Racjonalista - Strona głównaDo treści
epistemologia a psychologia

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
22-10-2005 10:52orlik (5 punktów)epistemologia a psychologia
Jak myślicie,czy te dwie nauki mają ze sobą jakieś ścisłe powiązanie?Jeśli tak to jakie?A jakie są ich cechy wspólne?Szukam odpowiedzi na te pytania.....bardzo proszę o udział w dyskusjii
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

placownik

   Jeśli rzeczywiście oczekujesz dyskusji, a nie pomocy przy terminowym pisaniu tekstu na zadany temat, to proponuję abyś jako punkt wyjścia do dyskusji przedstawił Twój pogląd w sprawie.

   Pozdrawiam

Niech strój słów podkreśla urodę myśli
yavorr (193 punktów)
>Jak myślicie,czy te dwie nauki mają ze sobą jakieś
>ścisłe powiązanie?Jeśli tak to jakie?

Nie są powiązane w sposób istotny, może poza tym, że psychologia zakłada jakąś epistemologię jako część swojej metody. Na pewno nie powinno być tak, że psychologia jako pewna wiedza kształtuje teorię poznania. Dochodzi wówczas do tego, co niektórzy nazywają błędem psychologizacji, a bierze się to z pomieszania kontekstu odkrycia z kontekstem uzasadnienia (nie pamiętam kto jest autorem tego rozróżnienia. Popper? Może ktoś mi przypomni?...) W końcu psychologia ustala fakty dotyczące poznania, a epistemologia - jego normy. No chyba że mowa o takiej fenomenologicznej teorii poznania (Husserl, Ingarden), króra jest w gruncie rzeczy jakąś formą spekulatywnej, nieempirycznej psychologii.

pzdr.
walpurg (19 punktów)
Epistemologia jako nauka stanowi o pewnej strukturze i mechanizmach poznania i jako taka nie musi w sobie zawierać konkretnych treści. Zasady jakiejś teorii poznania z reguły rozciągają się na całą resztę nauki, roszczą sobie prawo do bycia jej determinantami, w sensie czy to osiągnięć czy to formy.
Psychologia zajmuje się konkretną, mniej ogólną dziedziną. Osobiście uważam, że nadal pozostaje nauką pionierską, a określenia typu "psychologia empiryczna" nie do końca mnie przekonują, z uwagi na jej bardzo opisową metodę i problemy z weryfikacją ustaleń czy "odkryć".
Są tacy, którzy w ogóle odmawiają psychologii miana dziedziny nauki. Z drugiej strony nie brakuje też takich, którzy zarzekają się co do w pełni empirycznego jej charakteru i stawiają na równi z matematyką czy fizyką. Jak zwykle, prawda leży gdzieś pośrodku.
Te spory bynajmniej nie muszą umniejszać znaczeniu psychologii, a wręcz przeciwnie, moim zdaniem, podkreślają tylko jej wyjątkowy charakter.

post mortem nihil novi
outsider (2469 punktów)
Staramy się być w zgodzie z aktualnie przyjeta epistemologią, przynajmniej na etapie weryfikacji nowych koncepcji; owa weryfikacja to jednak zaledwie fragment całego procesu poznania.

Tworzenie koncepcji nie jest ani uporządkowane ani oisywalne w prostych, żołnierskich słowach: to nie realizacja przez mózg programu wyuczonego, tu odzywaja się jego wewnętrzne, słabo nam znane algorytmy - i proces poznawczy jest "nieporządny". Zatem poznanie (naukowe) przechodzi z fazy czysto psychologicznej do fazy dającej się z epistemologią uzgodnić; poznanie w ramach myślenia potocznego niekoniecznie.



Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej
(Nie-boska komedia}
walpurg (19 punktów)
hmm, zastanawia mnie określenie - "aktualnie przyjęta epistemologia". Czyli jaka, jakie zasady i warunki ze sobą niosąca, by zaprowadzić ostatecznie do tego, co dumnie określa się mianem "poznania"?
Skoro proces psychologiczny jest etapem przejściowym, prowadzącym do poznania, to w jaki sposób możemy mieć w ogóle nadzieję na to, że uda nam się nasze doświadczenia z nim związane ująć w karby formalnie pojętej nauki.
Czy wszelkie opisy i wnioski wysnute z obserwacji tych zjawisk najniższego poziomu, jutrzenki naszej świadomości, nie pozostaną na zawsze tylko plejadą pobożnych życzeń, służących badaczom do "udawadniania" swoich, mniej lub bardziej niepraktycznych, koncepcji?

