Ta wypowiedź nie ma sensu, gdyż większość urzędników z tej liczby, która zresztą faktycznie wynosi 440 tys., to urzędnicy samorządowi. W samorządach jest też największy przyrost urzędniczy. Zarówno w USA, jak i w Polsce, shutdown o jakim myślisz i na jakie się powołujesz, w ogóle nie dotyczy samorządów. Co więcej, zarówno w USA jak i u nas to samorządy zapewniają przeważającą część usług publicznych, dla tych "mrówek robotnic" jak nas określiłeś. Z punktu widzenia obywatela, urzędnicy rządowi w Polsce (pomijam służby szeroko rozumianego bezpieczeństwa publicznego), to już tylko w zasadzie urzędy podatkowe, trochę innych kontroli oraz trochę wyspecjalizowanych spraw w urzędach wojewódzkich, z którymi mało który obywatel (poza może załatwianiem paszportów) w ogóle ma kontakt. Całą reszta została oddana do samorządów i to jest główny problem polskiego rozpasania. Bo wbrew tradycji amerykańskiej, gdzie kładzie się duży nacisk na trzymanie samorządowców za mordy, w przyjętej tu "nowej świeckiej tradycji", nacisk kładzie się na bezmyślne ideologiczne zapewnienie samodzielności (oczywiście z możliwości tych korzystać mogą tylko bogate jednostki lokalne, reszta po prostu wije się biedzie jadąc a-la emeryci na dotacjach budżetowych). Co się zaś dzieje w samorządach najlepiej opisać na takim przykładzie: w pierwszej już kadencji władz gminnych, na początku lat '90 przeciętna pensja prezydenta miasta wynosiła 2-3 krotność ówczesnej rządowej pensji wojewody. Nawet takie rzeczy, jak maksymalna pensja niezależnej władzy musiała zostać potem uregulowana ustawowo, bo poziom rozdawnictwa w tych jednostkach (niby bliżej obywateli, pod niby większą kontrolą społeczną) przerósł wszelkie przewidywania specjalistów od reformy administracji publicznej.
|