To że Ziemia jest płaska, widzi każdy - a stwierdzić to może ten, komu nieobce są podstawy euklidesowej geometrii, w tym pojęcie płaszczyzny. To model zadowalający w skali lokalnej choć nie geodetycznej: podróznicy mogliby sarkać, geodeci również, jedni i drudzy jednak nie każdej społeczności sa niezbedni - niechby zatem ludy osiadłe i niezbyt terytorialnie rozległe uznawały płaskość Ziemi za prawdę o randze Absolutu: inny model nie jest im potrzebny bo i po co.
Mamy co prawda pewien szkopuł: lud nawet osiadły ale dociekliwy niełatwo uzna, że płaska Ziemia jest zarazem nieskończoną; nawiasem mówiąc bedzie miał rację. I zwolennicy Ziemi kulistej z jej nieskończonościa się nie godzą - ale chytry, wyznawany przez nich model czyni przynajmniej zbędnym pytanie: co jest tam, gdzie skończona powierzchnia Ziemi się kończy (prawidłowa odpowiedź: to samo, skoro już pytasz). Wyznawcy Ziemi płaskiej nie idą jednak na takie rozumowe ułatwienia: w ich świecie płaskość i skończoność zarazem Ziemi wymaga istnienia całej reszty płaszczyzny: Euklidesa wszak poznali i pojęli. Cóż stąd?
Ano, koniecznym staje się jakowyś świat ową resztę płaszczyny wypełniający - świat fantastyczny, albowiem poznać go niesposób. Inni nie mają podobnej potrzeby? Cóz, ograniczeni - nie rozumieją, że to musi być - do tego koniecznie...
I tak za zdolność podróżowania (ta w makroskali wymaga myślenia geodetycznego, zatem nieeuklidesowego) zapłaciliśmy cenę straszliwą: utratę wiary w ów świat baśniowy, który otacza naszą płaską (co widać) Ziemię: warto było? |