niż przedstawicieli tych mas, którzy chcieliby poświęcić swój czas, by zobaczyć co im się oferuje. Pozdrawiam!
|
|
| | | | | |  | | outsider (2469 punktów) | W radiu PRL-owskim rzadko robiono z muzyki sieczkę - nawet większe formy przeważnie nadawano w stanie kompletnym. Niestety to przeszłość - także wyspecjalizowane stacje takie jak "Klasyka FM" tna dziś niemiłosiernie i z zasady; dziś radio odpada. Pozostają jednak płyty.
Jakośc odsłuchu istotnie jest problemem, ale rzecz chyba nie tyle w aparaturze co w nędzy pomieszczeń odsłuchowych: na naturalną złozonośc przestrzenną pola dźwiekowego nakładają się najzupełniej przypadkowe odbicia od blisko położonych ścian, szczegóły zacierają się. Co prawda przyzwyczajamy się do swojego pomieszczenia i po jakims czasie muzyka brzmi w nim zdecydowanie lepiej niż słuchana w cudzych - mózg sporo kompensuje - nawiasem mówiąc ucho to raczej kiepski odbiornik dźwięku, tylko mózg potrafi czynić cuda z kiepskiej jakości sygnałem.
Innym problemem jest fatalna dziś technika nagraniowa: rzuca się w uszy - gdy porównać ze starszymi nagraniami - powszechne nagrywanie każdego źródła pojedynczym silnie kierunkowym mikrofonem. Starym nagraniom szkodzi cyfrowa obróbka dźwięku procesorem DSP (dodanie sztucznego pogłosu w tylnych kanałach), nowym - niestety potrafi pomóc; kiedys jednak mikrofony chwytały więcej a obraz panoramiczny nie powstawał na konsoli mikserskiej.
To zjawisko dość ogólne, Przemku. Technika wypiera ludzkie umiejetności, i te zostają szybko zapomniane. Jesli chcesz zobaczyć pracę dobrego oświetleniowca, nie sięgaj do kinematografii najnowszej: tam ich nie ma. Jak długo taśma była czarno-biała, tak długo sprawa światła była fundamentalna - trzeba było właściwym, zróznicowanym oświetleniem uczynić obraz czytelnym, na kanwie tej konieczności rodziła sie estetyka. Potem wprowadzono kolorową tasmę (jeszcze byli starzy oświetleniowcy) - potem "cyfrę", gdzie bez trudu zmienia sie nawet kontrast i krzywą gamma, czyli wygięcie krzywej kontrastu; stare materiały srebrowe miały tę krzywą paskudnie wygiętą, sklejały światła i cienie - było sztuką stworzyć dobry obraz mimo to.
Status artysty... Urósł mimo wszystko znacznie (Sienkiewicz nie jako artysta był ceniony, to inna sprawa - ostatnią postacią podobną w społęcznym odbiorze był Jan Paweł II) to jednak spowodowało bieg w kierunku bycia artystą: wzajemna konkurencja skomplikowała wszystko i spłyciła do niemożliwości. Dawni "patroni" czy "mecenasi" mniej chyba ingerowali w założenia dzieła sztuki - do tego bywali bardziej wyrobieni artystycznie; dziś mamy "kierowników produkcji" i sam ten termin oddaje istotę przemian ("panie Mozart, dołóż pan flety, bo mi to k... nie brzmi"). Cóż, Przemku - trzeba się pogodzić z tym, że nasza epoka pozostawi po sobie taki a nie inny swój artystyczny obraz - czyli pozostawi niewiele, jak Rzym.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
| | | | | | |  | | Przemek K. | > W radiu PRL-owskim rzadko robiono z muzyki sieczkę - nawet większe formy przeważnie nadawano w stanie kompletnym. Niestety to przeszłość - także wyspecjalizowane stacje takie jak "Klasyka FM" tna dziś niemiłosiernie i z zasady; dziś radio odpada. Pozostają jednak płyty.No i zeszliśmy na szczegóły  Ja bym się jednak upierał przy MacLuhanie -- kolejne sposoby w jaki sztuka do nas dociera, wpływają na jej twórców i ich wybory, co jest naturalne. Radio i telewizja miałyby tu oczywiście i miejsce dla siebie, ale miejsce to jest inne. Nie są one dobrymi nośnikami idei poprzedzających ich powstanie. Wśród tych idei umieściłbym klasykę muzyczną, jak i sztukę racjonalnego rozumowania. > Jakośc odsłuchu istotnie jest problemem, ale rzecz chyba nie tyle w aparaturze co w nędzy pomieszczeń odsłuchowychPotrafię słuchać w dobrych warunkach i zapewniam -- to nie tylko to. Można mieć pewne nadzieje w technologii SACD, ale tego jeszcze nie