Wątek ten to początek trylogii wątków, tryptyku, na przestrzeni którego pewne rozpoczęte tutaj wątki będą się przewijać, będą one ulegały przekształceniom i będą znajdowały swoje kontynuacje. Zacznijmy zatem...
Świadomie utrzymuję chyba błędny i rzadziej na gruncie polskim spotykany obraz prostytucji jako sztuki chwalebnej i potrzebnej (i dlatego ciągle egzystującej), sztuki w jej światowych wymiarach (geograficznych i kulturowych) mnie fascynującej ze względu na jej "pornograficzną estetykę", choćby i wątpliwą czasem. Jego (obrazu) oraz jej (estetyki) potwierdzenie znajduję również w moich amatorskich interpretacjach Nowego Testamentu.
Pisałem gdzie indziej [2gi i 3ci akapit
www.racjonalista.pl/forum.php/s,29701#w29957] o prostytucji (i pewnych subkulturach) jako o ujściu dla naszej popędowej natury, jako o obszarze na który najczęściej projektujemy swój Cień. Skoro już taka rola tych społecznych fenomenów, to idąc za Jungiem (jeśli dobrze go rozumiem), osoby z rozbudowanym w ich kierunku Cieniem same i dobrowolnie wpisują się w procesie indywiduacji w te archetypowe, sięgające starożytnej Mezopotami a może i dalej (w wymiarze również sakralnym) środowiska i obszary społeczne oraz realizują się (mówiąc już językiem psychologii humanistycznej) w nich...
Instytucji gejsz w Japonii do strefy Cienia dalej niż u nas "instytucji" tirówki. Dla taoistów zaś prostytutka to niejednokrotnie najlepsza partnerka dla ich seksualnych, mających im zapewnić długowieczność praktyk. Nie zapytam o to jak należy oceniać prostytucję, byłbym może zbyt banalny. Problem jaki mnie nurtuje jest inny:
w czym upatrywać brak dalekowschodnich wyrafinowania, samoświadomości tradycji i jej oficjalności na gruncie prostytucji zachodniej? Czy tylko w religii, która o powszechnie w sztuce i literaturze domniemywanej kochance/żonie Chrystusa mówi
"tę oto kobietę przyłapano na jawnym cudzołóstwie"?
Dla racjonalistycznego smaczku, przejdźmy tą profaniczną i heretycką ścieżką literatury i sztuki do drugiej części wątku...Jezus z Nazaretu, przed wygłoszeniem swej słynnej frazy oraz zaraz po nim
"schyliwszy się, pisał palcem po ziemi". Ja zaś, ciekawym dziś co pisał i o czym wtedy w skrytości swego ducha myślał. Jak myślicie, czy mogła mu się spodobać już wtedy? Czy zaklinał i modlił się by odeszli nie rzuciwszy w nią niczym? Czy gdy
"podniósłszy się i nie widząc nikogo, rzekł jej: Kobieto! Gdzież są ci, co Cię oskarżali? Nikt Cię nie potępił?" to wypalił z tym oczywistym już wówczas stwierdzeniem dla taniego i niezgrabnego podrywu, a słowa
"i ja Cię nie potępiam: Idź i odtąd nie grzesz" wypowiedział jedynie z przekory, by mieć ją już tylko dla siebie, i niejako za darmo bo za ocalenie jej skóry... a może i rzeczywiście lepiej by tu rzec "życia" - zastanawiam się bo nie znałem go niestety...jej też nie...
Jakże uroczo był dla niej dobry, gdy słuchała go u jego stóp. Jej zapracowanej siostrze, strofującej ją wówczas za zbytnie pobłażanie sobie w obliczu jej gospodarskich wysiłków, odpowiedział nadużywając chyba swego autorytetu:
"Marto, Marto, troszczysz się i kłopoczesz o wiele rzeczy; Niewiele zaś potrzeba, bo tylko jednego; Maria bowiem dobrą cząstkę wybrała, która nie będzie jej odjęta."Tak sobie jeszcze myślę, czy to, że wypędzał ze swej Marii z Magdalii niegdyś siedem demonów nie uczyniło jej jeszcze bliższej jego sercu; a o jego związaniu się z nią w ogóle, czy nie było ono powetowaniem sobie z nawiązką kuszenia na pustyni, jeszcze jednym zakpieniem sobie z Diabła (niedojrzałego i przesadnie ambitnego Cienia), który nie miał jeszcze wtedy szczęścia wpaść na pomysł tak prosty i skuteczny, dający się zrealizować w nie tyle co ludzkiej, co i zwierzęcej przecież praktyce.
Znajdą się tu może jacyś komentatorzy tej drugiej części wątku, heretyckiej(?) w swej pojungowskiej "demitologizacji" Chrystusa?
[cytaty z Jan 8, 1-11; Łuk 10, 39-42; Biblia Warszawska 1976]