Może "wiedzący" odpowiedzą - jak to ma być ? Powiedzmy, że jest sąd ostateczny i na tym sądzie ostatecznym my jesteśmy uznani za "sprawiedliwych", ale nasza matka/ojciec/dziecko/mąż/żona lub inna najbliższa i ukochana osoba - nie. Nie kochamy wszak samych "aniołków", że nie wspomnę o możliwości kochania ateisty. I co - wieczne szczęście bez ukochanej osoby, więcej - ze świadomością jej potępienia i cierpienia ? To ma być szczęście ? A jeśli nasze "ziemskie" uczucia mają nam być zabrane (także abyśmy nie żałowali grzeszników), to czy chcę, aby zabrano mi to, co było najważniejsze przez całe moje "ziemskie" życie ? Czy raczej nie pokażę pleców takiej wizji szczęścia wiecznego ? Dla ateistów to moje pytanie jest z cyklu "czy gdyby pani miała brata, to ten brat lubiłby raki", ale kiedy miałam w sobie dziecięcy katolicyzm, to ten problem od czasu do czasu opóźniał moje zaśnięcie. |