testowałem. > To zjawisko dość ogólne, Przemku. Technika wypiera ludzkie umiejetności, i te zostają szybko zapomniane.Nie sądzę, że ludzkie umiejętności giną -- raczej się zmieniają i dostosowują do nowych warunków. Inną sprawą jest zaś grzech zaniedbania. > Status artysty... Urósł mimo wszystko znacznie (Sienkiewicz nie jako artysta był ceniony, to inna sprawa - ostatnią postacią podobną w społęcznym odbiorze był Jan Paweł II) to jednak spowodowało bieg w kierunku bycia artystą: wzajemna konkurencja skomplikowała wszystko i spłyciła do niemożliwości.Ale to, że właśnie artystę pojmowano jako bohatera narodowego, to chyba pośrednio kwestia romantycznego (wciąż) statusu artysty. Owszem, trochę tej romantycznej wizji artysty wciąż u nas pokutuje, ale szczyt takiego sposobu postrzegania sztuki mamy już dawno za sobą. Zresztą bynajmniej nie był to okres wyjątkowego uwiądu sztuki. Parę miesięcy temu byłem na fascynującej wystawie -- przedstawiała ona dzieła mistrzów flandryjskich z XV, ze szczególnym uwzględnieniem przenoszenia pewnych wzorców z obrazu na obraz. Okazuje się, że wówczas we Flandrii krążyły "gotowce" artystyczne. Można było więc zobaczyć dwie-trzy Madonny, z identycznymi fałdami sukni i twarzami (kolory i tło były już jednak sprawą indywidualną). Albo taka muzyka -- Handel niemal nieustannie zapożyczał się w swoich wcześniejszych kompozycjach, czy dziełach "konkurencji". Artyści byli świadomi, że jest mało prawdopodobne, by odbiorca był przytłoczony powtarzalnością obrazów wiszących w różnych kościołach, czy utworów, których powstanie (i wykonanie) dzieliło kilkadzieiąt lat. Teraz, głównie dzięki możliwości powielania (odbitki, płyty, transmisje radiowe i telewizyjne), jest to niemożliwe. Oczywiście, na to się nakłada romantyczna wizja artysty, wymagająca podkreślania "indywidualności" i oryginalności. Ja czasem odnoszę wrażenie, że ta powszechna pogoń za oryginalnością (która znowu tworzy swoje kanony...), sprawia że zapomina się o rzeczach podstawowych i głębokich, nie pozwalając latami i szkołami artystów, wypracowywać dzieła sztuki. Ale czy jest aż tak źle, by zostało po nas tyle co z Rzymu? Średni poziom wykonań muzyki "klasycznej" podobno (obstawiałbym że tak jest i na swój słuch) stopniowo się podnosi. Typowe dzieła plastyków współczesnych, też w moich oczach są ciekawsze od typowych dzieł sprzed stu lat. Czy ilość i konkurencja nie przenoszą się jednak na jakość? Być może nie potrafimy tylko odfiltrować dzieł wielkich od bylejakich, czyli zrobić czegoś, co jeśli chodzi o sztukę dawniejszych pokoleń, zrobiły już za nas zastępy historyków sztuki, serwując wybór dzieł najlepszych, najgłębszych i najpiekniejszych? > Dawni "patroni" czy "mecenasi" mniej chyba ingerowali w założenia dzieła sztuki - do tego bywali bardziej wyrobieni artystycznie; dziś mamy "kierowników produkcji" i sam ten termin oddaje istotę przemian ("panie Mozart, dołóż pan flety, bo mi to k... nie brzmi").To prawda, że Mozart, czy Beethoven komponowali dla wykształconej i dość kompetentnej publiczności. I dla jeszcze bardziej wykształconych i kompetentnych mecenasów (choć czasem mających dziwaczne wymagania). Być może wskazujesz tu na bardzo ważny problem. Tyle, że znowu nie wiem, po czyjej stronie ten problem leży -- artystów, czy odbiorców, spośród których mecenasi się wywodzą. A! Zapomniałbym -- Beethoven nie podlizywał się swoim mecenasom. I nie dlatego, że to nie było przyjęte w jego epoce. To on miał zbyt silny charakter. > Cóż, Przemku - trzeba się pogodzić z tym, że nasza epoka pozostawi po sobie taki a nie inny swój artystyczny obraz - czyli pozostawi niewiele, jak Rzym.Myślę, co nasza epoka po sobie pozostawi, próbując stworzyć jakiś współczesny kanon. I nie jest tak źle. Choć z drugiej strony rzymska architektura, czy literatura, też nie były takie kiepskie. Pozdrawiam, przepraszając za zbyt częste "myślenie pisaniem".