A może rozwój fizyki, bilogii czy chemii doprowadzi do tego, że psychologia stanie się tylko buforem pomiędzym osiągnięcami nauki, a tym, co niosą ze sobą religie lub tym, co niektórzy zwą "życiem duchowym" czy "duchową potrzebą"?

post mortem nihil novi
outsider (2469 punktów)
Epistemologia nie stoi ponad poznaniem, konstrukcję wiedzy tak czy owak ogranicza zarówno maszyneria poznająca, jak jej historyczny program: nasze zasady logiki dyskursywnej są obciążone tradycja średniowiecznej teologii, stąd trudno dobrze odeprzeć najbardziej oderwane od tematu zarzuty.

Więc może inaczej: gdzieś w całościowej strukturze świata buszuje ludzka myśl, bardziej niż świat ograniczona. Niełatwo jej swe ograniczenia pokonać - jednak rozwija się, z mozołem podobnym lekceważonego przez nią samą mozołowi ewolucji: a czasu ma jak się wydaje mniej - pytanie bowiem, czy świat może być rozumny i stabilny zarazem. Do czegoś zatem dochodzi - do czego więcej dojść by mogła, nie dowie się i tak. Może na końcu w pełni świadomie spalimy nasze księgi - wszystkie - może ostatecznym celem poznania okaże się poznanie jego bezpłodności?


Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej
(Nie-boska komedia}
walpurg (19 punktów)
>Epistemologia nie stoi ponad poznaniem

Naturalnie, bo jakżeby inaczej? Mowa tu o dwóch różnych jakościach, których nie da się względem siebie zhierarchizować.

>Więc może inaczej: gdzieś w całościowej strukturze świata buszuje ludzka myśl, bardziej niż świat ograniczona. Niełatwo jej swe ograniczenia pokonać -

Skoro zakładamy, że coś jest ograniczone, to myślę, że należy przyjąć, że ograniczeń tych nie jest, nigdy nie będzie w stanie przemóc - wtedy takie określenie może mieć jakieś praktyczne znaczenie, bez względu nawet na jasność i klarowność wyobrażenia tego ograniczenia.

>jednak rozwija się, z mozołem podobnym lekceważonego przez nią samą mozołowi ewolucji: a czasu ma jak się wydaje mniej - pytanie bowiem, czy świat może być rozumny i stabilny zarazem. Do czegoś zatem dochodzi - do czego więcej dojść by mogła, nie dowie się i tak.

W istocie, czasu ma coraz mniej, gdyż ewolucja gatunku inteligentnego (obecnie w skali naszego układu słonecznego - człowiek) nieubłaganie musi ze sobą pociągnąć jakościową zmianę i rozwój "myśli" w kierunkach, których nie jesteśmy sobie nawet w stanie teraz wyobrazić czy też wyśnić.

>Może na końcu w pełni świadomie spalimy nasze księgi - wszystkie - może ostatecznym celem poznania okaże się poznanie jego bezpłodności?

Ale na czym ma polegać ta bezpłodność? Z kontekstu domyślam się, że chodzi o tę "wadę" i "niedoskonałość" poznania, która sprawia, że nadziei mieć nawet nie możemy na omnisciencję, którą tak zapalczywie próbuje się przypisać osobowej istocie wyższej (co też w pewnym sensie ukazuje ludzkie marzenia czy też mrzonki albo może inaczej - godną pożałowania frustrację).

Skoro rozwija się nauka, skoro poziom ludzkiej wiedzy rośnie, to nie ma raczej potrzeby oskarżać tego procesu o bezpłodność (mam nadzieję, że nie popadniemy tu w spór czysto nominalistyczny).
Takie a nie inne poznanie, tej a nie innej istoty, w określonym czasie i miejscu - można to zjawisko rozważać w kontekście historycznym.

Nie posądzajmy samych siebie o brak przymiotów, które nie czynią z nas istot boskich. Pozostaje pogodzić się z naszymi ograniczeniami i czynić swoje.
Podobnie jak wszystko wokół nas, i tak pozostajemy esencją tego świata.

Księgi pozostawmy w spokoju - zawsze będą świadectwem i zapowiedzią wysiłku, którego nawet nie ma sensu stopniować, wartościować czy oceniać - qualitas occulta humana


post mortem nihil novi
outsider (2469 punktów)
>>Epistemologia nie stoi ponad poznaniem
>Naturalnie, bo jakżeby inaczej? Mowa tu o dwóch różnych jakościach, których nie da się względem siebie zhierarchizować.

Ale zarazem epistemologia sama należy do poznania...

>>Więc może inaczej: gdzieś w całościowej strukturze świata buszuje ludzka myśl, bardziej niż świat ograniczona. Niełatwo jej swe ograniczenia pokonać -
>Skoro zakładamy, że coś jest ograniczone, to myślę, że należy przyjąć, że ograniczeń tych nie jest, nigdy nie będzie w stanie przemóc - wtedy takie określenie może mieć jakieś praktyczne znaczenie, bez względu nawet na jasność i klarowność wyobrażenia tego ograniczenia.