|
|
| | | | | | | |  | | outsider (2469 punktów) | Najbardziej chyba odbiera muzyce jej właściwy kształt zapis nutowy - a mimo to nie uważamy go za zubażający treść: gdyby akustyczna, autentyczna jakośc miała decydować o odczytaniu dzieła, recenzje krytyków miałyby prawo zależeć od jakości akustycznej miejsca na sali.
Rzeczywiscie, jakość "akustyczna" jest nieporównywalna z jakąkolwiek elektroakustyczną (z wyłaczeniem instrumentów, które w ogóle akustyczne nie bywają - jak gitara elektryczna czy organy Hammonda, a to też ciekawe instrumenty) - to jednak kwestia komfortu słuchania, nie mozliwości usłyszenia tego czy owego. Wielu naprawdę dobrych wykonań i tak mamy możnośc wysłuchać jedynie poprzez nośnik.
Zapożyczenia... Nie były niczym zdrożnym tam, gdie indywidualizm nie stanowił jedynego godnego celu: dzieje literatury światowej, dzieje muzyki sa ich pełne. Ciekawe uwagi znalazłem niegdyś w książce Joachima Arendta, znawcy jazzu akurat: dla jednych ważeniejsze jest co się gra, dla drugij - jak, do przedstawicieli tego drugiego podejscia zalicza Arendt J. S. Bacha. I mnie osobiście to podejście jest bliższe, zaś w jazzie jest normą: dobrze frazujący saksofonista jest bardziej stylotwórczy niż autor standardów, które tenże gra.
Niestety, sztuka współczesna w ogóle nie jest stylotwórcza - jest jak księga Guinessa, w której każdy występuje w swojej konkurencji. Był stylotwórczy Schubert czy Debussy, był Charlie Parker czy Coleman Hawkins: uwielbiam Janis Joplin i Zeppelinów, ale ich sztuka umiera razem z nimi: może dlatego, że utrwalona?
Może fascynować w muzyce doskonała faktura i brzmienie (nb. chętniej słucham kameralistyki niz wielkich form), moze zachwycać konstrukcja harmoniczna utworu - ale przecież nie chodzi ani o jedno ani o drugie - o to coś, co stanowi komunikat. A ten mozna odnaleźć w miejscu najmniej spodziewanym - wiem o tym z pewnością od czasu, gdy słuchałem w dawnym PRL-wskim radio kątem ucha kompletnie atonalnej dla mnie muzyki pewnego Mongoła - i zapadłem w coś w rodzaju transu.
Nie potrafi mnie, Przemku, na dłużej zaciekawić współczesna nam sztuka - owszem, dobra technika, poniekąd niezły średni poziom, ale w owym pędzie do indywidualizmu jakoś nie mieszczą się już indywidualności prawdziwe: krótko mówiąc, solenne rzemiosło. Wolę w tej sytuacji sięgać do sztuki klasy B - moje największe literackie fascynacje (a zarazem źródło wzorców językowych) to Wołodia Wysocki w poezji i Hermann Melville w prozie: wstyd się moze przyznać, ale tak właśnie jest.
A gdybym miał zabrać do pustelni-outsiderni tylko jedna płytę, byłby to prościutki St. Lous Blues: wszystko inne - wiem - zabiorę w pamięci; tego jednego - nie.
Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej (Nie-boska komedia}
|
|
| | | | | | | | |  | | Przemek K. | > Najbardziej chyba odbiera muzyce jej właściwy kształt zapis nutowy - a mimo to nie uważamy go za zubażający treść:My może nie. Ale dyrygenci tak  Wykonawca ucząc się wykonywać muzykę, uczy się także "ducha czasów", albo inaczej mówiąc -- pewnych zasad, które powinny towarzyszyć wykonaniu. > Niestety, sztuka współczesna w ogóle nie jest stylotwórcza - jest jak księga Guinessa, w której każdy występuje w swojej konkurencji. Był stylotwórczy Schubert czy Debussy, był Charlie Parker czy Coleman Hawkins: uwielbiam Janis Joplin i Zeppelinów, ale ich sztuka umiera razem z nimi: może dlatego, że utrwalona?Gdy mam jakiś kontakt z miłośnikami muzyki współczesnej wciąż słysze o jakiś stylach: minimalizmie, spektralizmie, itp. Połowy tych słów nie rozumiem, choć akurat dzieło minimalistyczne od spektralistycznego bym (chyba) odróżnił. Ale to raczej moja ignorancja, niż brak tworzenia stylu. Myślę, że dzisiaj funkcjonuje obok siebie różne style (muzycznych, plastycznych, literackich) i artyści częściej sięgają po nie, bądź w postaci czystej, bądź łacząc i mieszając różne cechy stylistyczne, niż tworzą coś zupełnie nowego. Ale mało kto potrafi stworzyć 'coś zupełnie nowego', co dotyczy nie tylko współczesności. > Może fascynować w muzyce doskonała faktura i brzmienie (nb. chętniej słucham kameralistyki niz wielkich form), moze zachwycać konstrukcja harmoniczna utworu - ale przecież nie chodzi ani o jedno ani o drugie - o to coś, co stanowi komunikat.Swoją zgodę uzależnię od tego, czym jest komunikat. Są dzieła (muzyka absolutna), które nie starają się przedstawiać konkretnych treści, także tych, wiązanych ze stanami uczuciowymi. Czasem je odbieram jako najgłębszą (także jeśli chodzi o treść) formę sztuki. Niektórzy mówią tu o mistyce, tyle, że ja nie bardzo w mistykę wierzę... Ale wychodzi na to, że czasem "czuję". > Nie potrafi mnie, Przemku, na dłużej zaciekawić współczesna nam sztuka - owszem, dobra technika, poniekąd niezły średni poziom, ale w owym pędzie do indywidualizmu jakoś nie mieszczą się już indywidualności prawdziwe: krótko mówiąc, solenne rzemiosło. Wolę w tej sytuacji sięgać do sztuki klasy B - moje największe literackie fascynacje (a zarazem źródło wzorców językowych) to Wołodia Wysocki w poezji i Hermann Melville w prozie: wstyd się moze przyznać, ale tak właśnie jest.Cóż, sam sięgam czasem po rzeczy z wyższej półki, a czasem uciekam w świat rozrywki -- jak choćby w kryminałki Akunina. Myślę, że nie można przeżyć życia będąc "nastrojonym jedynie na najwyższą nut". Co nie znaczy, że właśnie "wysoka" kultura dostarcza mi najgłębszych i najtrwalszych wrażeń. (O! A wg Billy Budda Melville'a powstała znakomita opera Brittena. Britten był dość konserwatynym kompozytorem, ale opery potrafił pisać świetne. I miał znakomite wyczucie "operowej" literatury.) > A gdybym miał zabrać do pustelni-outsiderni tylko jedna płytę, byłby to prościutki St. Lous Blues: wszystko inne - wiem - zabiorę w pamięci; tego jednego - nie.Nie będę się licytował na KdF Bacha w nagraniu Kwartetu Kellera  Pozdrawiam, Przemek
|
|
 | | Itachi-san (468 punktów) | > Nawet "racjonaliści" są nadzwyczaj nieracjonalni (...) często >opierają się wyłącznie na wyborach emocjonalnych.Zwłaszcza jak widzimy minispódniczkę
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|