Bedziemy pokonywać ograniczenia - tyle że nie da sie tego ekstrapolowac w nieskończoność. Ot, taka piękna myśl o przepowiadaniu przyszłości z deterministycznego modelu Wszechświata - gdyby nie to, że wymagałaby komputera potężniejszego niż Wszechświat, zatem nie dającego sie w nim zawrzeć Do tego nie mógłby być przecież składnikiem przestrzeni modelowanej), a i czas niezbędny na ekstrapolacje mógłby przekraczać czas rzeczywisty..

Daleko nam - myslę - do rzeczywistych ograniczeń poznawczych - dziś już jednak wypowiadamy radosne a fantastyczne sądy owe ograniczenia naruszające.

>>jednak rozwija się, z mozołem podobnym lekceważonego przez nią samą mozołowi ewolucji: a czasu ma jak się wydaje mniej - pytanie bowiem, czy świat może być rozumny i stabilny zarazem. Do czegoś zatem dochodzi - do czego więcej dojść by mogła, nie dowie się i tak.
>W istocie, czasu ma coraz mniej, gdyż ewolucja gatunku inteligentnego (obecnie w skali naszego układu słonecznego - człowiek) nieubłaganie musi ze sobą pociągnąć jakościową zmianę i rozwój "myśli" w kierunkach, których nie jesteśmy sobie nawet w stanie teraz wyobrazić czy też wyśnić.
>>Może na końcu w pełni świadomie spalimy nasze księgi - wszystkie - może ostatecznym celem poznania okaże się poznanie jego bezpłodności?
>Ale na czym ma polegać ta bezpłodność? Z kontekstu domyślam się, że chodzi o tę "wadę" i "niedoskonałość" poznania, która sprawia, że nadziei mieć nawet nie możemy na omnisciencję, którą tak zapalczywie próbuje się przypisać osobowej istocie wyższej (co też w pewnym sensie ukazuje ludzkie marzenia czy też mżonki albo może inaczej - godną pożałowania frustrację).

Dość przeanalizowąć ów oferowany nam model Istoty Wyższej, aby zmykac gdzie pieprz rośnie przed myślą o wszelakiej omniscjencji - byłby to najgorszy kres ludzkości jaki potrafię sobie wyobrazić.

>Skoro rozwija się nauka, skoro poziom ludzkiej wiedzy rośnie, to nie ma raczej potrzeby oskarżać tego procesu o bezpłodność (mam nadzieję, że nie popadniemy tu w spór czysto nominalistyczny).

Jeszcześmy płodni, jeszcześmy młodzi... Ale co dalej, Walpurgu? Czy byt cywilizacji nie dopełnia się tak jak nasz indywidualny los?

Kto wie - może Big Bang to świadomy, ostatni gest, ostateczny powrót cywilizacji linearnej ku cykliczności czasu - i nurt Lety oddziela wszechświaty?

>Takie a nie inne poznanie, tej a nie innej istoty, w określonym czasie i miejscu - można to zjawisko rozważać w kontekście historycznym.

Bo nie pytamy jeszcze o koniec historii - rzecz jasna wariant Fukuyamy odrzucamy, choć stanowił przedsmak owego pytania, które być może kiedyś sobie zadadzą nasi dalecy potomkowie - niekoniecznie zresztą zbudowani z białek.

>Nie posądzajmy samych siebie o brak przymiotów, które nie czynią z nas istot boskich. Pozostaje pogodzić się z naszymi ograniczeniami i czynić swoje.

O tak - jeszcze nie widac końca drogi, zatem jest dokad iść: cieszmy się!

>Podobnie jak wszystko wokół nas, i tak pozostajemy esencją tego świata.
>Księgi pozostawmy w spokoju - zawsze będą świadectwem i zapowiedzią wysiłku, którego nawet nie ma sensu stopniować, wartościować czy oceniać - qualitas occulta humana

A jeśli na ostatniej stronie trzeba będzie zapisać za Conradem: "horror! horror!" - jeśli kres bedzie klęską? Pozostawić młodszym od nas takie właśnie przesłanie - czy lepiej żadnego?

Tylko kres niespodziewany i teoretycznie przynajmniej niekonieczny usprawiedliwiałby skierowanie w przyszłość jakiegokolwiek przesłania - od tych, którzy nie doszli.

>
post mortem nihil novi




Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej
(Nie-boska komedia}
walpurg (19 punktów)
>Bedziemy pokonywać ograniczenia - tyle że nie da sie tego ekstrapolowac w nieskończoność. Ot, taka piękna myśl o przepowiadaniu przyszłości z deterministycznego modelu Wszechświata - gdyby nie to, że wymagałaby komputera potężniejszego niż Wszechświat, zatem nie dającego sie w nim zawrzeć Do tego nie mógłby być przecież składnikiem przestrzeni modelowanej), a i czas niezbędny na ekstrapolacje mógłby przekraczać czas rzeczywisty..
>Daleko nam - myslę - do rzeczywistych ograniczeń poznawczych - dziś już jednak wypowiadamy radosne a fantastyczne sądy owe ograniczenia naruszające.

Nie ma potrzeby wizualizowania czy też konceptualizowania ograniczeń, jakie krępują człowieka - wystarczy stwierdzić, że takowe po prostu są. Można nie zadawać sobie nawet trudu dumania o tym, jak wiele musi umykać naszej percepcji ograniczonej przez nasze narządy zmysłu, czego nie możemy wywieść w wyniku niedoskonałości budowy naszego mózgu.

>Dość przeanalizowąć ów oferowany nam model Istoty Wyższej, aby zmykac gdzie pieprz rośnie przed myślą o wszelakiej omniscjencji - byłby to najgorszy kres ludzkości jaki potrafię sobie wyobrazić.

Jako że losem ludzkości jest błądzić i nigdy nie wiedzieć na pewno. Jakże oportunistyczne i pragmatyczne jest to, co nazywami "wiedzą".

>>Skoro rozwija się nauka, skoro poziom ludzkiej wiedzy rośnie, to nie ma raczej potrzeby oskarżać tego procesu o bezpłodność (mam nadzieję, że nie popadniemy tu w spór czysto nominalistyczny).
>Jeszcześmy płodni, jeszcześmy młodzi... Ale co dalej, Walpurgu? Czy byt cywilizacji nie dopełnia się tak jak nasz indywidualny los?

Niech się dopełnia. Czy będzie obchodzić to tych, którzy odeszli, czy zajmie to tych, którzy na zgliszczach dawnego będą w chaosie walczyli o przetrwanie? Historycy jak zwykle zrobią swoje - opiszą, okraszą hipotezami i będą prawić o idei regulatywnej, acz wątpliwej - Historia est magistra vitae.

>Kto wie - może Big Bang to świadomy, ostatni gest, ostateczny powrót cywilizacji linearnej ku cykliczności czasu - i nurt Lety oddziela wszechświaty?
>>Takie a nie inne poznanie, tej a nie innej istoty, w określonym czasie i miejscu - można to zjawisko rozważać w kontekście historycznym.
>Bo nie pytamy jeszcze o koniec historii - rzecz jasna wariant Fukuyamy odrzucamy, choć stanowił przedsmak owego pytania, które być może kiedyś sobie zadadzą nasi dalecy potomkowie - niekoniecznie zresztą zbudowani z białek.

"Koniec historii" - Hegel z pewnością by się obruszył i zakpił "antytezą" - "Opowiedzcie mi zatem o historii końca". Jeden godny drugiego.

>>Nie posądzajmy samych siebie o brak przymiotów, które nie czynią z nas istot boskich. Pozostaje pogodzić się z naszymi ograniczeniami i czynić swoje.
>O tak - jeszcze nie widac końca drogi, zatem jest dokad iść: cieszmy się!
>>Podobnie jak wszystko wokół nas, i tak pozostajemy esencją tego świata.
>>Księgi pozostawmy w spokoju - zawsze będą świadectwem i zapowiedzią wysiłku, którego nawet nie ma sensu stopniować, wartościować czy oceniać - qualitas occulta humana
>A jeśli na ostatniej stronie trzeba będzie zapisać za Conradem: "horror! horror!" - jeśli kres bedzie klęską? Pozostawić młodszym od nas takie właśnie przesłanie - czy lepiej żadnego?
>Tylko kres niespodziewany i teoretycznie przynajmniej niekonieczny usprawiedliwiałby skierowanie w przyszłość jakiegokolwiek przesłania - od tych, którzy nie doszli.

Myślę, że uświadomienie sobie przez potomków czym są i w którym miejscu przyszło rozpocząć im wędrówkę będzie przesłaniem w zupełności wystarczającym - nie obrażajmy wszak ich inteligencji.
Zwerbalizowane morały przodków zawsze wydały mi się pięknymi sarkazmami na użytek chwili - ale zgoła niczym więcej. Pielęgnujmy swoje własne - może kiedyś wprawią kogoś w nastrój serdecznej ucieszności, który pozwoli, choćby na chwilę, zapomnieć...

>>
post mortem nihil novi

>

>Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej
>(Nie-boska komedia}


post mortem nihil novi

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365